Leżała na łóżku, chociaż
nie była senna. Może zmęczona, ale nic ponadto. Pobudzenie sprawiało,
że Mary i tak nie wyobrażała sobie zamknięcia oczu.
Dłonią nie po raz
pierwszy potarła gardło. Pod opuszkami czuła gładką skórę, a jednak
wciąż miała wątpliwości. Co prawda rozmowa z Michaelem pomogła, choć
częściowo pozwalając dziewczynie zapomnieć o wszystkim, co się stało,
a jednak kiedy została w pokoju sama…
Zacisnęła
palce. Pozwoliła, by ręką bezwładnie opadła wzdłuż jej ciała. Wzrok
wbiła w sufit, choć wcześniej już wpatrywała się w jeden punkt
przez tyle czasu, że zdążyła nauczyć się na pamięć każdego pęknięcia.
Była żywa.
Dzięki Carlosowi, który…
Niech
cię szlag.
Poderwała się
do siadu. Poruszając trochę jak w transie, ześlizgnęła się z łóżka
i wyszła wprost na opustoszały korytarz. Wcześniej sądziła, że chce
pobyć sama, ale kiedy przyszło co do czego, wcale nie poczuła się
dzięki temu lepiej. Wręcz przeciwnie – prawda była taka, że Mary potrzebowała
towarzystwa.
Oczywiście,
że chciała porozmawiać z Ali. Usiąść gdzieś, gdzie miałyby spokój i w końcu
wyrzucić z siebie wszystko, co ją dręczyło. Pragnęła zacząć krzyczeć,
płakać, a potem uściskać przyjaciółkę, by raz na zawsze dać jej do zrozumienia,
że całe to szaleństwo nie zmieniało najważniejszego: jako Alyssa czy Ariana,
wciąż pozostawała dla niej ważna. Potrzebowała kogoś, kto zapewniłby, że
wszystko w porządku, nawet jeśli zdrowy rozsądek podsuwał zupełnie inne
wnioski.
Dookoła
panowała cisza. Wszyscy rozeszli się, ledwo tylko ustalili plan działania.
Mary nie potrafiła skupić się na rozmowie, zwłaszcza że ta nawet
jej nie dotyczyła. To, że tutaj była, pozostawało kwestią przypadku. I tak nie miała się przydać
istotom, które ot tak mogłyby ją zabić. Co do tego nie miała
najmniejszych wątpliwości.
Właśnie ta bezczynność
okazała się najgorsza. Czuła, że nawet gdyby spróbowała zobaczyć się
z przyjaciółką, to byłoby najgorszym możliwym momentem. Ali i tak wyglądała
marnie, nie wspominając o tym, że przy pierwszej okazji zniknęła
gdzieś z tym mężczyzną. Mary nawet nie miała pewności, gdzie powinna
jej szukać.
Z drugiej
strony, nikt nie wspominał, że powinna siedzieć w pokoju. Idąc
opustoszałym korytarzem, Mary pomyślała, że powinna przynajmniej spróbować
oswoić się z tym miejscem. Na własne życzenie wplątała się
w coś, przed czym nie miała szansy uciec. Skoro tak, nie miała
innego wyboru, jak tylko spróbować się dostosować.
Już raz to zrobiła.
Kiedy Ali przyszła do niej po całych tygodniach, nie będąc w stanie
utrzymać sekretu, Mary została wciągnięta w sam środek czegoś, czego wciąż
nie rozumiała. Przeszła przez to, w pewnym momencie czując się w domu
Sorentich tak swobodnie jak u siebie. Jeśli tak, równie dobrze mogła
dokonać tego po raz drugi.
To tylko obca,
zamknięta twierdza cholera wie gdzie… Co może pójść nie tak?
Wywróciła
oczami. Przecież dobrze znała odpowiedź.
Z drugiej
strony, Noel i Megan wydawali się całkiem mili. Nikt nie patrzył
na nią jak na obiad, co jak najbardziej Mary odpowiadało.
Przynajmniej na dobry początek musiało wystarczyć.
Rozpoznała
drogę do salonu, w którym zebrali się ostatnim razem. Ogień w kominku
wciąż wesoło płonął, rzucając dookoła przyjemnie ciepłą aurę. Przez chwilę
miała ochotę podejść bliżej, przysiąść na dywanie i spędzić tak kilka
kolejnych godzin, ale w ostatniej chwili się powstrzymała.
Warunki, które aż krzyczały, że są wstępem do głębszych przemyśleń,
zdecydowanie nie były jej teraz potrzebne.
Chcąc nie chcąc
wycofała się. Ruszyła w przeciwną stronę, choć wcześniej nie miała
okazji sprawdzić tej części budynku. Szła szybko, czujnie widząc wzrokiem na prawo
i lewo, i niemalże spodziewając się, że coś nagle wyskoczy na nią
z ciemności. Nic podobnego nie miało miejsca, ale wyobraźnia
Mary zdawała się działać na najwyższych obrotach.
Jej własne
kroki zabrzmiały zbyt ciężko i głośno. Skrzywiła się, na moment
przystając, by upewnić się, że nikt za nią nie podążał. To wcale
nie tak, że nawet bym nie usłyszała, westchnęła w myślach.
Coś w takiej perspektywie przyprawiło ją o gęsią skórkę. Zacisnęła
dłonie w pięści, przez chwilę znów bliska tego, żeby sięgnąć do gardła.
Musiała
przestać to robić. Tak szybko, jak tylko miało być możliwe.
Wpadanie w paranoje nie było dobrym pomysłem, a jednak…
Przyspieszyła,
z trudem powstrzymując się od biegu. Choć szła korytarzem sama,
nagle zrobiło jej się zimno – i to bynajmniej nie przez wpływ
temperatury.
– Zaczynam
wariować – wymamrotała, z niedowierzaniem potrząsając głową.
Zaczynała
żałować, że wyszła z pokoju. Błąkanie się po domu upadłych,
nieśmiertelnych istot, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem.
Z
powątpiewaniem obejrzała się przez ramię. Mniej więcej pamiętała, którędy
szła, przynajmniej do pewnego momentu. Przy odrobinie szczęścia mogłaby
dojść do salonu i nawet nie zgubić się po drodze.
Wtedy miałaby szansę dostać się do pokoju, choć zdecydowanie nie tęskniła
za łóżkiem i bezczynnym spoglądaniem w sufit.
Czując, że
postępuje coraz bardziej irracjonalne, ruszyła przed siebie. Nie miała
ochoty zawracać. Zresztą kolejny korytarz okazał się inny, gładki i bardziej
surowy. Nie prowadził do kolejnych pokoi, po prostu ciągnąć się
w głąb, aż do przejścia na samym końcu. Wrażenie było takie,
jakby nagle znalazła się w zupełnie innym miejscu, niekoniecznie
stworzonym z myślą o zamieszkujących twierdzę gościach. Brakowało
tylko olbrzymiej tabliczki, która poinformowałaby ją, że w tej chwili
powinna zawrócić.
Wątpię,
by w tym świecie uprzejmie ostrzeżenia wchodziły w grę,
uświadomiła sobie. O tym akurat zdążyła się już przekonać.
Mary
uniosła brwi, widząc dwuskrzydłowe, ciężkie drzwi. Były uchylone i to zachęciło
ją, żeby podejść bliżej.
Tylko
zerknę… To nic złego, prawda?
Zawsze
mogła powiedzieć, że się zgubiła. Oczywiście pod warunkiem, że
ktokolwiek chciałby jej słuchać.
Cholera. Po tym,
co stało się ostatnim razem, powinna być mądrzejsza… Szkoda, że wcale się
taka nie czuła.
Uderzył ją
chłód. Zadrżała, ale nie wycofała się, ostrożnie wślizgując do środka.
Echo własnych królów znów wydało się jej zbyt głośne, ale mimo
wątpliwości ruszyła przed siebie, ostrożnie stawiając stopy. Choć spodziewała się
półmroku, z wnętrza kolejnego korytarza wydobywało się łagodne
światło, które z miejsca skojarzyło się dziewczynie z blaskiem
ognia.
Nie
pomyślała się. Nie tak do końca. Spodziewała się wielu rzeczy,
ale na pewno nie tego, co zastała na samym końcu przejścia.
Poruszając się trochę jak w transie, podeszła bliżej, aż zatrzymała
ją masywna, drewniana balustrada. Stała na czymś, co na pierwszy rzut
oka wyglądało jak balkon, choć ten z jakiegoś powodu wcale nie znajdował się
na zewnątrz. Kątem oka zauważyła biegnące w dół schody, a kiedy
rozejrzała się dookoła, przekonała się, że stopnie znajdowały się po obu
stronach. Zakręcając łagodnie, prowadziły wprost do okazałej, bogato
zdobionej sali, która w całości zdawała się składać tylko z jedno:
książek.
Mary
nachyliła się, w równym stopniu oszołomiona, co i zafascynowana. Nie tego się
spodziewała. Co więcej, nigdy nie była osobą, która fascynowałaby
książkami na tyle, by zachwycać się jakąkolwiek biblioteką, ale wobec
czegoś takiego nawet ona nie mogłaby pozostać obojętna.
Powiodła
wzrokiem po wysokich, sięgających aż do sufitu regałach. Przytłaczały
zarówno wysokością, jak i szerokością. Jakby tego było mało, każdy skrawek
wolnej przestrzeni zapełniały grube tomiszcza. Mary potrzebowała zaledwie kilku
sekund, by pojąć, że nie patrzyła na normalny księgozbiór. Nie taki,
który czasami widywała na uczelnianej czytelni, kiedy szukała materiałów
do prac zaliczeniowych.
Te książki
wyglądały inaczej. Z daleka widziała zdobione grzbiety i masywne
okładki. Czuła się jak w starym archiwum, choć pomieszczenie okazało się
zadziwiająco czyste. Ktokolwiek odpowiadał za zgromadzenie tu tych
wszystkich pozycji, bez wątpienia o nie dbał.
Nerwowo
zaciskając palce na poręczy, zrobiła pierwszy krok na schodach. Nie miało
znaczenia, czy zejdzie z prawej, czy z lewej strony – obie
drogi prowadziły do jednego punktu. Dla pewności asekurując się barierką,
ostrożnie ruszyła w dół. W tamtej chwili nie ufała sobie na tyle,
by pozwolić sobie na pośpiechu. Miała zresztą wrażenie, że w tym
miejscu ten byłby niewskazany.
Odetchnęła.
Każdy jej krok wydawał się nienaturalnie wręcz głośny, zresztą jak i pospieszne,
drżące oddechy. Może to obecność upadłych aniołów i wszystkie te wzmianki
o religii, ale Mary poczuła się prawie jak w kościele – w
ten dziwnie wyniosły, onieśmielający sposób. Kiedy sporadycznie zdarzało
jej się przekraczać próg jakiejkolwiek świątyni, niezmiennie miała
wrażenie, że nie powinna wchodzić za daleko. Że jest intruzem, skoro
tak naprawdę wcale nie miała w zwyczaju zwracać się do bezimiennego
Boga.
Skrzywiła się
na tę myśl. Nerwowym gestem poprawiła włosy, przypominając sobie
niezliczone krzywe spojrzenia, którymi czasami bywała mierzona. Jakby to, że
farbowała się na czarno i nosiła ostrzejszy makijaż oznaczało,
że powinna wylądować w dość konkretnym, oddalonym od bożej łaski
miejscu.
Cóż… Aż
tak bardzo się nie pomylili, pomyślała ponuro. Z drugiej
strony, jeśli tak wyglądało piekło, to chyba nie miała nic
przeciwko.
Powitał ją
miękki dywan. Kiedy w końcu zdołała oderwać wzrok od zapełnionych regałów,
przekonała się, że na samym środku urządzono miejsce wręcz idealne do czytania.
Miękkie fotele zachęcały, by w nich usiąść, a na usytuowanym
na środku stole z powodzeniem można było składować wszystkie niezbędne
pozycje tak, by znajdowały się w zasięgu ręki.
Kiedy
rozejrzała się dokładniej, przekonała się, że do regałów
przytwierdzono sięgające aż do górnych półek drabiny. Zaciekawiona, podeszła
bliżej, by upewnić się, czy mechanizm działał tak, jak podejrzewała.
Jeśli dało się je przesuwać, może nawet stojąc na którymś z kolei
szczeblu…
– Nie może
być – wymamrotała w oszołomieniu.
Czasami widywała
takie w filmach. I, cholera, wciąż wiele by dała, by móc
sprawdzić, jak daleko i szybko można było się na nich poruszać.
Co prawda podejrzewała, że gdyby pozwoliła sobie na próbę w jakiejś
renomowanej bibliotece, ktoś spaliłby ją na stosie, ale tu…
Obejrzała się
przez ramię. Dookoła panowała głucha cisza.
Pokusy i te
sprawy…
Wywróciła
oczami. Czuła się jak zbuntowana nastolatka, przygotowująca się do złamania
zasad – całkowicie niewinnych i nic nieznaczących, ale jednak. Nie powstrzymała się
od uśmiechu, kiedy zdecydowała się wyciągnąć rękę ku drabince. Z lekkością
wspięła się do połowy wysokości, raz po raz powtarzając sobie,
że nie powinna patrzeć w dół. To nic, że czekał ją co najwyżej
upadek na miękki dywan.
Przytrzymując się
regału, powiodła wzrokiem po półce, która nagle znalazła się na wysokości
jej oczu. Uniosła brwi, kiedy odkryła, że większość książek i tak nie miała
tytułów na grzbietach. Inne brzmiały obco, choć po chwili zastanowienia
utożsamiła niektóre słowa z… religią. Może to był przypadek, zwłaszcza
patrząc na rozmiary zbiorów, ale i tak wzbudziło w Mary
wątpliwości. Te wszystkie pisma dotyczyły Boga i Lucyfera? Aniołów i istot
takich jak Alyssa…?
I co
jeszcze? Testament w oryginale i z autografem najwyższego?
Tyle że
wcale nie było jej do śmiechu.
Powstrzymała
pragnienie, by raz jeszcze potrzeć szyję. Po tym, co się stało,
nie potrafiła żartować. Nie z czegoś takiego.
W pośpiechu
odgoniła od siebie niechciane myśli. Nie po to tutaj przyszła.
Nie żeby w ogóle miała jakikolwiek cel, ale to pozostawało
sprawą drugorzędną.
Ostrożnie
balansując na drabinie, spróbowała przesunąć ją na bok. Spodziewała się
oporu, sama niepewna, ile tak naprawdę liczyły sobie biblioteka i mechanizmy,
jednak nic podobnego nie miało miejsca. Wręcz przeciwnie – prowadnice
zareagowały momentalnie, przesuwając całość tak gwałtownie, że Mary aż się
zatoczyła.
Chyba krzyknęła.
Nie zarejestrowała tego, świadoma wyłącznie jednego: tego, że nagle
straciła równowagę. Chciała chwycić się regału, ale jej dłonie
natrafiły na pustkę.
Gdzieś
jakby z oddali doszedł ją zdławiony jęk. Zacisnęła powieki, podświadomie
oczekując bólu i uderzenia, ale…
– W ten sposób
zamieszasz szanować to, co zrobiłem?
Poczuła się
tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie.
Natychmiast otworzyła oczy, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że wciąż
tkwiła na drabinie. Pospiesznie wyprostowała się, zaciskając palce na brzegach
regału. Czuła ciepłe dłonie, które nie wiadomo kiedy wylądowały na jej biodrach.
Carlos
westchnął i – nie czekając na jakąkolwiek reakcję – bez większego
problemu ściągnął ją na dół. Poczuła się pewniej, kiedy pod stopami
wyczuła stabilne podłoże.
Nie miała
pewności, które z nich odsunęło się szybciej.
– C-co ty tu…?
– wykrztusiła, jednak mężczyzna nie dał jej okazji, żeby dokończyć.
– Mógłbym
pytać o to samo.
Tyle
wystarczyło, żeby zamknąć jej usta. Czując, że zaczyna się rumienić, Mary
w pośpiechu odwróciła się na tyle, by ukryć twarz. Z ulgą
przyjęła to, że włosy opadły jej na policzki, choć częściowo zasłaniając
rumieńce.
Niech to szlag…
Niech to…, zaczęła powtarzać w myślach niczym mantrę. Serce
podeszło jej aż do gardła, nienaturalnie szybko tłukąc się w piersi.
Nasłuchiwała, niemalże spodziewając się, że Carlos przy pierwszej okazji się
oddali, ale on nie ruszył się z miejsca. Dziewczyna nie miała
wątpliwości co do tego, że ją obserwował.
Przełknęła
z trudem. Chciała coś powiedzieć, ale pustka w głowie w niemalże
bolesny sposób dała się jej we znaki. Nic nie wydawało się właściwe,
choć przecież powinna wiedzieć. Była mu winna chociaż tyle, nawet jeśli przy
ostatnim spotkaniu wcale nie wyglądał na chętnego, żeby słuchać.
Kątem oka
spojrzała na Carlosa, by przekonać się, że jak najbardziej ją
obserwował. Co prawda nie tak ostentacyjnie, jak początkowo zakładała, ale jednak.
Skrzyżował ramiona na piersi i oparł się o regał, sprawiając
wrażenie rozluźnionego i obojętnego, ale Mary momentalnie
zorientowała się, że to wyłącznie poza. Może w normalnym wypadku tyle
wystarczyłoby, żeby uznała, że zachowywał się niewiele lepiej niż
zazwyczaj, ale w tamtej chwili… coś w jego postawie momentalnie
ją zmartwiło.
To mogło
być cokolwiek. Może fakt, że była mu coś winna. Albo świadomość, że Carlos
naprawdę stał się człowiekiem, ale…
– Czemu się
tak na mnie patrzysz? – zniecierpliwił się. – Podziękuj, nie wchodź
tam więcej i będzie po problemie.
– Dziękuję –
zreflektowała się natychmiast.
Gdyby do tego
wszystkiego to faktycznie okazało się takie proste! Tym razem bez wahania
zmierzyła mężczyznę wzrokiem, jedynie utwierdzając się w przekonaniu,
że wyglądał marnie. Nie miała okazji przyjrzeć się mu podczas rozmowy,
zwłaszcza w towarzystwie wszystkich innych, zresztą wtedy wiele wniosków
mogła usprawiedliwić oświetleniem albo ogólnym zamieszaniem, ale…
Och, obserwując
Carlosa w tamtej chwili, mogła z czystym sumieniem stwierdzić, że
wyglądał na wykończonego. Uderzyła ją jego bladość, może i właściwa
w przypadku istoty nieśmiertelnej, ale nie kogoś, kto pozostawał
żywy. Ta jedna kwestia wciąż do niej nie docierała, zresztą
wątpiła, by Sorenti ucieszył się, gdyby zapytała wprost. Tak czy inaczej,
Mary bez trudu wychwyciła różnicę. Jakby tego było mało, w tym nowym
Carlosie doszukała się czego, co z miejsca sprawiło, że zapragnęła mu
pomóc.
Nie miała
pewności, co uderzyło ją bardziej – jego nagła kruchość, ta fałszywa
obojętność czy wrażenie, że wyglądał na wykończonego. Cienie pod oczami
wydawały się mówić same za siebie. Mogła tylko zgadywać, czy choć
na moment położył się po tym, jak wylądowali w tym miejscu.
O innych kwestiach nie wspominając. Co prawda już nie spoglądał
na nią tak dziwnie jak na początku, a tym bardziej nie rzucał się
w szale na prawo i lewo, ale to wcale nie czyniło
sytuacji łatwiejszej.
Musiała z nim
porozmawiać. To nic, że nie miała pojęcia jak.
– Więc… –
Nerwowo odchrząknęła. Chcąc zyskać na czasie, wymownie powiodła wzrokiem
dookoła. – Zaszyłeś się w bibliotece?
– Zaszyłem się
tam, gdzie miało być spokojnie. Najwyraźniej nie wyszło – żachnął się
Carlos.
Tym razem
zabrzmiał bardziej jak on. Mary wyprostowała się, również próbując zachowywać się
naturalnie. Miała wrażenie, że oboje tego potrzebowali.
– Zgubiłam się
– przyznała zgodnie z prawdą. – A to miejsce… Chyba nie wiem, co
o tym myśleć – dodała, śledząc wzrokiem po jednej z półek, tym razem
ulokowanej na bardziej dogodnej wysokości.
– To taki mały
kącik, w którym zwykle urzęduje Noel – odparł bez większego
zainteresowania Carlos. – Zwykle tu nie przychodzę, ale tym razem miałem
swoje powody.
Mary
uniosła brwi.
– Szukasz
czegoś konkretnego?
– Nie zapędzaj
się. Wiem, że z księżniczką wylądowałyście na dziennikarstwie, ale przy
tobie zaczynam czuć się jak na komisariacie – sarknął, bez pośpiechu
ruszając w głąb sali.
Parsknęła,
przez moment niedowierzając. Okej, to zdecydowanie zabrzmiało jak Carlos,
którego widywała na co dzień. Co prawda wciąż żałowała go na tyle, by nie próbować
zdzielić go po głowie, ale…
– Tylko pytam
– obruszyła się, ruszając w ślad za nim. – A to nie jest żadna
odpowiedź. Chciałam zaproponować pomoc, ale skoro tak…
– Łapanie
cię, kiedy spadasz z drabiny, nie przyspieszy poszukiwań – odparł ze
spokojem.
Uderzyła go
w ramię. Nie mogła powstrzymać się przed taką reakcją, dobrze
wiedząc, że próbował ją sprowokować. Cóż, udało jej się.
Spodziewała się
wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że odskoczy od niej
jak oparzony. Spojrzała na niego zaskoczona. Widziała, że się spiął,
a kiedy do tego wszystkiego zaczął energicznie pocierać ramię…
– Nie mów,
że to cię zabolało – wypaliła, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Możliwe, że
ją poniosło. Jasne, że tak, zwłaszcza że przy wampirze mogła pozwolić sobie na więcej.
Zdążyła przywyknąć do myśli, że Carlos rozniósłby ją na kawałeczki,
gdyby tylko spróbowała faktycznie go zaatakować. Och, no i kilka
razy słyszała, że ma dość sporo siły, ale…
Och,
szlag.
Nie mogłaby
go skrzywdzić. Nie w ten sposób, ale coś w reakcji
mężczyzny momentalnie dało jej do myślenia. Zaplotła dłonie za plecami,
próbując powstrzymać się od zbędnych reakcji. Nie chciała dać mu
do zrozumienia, że cokolwiek było nie tak, nawet jeśli jeden rzut oka
na Carlosa wystarczył, żeby pojąć, że szło jej to marnie. To, co
powiedziała, nie pomagało.
–
Oczywiście, że ja nie… – Urwał. W niemalże gniewny sposób potrząsnął
głową. – Nieważne.
Tym razem musiała się
wysilić, by dogonić go, zanim zdążyłby ruszyć ku wyjściu. Nie miała
ochoty biegać za nim po ciemnych korytarzach, zwłaszcza w miejscu,
które równie dobrze mogłoby okazać się jakimś śmiertelnym labiryntem. W końcu
kto tam wiedział, czego spodziewać się po upadłych aniołach…
– Hej,
przepraszam – zreflektowała się, zastępując Carlosowi drogę. – Ja tylko…
Nie miałam na myśli, że… – zaczęła raz jeszcze, ale znalezienie
właściwych słów nagle zaczęło graniczyć z cudem.
Przez twarz
Carlosa przemknął cień.
– Możesz
przestać robić to, co właśnie robisz? – westchnął, ku jej jeszcze
silniejszej irytacji.
– To znaczy
co?
– Użalać
się. Kto jak to, ale ciebie stać na więcej – ocenił i raz jeszcze
spróbował ją wyminąć.
–
Porozmawiaj ze mną – zasugerowała, nie zamierzając odpuść.
Chciała
tego. Nie tylko dlatego, że była mu cokolwiek winna. Może nie znała się
na nieśmiertelnych i ich psychice, ale mogła z czystym
sumieniem stwierdzić, że sama tego potrzebowała, kiedy… Cóż, cudem uszła z życiem.
Nie wierzyła, że Carlos czuł się dobrze, za jedyną perspektywę
mając przesiadywanie w miejscu, które jak żadne inne sprzyjało myśleniu.
Poczuła się
dziwnie, ledwo tylko ich spojrzenia się spotkały. Stali zdecydowanie
zbyt blisko, ale to wydawało się właściwe. Nie zamierzała go
wypuścić, nawet jeśli rozsądek podpowiadał jej, że wciąż była na przegranej
pozycji. Carlos mógł być słabszy niż dotychczas, ale jakoś nie wątpiła,
że po latach doświadczenia z łatwością mógłby pogruchotać jej kości.
Trudno. Możliwe,
że sobie na to zasłużyła. Dokładnie jak i on na towarzystwo kogoś
równie uciążliwego, co i on na co dzień.
Spojrzała
mu w oczy. Jeszcze zanim się odezwał, poznała, że choć na moment
udało jej się postawić na swoim.
No i jest. Ech, tyle czekałam na Mary i Carlosa, że kiedy przyszło co do czego, nie mogłam dokończyć tego rozdziału. Ale – jak to się mówi – lepiej późno niż wcale, więc z czystym sumieniem oddaję wam tę część. Wesołych świąt, kochani! :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz