06 stycznia 2022

Rozdział XIV

Mary

– Hm… A o czym chcesz rozmawiać?

Powstrzymała cisnące jej się na usta przekleństwo. Pytał poważnie? Spiorunowała go wzrokiem w nadziei, że dzięki temu pojmie, że zdecydowanie nie miała ochoty na żarty. Co prawda podejrzewała, że traci czas – w końcu miała przed sobą Carlosa – ale wciąż chciała przynajmniej spróbować.

Nie zaprotestowała, kiedy zwiększył dzielący ich dystans. Odprowadziła go wzrokiem, gdy zwrócił się do niej plecami, zaplatając ramiona na piersi.

– Powinnam podziękować ci za coś innego – powiedziała w końcu, decydując się postawić sprawę jasno. Nie zareagował, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Mimo wszystko wychwyciła moment, w którym nieznacznie spiął się w odpowiedzi na jej słowa. – Carlos…

– Słyszałem.

Skrzywiła się. Jego głos zabrzmiał oschle, nieznośnie obojętnie. Mogła się tego spodziewać, ale i tak zapragnęła go uderzyć – tym razem z premedytacją, zwłaszcza że w końcu mógł to poczuć.

– I tyle? – Energicznie potrząsnęła głową. Zwiesiła ramiona, bezwiednie zaciskając dłonie w pieści. – Mieliśmy rozmawiać. Ja…

– Ty chciałaś rozmawiać – przypomniał usłużnie. – Wciąż mam rzeczy do zrobienia. Żyjesz i tego się trzymajmy, jasne?

– Czemu? – wyrwało jej się.

Musiał wyczuć, o co pytała. Mimo wszystko nie doczekała się odpowiedzi, kolejny raz mając wrażenie, że zderzyła się ze ścianą. Z równym powodzeniem mogłaby próbować dyskutować z pobliską ścianą. Kto wie, może świadomość, że wtedy przemawiałaby do zimnego kamienia, który nie miał prawa jej odpowiedzieć, okazałaby się bardziej kojąca niż bijący od tego mężczyzny chłód.

Nie rozumiała. To, co zrobił, na dodatek dla niej… Była gotowa przysiąc, że nie miał pojęcia. Rzucił się ją ratować, choć wcale nie musiał. Nie, skoro pozostawała co najwyżej marnym, irytującym człowiekiem, którego musiał znosić przez wzgląd na Alyssę. Mary aż za dobrze pamiętała ich pierwsze spotkanie i to, że niewiele brakowało, by oboje rzucili się sobie do gardeł. I, cholera, wtedy wcale nie przeszkadzało jej to, że nawet nie miała kłów ani nadludzkiej siły.

Kłócimy się cały czas… No, poza tym jednym razem, kiedy tańczyliśmy.

Mimowolnie zadrżała na to wspomnienie. Pamiętała jego bliskość, harmonijne ruchy i to jak bezpieczna się czuła, kiedy prowadził ją w tańcu. Nie wątpiła, że robił to wielokrotnie wcześniej – sugestie Michaela były jednoznaczne. Dla kogoś, kto miał takie doświadczenie, owinięcie sobie wokół palca nawet mniej wprawionej partnerki musiało być równie proste, co i oddychanie, a jednak…

Cisza okazała się gorsza niż cokolwiek innego. Z niedowierzaniem spojrzała w ślad za Carlosem, szybko pojmując, że ten najwyraźniej miał w planach ją ignorować. Kiedy bez słowa rozsiadł się w jednym z foteli i zaczął przerzucać zgarniętą ze stosu na stoliku książkę, nie miała już żadnych wątpliwości. Coraz bardziej sfrustrowana, potrząsnęła głową. Stanęła tuż przed nim, zakładając ramiona na piersi i czekając aż jednak na nią spojrzy, ale najwyraźniej nie miała na co liczyć.

Świetnie. Jak sobie chcesz, pomyślała z przekąsem. Skoro chciał zachowywać się jak dziecko…

Odwróciła się. Zaraz po tym, nie zaszczyciwszy Sorentiego nawet spojrzeniem, odmaszerowała w stronę schodów. Nie miała ochoty wracać do pokoju, ale dalsze tkwienie w bibliotece i tak nie miało sensu. Zmusiła się do tego, by się nie odwracać, choć jakaś jej cząstka miała ochotę chociaż się upewnić, czy mężczyzna naprawdę zamierzał pozwolić, żeby wyszła. Nie żeby w ogóle oczekiwała po nim czegoś innego.

– Spróbuj się nie zgubić. Spędzę tu pewnie jeszcze przynajmniej kilka godzin, więc nie będę cię szukać – doszedł ją spokojny głos Carlosa.

Powstrzymała się przed pokazaniem mu środkowego palca. Nie żeby to w ogóle miało zrobić na nim wrażenie.

Ludzki czy nie, najwyraźniej wcale aż tak bardzo się nie zmienił. Na pewno wciąż potrafił wytrącić ją z równowagi, zwłaszcza wtedy, gdy próbowała mu pomóc. Tyle wystarczyło, by wyrzuty sumienia zniknęły – przynajmniej na chwilę, ale musiało wystarczyć.

Co w ogóle strzeliło jej do głowy, kiedy…?

Właśnie wtedy rozdzwonił się jej telefon. Mary przystanęła w połowie schodów, dla pewności chwytając się poręczy. Sama nie była pewna, co zaskoczyło ją bardziej: to, że wciąż miała przy sobie telefon, czy może fakt, że jakimś cudem nie straciła zasięgu. Sam dzwonek okazał się o wiele głośniejszy, wzmocniony echem panującym w okrągłej, wypełnionej książkami sali.

Gdzieś za plecami usłyszała mruknięcie, ale nawet nie spojrzała na Carlosa. Jeśli mu przeszkadzała, tym lepiej.

Natychmiast wyjęła telefon. Jeden rzut oka na wyświetlacz wystarczył, by serce podeszło jej aż do gardła. Rozpoznała ten numer. Oczywiście, że tak, ale…

Z bijącym sercem, zmusiła się do tego, żeby odebrać.

– Tak?

– Pani DeLuca? – usłyszała dziwnie zniekształcony, kobiecy głos. Wydawał się dochodzić jakby z oddali, ale przynajmniej wciąż mogła zrozumieć słowa. – Czy może pani rozmawiać? Dzwonię z polecenia doktor Goldberg. Próbowała kontaktować się osobiście, ale nie mogła pani złapać.

Ucisk w gardle przybrał na sile. Serce zabiło mocniej, coraz bardzo rozpaczliwie trzepocząc się w piersi. Mary mocniej chwyciła telefon, dla pewności przesuwając się bliżej ściany. Poruszała się ostrożnie, bardzo niepewnie, bojąc się, że połączenie zostanie zerwane.

A może nie? Może w jakimś stopniu tego chciała, zwłaszcza że ta kobieta…

– Jest pani tam? – odezwała się ponownie kobieta.

Mary przełknęła z trudem, próbując oczyścić gardło.

– P-przepraszam – zreflektowała się. Zaklęła w duchu, kiedy głos jednak wymknął jej się spod kontroli, wyraźnie drżąc. – Musiałam pilnie wyjechać. Nie ma mnie w Seattle.

Po drugiej stronie przez moment panowała ciężka, wymowna cisza.

– To bardzo niedobrze – przyznała w końcu rozmówczyni. – Nie chcę zadawać osobistych pytań ani naciskać, ale jeśli bym mogła… Kiedy możemy się pani spodziewać? Lepiej byłoby nie prowadzić tej rozmowy przez telefon – wyjaśniła kobieta, ostrożnie dobierając słowa.

Brzmiała tak dziwnie. Nienaturalnie spokojnie, profesjonalnie. Kojarzyła się Mary ze sztucznością i chłodem, które zwykle towarzyszyły długim godzinom spędzonym na plastikowych krzesełkach, ustawionych w szpitalnych korytarzach. To była jedna z tych rzeczy, których dziewczyna szczerze nienawidziła.

Coś było nie tak. Chciała wierzyć, że wrażenie to potęgował zanikający zasięg, odbijający się na jakości połączenia, ale…

– To naprawdę… bardzo zły moment – szepnęła Mary, przekładając telefon z jednej dłoni do drugiej. Palce miała wilgotne i zimne, zbyt zesztywniałe, by odpowiednio zacieśnić uścisku. – Mogłabym rozmawiać z doktor Goldberg? – dodała pospiesznie.

Potrzebowała kogoś, kogo znała. Clara może i nie należała do najdelikatniejszych osób na świecie, ale właśnie za to Mary ją ceniła. Nie chciała nadmiernych uprzejmości i tego chłodnego profesjonalizmu. Głosu, który przez telefon unikałby zdradzania jakichkolwiek emocji. I chociaż przerażało ją, co mógł oznaczać ten telefon, niepewność pod każdym możliwym względem zostawała dużo gorsza.

To nic… Nic. Po prostu dawno się nie odzywałam, pomyślała w rozgorączkowaniu. Miała ochotę niespokojnie krążyć, a jednak nie była w stanie ruszyć się z miejsca – i to bynajmniej nie dlatego, by przypadkiem nie zerwać połączenia. O wiele bardziej Mary obawiała się, że nogi jednak odmówią jej posłuszeństwa. Tyle się działo…

Potrząsnęła głową. Odrzucenie od siebie niechcianych myśli okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłaby sobie tego życzyć. Nie, kiedy nadmiar wątpliwości plątał się w jej głowie, dodatkowo podsycony przez paraliżujący strach.

Nic a nic…

Ale sama w to nie wierzyła.

Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim kobieta odezwała się ponownie. Mary zdążyła już nawet pomyśleć, że przypadkiem jednak się rozłączyła.

– Pani doktor jest u pacjenta – wyjaśniła. Po zmianie w jej tonie dziewczyna poznała, że kobieta najwyraźniej była w ruchu. – Mogę sprawdzić, czy znajdzie chwilę, ale…

– Bardzo proszę! – wyszeptała rozgorączkowanym tonem Mary.

Czekanie doprowadzało ją do szału. W napięciu odliczała kolejne sekundy, wciąż podenerwowana. Gdyby mogła, natychmiast przeniosłaby się do Seattle, choć to naturalnie nie wchodziło w grę. Jasne, mogła spróbować popytać, ale szczerze wątpiła, by Megan albo Noel – nieważne jak uprzejmi i pomocni – rzucili wszystko tylko po to, żeby mogła pozałatwiać prywatne sprawy.

Wyczuła ruch, ale i tak aż się wzdrygnęła. Poderwała głowę, by spojrzeć wprost w ciemne oczy Carlosa. Nie zauważyła, kiedy znalazł się tuż obok – wciąż milczący, poważny i… na swój sposób poruszony. Podchwyciła jego pytające spojrzenie, ale zignorowała je. Cóż, przynajmniej próbowała.

W słuchawce znów rozbrzmiał kobiecy głos – tym razem inny, aż nazbyt znajomy. Dziewczyna natychmiast się wyprostowała.

– Mary… – Clara brzmiała przede wszystkim na zmęczoną. – W końcu. Pewnie już wiesz, że próbowałam się z tobą skontaktować.

– O co chodzi? – rzuciła naglącym tonem.

Z nią nie musiała bawić się w zbędne uprzejmości. Znały się zbyt długo, właściwie odkąd Mary sięgała pamięcią. To była znajomość, której nigdy by nie zawarła, gdyby nie przewrotność losu. Cholerne godziny przesiadywania na korytarzu, nim ostatecznie straciła cierpliwość i zrobiła jedyne, co w całym tym napięciu wydawało się słuszne: zaczęła uciekać. Zrzucenie wszystkiego na nadmiar obowiązków, pracę i studia zawsze brzmiało jak najwygodniejsza wymówka na świecie.

Stojąc z telefonem ręku pośród tych wszystkich książek, z daleka od domu i w jakimś obcym, pełnym cieni miejscu, Mary nagle zwątpiła we wszystko, co robiła. Wtedy sądziła, że największym problemem pozostawała właśnie mama. Powtarzała sobie, że przecież ma wszystko pod kontrolą i wcale nie traci czasu. Że w zupełności wystarczy, że jedynie raz na jakiś czas pojawi się w szpitalu, zamiast wysiadywać na tym cholernym krzesełku i…

Miała czas, prawda? To nic, że w oczach niektórych musiała być wyrodną córką. To wszystko nie miało znaczenia.

– Mary…

Tym razem doktor Goldberg zabrzmiał zupełnie inaczej. Nie przypominała sobie, by kiedykolwiek ta kobieta zwracała się do niej tak łagodnie. To do niej nie pasowało. Nie do zdecydowanej babki, do której przyzwyczaiła się Mary. A może to po prostu to dziwne echo, spowodowane przez słaby zasięg. Albo Clara była wyjątkowo zmęczona – i nic ponadto.

Nic ponadto…

– Próbowałam się z tobą skontaktować. Dawno cię nie było, a twoja mama… – Kobieta urwała. To też zwykle jej się nie zdarzało. Jeśli byłaby o coś zła, jasno dałaby to do zrozumienia i to nawet na odległość. – Kochanie, posłuchaj…

– Powiedz to po prostu – jęknęła Mary. – Nie zwracasz się tak do mnie. Nigdy tego nie robiłaś, więc… – Potrząsnęła głową, choć Clara przecież nie mogła tego zobaczyć. – Powiedz mi – powtórzyła z naciskiem.

Ale wcale nie chciała wiedzieć. Nie to.

Po drugiej stronie zapanowała wymowna, długa cisza. Mary czekała, boleśnie świadoma własnego przyspieszonego oddechu i kołaczącego się w piersi serca.

– W porządku. Gdybyś tylko odebrała telefon godzinę wcześniej… – westchnęła Clara. A potem w końcu wcięła się w garść i dodała: – Odeszła kwadrans temu.

Nawet jeśli mówiła coś jeszcze, Mary już tego nie słyszała. Telefon wyślizgnął jej się z ręki, lądując na kamiennych stopniach. Stoczył się po nich z głośnym pacnięciem, ale to już nie miało znaczenia. To, że w najlepszym przypadku musiała zainwestować w nową matrycę, o ile nie całą komórkę, tym bardziej.

Ciężko oparła się o ścianę, mając wrażenie, że tylko dzięki niej wciąż utrzymywała się w pionie. Miała wrażenie, że w bibliotece nagle zabrakło powietrza. Z trudem zaczerpnęła tchu, czując się przy tym tak, jakby coś ciężkiego zalegało na jej piersi. Stłumiła jęk, dla pewności przyciskając drżącą dłoń do ust. Obraz na krótką chwilę zamazał się, jednak Mary nie pozwoliła łzom popłynąć. Nie mogła.

– Co do…? Hej! – Tym razem Carlos zdecydował się wtrącić. Spojrzała na niego w roztargnieniu, kiedy znalazł się przed nią. – Co się stało?

– Absolutnie nic – wykrztusiła, samą siebie zaskakując tym, że w ogóle była w stanie cokolwiek wykrzesać. Jej głos zabrzmiał pusto, ale przynajmniej nie drżał. – Już ci nie przeszkadzam. Ja tylko…

Nie pozwolił, by ruszyła się z miejsca. Drgnęła, kiedy jego dłonie nagle znalazły się po obu stronach jej twarzy. Spróbowała go odepchnąć, ale kolejny raz napotkała na opór. Łatwość, z jaką zablokował wszystkie dostępne drogi ucieczki, jedynie bardziej wytrąciła Mary z równowagi.

To ją rozjuszyło. Naprawdę chciał rozmawiać? Gdyby na jego miejscu pojawił się ktokolwiek inny, może mogłaby to docenić. Carlos miał swoją szansę – dopiero co, gdy sama naciskała, by w końcu z nią porozmawiał. Nie otworzył się przed nią, a jednak teraz…

– Odsuń się – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Wracam do pokoju.

– Najpierw powiedz mi, co się stało – przerwał niecierpliwie. – I nie mów, że nic. Jesteś blada jak papier, a dopiero co wyłaś do telefonu – dodał nieznoszącym sprzeciwu tonem.

Zamrugała. Dla pewności otarła dłonią twarz, z zaskoczeniem odkrywając wilgoć na policzkach. Pociągnęła nosem. Musiała się uspokoić, zwłaszcza teraz. Jak długo nie była sama…

Wiedziała jak to działa. Powtarzała ten sam schemat za każdym razem, kiedy lądowała na krawędzi.

Wrócić do pokoju. Zamknąć się w łazience. Stać pod prysznicem tak długo, aż zdołałaby odzyskać kontrolę. Tylko tyle.

Spróbowała odepchnąć ręce Carlosa, ale zyskała jedynie tyle, że chwycił ją za oba nadgarstki. Jak na kogoś, kto wciąż miotał się na prawo i lewo przez utraconą nieśmiertelność, wciąż miał w sobie dość siły. Wystarczająco, by jego obecność zaczynała być problematyczna.

Mierzyli się spojrzeniami. Miała wrażenie, że właśnie toczyli jakiś irytujący, nieformalny pojedynek. Gdyby nie świadomość, że nie miała przed sobą wampira – już nie – mogłaby zacząć go podejrzewać, że próbował mieszać jej w głowie. Och, kto wie? Może wciąż mógł to zrobić i…

– Mary – wymruczał, luzując uścisk wokół jej nadgarstków. Dłonie Carlosa nagle wylądowały na policzkach wciąż oszołomionej dziewczyny. – Co się stało?

Coś w łagodnym brzmieniu jego głosu sprawiło, że ostatecznie przestała walczyć.

– Nic takiego – odparła cicho. – Właśnie straciłam mamę.

Carlos uniósł brwi. Spojrzał na nią tak, jakby widzieli się po raz pierwszy. W tamtej chwili mogła tylko zgadywać, czym zaskoczyła go bardziej – słowami czy sposobem, w jaki je wypowiedziała.

„Właśnie straciłam mamę”. Tak po prostu. Zupełnie jakby informowała go o czymś równie neutralnym, co i pogoda na zewnątrz. „Wiesz, zaraz będzie padać… A tak przy okazji, to umarła mi matka!”.

Spróbowała wykorzystać chwilę rozproszenia, by wyślizgnąć się z jego objęć. Udało jej się, a przynajmniej tak pomyślała w pierwszej chwili, póki ciepłe palce nie zacisnęły się wokół jej nadgarstka. Drgnęła, gotowa się wyrwać, ale coś w naturalności tego gestu sprawiło, że ostatecznie zmieniła zdanie. Przez chwilę świadoma wyłącznie panującej dookoła ciszy, pozwoliła Carlosowi poprowadzić się w dół schodów, z powrotem do opustoszałej czytelni.

Mężczyzna milczał, ale to było jej na rękę. Nie chciała, żeby coś mówił. W duchu odliczała kolejne sekundy, wręcz modląc się o to, by w Carlosie nie obudził się nagle jakiś nieporadny pocieszyciel. Nie sądziła, by się do tego nadawał. Nie żeby w ogóle oczekiwała jakichkolwiek kojących słów. Miała wrażenie, że w ciągu zaledwie kilku minut wokół niej pojawiła się jakaś dziwna ochronna otoczka – na tyle trwała, by chronić ją przed pełną świadomością tego, czego właśnie dowiedziała się od Clary. Mary nie miała odwagi sprawdzać, co mogłoby się stać, gdyby bańka pękła.

Mimo wszystko otępienie było dziwne. Nie czuła niczego, choć przecież powinna. Nie krzyczała, nie płakała, nie próbowała się miotać. Zupełnie jakby nic się nie stało. Z łatwością mogła sobie wyobrazić, że gdyby właśnie miała przy sobie Alyssę, jak nic wylądowałaby roztrzęsiona w jej ramionach, zanosząc się szlochem. Obie by płakały, ale to nie byłoby dziwne – wręcz przeciwnie. Z drugiej strony…

Mary spuściła wzrok. Może po prostu to z nią było coś nie tak. Jak inaczej miała wyjaśnić spokój, który tak nagle ją ogarnął? To i czającą się gdzieś w zakamarku jej umysłu ulgę.

Nie powinnam czuć się w ten sposób…

Ale kiedy pierwszy szok minął, Mary uświadomiła sobie, że podświadomie była gotowa na ten telefon już od dłuższego czasu. Odkąd tylko sięgała pamięcią, trwała w wyczekiwaniu. Uciekała, by pozbyć się presji – nie słyszeć odliczającego kolejne sekundy zegara, którego wskazówki prędzej czy później miały dotrzeć do punktu zero. Nie miała pojęcia, gdzie ten w ogóle się znajdował, ale…

Potrząsnęła głową. Poruszając się trochę jak w transie, ciężko opadła na fotel, który dopiero co zajmował Carlos. Tym razem to on stanął nad nią, jakby od niechcenia przysiadając na krawędzi stołu. Nie odzywał się, ale była mu za to wdzięczna.

Wbiła wzrok w swoje drżące dłonie. Musiała coś zrobić – cokolwiek, żeby nie oszaleć. Gdyby przynajmniej znalazła odpowiednie słowa…

– Miałabyś coś przeciwko, gdybym poprosił cię o pomoc?

Poderwała głowę. Z niedowierzaniem spojrzała na znajdującego się dosłownie na wyciągnięcie ręki mężczyznę, przez chwilę mając wrażenie, że zwracał się do niej w jakimś innym języku.

– S-słucham…? – wykrztusiła. Ledwo rozpoznawała swój własny głos.

Carlos zawahał się, ale nie wycofał. Bez pośpiechu sięgnął po jedną z ksiąg, które w takim skupieniu przeglądał.

– Rozmawialiśmy o mieczu Gai… Pamiętasz? – Nawet nie czekał na odpowiedź. Przykucnął, podsuwając wciąż roztrzęsionej Mary książkę. Wbiła wzrok w tekst, z niejaką ulgą znajdując powód, by nie musieć spoglądać mu w twarz. Oddychając szybko i płytko, spróbowała skupić się na tekście. Nie była w stanie, ale… rozproszenie na swój sposób okazało się kojące. – Jest taka historia… Widzisz, Gai przypisuje się związek z naturą. Niektórzy nazywają ją samą Matką Ziemią. – Carlos urwał, być może badając jej reakcję. Sztywno skinęła głową. – Podobno zdołała uwieść samego Lucyfera.

– To znaczy… – Niepewnie uniosła głowę. – Czy Alyssa…?

– Tak miała na imię jej matka – wyjaśnił łagodnie. – Oczywiście nie mówię o kobiecie, która jest nią w tym cyklu.

– Domyśliłam się. Ja…

 – Przepraszam. Nie powinienem, ale to pierwsze, co przyszło mi do głowy. – Sorenti westchnął. Zauważyła, że nieznacznie się skrzywił. – Nie wiem, co ci powiedzieć. W zasadzie…

Poruszyła się niespokojnie. Bez zastanowienia poderwała się z fotela, chwytając Carlosa za ramiona. Nie dbała o to, że książka zsunęła jej się z kolan.

– W porządku – oznajmiła, choć to brzmiało jak największe na świecie kłamstwo. – Mów dalej. Chcę… – Zawahała się. Potrzebowała chwili, by pozbyć się nieprzyjemnego uścisku w gardle. – Chcę słuchać.

Cokolwiek robił, była mu za to wdzięczna. Uświadomiła sobie, że właśnie tego potrzebowała, przynajmniej na dobry początek. Zero pytań, żadnych współczujących spojrzeń… Po prostu rozmowy. Nieważne na jaki temat, jeśli tylko nie musiała się przed nim tłumaczyć. Nie miała pojęcia, czy zdecydował się na to świadomie, czy może miała przed sobą najbardziej bezdusznego dupka, jakiego nosiła ta ziemia, ale nie dbała o to.

Nie doczekała się odpowiedzi. Mimo wszystko nie ruszyła się z miejsca, nie chcąc w przypływie frustracji zrobić czegoś, przez co wystawiłby ją za drzwi. Wciąż zaciskając dłonie na ramionach mężczyzny, pochyliła głowę.

– Proszę…

Choć miała wrażenie, że jej głos był niemal niesłyszalny, Carlos zareagował.

– Historia mówi – podjął jak gdyby nigdy nic, zdecydowanym ruchem zsuwając dłonie Mary ze swoich ramion – że jedynie miecz archanioła zdoła zranić samego Lucyfera. Kto wie, może nawet go zabić, ale tego akurat nikt nie sprawdził. – Parsknął pozbawionym wesołości śmiechem. – Mam wrażenie, że to coś więcej. Gdyby chodziło po prostu o broń, księżniczka i jej luby pewnie już dawno rozwiązaliby problem.

– I ten miecz… Po to zabrałeś ją do Nowego Jorku?

– Zanim wszystko się skomplikowało – przyznał, wzruszając ramionami. – Dlatego musimy go odzyskać. Pomyślałem, że poszukam tego i owego, tak na wszelki wypadek.

Skinęła głową. To wyjaśniało, co robił w bibliotece. A może po prostu szukał sobie zajęcia. Zwłaszcza to drugie mogła zrozumieć.

– Pomogę ci – zadecydowała, obejmując się ramionami. Wciąż się trzęsła, ale tym razem zdołała to ukryć. – Carlos…

– Hm?

Potrząsnęła głową.

– Nic takiego. Powiedz mi od czego zaczniemy.

Hej, hej. :D Przymierzałam się do poruszenia wątku matki Mary od dłuższego czasu. Spekulacje mile widziane, a ja więcej wyjaśnię w następnym rozdziale. Na razie po prostu zostawiam was z tym. Z takim małym poczuciem, że podeszłam do jej reakcji dokładnie tak, jak chciałam…

Do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz