Kolejne dwie godziny spędzili
na przeglądaniu książek w bibliotece. Carlos milczał i nawet
powstrzymał się od złośliwych uwag, kiedy znów wspięła się na drabinę,
chcąc znaleźć kilka nowych pozycji. To nie było do niego podobne, ale
nie zamierzała narzekać. Kiedy zachowywał się jak człowiek (dosłownie
i w przenośni), tolerowanie go okazało się zadziwiająco proste.
Oczywiście
nie powiedziała mu tego wprost. Miała wrażenie, że zawarli jakieś milczące
porozumienie i zamierzała się tego trzymać. Zupełnie jakby we
wspólnym spędzaniu czasu, oboje mogli łatwiej radzić sobie ze swoimi demonami.
Nie chciała mówić o dopiero co odebranym telefonie, tak jak i on
nie palił się do roztrząsania tego, co dla niej poświęcił. Jeśli
tak miało to wyglądać, mogła to znieść.
Wiedziała,
że taki stan nie będzie trwać wiecznie. Aż za dobrze znała
konsekwencje duszenia w sobie emocji. Prędzej czy później miała
wybuchnąć, najpewniej wieczorem, gdy będzie mogła schować się pod prysznicem
i płakać do woli. To też wydawało się właściwe, choć
zarazem sytuacja pod każdym możliwym względem różniła się od tego,
co zazwyczaj doświadczała Mary.
Mamy już
nie ma…
Ta myśl ją
prześladowała, choć zarazem wydawała się taka obca… Dziewczyna była pewna,
że gdyby sprawdziła wykaz połączeń, znalazłaby przynajmniej dwadzieścia
nieodebranych od Clary. W tamtej chwili wręcz błogosławiła fakt, że
komórka zakończyła żywot na kamiennych stopniach. Łatwiej było nie mieć
wyboru, aniżeli zmusić się do ignorowania decyzji, która z logicznego
punktu widzenia okazałaby się właściwą.
Może i zachowywała się
dziecinnie. Niewątpliwie tak było, ale…
– Carlos –
rzuciła spiętym tonem, gwałtownie prostując się na swoim miejscu.
To było
niczym impuls. W pośpiechu odłożyła ciężką księgę na stolik, wzrok cały
czas skupiając na konkretnym ustępie. Dla pewności postukała we właściwą
linijkę paznokciem, nie chcąc przypadkiem czegoś pominąć. Czuła się trochę
tak, jak podczas pracy nad zaliczeniem na studiach, kiedy po godzinach
męki z wyjątkowo niewdzięcznym tematem, w końcu natrafiała na obiecujące
informacje.
Mężczyzna w pośpiechu
znalazł się tuż obok. Zauważyła, że wyszedł spomiędzy regałów, wcześniej
zdecydowanie niedelikatne odrzucając przeglądaną pozycję. Jeśli w ten sposób
zamierzał obchodzić się z książkami, które pewnie mogłyby z nim
konkurować wiekiem i doświadczeniem, Mary obawiała się, że wkrótce miała
stać się świadkiem tej mniej przystępnej strony Noela. Chyba nawet mogła
go sobie wyobrazić, jako prawdziwego upadłego anioła, z jakimś płonącym
mieczem, łacińską sentencją i gniewnym błyskiem w zazwyczaj pogodnych
oczach.
– No co
tam? – rzucił Carlos, nachylając się nad księgą.
Poczuła
bijące od jego ciała ciepło. Odsunęła dłoń, ale nie zabrała jej całkowicie,
kiedy również musnął palcami pożółkły papier. Widziała, jak jego wzrok
przesuwa się po kolejnych linijkach.
– Co
sądzisz? – zaryzykowała, kiedy przeciągająca się ciszą zaczęła dawać jej się
we znaki.
– Że te
twoje studia się w końcu na coś przydały – odparł i zaraz
odsunął się, kiedy spróbowała zdzielić go w ramię. – Wygląda obiecująco,
tak sądzę.
– Mógłbyś
po prostu podziękować.
Ale wcale
nie miała mu za złe. Chcąc zająć czymś myśli, przesunęła się bliżej,
by znów skupić wzrok na tekście. Pisma, które przejrzała przez
ostatnie godziny, pod wieloma względami okazały się fascynujące, ale chcąc
nie chcąc traktowała je na poziomie dawno zapomnianych wierzeń,
legend albo bajek. Nie potrafiła inaczej, choć przecież miała okazję się
przekonać, że pełen cieni świat, w który wkroczyła za sprawą Alyssy,
był prawdziwy. Z drugiej strony, dużo bezpieczniej i łatwiej było
udawać, że to jeszcze nie oznaczało, że wszystko stanęło na głowie
aż do tego stopnia, by każda zapisana w starych historiach
informacja jednak okazała się zgodna z prawdą.
Tak czy siak,
wiedziona czymś, co żartobliwie mogłaby określić „dziennikarskim instynktem”,
Mary w miarę sprawnie odrzuciła większość przewijających się przez
księgi tropów. Bynajmniej nie dlatego, że mogła z całym przekonaniem
zaprzeczyć albo potwierdzić ich prawdziwość. Wręcz przeciwnie –
wszystkie brzmiały równie nieprawdopodobne, co w jakiś pokrętny sposób
czyniło je możliwymi. Przebywała pod jednym dachem z wampirami i reinkarnowanymi
aniołami, a jej najlepsza przyjaciółka pozostawała potomkinią samego Pana
Ciemności, do jasnej cholery. W tej sytuacji nawet potwór z Loch
Ness brzmiał całkiem znośnie.
Tak czy siak,
Carlos wspominał o mieczu i tego zamierzała się trzymać. Skoro
broń istniała i nawet mieli ją pod ręką, teraz pozostawało się dowiedzieć
więcej.
– Tutaj
napisali – powiedziała cicho, poirytowana przeciągającym się milczeniem –
że rękojeść miecza zdobiły cztery klejnoty, odpowiadające poszczególnym
żywiołom. Podobno dla bezpieczeństwa je usunięto i rozbito po świecie.
Brzmi jak wstęp do powieści przygodowej – zauważyła, uśmiechając się blado.
– Brzmi
nieźle, póki się nie okaże, że znalezienie miecza to pół biedy.
Wątpię, żeby wycieczka do jubilera załatwiła nam problem – mruknął Carlos
grobowym tonem.
Mary
spojrzała na niego z zaciekawieniem. Zmierzyła go wzrokiem, nagle
zaniepokojona.
– Ej… Chyba
nie powiesz mi, że to – skinęła głową na księgę – naprawdę tak działa.
Znaczy…
– Spójrz na naszą
drogą księżniczkę. To jebane uosobienie Gai, odpowiadającej za współistnienie
z naturą – przypomniał i to wystarczyło, by zamknąć Mary usta.
Cóż, tego na pewno nie wzięła pod uwagę. – Już kilka razy słyszałem,
że wokół upadku Lucyfera krążą różne legendy. Jego córka to jedno,
ale kiedy tak sobie myślę… – Potrząsnął głową. – Kiedy byliśmy po miecz,
zabrałem coś jeszcze. Patrząc na to, co właśnie znalazłaś, może nam się
przydać.
– Coś jeszcze?
– powtórzyła z rezerwą.
Puścił jej słowa
mimo uszu, najwyraźniej nie zamierzając wdawać się szczegóły.
Skrzywiła się, bo choć mogła się tego po nim spodziewać, po czasie
spędzonym razem jednak spodziewała się czegoś więcej. Szlag, przecież
właśnie mu pomagała. Dlaczego nawet w tej sytuacji musiał być tak cholernie
uparty…?
A jednak
patrząc na Carlosa, wcale nie poczuła aż tak silnej frustracji.
W tamtej chwili wydawał się przede wszystkim zmęczony. Mogła tylko zgadywać,
ile tak naprawdę tu siedział, zanim zdecydowała się do niego
dołączyć. Może dla wampira nie byłoby to żadnym problemem, ale w przypadku
człowieka sprawy wyglądały zupełnie inaczej. Sama czuła się wycieńczona,
poniekąd za sprawą telefonu. I choć wciąż nie wyobrażała sobie
powrotu do pokoju, wiedziała, że prędzej czy później jednak będzie
musiała się położyć – choćby po to, by przez resztę nocy raz po raz
zrywać się przez koszmary.
Musiała
uporządkować pewne sprawy. Wrócić do Seattle, zaplanować pogrzeb, zając się
formalnościami. To wciąż brzmiało jak marny żart albo scenariusz,
który obejmował kogoś zupełnie innego. Jak coś, czego wcale, ale to wcale
nie chciała doświadczać.
– Możemy się
stąd zbierać, jeśli chcesz. Ja też za długo tu siedzę – doszło
ją jakby z oddali.
W
roztargnieniu spojrzała na wyciągniętą ku niej dłoń. Zamrugała, co
najmniej zaskoczona gestem. Jedynie to sprawiło, że przyjęła go bez chwili
wahania, pozwalając, by ciepłe palce zacisnęły się wokół jej własnych.
Podniosła się bez słowa, wyczekująco spoglądając na swojego
towarzysza. Nie wydawał się ani trochę zmieszany tą nagła
bliskością, prawie jak wtedy, gdy tak po prostu wpadł na nią w kawiarni
i zdecydował się odprowadzić ja do akademika.
To też
brzmiało jak coś, co wydarzyło się w innym życiu. Pod każdym
możliwym względem, ale…
– Mogę…
mieć prośbę? – zaryzykowała, nie odrywając wzorku od twarzy Carlosa.
Szlag, to
nie tak, że chciała go o cokolwiek prosić. Nie powinna, zresztą
dalej nie uważała tego faceta za kogoś, kto mógłby dyktować jej jakiekolwiek
warunki. Wręcz przeciwnie – Mary przywykła do tego, że w większości
przypadków grali sobie na nerwy. Problem polegał na tym, że nagle to akurat
Sorenti wydał jej się jedyną deską ratunku.
–
Zabrzmiało obiecująco – ocenił z rezerwą. Znów powstrzymał się od złośliwości,
ale nie miała pewności, co powinna o tym myśleć.
– Muszę
wrócić do Seattle – wypaliła bez zastanowienia.
Zesztywniał.
Spojrzał na nią tak, jakby widzieli się po raz pierwszy. Przez
jego twarz przemknął cień i już nie miała wątpliwości, że nie ma
co liczyć na współprace w tym temacie.
– Jaja
sobie robisz.
– Wiesz… W zasadzie
nie proszę o przyzwolenie – obruszyła się. W pośpiechu
spróbowała wyrwać rękę, ale powstrzymał ją, w odpowiedzi wzmagając
uścisk. Rzuciła mu wyzywające spojrzenie, kiedy przyciągnął ją do siebie.
– Mam sprawy do załatwienia. O pracy nie wspomnę, bo w tej
chwili to i tak bez znaczenia, ale…
– Nie zabiorę
cię ze sobą, jeśli to masz na myśli.
Gniewnie
zmrużyła oczy. Mogła się tego spodziewać, ale i tak poczuła
narastającą frustrację. Och, to wcale nie tak, że jechali na jednym
wózku, zwłaszcza że on…
– Nie przyznałeś się
im, co zrobiłeś – powiedziała cicho, spoglądając Carlosowi prosto w oczy.
– Ja mam nie jechać, bo jestem człowiekiem… A ty?
Drgnął.
Wyczuła, że trafiła w sedno, ale wcale nie poczuła z tego
powodu satysfakcji. Nie żeby to, że musiała uciekać się do szantażu,
w choć niewielkim stopniu sprawiało jej przyjemność.
Tym razem
nie wyczuła protestu, kiedy zabrała rękę. Cofnęła się o krok,
dumnie unosząc głowę. Czuła się prawie jak podczas kiedy ich pierwszego
spotkania, gdy mimo rosnącego przerażenia zdołała zachować dość pewności
siebie. Ten mężczyzna wzbudzał w niej coś takiego, co w naturalny
sposób sprawiało, że chciała z nim walczyć – i to nawet wtedy, gdy
teoretycznie znajdowali się po jednej stronie.
– Ty naprawdę
jesteś bezczelna – stwierdził Carlos, sprawiając wrażenie co najmniej
zaskoczonego takim stanem rzeczy.
– Raczej
myślę praktycznie. I przywykłam stawiać na swoim. – Mary potrząsnęła
głową. – Kto jak kto, ale coś o tym wiesz, prawda? A teraz
przepraszam bardzo, ale idę pod prysznic. Daj znać, jak już się zdecydujesz.
Inaczej pójdę do Samaela.
Jeszcze
kiedy mówiła, zdecydowanym ruszyła ku wyjściu, niemalże siłą powstrzymując
instynktowne pragnienie, by obejrzeć się przez ramię. Podejrzewała,
że gdyby wciąż miała do czynienia z impulsywnym wampirem, bardzo
szybko pożałowałaby tych słów. Jakoś nie wątpiła, że Sorenti zagrodziłby
jej drogę, zanim w ogóle dotarłaby do schodów. O ile w ogóle
ot tak przepuściłby ją po tym, jak zaczęła próbować mu grozić.
Och, jakoś
nie wątpiła, że to niesprawiedliwe, ale nie dbała o to.
Dobrze wiedziała, że musi zacząć działać teraz, nieważne jak trudne by się
to okazało. Chciała przynajmniej spróbować zmierzyć się z pewnymi
sprawami teraz, póki wciąż miała na to wpływ. W zasadzie gdyby się
postarała, mogłaby uznać całą tę sytuację jako wyjątkowe zrządzenie losu. Doby
Boże, prawie jak znak z niebios, że pora zakończyć pewne sprawy i w końcu
skupić się na przyszłości – o ile w tej sytuacji mogła w ogóle
mówić o czymś takim.
Gdyby
musiała, w istocie poszłaby do… Cóż, Samaela. Może nie samej Alyssy,
ale jej pięknookiego wybranka i owszem. To nic, że tak naprawdę
nie miała z nim przyjemności. W zasadzie to pod każdym
względem mogłoby wiele ułatwić.
– Mary, do diabła…
Nie miała
pewności, dlaczego zareagowała na te słowa. Pierwotny plan zakładał to, co
w towarzystwie Carlosa Sorenti wychodziło jej najlepiej – kłótnię,
obrazę majestatu i wyjście bez słowa, ostentacyjnie trzaskając
drzwiami. To nic, że te od biblioteki z równym powodzeniem
mogłyby zabić ją w odwecie, gdyby odbiły się rykoszetem od ściany.
Tak naprawdę było jej już wszystko jedno.
Do momentu,
w którym usłyszała, w jaki sposób wypowiedział jej imię. Coś w
jego tonie sprawiło, że wszystkie postanowienia trafił szlag.
Wciąż
trzymając dłoń na poręczy, powoli się odwróciła.
– Mam to uznać
za zgodę, czy…? – Urwała. Zawahała się, po czym z uwagą
zmierzyła wciąż tkwiącego przy kąciku czytelniczym mężczyznę wzrokiem. Uderzyła
ją jego bladość i to, że musiał przytrzymać się stolika, by zachować
pion. – Wszystko w porządku?
Potrząsnął
głową.
– Za długo
tu siedzę – odparł wymijająco. – Właściwie odkąd skończyliśmy rozmawiać,
ale…
– Nie kładłeś
się? Jadłeś coś chociaż? – zapytała, ale z jakiegoś powodu nie miała
wątpliwości co do tego, jaką usłyszy odpowiedź. Och, przecież wiedziała. –
Cymbale, jesteś człowiekiem. Ludzie mają to do siebie, że sypiają,
jedzą, a już na pewno nie przesiadują w stresie bez odpoczynku
więcej niż kilka godzin.
– Kto
powiedział, że czymkolwiek się stresuję? – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Ale nie zaprzeczył,
co uznała za wystarczająco wymowne. Pamiętała jego reakcję na samą
wzmiankę Noela o tym, kim się stał. To i pośpiech, w jakim
wtedy się oddalił, wyglądając na chętnego, żeby roznieść pierwszą rzecz
albo osobę, która znalazłaby się w zasięgu jego rąk. Mary
mogła się założyć, że pod tym względem nic się nie zmieniło,
nawet jeśli w międzyczasie zdążył w swoim stylu zrobić coś głupiego,
wrócić z miasta, a później zaszyć się tutaj. Nie sądziła,
by choć przez moment wziął pod uwagę ludzkie potrzeby, nawet jeśli te
w naturalny sposób powinny stać się jego codziennością.
Westchnęła,
po czym bez słowa podeszła bliżej, by móc ująć go pod ramię.
Nawet jeśli zamierzał zaprotestować, nie zrobił tego. Z drugiej
strony, może to przede wszystkim ona nie zwróciła na to uwagi.
Czuła się zbyt pobudzona, by pozwolić Carlosowi przejąć kontrolę nad sytuacją.
Co więcej, uświadomiła sobie, że była mu coś winna. Tylko tyle i aż
tyle, a skoro tak…
– Chodź.
Mam wrażenie, że oboje musimy odpocząć – zadecydowała, bardziej stanowczo
chwytając go za rękę.
To nie tak,
że miała jakikolwiek plan. Zresztą co miała zrobić? Poszukać kuchni i zacząć
szykować kolację? Nie miała nawet pewności, czy w tym miejscu
znajdowało się coś takiego. A jednak nie wyobrażała sobie, że
miałaby go tutaj zostawić, nawet jeśli wciąż z łatwością mógł ją
odepchnąć. Jakaś nie wątpiła, że ludzka natura w najmniejszym stopniu
nie szła w parze z łagodniejszym charakterem. Carlos Sorenti
wciąż miał być w stanie podnieść jej ciśnienie samym tylko tym,
że… Cóż, istniał.
Jakkolwiek
by nie było, nie zaprotestował, kiedy pociągnęła go za sobą.
Kiedy w końcu opuścili bibliotekę, to on w naturalny sposób przejął
kontrolę, wskazując odpowiedni kierunek. Nie miała innego wyboru, jak
tylko mu zaufać i pozwolić, by poprowadził ją plątaniną
korytarzy wprost do sypialni. Cisza miała w sobie coś kojącego, dziwnie
właściwa, zwłaszcza że Mary nadal widziała co najmniej kilka potencjalnych
tematów, które w ich przypadku mogłyby zakończyć się kłótnią. Mimo
wszystko nie zamierzała odpuścić sobie wyjazdu i on doskonale o tym
wiedział, a skoro tak…
– Chyba
faktycznie powinienem ci podziękować – usłyszała i coś w tych
słowach zaskoczyło ją bardziej niż fakt, że jednak zdecydował się odezwać.
Przystanęła w progu, wymownie unosząc brwi. – O pewnych sprawach
jeszcze porozmawiamy, więc…
– Wolałam,
kiedy trzymałeś się podziękować – mruknęła, nie mogąc się powstrzymać.
Zauważyła, że wywrócił oczami.
– W takim
razie: dziękuję, chociaż wciąż doprowadzasz mnie do szału.
Parsknęła,
nie mogąc się powstrzymać. Właśnie tego mogła się po nim
spodziewać.
– Wiesz, że
nie mam zamiaru odpuścić, prawda? Choćbym nawet miała iść tam pieszo –
zagroziła, krzyżując ramiona na piersi.
– Uwierz
mi, że chętnie bym to zobaczył. – Na ustach Carlosa pojawił się cień
uśmiechu. – Nie żebym był zaskoczony. Jesteś męcząca.
– Wzajemnie.
Nacisnęła
klamkę, ostrożnie wycofując się do pokoju. Miała wrażenie, że
powiedzieli sobie wszystko, co tylko mogli, ale wciąż nie paliła się
z powrotem do sypialni. Jeśli to zrobi, zostanie sama. I choć
wiedziała, że prędzej czy później skończy pod prysznicem, bezkarnie
wypłakując sobie oczy i mierząc ze wszystkim, co miało miejsce w zaledwie
kilku godzin…
– Mary?
Potrząsnęła
głową. Uświadomiła sobie, że drży i nawet spróbowała nad tym zapanować,
ale to okazało się z góry skazane na niepowodzenie. Nie chciała
w to brnąć, zwłaszcza przy nim, ale jej ciało wydawało się wiedzieć
lepiej. Nie pierwszy raz czuła się tak, jakby należało do kogoś
innego, całkowicie poza jej kontrolę. Gdyby do tego wszystkiego tak właśnie
mogła potraktować narastające w jej wnętrzu emocje, wszystko stałoby się
dużo prostsze.
Czuła na sobie
przenikliwe spojrzenie Carlosa. Milczał, po prostu na nią patrząc, równie
świadomie co i wtedy, gdy jeszcze przesiadywali w bibliotece. O nic
nie pytał, choć dobrze wiedziała, że miał na to ochotę. Zrzucanie
tego na niego nie było uczciwe, nie wspominając o tym, że on
również wyglądał marnie, ale…
Zabawne,
ale chyba jesteśmy podobni. Oboje rozbici.
Ta myśl ją
zaskoczyła. Nie przywykła do tego, by spoglądać na Carlosa
jak na kogoś, kogo mogłoby dręczyć jakiekolwiek demony.
– To… nic –
odparła wymijająco. Miała wrażenie, że próbowała przekonać przede wszystkim
siebie. – Nic takiego. Do później, Carlos.
Ale wciąż
nie ruszyła się z miejsca. Nie miała okazji, bo nagle
wszystko potoczyło się bardzo szybko.
Mimo że miała
przed sobą człowieka, nie zarejestrowała momentu, w którym się poruszył.
A jednak zrobił to, bezceremonialnie przesuwając się naprzód, by skrócić
dzielący ich dystans. Jego ramiona owinęły się wokół niej,
inaczej niż do tej pory, kiedy to po prostu uczepiła się
jego ramienia podczas podróży przez korytarze. Trzymał ją mocno, zdecydowanie,
jednocześnie sprawiając, że choć przez moment poczuła, że robi jej się cieplej.
Tylko trochę.
Nie mając
innego wyboru, cofnęła się o krok… A potem kolejny, aż w końcu
straciła równowagę, kiedy na jej drodze stanęło łóżko. Jakby z oddali
doszedł ją trzask zamykanych drzwi. Pod plecami poczuła miękkość materaca,
na twarzy zaś ciepły oddech, gdy Carlos nachylił się w jej stronę.
Za nic nie potrafiła
stwierdzić, które z nich zadecydowało o pocałunku. Liczyło się, że
nagle poczuła ciepłe usta na swoich własnych. Zareagowała momentalnie, w ułamku
sekundy odzyskując kontrolę nad ciałem. Próbując odwzajemnić pieszczotę z całym
zaangażowaniem, objęła mężczyznę za szyję, chcąc znaleźć się jak
najbliżej. Palce wplotła w jego włosy, próbując przyciągnąć tak blisko,
jak tylko było to możliwe. Z trudem łapała oddech, ale to wydawało się
właściwe – o wiele lepsze od duszącego szlochu, z którym
musiałaby walczyć, gdyby została sama.
Nie
próbowała walczyć. W gruncie rzeczy nie myślała o niczym, przez
chwilę świadoma wyłącznie wzajemnej bliskości, pocałunku i błądzących po
jej ciele dłoni. W którymś momencie znalazła dość siły, by przejąć
kontrolę nad sytuacją na tyle, by to on znalazł się
pod nią. Czując muśnięcie palców, które bezceremonialnie wdarły się
pod jej koszulkę, uniosła ręce, chcąc ułatwić Carlosowi zadanie. Wystarczyła
chwila, by została w samym staniku, bynajmniej niezawstydzona tym, że
Sorenti mógł bezkarnie wodzić wzrokiem po odsłoniętym ciele.
Ciemne
włosy opadły jej na twarz. Nachyliła się, spoglądając na niego z błyskiem
w oczach. Przyjemna fala ciepła rozeszła się po całym jej ciele,
swoje źródło mając gdzieś u podstawy kręgosłupa.
– To wciąż…
nie rozwiązuje naszej dyskusji… – zapowiedział Carlos, podchwyciwszy jej spojrzenie.
Parsknęła,
nie mogąc się powstrzymać. Pozwoliła, żeby końcówki włosów musnęły
jego twarz. Mimo że czuła, iż może przyjść jej tego pożałować, nie wyobrażała
sobie, że miałaby się wycofać.
– Zobaczymy
– rzuciła zaczepnym tonem.
Wraz z tym
jednym słowem, pocałowała go raz jeszcze. Poczuła ciepło jego dłoni, tym
razem na plecach, kiedy zaczął szukać zapięcia stanika. Na to również
mu pozwoliła, jednocześnie drżącymi palcami próbując uporać się z koszulą.
Co prawda nie do końca o tym myślała, kiedy w bibliotece
wypominała mu ludzkie potrzeby, w tym konieczność posilenia się, ale…
Zamknęła
oczy. Nie chciała myśleć, a tym bardziej słuchać zdrowego rozsądku.
Tego wieczoru nie chciała niczego poza spokojem i poczuciem, że ktoś
znajdował się obok. O konsekwencjach mogła pomyśleć później albo wcale,
zresztą… dotyk Carlosa wydawał się dziwnie właściwy. Gdyby nie to, że
już nie miał w sobie nic nadnaturalnego, pomyślałaby nawet, że jakimś
cudem mieszał jej w głowie.
Tyle że to
nie było tak. Z zaskoczeniem uświadomiła sobie, że tego chciała i to już
od dłuższego czasu.
A potem
znów wylądowała na materacu i przestała myśleć o czymkolwiek.
No i jest. ;> Powinien pojawić się już jakiś czas temu, ale coś nie mogłam zabrać się za końcówkę. Tak czy siak, nie ma tego złego, bo chyba dość ładnie wpasowałam się w dzisiejszy dzień… Do napisania!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz