21 grudnia 2021

Rozdział XIII

Mary

Leżała na łóżku, chociaż nie była senna. Może zmęczona, ale nic ponadto. Pobudzenie sprawiało, że Mary i tak nie wyobrażała sobie zamknięcia oczu.

Dłonią nie po raz pierwszy potarła gardło. Pod opuszkami czuła gładką skórę, a jednak wciąż miała wątpliwości. Co prawda rozmowa z Michaelem pomogła, choć częściowo pozwalając dziewczynie zapomnieć o wszystkim, co się stało, a jednak kiedy została w pokoju sama…

Zacisnęła palce. Pozwoliła, by ręką bezwładnie opadła wzdłuż jej ciała. Wzrok wbiła w sufit, choć wcześniej już wpatrywała się w jeden punkt przez tyle czasu, że zdążyła nauczyć się na pamięć każdego pęknięcia.

Była żywa. Dzięki Carlosowi, który…

Niech cię szlag.

Poderwała się do siadu. Poruszając trochę jak w transie, ześlizgnęła się z łóżka i wyszła wprost na opustoszały korytarz. Wcześniej sądziła, że chce pobyć sama, ale kiedy przyszło co do czego, wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Wręcz przeciwnie – prawda była taka, że Mary potrzebowała towarzystwa.

Oczywiście, że chciała porozmawiać z Ali. Usiąść gdzieś, gdzie miałyby spokój i w końcu wyrzucić z siebie wszystko, co ją dręczyło. Pragnęła zacząć krzyczeć, płakać, a potem uściskać przyjaciółkę, by raz na zawsze dać jej do zrozumienia, że całe to szaleństwo nie zmieniało najważniejszego: jako Alyssa czy Ariana, wciąż pozostawała dla niej ważna. Potrzebowała kogoś, kto zapewniłby, że wszystko w porządku, nawet jeśli zdrowy rozsądek podsuwał zupełnie inne wnioski.

Dookoła panowała cisza. Wszyscy rozeszli się, ledwo tylko ustalili plan działania. Mary nie potrafiła skupić się na rozmowie, zwłaszcza że ta nawet jej nie dotyczyła. To, że tutaj była, pozostawało kwestią przypadku.  I tak nie miała się przydać istotom, które ot tak mogłyby ją zabić. Co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości.

Właśnie ta bezczynność okazała się najgorsza. Czuła, że nawet gdyby spróbowała zobaczyć się z przyjaciółką, to byłoby najgorszym możliwym momentem. Ali i tak wyglądała marnie, nie wspominając o tym, że przy pierwszej okazji zniknęła gdzieś z tym mężczyzną. Mary nawet nie miała pewności, gdzie powinna jej szukać.

Z drugiej strony, nikt nie wspominał, że powinna siedzieć w pokoju. Idąc opustoszałym korytarzem, Mary pomyślała, że powinna przynajmniej spróbować oswoić się z tym miejscem. Na własne życzenie wplątała się w coś, przed czym nie miała szansy uciec. Skoro tak, nie miała innego wyboru, jak tylko spróbować się dostosować.

Już raz to zrobiła. Kiedy Ali przyszła do niej po całych tygodniach, nie będąc w stanie utrzymać sekretu, Mary została wciągnięta w sam środek czegoś, czego wciąż nie rozumiała. Przeszła przez to, w pewnym momencie czując się w domu Sorentich tak swobodnie jak u siebie. Jeśli tak, równie dobrze mogła dokonać tego po raz drugi.

To tylko obca, zamknięta twierdza cholera wie gdzie… Co może pójść nie tak?

Wywróciła oczami. Przecież dobrze znała odpowiedź.

Z drugiej strony, Noel i Megan wydawali się całkiem mili. Nikt nie patrzył na nią jak na obiad, co jak najbardziej Mary odpowiadało. Przynajmniej na dobry początek musiało wystarczyć.

Rozpoznała drogę do salonu, w którym zebrali się ostatnim razem. Ogień w kominku wciąż wesoło płonął, rzucając dookoła przyjemnie ciepłą aurę. Przez chwilę miała ochotę podejść bliżej, przysiąść na dywanie i spędzić tak kilka kolejnych godzin, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Warunki, które aż krzyczały, że są wstępem do głębszych przemyśleń, zdecydowanie nie były jej teraz potrzebne.

Chcąc nie chcąc wycofała się. Ruszyła w przeciwną stronę, choć wcześniej nie miała okazji sprawdzić tej części budynku. Szła szybko, czujnie widząc wzrokiem na prawo i lewo, i niemalże spodziewając się, że coś nagle wyskoczy na nią z ciemności. Nic podobnego nie miało miejsca, ale wyobraźnia Mary zdawała się działać na najwyższych obrotach.

Jej własne kroki zabrzmiały zbyt ciężko i głośno. Skrzywiła się, na moment przystając, by upewnić się, że nikt za nią nie podążał. To wcale nie tak, że nawet bym nie usłyszała, westchnęła w myślach. Coś w takiej perspektywie przyprawiło ją o gęsią skórkę. Zacisnęła dłonie w pięści, przez chwilę znów bliska tego, żeby sięgnąć do gardła.

Musiała przestać to robić. Tak szybko, jak tylko miało być możliwe. Wpadanie w paranoje nie było dobrym pomysłem, a jednak…

Przyspieszyła, z trudem powstrzymując się od biegu. Choć szła korytarzem sama, nagle zrobiło jej się zimno – i to bynajmniej nie przez wpływ temperatury.

– Zaczynam wariować – wymamrotała, z niedowierzaniem potrząsając głową.

Zaczynała żałować, że wyszła z pokoju. Błąkanie się po domu upadłych, nieśmiertelnych istot, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem.

Z powątpiewaniem obejrzała się przez ramię. Mniej więcej pamiętała, którędy szła, przynajmniej do pewnego momentu. Przy odrobinie szczęścia mogłaby dojść do salonu i nawet nie zgubić się po drodze. Wtedy miałaby szansę dostać się do pokoju, choć zdecydowanie nie tęskniła za łóżkiem i bezczynnym spoglądaniem w sufit.

Czując, że postępuje coraz bardziej irracjonalne, ruszyła przed siebie. Nie miała ochoty zawracać. Zresztą kolejny korytarz okazał się inny, gładki i bardziej surowy. Nie prowadził do kolejnych pokoi, po prostu ciągnąć się w głąb, aż do przejścia na samym końcu. Wrażenie było takie, jakby nagle znalazła się w zupełnie innym miejscu, niekoniecznie stworzonym z myślą o zamieszkujących twierdzę gościach. Brakowało tylko olbrzymiej tabliczki, która poinformowałaby ją, że w tej chwili powinna zawrócić.

Wątpię, by w tym świecie uprzejmie ostrzeżenia wchodziły w grę, uświadomiła sobie. O tym akurat zdążyła się już przekonać.

Mary uniosła brwi, widząc dwuskrzydłowe, ciężkie drzwi. Były uchylone i to zachęciło ją, żeby podejść bliżej.

Tylko zerknę… To nic złego, prawda?

Zawsze mogła powiedzieć, że się zgubiła. Oczywiście pod warunkiem, że ktokolwiek chciałby jej słuchać.

Cholera. Po tym, co stało się ostatnim razem, powinna być mądrzejsza… Szkoda, że wcale się taka nie czuła.

Uderzył ją chłód. Zadrżała, ale nie wycofała się, ostrożnie wślizgując do środka. Echo własnych królów znów wydało się jej zbyt głośne, ale mimo wątpliwości ruszyła przed siebie, ostrożnie stawiając stopy. Choć spodziewała się półmroku, z wnętrza kolejnego korytarza wydobywało się łagodne światło, które z miejsca skojarzyło się dziewczynie z blaskiem ognia.

Nie pomyślała się. Nie tak do końca. Spodziewała się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, co zastała na samym końcu przejścia. Poruszając się trochę jak w transie, podeszła bliżej, aż zatrzymała ją masywna, drewniana balustrada. Stała na czymś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak balkon, choć ten z jakiegoś powodu wcale nie znajdował się na zewnątrz. Kątem oka zauważyła biegnące w dół schody, a kiedy rozejrzała się dookoła, przekonała się, że stopnie znajdowały się po obu stronach. Zakręcając łagodnie, prowadziły wprost do okazałej, bogato zdobionej sali, która w całości zdawała się składać tylko z jedno: książek.

Mary nachyliła się, w równym stopniu oszołomiona, co i zafascynowana. Nie tego się spodziewała. Co więcej, nigdy nie była osobą, która fascynowałaby książkami na tyle, by zachwycać się jakąkolwiek biblioteką, ale wobec czegoś takiego nawet ona nie mogłaby pozostać obojętna.

Powiodła wzrokiem po wysokich, sięgających aż do sufitu regałach. Przytłaczały zarówno wysokością, jak i szerokością. Jakby tego było mało, każdy skrawek wolnej przestrzeni zapełniały grube tomiszcza. Mary potrzebowała zaledwie kilku sekund, by pojąć, że nie patrzyła na normalny księgozbiór. Nie taki, który czasami widywała na uczelnianej czytelni, kiedy szukała materiałów do prac zaliczeniowych.

Te książki wyglądały inaczej. Z daleka widziała zdobione grzbiety i masywne okładki. Czuła się jak w starym archiwum, choć pomieszczenie okazało się zadziwiająco czyste. Ktokolwiek odpowiadał za zgromadzenie tu tych wszystkich pozycji, bez wątpienia o nie dbał.

Nerwowo zaciskając palce na poręczy, zrobiła pierwszy krok na schodach. Nie miało znaczenia, czy zejdzie z prawej, czy z lewej strony – obie drogi prowadziły do jednego punktu. Dla pewności asekurując się barierką, ostrożnie ruszyła w dół. W tamtej chwili nie ufała sobie na tyle, by pozwolić sobie na pośpiechu. Miała zresztą wrażenie, że w tym miejscu ten byłby niewskazany.

Odetchnęła. Każdy jej krok wydawał się nienaturalnie wręcz głośny, zresztą jak i pospieszne, drżące oddechy. Może to obecność upadłych aniołów i wszystkie te wzmianki o religii, ale Mary poczuła się prawie jak w kościele – w ten dziwnie wyniosły, onieśmielający sposób. Kiedy sporadycznie zdarzało jej się przekraczać próg jakiejkolwiek świątyni, niezmiennie miała wrażenie, że nie powinna wchodzić za daleko. Że jest intruzem, skoro tak naprawdę wcale nie miała w zwyczaju zwracać się do bezimiennego Boga.

Skrzywiła się na tę myśl. Nerwowym gestem poprawiła włosy, przypominając sobie niezliczone krzywe spojrzenia, którymi czasami bywała mierzona. Jakby to, że farbowała się na czarno i nosiła ostrzejszy makijaż oznaczało, że powinna wylądować w dość konkretnym, oddalonym od bożej łaski miejscu.

Cóż… Aż tak bardzo się nie pomylili, pomyślała ponuro. Z drugiej strony, jeśli tak wyglądało piekło, to chyba nie miała nic przeciwko.

Powitał ją miękki dywan. Kiedy w końcu zdołała oderwać wzrok od zapełnionych regałów, przekonała się, że na samym środku urządzono miejsce wręcz idealne do czytania. Miękkie fotele zachęcały, by w nich usiąść, a na usytuowanym na środku stole z powodzeniem można było składować wszystkie niezbędne pozycje tak, by znajdowały się w zasięgu ręki.

Kiedy rozejrzała się dokładniej, przekonała się, że do regałów przytwierdzono sięgające aż do górnych półek drabiny. Zaciekawiona, podeszła bliżej, by upewnić się, czy mechanizm działał tak, jak podejrzewała. Jeśli dało się je przesuwać, może nawet stojąc na którymś z kolei szczeblu…

– Nie może być – wymamrotała w oszołomieniu.

Czasami widywała takie w filmach. I, cholera, wciąż wiele by dała, by móc sprawdzić, jak daleko i szybko można było się na nich poruszać. Co prawda podejrzewała, że gdyby pozwoliła sobie na próbę w jakiejś renomowanej bibliotece, ktoś spaliłby ją na stosie, ale tu…

Obejrzała się przez ramię. Dookoła panowała głucha cisza.

Pokusy i te sprawy…

Wywróciła oczami. Czuła się jak zbuntowana nastolatka, przygotowująca się do złamania zasad – całkowicie niewinnych i nic nieznaczących, ale jednak. Nie powstrzymała się od uśmiechu, kiedy zdecydowała się wyciągnąć rękę ku drabince. Z lekkością wspięła się do połowy wysokości, raz po raz powtarzając sobie, że nie powinna patrzeć w dół. To nic, że czekał ją co najwyżej upadek na miękki dywan.

Przytrzymując się regału, powiodła wzrokiem po półce, która nagle znalazła się na wysokości jej oczu. Uniosła brwi, kiedy odkryła, że większość książek i tak nie miała tytułów na grzbietach. Inne brzmiały obco, choć po chwili zastanowienia utożsamiła niektóre słowa z… religią. Może to był przypadek, zwłaszcza patrząc na rozmiary zbiorów, ale i tak wzbudziło w Mary wątpliwości. Te wszystkie pisma dotyczyły Boga i Lucyfera? Aniołów i istot takich jak Alyssa…?

I co jeszcze? Testament w oryginale i z autografem najwyższego?

Tyle że wcale nie było jej do śmiechu.

Powstrzymała pragnienie, by raz jeszcze potrzeć szyję. Po tym, co się stało, nie potrafiła żartować. Nie z czegoś takiego.

W pośpiechu odgoniła od siebie niechciane myśli. Nie po to tutaj przyszła. Nie żeby w ogóle miała jakikolwiek cel, ale to pozostawało sprawą drugorzędną.

Ostrożnie balansując na drabinie, spróbowała przesunąć ją na bok. Spodziewała się oporu, sama niepewna, ile tak naprawdę liczyły sobie biblioteka i mechanizmy, jednak nic podobnego nie miało miejsca. Wręcz przeciwnie – prowadnice zareagowały momentalnie, przesuwając całość tak gwałtownie, że Mary aż się zatoczyła.

Chyba krzyknęła. Nie zarejestrowała tego, świadoma wyłącznie jednego: tego, że nagle straciła równowagę. Chciała chwycić się regału, ale jej dłonie natrafiły na pustkę.

Gdzieś jakby z oddali doszedł ją zdławiony jęk. Zacisnęła powieki, podświadomie oczekując bólu i uderzenia, ale…

– W ten sposób zamieszasz szanować to, co zrobiłem?

Poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Natychmiast otworzyła oczy, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że wciąż tkwiła na drabinie. Pospiesznie wyprostowała się, zaciskając palce na brzegach regału. Czuła ciepłe dłonie, które nie wiadomo kiedy wylądowały na jej biodrach.

Carlos westchnął i – nie czekając na jakąkolwiek reakcję – bez większego problemu ściągnął ją na dół. Poczuła się pewniej, kiedy pod stopami wyczuła stabilne podłoże.

Nie miała pewności, które z nich odsunęło się szybciej.

– C-co ty tu…? – wykrztusiła, jednak mężczyzna nie dał jej okazji, żeby dokończyć.

– Mógłbym pytać o to samo.

Tyle wystarczyło, żeby zamknąć jej usta. Czując, że zaczyna się rumienić, Mary w pośpiechu odwróciła się na tyle, by ukryć twarz. Z ulgą przyjęła to, że włosy opadły jej na policzki, choć częściowo zasłaniając rumieńce.

Niech to szlag… Niech to…, zaczęła powtarzać w myślach niczym mantrę. Serce podeszło jej aż do gardła, nienaturalnie szybko tłukąc się w piersi. Nasłuchiwała, niemalże spodziewając się, że Carlos przy pierwszej okazji się oddali, ale on nie ruszył się z miejsca. Dziewczyna nie miała wątpliwości co do tego, że ją obserwował.

Przełknęła z trudem. Chciała coś powiedzieć, ale pustka w głowie w niemalże bolesny sposób dała się jej we znaki. Nic nie wydawało się właściwe, choć przecież powinna wiedzieć. Była mu winna chociaż tyle, nawet jeśli przy ostatnim spotkaniu wcale nie wyglądał na chętnego, żeby słuchać.

Kątem oka spojrzała na Carlosa, by przekonać się, że jak najbardziej ją obserwował. Co prawda nie tak ostentacyjnie, jak początkowo zakładała, ale jednak. Skrzyżował ramiona na piersi i oparł się o regał, sprawiając wrażenie rozluźnionego i obojętnego, ale Mary momentalnie zorientowała się, że to wyłącznie poza. Może w normalnym wypadku tyle wystarczyłoby, żeby uznała, że zachowywał się niewiele lepiej niż zazwyczaj, ale w tamtej chwili… coś w jego postawie momentalnie ją zmartwiło.

To mogło być cokolwiek. Może fakt, że była mu coś winna. Albo świadomość, że Carlos naprawdę stał się człowiekiem, ale…

– Czemu się tak na mnie patrzysz? – zniecierpliwił się. – Podziękuj, nie wchodź tam więcej i będzie po problemie.

– Dziękuję – zreflektowała się natychmiast.

Gdyby do tego wszystkiego to faktycznie okazało się takie proste! Tym razem bez wahania zmierzyła mężczyznę wzrokiem, jedynie utwierdzając się w przekonaniu, że wyglądał marnie. Nie miała okazji przyjrzeć się mu podczas rozmowy, zwłaszcza w towarzystwie wszystkich innych, zresztą wtedy wiele wniosków mogła usprawiedliwić oświetleniem albo ogólnym zamieszaniem, ale…

Och, obserwując Carlosa w tamtej chwili, mogła z czystym sumieniem stwierdzić, że wyglądał na wykończonego. Uderzyła ją jego bladość, może i właściwa w przypadku istoty nieśmiertelnej, ale nie kogoś, kto pozostawał żywy. Ta jedna kwestia wciąż do niej nie docierała, zresztą wątpiła, by Sorenti ucieszył się, gdyby zapytała wprost. Tak czy inaczej, Mary bez trudu wychwyciła różnicę. Jakby tego było mało, w tym nowym Carlosie doszukała się czego, co z miejsca sprawiło, że zapragnęła mu pomóc.

Nie miała pewności, co uderzyło ją bardziej – jego nagła kruchość, ta fałszywa obojętność czy wrażenie, że wyglądał na wykończonego. Cienie pod oczami wydawały się mówić same za siebie. Mogła tylko zgadywać, czy choć na moment położył się po tym, jak wylądowali w tym miejscu. O innych kwestiach nie wspominając. Co prawda już nie spoglądał na nią tak dziwnie jak na początku, a tym bardziej nie rzucał się w szale na prawo i lewo, ale to wcale nie czyniło sytuacji łatwiejszej.

Musiała z nim porozmawiać. To nic, że nie miała pojęcia jak.

– Więc… – Nerwowo odchrząknęła. Chcąc zyskać na czasie, wymownie powiodła wzrokiem dookoła. – Zaszyłeś się w bibliotece?

– Zaszyłem się tam, gdzie miało być spokojnie. Najwyraźniej nie wyszło – żachnął się Carlos.

Tym razem zabrzmiał bardziej jak on. Mary wyprostowała się, również próbując zachowywać się naturalnie. Miała wrażenie, że oboje tego potrzebowali.

– Zgubiłam się – przyznała zgodnie z prawdą. – A to miejsce… Chyba nie wiem, co o tym myśleć – dodała, śledząc wzrokiem po jednej z półek, tym razem ulokowanej na bardziej dogodnej wysokości.

– To taki mały kącik, w którym zwykle urzęduje Noel – odparł bez większego zainteresowania Carlos. – Zwykle tu nie przychodzę, ale tym razem miałem swoje powody.

Mary uniosła brwi.

– Szukasz czegoś konkretnego?

– Nie zapędzaj się. Wiem, że z księżniczką wylądowałyście na dziennikarstwie, ale przy tobie zaczynam czuć się jak na komisariacie – sarknął, bez pośpiechu ruszając w głąb sali.

Parsknęła, przez moment niedowierzając. Okej, to zdecydowanie zabrzmiało jak Carlos, którego widywała na co dzień. Co prawda wciąż żałowała go na tyle, by nie próbować zdzielić go po głowie, ale…

– Tylko pytam – obruszyła się, ruszając w ślad za nim. – A to nie jest żadna odpowiedź. Chciałam zaproponować pomoc, ale skoro tak…

– Łapanie cię, kiedy spadasz z drabiny, nie przyspieszy poszukiwań – odparł ze spokojem.

Uderzyła go w ramię. Nie mogła powstrzymać się przed taką reakcją, dobrze wiedząc, że próbował ją sprowokować. Cóż, udało jej się.

Spodziewała się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że odskoczy od niej jak oparzony. Spojrzała na niego zaskoczona. Widziała, że się spiął, a kiedy do tego wszystkiego zaczął energicznie pocierać ramię…

– Nie mów, że to cię zabolało – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język.

Możliwe, że ją poniosło. Jasne, że tak, zwłaszcza że przy wampirze mogła pozwolić sobie na więcej. Zdążyła przywyknąć do myśli, że Carlos rozniósłby ją na kawałeczki, gdyby tylko spróbowała faktycznie go zaatakować. Och, no i kilka razy słyszała, że ma dość sporo siły, ale…

Och, szlag.

Nie mogłaby go skrzywdzić. Nie w ten sposób, ale coś w reakcji mężczyzny momentalnie dało jej do myślenia. Zaplotła dłonie za plecami, próbując powstrzymać się od zbędnych reakcji. Nie chciała dać mu do zrozumienia, że cokolwiek było nie tak, nawet jeśli jeden rzut oka na Carlosa wystarczył, żeby pojąć, że szło jej to marnie. To, co powiedziała, nie pomagało.

– Oczywiście, że ja nie… – Urwał. W niemalże gniewny sposób potrząsnął głową. – Nieważne.

Tym razem musiała się wysilić, by dogonić go, zanim zdążyłby ruszyć ku wyjściu. Nie miała ochoty biegać za nim po ciemnych korytarzach, zwłaszcza w miejscu, które równie dobrze mogłoby okazać się jakimś śmiertelnym labiryntem. W końcu kto tam wiedział, czego spodziewać się po upadłych aniołach…

– Hej, przepraszam – zreflektowała się, zastępując Carlosowi drogę. – Ja tylko… Nie miałam na myśli, że… – zaczęła raz jeszcze, ale znalezienie właściwych słów nagle zaczęło graniczyć z cudem.

Przez twarz Carlosa przemknął cień.

– Możesz przestać robić to, co właśnie robisz? – westchnął, ku jej jeszcze silniejszej irytacji.

– To znaczy co?

– Użalać się. Kto jak to, ale ciebie stać na więcej – ocenił i raz jeszcze spróbował ją wyminąć.

– Porozmawiaj ze mną – zasugerowała, nie zamierzając odpuść.

Chciała tego. Nie tylko dlatego, że była mu cokolwiek winna. Może nie znała się na nieśmiertelnych i ich psychice, ale mogła z czystym sumieniem stwierdzić, że sama tego potrzebowała, kiedy… Cóż, cudem uszła z życiem. Nie wierzyła, że Carlos czuł się dobrze, za jedyną perspektywę mając przesiadywanie w miejscu, które jak żadne inne sprzyjało myśleniu.

Poczuła się dziwnie, ledwo tylko ich spojrzenia się spotkały. Stali zdecydowanie zbyt blisko, ale to wydawało się właściwe. Nie zamierzała go wypuścić, nawet jeśli rozsądek podpowiadał jej, że wciąż była na przegranej pozycji. Carlos mógł być słabszy niż dotychczas, ale jakoś nie wątpiła, że po latach doświadczenia z łatwością mógłby pogruchotać jej kości.

Trudno. Możliwe, że sobie na to zasłużyła. Dokładnie jak i on na towarzystwo kogoś równie uciążliwego, co i on na co dzień.

Spojrzała mu w oczy. Jeszcze zanim się odezwał, poznała, że choć na moment udało jej się postawić na swoim.

No i jest. Ech, tyle czekałam na Mary i Carlosa, że kiedy przyszło co do czego, nie mogłam dokończyć tego rozdziału. Ale – jak to się mówi – lepiej późno niż wcale, więc z czystym sumieniem oddaję wam tę część. Wesołych świąt, kochani! :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz