14 lutego 2022

Rozdział XV

Mary

Kolejne dwie godziny spędzili na przeglądaniu książek w bibliotece. Carlos milczał i nawet powstrzymał się od złośliwych uwag, kiedy znów wspięła się na drabinę, chcąc znaleźć kilka nowych pozycji. To nie było do niego podobne, ale nie zamierzała narzekać. Kiedy zachowywał się jak człowiek (dosłownie i w przenośni), tolerowanie go okazało się zadziwiająco proste.

Oczywiście nie powiedziała mu tego wprost. Miała wrażenie, że zawarli jakieś milczące porozumienie i zamierzała się tego trzymać. Zupełnie jakby we wspólnym spędzaniu czasu, oboje mogli łatwiej radzić sobie ze swoimi demonami. Nie chciała mówić o dopiero co odebranym telefonie, tak jak i on nie palił się do roztrząsania tego, co dla niej poświęcił. Jeśli tak miało to wyglądać, mogła to znieść.

Wiedziała, że taki stan nie będzie trwać wiecznie. Aż za dobrze znała konsekwencje duszenia w sobie emocji. Prędzej czy później miała wybuchnąć, najpewniej wieczorem, gdy będzie mogła schować się pod prysznicem i płakać do woli. To też wydawało się właściwe, choć zarazem sytuacja pod każdym możliwym względem różniła się od tego, co zazwyczaj doświadczała Mary.

Mamy już nie ma…

Ta myśl ją prześladowała, choć zarazem wydawała się taka obca… Dziewczyna była pewna, że gdyby sprawdziła wykaz połączeń, znalazłaby przynajmniej dwadzieścia nieodebranych od Clary. W tamtej chwili wręcz błogosławiła fakt, że komórka zakończyła żywot na kamiennych stopniach. Łatwiej było nie mieć wyboru, aniżeli zmusić się do ignorowania decyzji, która z logicznego punktu widzenia okazałaby się właściwą.

Może i zachowywała się dziecinnie. Niewątpliwie tak było, ale…

– Carlos – rzuciła spiętym tonem, gwałtownie prostując się na swoim miejscu.

To było niczym impuls. W pośpiechu odłożyła ciężką księgę na stolik, wzrok cały czas skupiając na konkretnym ustępie. Dla pewności postukała we właściwą linijkę paznokciem, nie chcąc przypadkiem czegoś pominąć. Czuła się trochę tak, jak podczas pracy nad zaliczeniem na studiach, kiedy po godzinach męki z wyjątkowo niewdzięcznym tematem, w końcu natrafiała na obiecujące informacje.

Mężczyzna w pośpiechu znalazł się tuż obok. Zauważyła, że wyszedł spomiędzy regałów, wcześniej zdecydowanie niedelikatne odrzucając przeglądaną pozycję. Jeśli w ten sposób zamierzał obchodzić się z książkami, które pewnie mogłyby z nim konkurować wiekiem i doświadczeniem, Mary obawiała się, że wkrótce miała stać się świadkiem tej mniej przystępnej strony Noela. Chyba nawet mogła go sobie wyobrazić, jako prawdziwego upadłego anioła, z jakimś płonącym mieczem, łacińską sentencją i gniewnym błyskiem w zazwyczaj pogodnych oczach.

– No co tam? – rzucił Carlos, nachylając się nad księgą.

Poczuła bijące od jego ciała ciepło. Odsunęła dłoń, ale nie zabrała jej całkowicie, kiedy również musnął palcami pożółkły papier. Widziała, jak jego wzrok przesuwa się po kolejnych linijkach.

– Co sądzisz? – zaryzykowała, kiedy przeciągająca się ciszą zaczęła dawać jej się we znaki.

– Że te twoje studia się w końcu na coś przydały – odparł i zaraz odsunął się, kiedy spróbowała zdzielić go w ramię. – Wygląda obiecująco, tak sądzę.

– Mógłbyś po prostu podziękować.

Ale wcale nie miała mu za złe. Chcąc zająć czymś myśli, przesunęła się bliżej, by znów skupić wzrok na tekście. Pisma, które przejrzała przez ostatnie godziny, pod wieloma względami okazały się fascynujące, ale chcąc nie chcąc traktowała je na poziomie dawno zapomnianych wierzeń, legend albo bajek. Nie potrafiła inaczej, choć przecież miała okazję się przekonać, że pełen cieni świat, w który wkroczyła za sprawą Alyssy, był prawdziwy. Z drugiej strony, dużo bezpieczniej i łatwiej było udawać, że to jeszcze nie oznaczało, że wszystko stanęło na głowie aż do tego stopnia, by każda zapisana w starych historiach informacja jednak okazała się zgodna z prawdą.

Tak czy siak, wiedziona czymś, co żartobliwie mogłaby określić „dziennikarskim instynktem”, Mary w miarę sprawnie odrzuciła większość przewijających się przez księgi tropów. Bynajmniej nie dlatego, że mogła z całym przekonaniem zaprzeczyć albo potwierdzić ich prawdziwość. Wręcz przeciwnie – wszystkie brzmiały równie nieprawdopodobne, co w jakiś pokrętny sposób czyniło je możliwymi. Przebywała pod jednym dachem z wampirami i reinkarnowanymi aniołami, a jej najlepsza przyjaciółka pozostawała potomkinią samego Pana Ciemności, do jasnej cholery. W tej sytuacji nawet potwór z Loch Ness brzmiał całkiem znośnie.

Tak czy siak, Carlos wspominał o mieczu i tego zamierzała się trzymać. Skoro broń istniała i nawet mieli ją pod ręką, teraz pozostawało się dowiedzieć więcej.

– Tutaj napisali – powiedziała cicho, poirytowana przeciągającym się milczeniem – że rękojeść miecza zdobiły cztery klejnoty, odpowiadające poszczególnym żywiołom. Podobno dla bezpieczeństwa je usunięto i rozbito po świecie. Brzmi jak wstęp do powieści przygodowej – zauważyła, uśmiechając się blado.

– Brzmi nieźle, póki się nie okaże, że znalezienie miecza to pół biedy. Wątpię, żeby wycieczka do jubilera załatwiła nam problem – mruknął Carlos grobowym tonem.

Mary spojrzała na niego z zaciekawieniem. Zmierzyła go wzrokiem, nagle zaniepokojona.

– Ej… Chyba nie powiesz mi, że to – skinęła głową na księgę – naprawdę tak działa. Znaczy…

– Spójrz na naszą drogą księżniczkę. To jebane uosobienie Gai, odpowiadającej za współistnienie z naturą – przypomniał i to wystarczyło, by zamknąć Mary usta. Cóż, tego na pewno nie wzięła pod uwagę. – Już kilka razy słyszałem, że wokół upadku Lucyfera krążą różne legendy. Jego córka to jedno, ale kiedy tak sobie myślę… – Potrząsnął głową. – Kiedy byliśmy po miecz, zabrałem coś jeszcze. Patrząc na to, co właśnie znalazłaś, może nam się przydać.

– Coś jeszcze? – powtórzyła z rezerwą.

Puścił jej słowa mimo uszu, najwyraźniej nie zamierzając wdawać się szczegóły. Skrzywiła się, bo choć mogła się tego po nim spodziewać, po czasie spędzonym razem jednak spodziewała się czegoś więcej. Szlag, przecież właśnie mu pomagała. Dlaczego nawet w tej sytuacji musiał być tak cholernie uparty…?

A jednak patrząc na Carlosa, wcale nie poczuła aż tak silnej frustracji. W tamtej chwili wydawał się przede wszystkim zmęczony. Mogła tylko zgadywać, ile tak naprawdę tu siedział, zanim zdecydowała się do niego dołączyć. Może dla wampira nie byłoby to żadnym problemem, ale w przypadku człowieka sprawy wyglądały zupełnie inaczej. Sama czuła się wycieńczona, poniekąd za sprawą telefonu. I choć wciąż nie wyobrażała sobie powrotu do pokoju, wiedziała, że prędzej czy później jednak będzie musiała się położyć – choćby po to, by przez resztę nocy raz po raz zrywać się przez koszmary.

Musiała uporządkować pewne sprawy. Wrócić do Seattle, zaplanować pogrzeb, zając się formalnościami. To wciąż brzmiało jak marny żart albo scenariusz, który obejmował kogoś zupełnie innego. Jak coś, czego wcale, ale to wcale nie chciała doświadczać.

– Możemy się stąd zbierać, jeśli chcesz. Ja też za długo tu siedzę – doszło ją jakby z oddali.

W roztargnieniu spojrzała na wyciągniętą ku niej dłoń. Zamrugała, co najmniej zaskoczona gestem. Jedynie to sprawiło, że przyjęła go bez chwili wahania, pozwalając, by ciepłe palce zacisnęły się wokół jej własnych. Podniosła się bez słowa, wyczekująco spoglądając na swojego towarzysza. Nie wydawał się ani trochę zmieszany tą nagła bliskością, prawie jak wtedy, gdy tak po prostu wpadł na nią w kawiarni i zdecydował się odprowadzić ja do akademika.

To też brzmiało jak coś, co wydarzyło się w innym życiu. Pod każdym możliwym względem, ale…

– Mogę… mieć prośbę? – zaryzykowała, nie odrywając wzorku od twarzy Carlosa.

Szlag, to nie tak, że chciała go o cokolwiek prosić. Nie powinna, zresztą dalej nie uważała tego faceta za kogoś, kto mógłby dyktować jej jakiekolwiek warunki. Wręcz przeciwnie – Mary przywykła do tego, że w większości przypadków grali sobie na nerwy. Problem polegał na tym, że nagle to akurat Sorenti wydał jej się jedyną deską ratunku.

– Zabrzmiało obiecująco – ocenił z rezerwą. Znów powstrzymał się od złośliwości, ale nie miała pewności, co powinna o tym myśleć.

– Muszę wrócić do Seattle – wypaliła bez zastanowienia.

Zesztywniał. Spojrzał na nią tak, jakby widzieli się po raz pierwszy. Przez jego twarz przemknął cień i już nie miała wątpliwości, że nie ma co liczyć na współprace w tym temacie.

– Jaja sobie robisz.

– Wiesz… W zasadzie nie proszę o przyzwolenie – obruszyła się. W pośpiechu spróbowała wyrwać rękę, ale powstrzymał ją, w odpowiedzi wzmagając uścisk. Rzuciła mu wyzywające spojrzenie, kiedy przyciągnął ją do siebie. – Mam sprawy do załatwienia. O pracy nie wspomnę, bo w tej chwili to i tak bez znaczenia, ale…

– Nie zabiorę cię ze sobą, jeśli to masz na myśli.

Gniewnie zmrużyła oczy. Mogła się tego spodziewać, ale i tak poczuła narastającą frustrację. Och, to wcale nie tak, że jechali na jednym wózku, zwłaszcza że on…

– Nie przyznałeś się im, co zrobiłeś – powiedziała cicho, spoglądając Carlosowi prosto w oczy. – Ja mam nie jechać, bo jestem człowiekiem… A ty?

Drgnął. Wyczuła, że trafiła w sedno, ale wcale nie poczuła z tego powodu satysfakcji. Nie żeby to, że musiała uciekać się do szantażu, w choć niewielkim stopniu sprawiało jej przyjemność.

Tym razem nie wyczuła protestu, kiedy zabrała rękę. Cofnęła się o krok, dumnie unosząc głowę. Czuła się prawie jak podczas kiedy ich pierwszego spotkania, gdy mimo rosnącego przerażenia zdołała zachować dość pewności siebie. Ten mężczyzna wzbudzał w niej coś takiego, co w naturalny sposób sprawiało, że chciała z nim walczyć – i to nawet wtedy, gdy teoretycznie znajdowali się po jednej stronie.

– Ty naprawdę jesteś bezczelna – stwierdził Carlos, sprawiając wrażenie co najmniej zaskoczonego takim stanem rzeczy.

– Raczej myślę praktycznie. I przywykłam stawiać na swoim. – Mary potrząsnęła głową. – Kto jak kto, ale coś o tym wiesz, prawda? A teraz przepraszam bardzo, ale idę pod prysznic. Daj znać, jak już się zdecydujesz. Inaczej pójdę do Samaela.

Jeszcze kiedy mówiła, zdecydowanym ruszyła ku wyjściu, niemalże siłą powstrzymując instynktowne pragnienie, by obejrzeć się przez ramię. Podejrzewała, że gdyby wciąż miała do czynienia z impulsywnym wampirem, bardzo szybko pożałowałaby tych słów. Jakoś nie wątpiła, że Sorenti zagrodziłby jej drogę, zanim w ogóle dotarłaby do schodów. O ile w ogóle ot tak przepuściłby ją po tym, jak zaczęła próbować mu grozić.

Och, jakoś nie wątpiła, że to niesprawiedliwe, ale nie dbała o to. Dobrze wiedziała, że musi zacząć działać teraz, nieważne jak trudne by się to okazało. Chciała przynajmniej spróbować zmierzyć się z pewnymi sprawami teraz, póki wciąż miała na to wpływ. W zasadzie gdyby się postarała, mogłaby uznać całą tę sytuację jako wyjątkowe zrządzenie losu. Doby Boże, prawie jak znak z niebios, że pora zakończyć pewne sprawy i w końcu skupić się na przyszłości – o ile w tej sytuacji mogła w ogóle mówić o czymś takim.

Gdyby musiała, w istocie poszłaby do… Cóż, Samaela. Może nie samej Alyssy, ale jej pięknookiego wybranka i owszem. To nic, że tak naprawdę nie miała z nim przyjemności. W zasadzie to pod każdym względem mogłoby wiele ułatwić.

– Mary, do diabła…

Nie miała pewności, dlaczego zareagowała na te słowa. Pierwotny plan zakładał to, co w towarzystwie Carlosa Sorenti wychodziło jej najlepiej – kłótnię, obrazę majestatu i wyjście bez słowa, ostentacyjnie trzaskając drzwiami. To nic, że te od biblioteki z równym powodzeniem mogłyby zabić ją w odwecie, gdyby odbiły się rykoszetem od ściany. Tak naprawdę było jej już wszystko jedno.

Do momentu, w którym usłyszała, w jaki sposób wypowiedział jej imię. Coś w jego tonie sprawiło, że wszystkie postanowienia trafił szlag.

Wciąż trzymając dłoń na poręczy, powoli się odwróciła.

– Mam to uznać za zgodę, czy…? – Urwała. Zawahała się, po czym z uwagą zmierzyła wciąż tkwiącego przy kąciku czytelniczym mężczyznę wzrokiem. Uderzyła ją jego bladość i to, że musiał przytrzymać się stolika, by zachować pion. – Wszystko w porządku?

Potrząsnął głową.

– Za długo tu siedzę – odparł wymijająco. – Właściwie odkąd skończyliśmy rozmawiać, ale…

– Nie kładłeś się? Jadłeś coś chociaż? – zapytała, ale z jakiegoś powodu nie miała wątpliwości co do tego, jaką usłyszy odpowiedź. Och, przecież wiedziała. – Cymbale, jesteś człowiekiem. Ludzie mają to do siebie, że sypiają, jedzą, a już na pewno nie przesiadują w stresie bez odpoczynku więcej niż kilka godzin.

– Kto powiedział, że czymkolwiek się stresuję? – wycedził przez zaciśnięte zęby.

Ale nie zaprzeczył, co uznała za wystarczająco wymowne. Pamiętała jego reakcję na samą wzmiankę Noela o tym, kim się stał. To i pośpiech, w jakim wtedy się oddalił, wyglądając na chętnego, żeby roznieść pierwszą rzecz albo osobę, która znalazłaby się w zasięgu jego rąk. Mary mogła się założyć, że pod tym względem nic się nie zmieniło, nawet jeśli w międzyczasie zdążył w swoim stylu zrobić coś głupiego, wrócić z miasta, a później zaszyć się tutaj. Nie sądziła, by choć przez moment wziął pod uwagę ludzkie potrzeby, nawet jeśli te w naturalny sposób powinny stać się jego codziennością.

Westchnęła, po czym bez słowa podeszła bliżej, by móc ująć go pod ramię. Nawet jeśli zamierzał zaprotestować, nie zrobił tego. Z drugiej strony, może to przede wszystkim ona nie zwróciła na to uwagi. Czuła się zbyt pobudzona, by pozwolić Carlosowi przejąć kontrolę nad sytuacją. Co więcej, uświadomiła sobie, że była mu coś winna. Tylko tyle i aż tyle, a skoro tak…

– Chodź. Mam wrażenie, że oboje musimy odpocząć – zadecydowała, bardziej stanowczo chwytając go za rękę.

To nie tak, że miała jakikolwiek plan. Zresztą co miała zrobić? Poszukać kuchni i zacząć szykować kolację? Nie miała nawet pewności, czy w tym miejscu znajdowało się coś takiego. A jednak nie wyobrażała sobie, że miałaby go tutaj zostawić, nawet jeśli wciąż z łatwością mógł ją odepchnąć. Jakaś nie wątpiła, że ludzka natura w najmniejszym stopniu nie szła w parze z łagodniejszym charakterem. Carlos Sorenti wciąż miał być w stanie podnieść jej ciśnienie samym tylko tym, że… Cóż, istniał.

Jakkolwiek by nie było, nie zaprotestował, kiedy pociągnęła go za sobą. Kiedy w końcu opuścili bibliotekę, to on w naturalny sposób przejął kontrolę, wskazując odpowiedni kierunek. Nie miała innego wyboru, jak tylko mu zaufać i pozwolić, by poprowadził ją plątaniną korytarzy wprost do sypialni. Cisza miała w sobie coś kojącego, dziwnie właściwa, zwłaszcza że Mary nadal widziała co najmniej kilka potencjalnych tematów, które w ich przypadku mogłyby zakończyć się kłótnią. Mimo wszystko nie zamierzała odpuścić sobie wyjazdu i on doskonale o tym wiedział, a skoro tak…

– Chyba faktycznie powinienem ci podziękować – usłyszała i coś w tych słowach zaskoczyło ją bardziej niż fakt, że jednak zdecydował się odezwać. Przystanęła w progu, wymownie unosząc brwi. – O pewnych sprawach jeszcze porozmawiamy, więc…

– Wolałam, kiedy trzymałeś się podziękować – mruknęła, nie mogąc się powstrzymać. Zauważyła, że wywrócił oczami.

– W takim razie: dziękuję, chociaż wciąż doprowadzasz mnie do szału.

Parsknęła, nie mogąc się powstrzymać. Właśnie tego mogła się po nim spodziewać.

– Wiesz, że nie mam zamiaru odpuścić, prawda? Choćbym nawet miała iść tam pieszo – zagroziła, krzyżując ramiona na piersi.

– Uwierz mi, że chętnie bym to zobaczył. – Na ustach Carlosa pojawił się cień uśmiechu. – Nie żebym był zaskoczony. Jesteś męcząca.

– Wzajemnie.

Nacisnęła klamkę, ostrożnie wycofując się do pokoju. Miała wrażenie, że powiedzieli sobie wszystko, co tylko mogli, ale wciąż nie paliła się z powrotem do sypialni. Jeśli to zrobi, zostanie sama. I choć wiedziała, że prędzej czy później skończy pod prysznicem, bezkarnie wypłakując sobie oczy i mierząc ze wszystkim, co miało miejsce w zaledwie kilku godzin…

– Mary?

Potrząsnęła głową. Uświadomiła sobie, że drży i nawet spróbowała nad tym zapanować, ale to okazało się z góry skazane na niepowodzenie. Nie chciała w to brnąć, zwłaszcza przy nim, ale jej ciało wydawało się wiedzieć lepiej. Nie pierwszy raz czuła się tak, jakby należało do kogoś innego, całkowicie poza jej kontrolę. Gdyby do tego wszystkiego tak właśnie mogła potraktować narastające w jej wnętrzu emocje, wszystko stałoby się dużo prostsze.

Czuła na sobie przenikliwe spojrzenie Carlosa. Milczał, po prostu na nią patrząc, równie świadomie co i wtedy, gdy jeszcze przesiadywali w bibliotece. O nic nie pytał, choć dobrze wiedziała, że miał na to ochotę. Zrzucanie tego na niego nie było uczciwe, nie wspominając o tym, że on również wyglądał marnie, ale…

Zabawne, ale chyba jesteśmy podobni. Oboje rozbici.

Ta myśl ją zaskoczyła. Nie przywykła do tego, by spoglądać na Carlosa jak na kogoś, kogo mogłoby dręczyć jakiekolwiek demony.

– To… nic – odparła wymijająco. Miała wrażenie, że próbowała przekonać przede wszystkim siebie. – Nic takiego. Do później, Carlos.

Ale wciąż nie ruszyła się z miejsca. Nie miała okazji, bo nagle wszystko potoczyło się bardzo szybko.

Mimo że miała przed sobą człowieka, nie zarejestrowała momentu, w którym się poruszył. A jednak zrobił to, bezceremonialnie przesuwając się naprzód, by skrócić dzielący ich dystans. Jego ramiona owinęły się wokół niej, inaczej niż do tej pory, kiedy to po prostu uczepiła się jego ramienia podczas podróży przez korytarze. Trzymał ją mocno, zdecydowanie, jednocześnie sprawiając, że choć przez moment poczuła, że robi jej się cieplej. Tylko trochę.

Nie mając innego wyboru, cofnęła się o krok… A potem kolejny, aż w końcu straciła równowagę, kiedy na jej drodze stanęło łóżko. Jakby z oddali doszedł ją trzask zamykanych drzwi. Pod plecami poczuła miękkość materaca, na twarzy zaś ciepły oddech, gdy Carlos nachylił się w jej stronę.

Za nic nie potrafiła stwierdzić, które z nich zadecydowało o pocałunku. Liczyło się, że nagle poczuła ciepłe usta na swoich własnych. Zareagowała momentalnie, w ułamku sekundy odzyskując kontrolę nad ciałem. Próbując odwzajemnić pieszczotę z całym zaangażowaniem, objęła mężczyznę za szyję, chcąc znaleźć się jak najbliżej. Palce wplotła w jego włosy, próbując przyciągnąć tak blisko, jak tylko było to możliwe. Z trudem łapała oddech, ale to wydawało się właściwe – o wiele lepsze od duszącego szlochu, z którym musiałaby walczyć, gdyby została sama.

Nie próbowała walczyć. W gruncie rzeczy nie myślała o niczym, przez chwilę świadoma wyłącznie wzajemnej bliskości, pocałunku i błądzących po jej ciele dłoni. W którymś momencie znalazła dość siły, by przejąć kontrolę nad sytuacją na tyle, by to on znalazł się pod nią. Czując muśnięcie palców, które bezceremonialnie wdarły się pod jej koszulkę, uniosła ręce, chcąc ułatwić Carlosowi zadanie. Wystarczyła chwila, by została w samym staniku, bynajmniej niezawstydzona tym, że Sorenti mógł bezkarnie wodzić wzrokiem po odsłoniętym ciele.

Ciemne włosy opadły jej na twarz. Nachyliła się, spoglądając na niego z błyskiem w oczach. Przyjemna fala ciepła rozeszła się po całym jej ciele, swoje źródło mając gdzieś u podstawy kręgosłupa.

– To wciąż… nie rozwiązuje naszej dyskusji… – zapowiedział Carlos, podchwyciwszy jej spojrzenie.

Parsknęła, nie mogąc się powstrzymać. Pozwoliła, żeby końcówki włosów musnęły jego twarz. Mimo że czuła, iż może przyjść jej tego pożałować, nie wyobrażała sobie, że miałaby się wycofać.

– Zobaczymy – rzuciła zaczepnym tonem.

Wraz z tym jednym słowem, pocałowała go raz jeszcze. Poczuła ciepło jego dłoni, tym razem na plecach, kiedy zaczął szukać zapięcia stanika. Na to również mu pozwoliła, jednocześnie drżącymi palcami próbując uporać się z koszulą. Co prawda nie do końca o tym myślała, kiedy w bibliotece wypominała mu ludzkie potrzeby, w tym konieczność posilenia się, ale…

Zamknęła oczy. Nie chciała myśleć, a tym bardziej słuchać zdrowego rozsądku. Tego wieczoru nie chciała niczego poza spokojem i poczuciem, że ktoś znajdował się obok. O konsekwencjach mogła pomyśleć później albo wcale, zresztą… dotyk Carlosa wydawał się dziwnie właściwy. Gdyby nie to, że już nie miał w sobie nic nadnaturalnego, pomyślałaby nawet, że jakimś cudem mieszał jej w głowie.

Tyle że to nie było tak. Z zaskoczeniem uświadomiła sobie, że tego chciała i to już od dłuższego czasu.

A potem znów wylądowała na materacu i przestała myśleć o czymkolwiek.

No i jest. ;> Powinien pojawić się już jakiś czas temu, ale coś nie mogłam zabrać się za końcówkę. Tak czy siak, nie ma tego złego, bo chyba dość ładnie wpasowałam się w dzisiejszy dzień… Do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz