13.05.2017

Rozdział XL

ALYSSA
W milczeniu zbiegła pogrążoną w ciszy klatką schodową. Wciąż gotowało się w niej na myśl o Carlosie i sposobie, w jaki wymusił na niej opuszczenie mieszkania, ale próbowała o tym nie myśleć. Miała dość uciekania, zresztą jakaś cząstka Ali czuła, że postępowała słusznie. Zagniewana czy też nie, musiała w końcu pewne fakty ustalić i zakończyć tę farsę raz na zawsze. Czuła, że to już i tak za zbyt daleko, a wciąż żywe w jej głowie obrazy – wspomnienia, które przecież nie mogły należeć do niej – wciąż majaczyły gdzieś na granicy świadomości, uparcie wracając i podważając sens wszystkiego, w co z takim uporem próbowała wierzyć.
Dudnienie deszczu nasiliło się, kiedy podeszła bliżej drzwi wejściowych akademika. Dookoła panowała nieprzenikniona wręcz cisza, co uznała za dobry znak, bo nie miała pojęcia, co zrobiłaby, gdyby nagle pojawił się któryś ze studentów. W jednym Carlos bez wątpienia miał rację: zdecydowanie nie mogli zostać w tym miejscu, jeśli faktycznie mieli o czymkolwiek porozmawiać – i to zwłaszcza w przypadku tematów tak trudnych, że ledwo była w stanie nadążyć za tym, co działo się w jej glosie. Mimowolnie pomyślała, że prawdziwym cudem będzie, jeśli w przypływie frustracji nie rozniesie wampira na kawałeczki. Jakby tego było mało, wyraźnie czuła, że przy odrobinie szczęścia byłaby do tego zdolna.
Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, dziwnie oszołomiona. Nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić, co takiego czuła, ale próbowała o tym nie myśleć. Z równym uporem usiłowała nie zwracać pamięcią do wspomnienia głosu, który do tej pory pobrzmiewał gdzieś w jej umyśle. Teraz umilkł, ale…
– Alyssa?
Drgnęła, co najmniej zaniepokojona szeptem, który rozbrzmiał gdzieś w ciemnościach. W pierwszym odruchu uznała, że na własne życzenie przywołała to, przed czym tak bardzo chciała uciec, ale prawie natychmiast uprzytomniła sobie własną pomyłkę. Wbiła wzrok w ciemność, dopiero po dłuższej chwili będąc w stanie wypatrzeć stojącego zaledwie kilka metrów dalej, obserwującego ją uważnie Jasona. Wampir zawahał się, sprawiając wrażenie chętnego, żeby do niej podejść, ale ostatecznie powstrzymał się od ruchu. Przyjęła to z ulgą, wciąż spięta i bliska tego, żeby zrobić albo powiedzieć coś, czego później mogłaby pożałować. Czuła, że Jason przez cały czas uważnie lustrował ją wzrokiem i choć nie była w stanie określić, jakie targały nim emocje, coś w jego spojrzeniu sprawiało, że jak na zawołanie Alyssę ogarnął spokój. Wiedział czy nie, nie wyglądał na kogoś, kto jakkolwiek ją potępiał albo się nią brzydzi. Och, wręcz przeciwnie – w spojrzeniu mężczyzny doszukała się tylko i wyłącznie troski.
Mniej więcej wtedy poczuła, że coś w niej pęka. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym co robi, błyskawicznie przemieściła się, rzucając Jasonowi w ramiona. Wyczuła jego dezorientację, zupełnie jakby w pierwszym odruchu odebrał jej reakcję jako ewentualną formę ataku, ale nie próbował oponować. W zamian prawie natychmiast wziął się w garść i stanowczo przygarnął dziewczynę do siebie, pozwalając żeby wtuliła twarz w jego tors. Nie miała pojęcia czy to właściwe i czy powinna oczekiwać pocieszenia akurat od niego, ale nie chciała się tym przejmować. Silne ramiona mimo wszystko przyniosły dziewczynie ukojenie, Jason zresztą trzymał ją w na tyle pewny sposób, by poczuła się bezpieczniejsza. Potrzebowała tego, tak jak i rozmowy z Mary, choć w obecnej sytuacji nie była w stanie powstrzymać wyrzutów sumienia spowodowanych tym, co zapewniła przyjaciółce. Carlos mógł okazać się zagrożeniem, tym bardziej, że już teraz patrzył na śmiertelniczkę w niepokojący, bliżej nieokreślony sposób, przez co nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, czego tak naprawdę powinna się po nim spodziewać.
– Ali… Mój Boże, Alyssa – usłyszała i mimowolnie zadrżała, czując oddech Jasona na policzku. – Już w porządku – obiecał, a ona ledwo powstrzymała się od parsknięcia odrobinę histerycznym śmiechem.
W porządku… – powtórzyła, ale w jej głosie pobrzmiewała odczuwana już od dłuższego czasu gorycz. – Tak, na pewno… Nic mi nie jest – dodała, z zaskoczeniem przekonując się, że jej głos wcale nie brzmiał aż tak ironicznie, jak mogłaby się tego spodziewać.
Nie widziała twarzy swojego rozmówcy, ale była w stanie wyczuć, że mimo wszystko pozostawał spięty. Obejmował ją na tyle pewnie, by okazało się to w równym stopniu kojące, co i w razie potrzeby powstrzymało ją przed zrobieniem czegoś głupiego. Biorąc pod uwagę to, że tak po prostu uciekła, kiedy tylko sprawy zaczęły się komplikować, reakcja Jasona w najmniejszym stopniu nie wydała się dziewczynie dziwna.
– Jakie to urocze – usłyszała gdzieś za plecami.
Ledwo powstrzymała gniewne warknięcie w odpowiedzi na złośliwy komentarz Carlosa. On naprawdę prosi się o to, żeby ktoś kiedyś go zabił, przeszło jej przez myśl, ale zachowała tę uwagę dla siebie, dochodząc do wniosku, że nie może tak po prostu dać się sprowokować. To byłoby zbyt proste, zresztą… Cholera, wciąg go potrzebowała – przynajmniej teoretycznie, skoro wciąż nie rozumiała wszystkiego, a Carlos pozostawał jedyną osobą, która mogła wytłumaczyć całe to szaleństwo.
Zacisnęła usta, decydując się powstrzymać przed wyrzuceniem z siebie cisnących jej się na usta złośliwości. W zwolna wypuściła powietrze z płuc, żeby łatwiej się uspokoić, zaś w następnej sekundzie z premedytacją mocniej wtuliła się w Jasona, chociaż nie była pewna, co chciała w ten sposób osiągnąć. Jej stwórca nie miał powodów do tego, żeby być o nią zazdrosny, choć coś w jego tonie wydało jej się… zastanawiające.
Wciąż pełna wątpliwości, bez pośpiechu odsunęła się, po czym z wolna odwróciła w stronę schodów. Carlos bez pośpiechu zszedł niżej, zmuszając do tego samego podążającą przed nim Mary. Również milczała, nienaturalnie blada i wyraźnie podenerwowana, co było widoczne zwłaszcza w sposobie, w jak raz po raz oglądała się na wampira przez ramię. Nie dotykał jej, poza tym nic nie wskazywało na to, żeby planował rzucić się śmiertelniczce do gardła, ale to nie zmieniało faktu, że dziewczyna sposób nie czuła się dobrze, mając za plecami niebezpiecznego nieśmiertelnego – i to na dodatek takiego, który wprost przyznał, że fakt, iż była żywa, zdecydowanie nie był mu na rękę.
Mary na moment przystanęła, znacząco unosząc brwi na widok Jasona. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, tym samym jasno dając do zrozumienia, że przynajmniej podejrzewała, że ten z Sorentich również nie jest człowiekiem. Alyssa pomyślała, że obracanie się w towarzystwie nieśmiertelnych zwłaszcza początkowo musiało być trudne, zresztą tak jak i widok olśniewających urodą istot, tym bardziej. Biorąc pod uwagę, że sama od niedawna była jedną z nich, a jednak w wielu przypadkach i tak czuła się nieswojo, dezorientacja przyjaciółki nie wydawała się niczym dziwnym. Nie mogła zresztą zaprzeczyć, że Jason był przystojny, poza tym…
Och.
Poza tym trzymał ją za rękę, chociaż wcześniej nie zwracała na to uwagi.
– To jest Mary – powiedziała, pośpiesznie robiąc krok na przód i niby to przypadkowo oswobadzając dłoń. Zamrugała kilkukrotnie, żeby łatwiej doprowadzić się do porządku, przede wszystkim przez wzgląd na obecność Carlosa. Nie chciała dawać mu satysfakcji i pozwolić, żeby doszedł do wniosku, że wciąż była słaba i bezbronna. Nie zamierzała sobie na to pozwolić zwłaszcza po tym, jak udało jej się wymóc, żeby zostawił Mary w spokoju. – Ona…
– To upierdliwa psiapsiółka, która wie o wszystkim, bo nasza księżniczka nie potrafi trzymać języka za zębami. Innymi słowy, jest fantastycznie – wtrącił ze swojego miejsca Carlos, nie szczędząc sobie ironii.
– Musisz być złośliwy? – obruszyła się, spoglądając na niego gniewnie. – Jakbyś zapomniał, to tylko i wyłącznie twoja wina.
Wampir prychnął, jednocześnie przenosząc oszołomione spojrzenie na swoją podopieczną. Gdyby wzrok zabijał, wtedy jak nic miałby ją na sumieniu.
– Moja? Jakież to kobiece, by zrzucić wszystko na mężczyznę! – obruszył się. Wywrócił oczami, po czym błyskawicznie ominął Mary, przy okazji ocierając się o jej ramię, czym skutecznie przyprawił dziewczynę o dreszcze. – Ale niech ci będzie. Idę powiadomić mojego braciszka o małych komplikacjach i tym, że w każdej chwili może się okazać, że mamy jeszcze bardzie przejebane. Nie przeszkadzajcie sobie, gołąbeczki – zadrwił, a coś w jego słowach i zachowaniu sprawiło, że na Alyssa na moment zamarła w bezruchu, całkowicie wytrącona z równowagi.
– Co za… dupek – sapnęła Mary, jakimś cudem będąc w stanie wykrztusić z siebie choć słowo.
Nawet jeśli Carlos to usłyszał, uwaga dziewczyny nie powstrzymał go przed wyjściem w ulewę. Wkrótce zniknął w ciemnościach, stanowczym ruchem zatrzaskując za sobą drzwi. Do przedsionka na ułamek sekundy wdarło się lodowate powietrze, a przynajmniej Alyssa próbowała przekonać samą siebie, że to właśnie z tego powodu jak na zawołanie zrobiło jej się zimno. Wciąż oszołomiona, w milczeniu spojrzała w ślad za Carlosem, nerwowo zaciskając przy tym usta. Co go ugryzło?, zapytała samą siebie, chociaż zdecydowanie nie oczekiwała odpowiedzi. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że nastrój wampira zmienił się od chwili, w której opuściła pokój Mary, choć nie była pewna, co mogło być tego przyczyną. Mogła domyślić się, że był na nią zły za to, że tak lekkomyślnie zdradziła tajemnicę człowiekowi, ale i tak czuła, że za zachowaniem Carlosa kryło się coś więcej.
– Carlos to… wyjątkowy przypadek – stwierdził Jason, w końcu decydując się przerwać panującą ciszę. Wszystko w nim aż krzyczało, że miał ochotę powiedzieć coś innego, a przy tym o wiele bardziej wulgarnego. – Mary, tak? Nie przejmuj się nim. Jeśli dopisze nam szczęście, ktoś kiedyś w końcu przetrąci mu kark – zwrócił się do tkwiącej na schodach dziewczyny.
Alyssa spojrzała na wampira z powątpiewaniem, mimo wszystko zaskoczona. Wiedziała, że relacje Jasona z bratem były napięte, ale nigdy nie zastanawiała się nad tym jak bardzo – i czy mężczyzna faktycznie byłby skłonny życzyć Carlowi śmierci. Wciąż oszołomiona, krótko zerknęła na Mary, po czym lekko wzruszyła ramionami. Starała się nie myśleć o Carlosie, ale to okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli mogłaby przypuszczać. Z drugiej strony, o czym również nie potrafiła zapomnieć, alternatywą pozostawało zamartwianie się o przyjaciółkę i niebezpieczeństwie, które na nią ściągnęła. To był świat, którego sama nie rozumiała i który w wielu przypadkach po prostu ją przerastał, a jednak…
Zdecydowanie nie powinna się ujawniać, ale jaki to miało teraz znaczenie?
„Zacznijmy do tego, że nie potraktujesz mnie tak, jak biednego Alexa”. Ta jedna obietnica ciążyła bardziej niż cokolwiek innego, Ali zaś czuła, że bardzo szybko zacznie jej żałować.
– Jasne, pewnie. – Mary zaśmiała się w nerwowy, niemalże histeryczny sposób. Alyssa przeniosła na nią wzrok, próbując ocenić, co takiego czuła jej przyjaciółka. – Udawany narzeczony? Rozmawiałyśmy sobie troszeczkę i jakoś za wiele o tobie nie wspominała, więc zakładam, że…  – upewniła się, stając przed Jasonem i uważnie mierząc go wzrokiem.
Uniosła brwi, przez krótką chwilę świadoma tylko i wyłącznie narastającej dezorientacji. Niby w jaki sposób powinna rozumieć stwierdzenie, że…?
Jakby tego było mało, Jason jedynie się uśmiechnął.
– Można tak powiedzieć – stwierdził z rezerwą, wzruszając ramionami. – Nie patrz tak na mnie, Ali. Musiałem coś powiedzieć, kiedy wystawiłaś mnie na uczelni… Och, swoją drogą, zabiję cię za to – zapowiedział, a dziewczyna z niedowierzaniem potrząsnęła głową.
– Przedstawiłeś się komuś jako mój facet?
Jason wywrócił oczami.
– Narzeczony – poprawił machinalnie.
– Jeszcze lepiej! – zadrwiła, nie mogąc się powstrzymać. – Jest coś jeszcze, o czym nie wiem? Może rzuciłam studia, bo spodziewamy się dziecka, kochanie? – wycedziła przez zaciśnięte zęby, machinalnie kładąc dłoń na brzuchu.
– Że też na to nie wpadłem! – Jason spojrzał na nią z zaciekawieniem. – Dlaczego nie byłaś taka kreatywna w samochodzie, co? Wcisnąłem w dziekanacie bajeczkę, że planujemy ślub i wyprowadzkę do Nowego Jorku, bo załapałaś się tam staż… Musiałem być wiarygodny, skoro przyszedłem bez ciebie. To i trochę perswazji załatwiło sprawę – dodał, przy końcu raptownie poważniejąc.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, sama niepewna, co powinna powiedzieć. Podziękować? Być może powinna, ale trudno było tak po prostu skupić się i słuchać kłamstw, które miały ostatecznie odciąć ją od dotychczasowego życia. To wydawało się… ostateczne, a przynajmniej takie miała wrażenie.
– Perswazja, wampiry… Jasne, jasne. Mówcie mi jeszcze – jęknęła Mary, tym samym skutecznie wyrywając Alyssę z zamyślenia.
– Nie musisz z nami jechać, jeśli nie chcesz – zapewnił pośpiesznie Jason. – Jakoś załatwimy sprawę z Carlosem, jeśli tylko… – Urwał i spojrzał znacząco na dziewczynę.
– Jeśli będę trzymała język za zębami, tak? – upewniła się, ale w jej głosie słychać było niepewność. – Nie jestem szalona. Kto zresztą uwierzyłby mnie, gdybym zaczęła opowiadać… takie rzeczy? – dodała i rozłożyła ramiona, jakby chcąc zachęcić ich do tego, by lepiej jej się przyjrzeli.
Przed wyjściem zdążyła jedynie narzucić na siebie w pośpiechu pochwycone ubrania – podkreślające jej smukłą sylwetkę jeansy i czarny sweterek. Ciemne włosy miała w nieładzie, a czarne kosmyki mocno kontrastowały z nienaturalnie bladą cerą. Nawet pozbawiona ostrego makijażu wyglądała niezwykle korzystnie, a Ali nie po raz pierwszy pomyślała, że jej przyjaciółka bardziej niż ona nadawałaby się na istotę mroku. Zauważyła, że Mary lekko chwieje się na nogach, kiedy zaś spojrzała w szmaragdowe tęczówki dziewczyny, doszukała się w nich przede wszystkim niepokoju, ale i… determinacji.
– Mary… – zaczęła, po czym urwała, bo ta spojrzała na nią w niemalże ostry sposób.
– Jadę z wami – oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem. – To jedno chyba już omówiłyśmy, poza tym… Och, jak będzie szczególnie źle, zawsze możesz mnie zabić – dodała z bladym, odrobinę wymuszonym uśmiechem.
Alyssa nawet się nie uśmiechnęła.
Nie chciała przyznać tego przed samą sobą, ale taki scenariusz wydawał się wręcz niepokojąco prawdopodobny.
VICTORIA
Victoria Torentino odrzuciła ciemne włosy na plecy, po czym poprawiła przeciwsłoneczne okulary. Klimat Alaski miał to do siebie, że w powietrzu jak zwykle dało się wyczuć przejmujący chłód, jednak jako istota w połowie nieśmiertelna nie odczuwała zimna w takim stopniu, jak zwykli śmiertelnicy. Lekko zmrużyła oczy, próbując osłonić je przed przesadnie wręcz jasnymi promieniami słonecznymi, które odbiły się od białej warstwy zalegającego na ziemi śniegu. Ta dziwna pogoda niezmiennie ją bawiła, bo choć było zimno, słońce uparcie walczyło z grubą warstwą chmur. Dla jej przesadnie wręcz wrażliwych oczu blask był co najmniej uciążliwy, tym bardziej, że Tori zdążyła przywyknąć do przyjemnego półmroku, który panował w kryjówce.
Megan jak nic miała zabić ją zaraz po powrocie, co zresztą nie wydało się Victorii dziwne. Podejrzewała wręcz, że po wszystkim nawet zdolności Noela mogły okazać się zbędne, ale dziewczyna nie przejmowała się tym. Czasami irytowało ją to, że jej towarzystwo wydawało się utożsamiać fakt, że była najmłodsza, z przesadną lekkomyślnością. Meg bywała nadopiekuńcza, co na dłuższą metę okazywało się drażniące, chociaż Tori potrafiła zrozumieć troskę. Wszyscy byli w niebezpieczeństwie, zwłaszcza teraz, kiedy Carlos zaczął szaleć, a może szczególnie od momentu, w którym jak zwykle wsiąknął jak kamień w wodę, najpewniej zamierzając odezwać się dopiero w chwili, w której jednak uznałby, że potrzebuje pomocy. Ten wampir był niereformowalny, ale to jedynie sprawiało, że tym większa przyjemność sprawiało Victorii drażnienie go.
Tak czy inaczej, Carlosa nie było, a Megan z Noelem zaczynali być przewrażliwieni. Ta cała atmosfera oczekiwania i napięcia coraz bardziej dawała się pół-wampirzycy we znaki, a kiedy oficjalnie usłyszała, że głupie wyjście do miasta jest wykluczone, doszła do wniosku, że świat oszalał. W porządku, była młoda, ale nie głupia! W razie potrzeby potrafiła porządnie skopać tyłek, poza tym wątpiła, żeby cokolwiek mogło się jej stać w centrum handlowym. W takim miejscu była skłonna oczekiwać prędzej jakiegoś wariata z pistoletem, aniżeli wysłannika Lucyfera, bo temu w równym stopniu, co i jej samej zależało na tym, żeby pozostać przez ludzi niezauważonym.
Westchnęła przeciągle, słysząc przenikliwy dźwięk telefonu komórkowego. Chwilę po tym do ostrej melodii włączył się nieco łagodniejszy głos wokalistki, a Tori chcąc nie chcąc sięgnęła do torebki, próbując znaleźć telefon. Skrzywiła się, kiedy z pewnym wysiłkiem zdołała go dosiężność, jeszcze przed zerknięciem na wyświetlacz wiedząc, że to Meg. To wystarczyło, żeby zawahała się na moment, próbując ocenić, czy odbieranie było dobrym pomysłem. Cóż, z dwojga złego…
Telefon zamilkł równie nagle, co wcześniej się rozdzwonił, a Tori wymownie wywróciła oczami, zadowolona z takiego obrotu spraw. Nie śpiesząc się, szarpnięciem otworzyła drzwiczki wysłużonego już, absolutnie nie rzucającego się w oczy malucha, by wrzucić na tylnie siedzenie kilka siatek z zakupami. Okulary zsunęły jej się na czubek nosa, kiedy nachyliła się do przodu, by porządniej ułożyć torby i nie ryzykować, że te powywracają się, kiedy odpali silnik. Podejrzewała, że jak zwykle będzie musiała się trochę nagimnastykować, zanim uda jej się wyjechać z ciasnego, krytego parkingu centrum, ale zdążyła już się przyzwyczaić. Cofanie nigdy nie było jej mocną stroną, co zresztą wyjaśniało, dlaczego Noel i Carlos prędzej zatrzasnęliby ją w łazience, aniżeli użyczyli kluczyków do własnych aut. Już dawno zrezygnowała z proszenia, zagadywania i szukania jakichkolwiek sensownych argumentów, jakimi było chociażby to, że mogliby łaskawie ruszyć tyłki i spróbować trochę ją doszkolić.
Komórka odezwała się ponownie, ale tym razem Tori nie śpieszyła się z odbieraniem.
– Och, Meg, jeszcze nikt mnie nie zamordował – prychnęła pod nosem.
Ta dziewczyna powinna była jak najszybciej wyluzować, tym bardziej że wydawała się dobrej drodze, żeby popaść w paranoję. Tori nie potrzebowała niański, zwłaszcza w takich sytuacjach. Była równie świadoma niebezpieczeństwa, co i wszyscy inni, ale – na Boga! – czy to naprawdę znaczyło, że miała zacząć się bać własnego cienia? Istniały pewne granice, po których zwykła ostrożność przeinaczała się w coś przesadzonego, a to zdecydowanie nie było dobre.
Uśmiechnęła się pod nosem, po czym z wolna wyprostowała, uważając, żeby przypadkiem nie uderzyć się o w głowę. Chłodne powietrze rozwiało jej włosy, ciskając kilka ciemnych kosmyków w twarz. Poirytowana, zdecydowanym ruchem odgarnęła niesforne loczki na bok, przy okazji przeczesując je palcami. Długie włosy bywały utrapieniem, zwłaszcza dla kogoś tak porywczego jak Tori, ale nie wyobrażała sobie tego, że miałaby tak po prostu je ściąć. Wciąż przytrzymując niesforne kosmyki, które tak uparcie próbowały dostać się do oczu, raz jeszcze sięgnęła po telefon.
Zdążyła zaledwie wyciągnąć komórkę i – oparłszy się o bok samochodu – spróbować odblokować aparat, żeby w końcu przyjąć połączenie, kiedy wszystko potoczyło się bardzo szybko.
Wcześniej nie wyczuła niczyjej obecności, chociaż przy swoich wyostrzonych zmysłach nie powinna mieć z tym najmniejszego problemu. Jako pół-wampirzyca powinna w porę wychwycić każde, nawet najcichsze kroki, a jednak nie zorientowała się, kiedy ktoś jak gdyby nigdy nic zaszedł ją od tyłu. Dopiero czując czyjś ciepły oddech na karku uświadomiła sobie, że coś jest nie tak i błyskawicznie chciała odwrócić się na pięcie, by przekonać się, kto stoi za nią, jednak intruz nie dał jej po temu okazji. Czyjeś ramiona z siłą imadła owinęły się wokół talii, unieruchamiając ją i skutecznie pozbawiając tchu. Szarpnęła się, ale przeciwnik okazał się silniejszy od niej, co jednoznacznie dało Victorii do zrozumienia, że nie miała do czynienia z człowiekiem. Warknęła cicho, po czym nabrała powietrza do płuc, gotowa zacząć krzyczeć, jednak i tego planu nie zdołała wcielić w życie, bowiem przeciwnik zdecydował się zapobiegawczo zatkać jej usta i nos dłonią…
Och, nie – to nie była po prostu dłoń.
Do jej twarzy przylgnęło coś miękkiego – być może skrawek materiału – na dodatek odrobinę wilgotny i słodko pachnący. Woń okazała się mdląca, poza tym jak na zawołanie sprawiła, że zaskoczonej dziewczynie aż zawirowało w głowie. Coś było nie tak i to wystarczyło, żeby Tori zesztywniała, uprzytomniając sobie, że najpewniej popełniła błąd.
Wstrzymaj oddech!, nakazała samej sobie, coraz spanikowana, jednak nie była w stanie się do tego zmusić. Miała wrażenie, że się zapada… że powoli zasypia… podczas gdy jej mięśnie zaczynały wiotczeć i…
Zanim ostatecznie poddała się i straciła przytomność, usłyszała jeszcze, że jej telefon rozdzwonił się ponownie.
No i jest. Zeszło mi dłużej niż do tej pory, ale musiałam dobrze zastanowić się jak powinnam ten moment rozegrać. Poznajemy Tori, z którą scena przeskoczyła z rozdziału, który miał okazać się dużo później. Ogólnie musiałam sporo przebudować również w pierwszej części i chyba jestem zadowolona z efektu, aczkolwiek ostateczną ocenę jak zwykle pozostawiam Wam.
Dziękuję za obecność, bo to dla mnie bardzo ważne. Kolejny rozdział już wkrótce, więc do napisania!

1 komentarz:

  1. O_o Carlos serio jest zazdrosny! Choć próbuje ukryć to pod ironią i opryskliwością... Proszę mu wytłumaczyć, że w ten sposób, to on serca kobiety nie zdobędzie... Chyba, że jakaś desperatka się trafi :P Ale że on nie usłyszał o narzeczonym! Oj jestem ciekawa co by było gdyby... W ogóle mega wyszła ta scena, taka trochę rozluźniająca atmosferę i dająca chwilę na złapanie oddechu, choć nie można zapomnieć o tym, co nad nimi wisi.
    I jestem coraz bardziej ciekawa, co tak właściwie zaszło między braćmi, bo w sumie prócz tego, że Carlos to czarna owca w rodzinie i z Jasonem się nie trawią, to za wiele nie ma. Najstarszy z Sorentich wydaje się rozumieć Carlosa i dlatego wciąż czeka (?) na powrót brata. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że zawsze tak było. Zapewne coś się wydarzyło, ze sprawy potoczyły się tak, a nie inaczej i dlatego ich relacje są dość napięte... Delikatnie to określiłam, a może nawet za delikatnie, ale chyba wiesz o co mi chodzi? :P
    Tori! Czekam na nią od momentu, kiedy podzieliłaś się tym co ją spotka. I pierwsze zdania o niej, troszeczkę mnie zszokowały. Wychodzi na słońce, Ali też, prawda? W tym są podobne, choć zastanawia mnie teraz inna kwestia. Pomijając fakt, że Alyssa jest córką Lucka, to jest w pełni wampirem? Tori jest nim w połowie... Ale że jak? Została ugryziona jednym kłem? :D Czy może jeden z rodziców był wampirem? A może z jej przemianą poszło coś nie tak?
    Dobrze rozumiem, że na nią Lucyfer poluje? Czy może na całą trójkę/czwórkę (nie jestem pewna co do Carlosa)?
    Nasuwa się kolejne pytanie – kim był napastnik? Może demon? Albo pół-wampir? I teraz będzie to wszystko co ma być? Boję się... Ale chcę więcej!

    OdpowiedzUsuń