10 grudnia 2017

Rozdział L

Alyssa
Uniosła głowę, przez moment mając wrażenie, że czas się zatrzymał, a wszystko choć na moment wrócił do normy. Bez trudu zauważyła Jimiego, który szybkim krokiem zmierzał w jej stronę. Była przygotowana na to, że chłopak najpewniej zmienił się od czasu, w którym widziała go po raz ostatni, tym bardziej że nastolatkowie mieli to do siebie, że rozwijali się błyskawicznie. W zasadzie za każdym razem, kiedy widziała przybranego brata, różnice wydawały się diametralne, a ona czasami nie mogła nadążyć za tym, że chłopak, którego kiedyś była w stanie nosić na rękach, teraz coraz bardziej przypominał nie tyle dzieciaka, co na swój sposób mężczyznę.
Miał ciemne włosy, wiecznie zmierzwione i absolutnie oporne na jakąkolwiek próbę ułożenia ich w jakikolwiek sensowny sposób. Zawsze był wysoki, chociaż sama nie była pewna, kiedy właściwie wystrzelił w górę na tyle, by zdążyć ją przerosnąć. Aż uniosła brwi ku górze, nie po raz pierwszy porażona tym, jak bardzo szczupły był – prawie jak wieszak, a gdyby go nie znała, pomyślałaby nawet, że się głodził, choć w rzeczywistości było wręcz przeciwnie. Jego twarz również się zmieniła, chociaż nadal była dostrzec śladowe dziecięce rysy, które pamiętała. Jedynym, co pozostawało zawsze takie samo i co byłaby w stanie rozpoznać w każdej możliwej sytuacji, były jego oczy – lśniące, jasnoniebieskie i przyciągające uwagę.
Jimie – James właściwe, chociaż przywykła do tego, żeby skracać jego imię – gwałtownie przystanął, spoglądając wprost w jej stronę. Przeszło jej przez myśl, że z pokaźnych rozmiarów torbą, którą przerzucił przez ramię, wyglądał trochę tak, jakby miał złamać się na pół, choć najpewniej wyśmiałby ją, gdyby zasugerowała, że się przedźwiga. Czasami nie rozumiała płci przeciwnej, zwłaszcza w ostatnim czasie, a jej brat nie był pod tym względem wyjątkiem. Dorastał, co widziała zwłaszcza teraz, wręcz oszołomiona tym, jak wiele może zmienić się w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Nie pojmowała smutku i tęsknoty, które jak na zawołanie ją ogarnęły, w niemalże bolesny sposób uświadamiając, że jednak coś straciła – to ludzkie życie, które na swój sposób ceniła, nawet jeśli przez jakiś czas sama pragnęła się od niego odciąć. Czegokolwiek by nie zrobiła, to była jej przeszłość, ale też ludzie, którzy w mniejszym lub większym stopniu znaczyli dla niej naprawdę wiele.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, wciąż oszołomiona. Uświadomiła sobie, że Jimie mógł robić na niej takie wrażenie przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy widziała go swoimi „nowymi” oczami. Wyostrzone zmysły potrafiły zmienić wszystko, o czym przekonywała się niemal na każdym kroku, dopiero ucząc się funkcjonować w świecie, który otaczał ją od chwili przemiany. Ona również była inna i to wyjaśniło szok, którego doszukała się w spojrzeniu chłopaka, jednak ostatecznie żadne z nich nie zdecydowało się na to, żeby komentować wygląd drugiego.
– Hej, siostra! – rzucił w końcu Jimie i nawet jego głos zabrzmiał inaczej, bardziej głęboki i zdecydowany, co zauważyła już kiedy rozmawiała z nim przez telefon, omawiając szczegóły jego przyjazdu.
Otrząsnęła się, za wszelką cenę próbując wziąć się w garść. Czuła, że musi przynajmniej spróbować nad sobą zapanować i zacząć zachowywać się naturalnie, by dodatkowo nie komplikować sytuacji, ale to wcale nie było takie proste. Patrzyła na Jimiego i miała ochotę, przygarnąć go do siebie, by więcej nie puszczać – cokolwiek, byleby tylko odzyskać utracona równowagę. Wtedy wszyscy było prostsze, a ona… No cóż, nie czuła się przy bracie tak, jakby wyrządzała mu wielką krzywdę, kiedy tylko przebywali w swojej obecności.
Nie odezwała się nawet słowem, w zamian bezceremonialnie rzucając mu się na szyję. Zauważyła, że Jason nieznacznie przesunął się gdzieś za jej plecami i omal nie wywróciła oczami, niepewna jak powinna rozumieć jego reakcję. Spodziewał się, że przy pierwszej okazji rzucić się chłopakowi do gardła? Lotnisko było pełne ludzi, a zapach ich krwi czuła nawet z odległości, ale to jeszcze nic nie znaczyło. Okazywanie emocji było naturalne, a to, że nieśmiertelni odbierali wszelakie bodźce przynajmniej dwa razy mocniej, jedynie utwierdziło jej w przekonaniu, że miała do tego prawo. Kiedy na dodatek chłopak znalazł się w jej objęciach, przywarła do niego mocno, choć w pierwszym odruchu zesztywniał, wyraźnie zaskoczony aż taką wylewnością z jej strony. Jasne, nie był dzieckiem – już nie, nawet jeśli w myślach sądziła, że jest inaczej – a już na pewno jak każdy chłopak nie przepadał za publicznym okazywaniem emocji, na dodatek względem siostry, ale nie dbała o to.
– Okej… O rany, Ali, to dość desperackie nawet jak na ciebie – stwierdził, w końcu będąc w stanie wykrztusić z siebie chociaż słowo. Na moment odwzajemnił uścisk, lekko głaskając ją po plecach, choć po jego ruchach poznała, że nie miałby nic przeciwko temu, żeby zdołała nad sobą zapanować. – Też się stęskniłem – dodał, a ona westchnęła, mimowolnie się uśmiechając.
– Daj mi się nacieszyć – zaproponowała, po czym odchrząknęła, żeby oczyścić gardło. Chłopak spojrzał na nią podejrzliwie, być może podejrzewając, że chciało jej się płakać, a może nie będąc w stanie pozostać obojętnym wobec zmian, które zaszły w jej wyglądzie. – Ech, tak… To jest właśnie Jimie – oznajmiła, decydując się zwrócić do Jamiego.
– James – poprawił ją pośpiesznie. – To takie dziecinne…
Wywróciła oczami, mimowolnie uśmiechając się. To było znajome, tak jak i to, że w towarzystwie kogokolwiek obcego zachowywał się tak, jakby jej obecność w gruncie rzeczy była mu obojętna.
– Proszę bardzo, James – sprostowała z przesadnym wręcz naciskiem na jego imię. Chcąc nie chcąc odsunęła się, pozwalając mu stanąć swobodnie i obracając się w taki sposób, żeby móc spojrzeć na swojego towarzysza. – Tak czy inaczej, poznaj Jasona – dokończyła, w duchu prosząc opatrzność albo to, co było skłonne wysłuchać córki Lucyfera, o odrobinę cierpliwości.
Wampir – dotychczas milczący i oparty o swoje auto – natychmiast się wyprostował, machając ręką w geście przywitania. Chociaż w drodze do Seattle wydawał się milczący i zmartwiony nie tylko sytuacją, ale również jej zachowaniem, w tamtej chwili wydawał się zmienić o sto osiemdziesiąt stopni. Nieśmiertelni byli doskonałymi aktorami, poza tym niemalże zawodowo potrafiły zapanować nad emocjami, a jednak gdyby nie znała Jasona i nie miała poczucia, że mimo wszystko kontrolował każdy jej ruch, pomyślałaby, że wszystko jest w najzupełniejszym porządku, kiedy z olśniewającym uśmiechem przestąpił naprzód, obrzucając jej brata zaciekawionym spojrzeniem.
– Cześć – rzucił jak gdyby nigdy nic.
Jimie – James – spojrzał na niego w co najmniej skonsternowany sposób. Przynajmniej nie zawahał się przed ujęciem wampira za rękę, ale Alyssa zauważyła, że wzdrygnął się mimowolnie, być może wyczuwając, że ma do czynienia z kimś co najmniej niebezpiecznym. Niebieskie oczy rozszerzyły się nieznacznie, kiedy zmierzył nieśmiertelnego wzrokiem, wydając się co najmniej oszołomionym jego wyglądem. Ali wiedziała, że wampiry miały w sobie coś, co wywierało wpływ na śmiertelników, nawet jeśli ci nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, kogo mieli przed sobie. Z jej perspektywy Jason nie był zagrożeniem, podejrzewała zresztą, że miał wystarczające doświadczenie z przebywania z ludźmi, by potrafił kryć się ze swoją prawdziwą naturą lepiej niż ona sama mogłaby.
Próbowała zachować spokój i choć trochę się rozluźnić, ale była świadoma, że na pierwszy rzut oka widać po niej, jak bardzo jest spięta. Jimie nie był głupi, poza tym znał ją – i właśnie w tym leżał największy problem. Bała się, co może się wydarzyć, ale jednocześnie nie potrafiła zmusić się do żałowania tego, że ostatecznie zdecydowała się zaprosić chłopaka do siebie. Jego obecność była bardziej wyjątkowa niż uświadomienie Mary, że wampiry istnieją i przekonanie się, że ta wcale nie zamierzała uciec z wrzaskiem… Przynajmniej na razie. Problem polegał na tym, że James należał całym sobą należał do życia, które prędzej czy później musiała zostawić za sobą. W pewnym sensie zrobiła to już wcześniej, w chwili w której wyjechała z „rodzinnego” domu, ale dopiero teraz ta decyzja okazała się tak naprawdę ostateczna.
– Jesteś chłopakiem Alyssy? – usłyszała i omal nie zakrztusiła się powietrzem, kiedy pytanie brata skutecznie sprowadziło ją na ziemię.
– James! – syknęła, jeden z nielicznych razów decydując się użyć jego pełnego imienia.
Zesztywniała cała, czując, że na policzki wstępuje jej niekontrolowany rumieniec – coś, co zdecydowanie nie powinno mieć miejsca. Wydawało jej się, czy jako nieśmiertelna powinna potrafić nad sobą zapanować, niezależnie od sytuacji i tego, co się działo? I ty mi mówisz, że nie spieprzyłeś sprawy, Carlos?, pomyślała nie po raz pierwszy, ledwo powstrzymując się przed poirytowanym warknięciem. A swoją drogą, Nadia w tej chwili najpewniej dostałaby zawału…
 Wciąż czuła się zażenowana, przez co nagły wybuch śmiechu skutecznie wytrącił ją z równowagi. Spodziewała się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że Jason zacznie niekontrolowanie chichotać, przestając dopiero w chwili, w której rzuciła mu mordercze spojrzenie. Czy naprawdę wszyscy Sorenti musieli mieć w sobie coś, co wytrącało ją z równowag?!
– Nie – wykrztusił w końcu Jason, nie przestając się uśmiechać. No patrz, a ostatnio byliśmy zaręczeni!, pomyślała, ledwo powstrzymując się od wypowiedzenia tych kilku słów na głos. – Alyssa to moja dobra znajoma… W zasadzie jest dla mnie jak siostra – dodał wymijającym tonem.
– To dobrze, bo inaczej musiałbym cię poinformować, co mogłoby się stać, gdybyś ją skrzywdził – oznajmił z powagą Jimie, a Ali spojrzała na niego z niedowierzaniem. Przesadnie poważny piętnastolatek. Cudownie! – To moja siostra, więc…
– Chyba zrozumiałem – stwierdził sam zainteresowany, a jego oczy zabłysły figlarnie, kiedy krótko spojrzał w jej stronę.
Wypuściła powietrze ze świstem, sama nie będąc w stanie uwierzyć w to, co słyszała. To mogłoby być nawet urocze, gdyby nie odbywało się jej kosztem. Z drugiej strony, być może odczuwaną przez nią frustrację potęgował fakt, że w ostatnim czasie zdecydowanie zbyt wiele osób próbowało ingerować w jej życie uczuciowe.
Nicholasie, przysięgam, że…
Dość!
– Możemy już jechać? – zniecierpliwiła się. – Mamy do pogadania, a ja nie zamierzam słuchać o moim wyimaginowanym życiu uczuciowym. Jestem szczęśliwie samotna – dodała z naciskiem, potrząsając z niedowierzaniem głową.
Ledwo wypowiedziała te słowa, coś ścisnęło ją w żołądku, chociaż starała się o tym nie myśleć. Jej myśli jak na zawołanie powędrowały do Nicholasa i tego, co wyprawiali w samochodzie. Szlag, dlaczego znowu? Już i tak miała dość powodów do tego, żeby być na siebie wściekłą za to, że pozwoliła, żeby jakikolwiek śmiertelnik aż do tego stopnia namieszał jej w głowie, a przecież zawsze mogło być w gorzej, co zresztą dał jej do zrozumienia Carlos. Nie była pewna z jakiego powodu nie wspomniał reszcie o niej i Nicku, o ile oczywiście w istocie coś widział, ale znając tego wampira, bezpieczniej było założyć, że najzwyczajniej w świecie zamierzał pastwić się nad nią według własnego uznania.
Nieznacznie potrząsnęła głową, próbując opędzić się od niechcianych myśli. Jakie to właściwie miało znaczenie? Obiecała sobie, że nie będzie myślała o Nicholasie, przynajmniej przez czas pobytu Jimiego w stanie Waszyngton. Tak było bezpieczniej i chociaż po części wiedziała, że to z jej strony swego rodzaju próba ucieczki, nie potrafiła zmusić się do tego, żeby postąpić inaczej. Być może obecność brata i możliwość poświęcania mu każdej chwili miała okazać się zbawienna, chociaż z drugiej strony…
– Aha, szczęśliwie samotna. – Jimie spojrzał na nią krytycznie, po czym wywrócił oczami. Uśmiechał się, stopniowo zaczynając się rozluźniać i chyba zaczynając oswajać się z myślą o tym, że jego siostra nie tylko wyglądała niecodziennie, ale przede wszystkim wciąż była wolna. – Nigdy nie zrozumiem kobiet.
– Nie ty jeden… – rzucił jakby od niechcenia Jason, a ona prychnęła.
– To ma być jakaś sugestia? – zapytała z powątpiewaniem, wyjmowanie spoglądając na brata.
James jedynie się uśmiechnął.
– Kto wie? – Jakby od niechcenia przeciągnął się, po czym wrzucił torbę na tylni siedzenie samochodu, gdy tylko Jamie odblokował drzwiczki. – Może nawet będę miał do ciebie prośbę – dodał zdawkowo.
Spojrzała na niego pytająco, ale nie wyglądał na chętnego wnikać w szczegóły. W zamian pośpiesznie wsiadł do samochodu, nie pozostawiając jej nic innego, jak po prostu obejść auto dookoła, by mogła zająć swoje miejsce. Nie odezwała się nawet słowem, tylko zajęła miejsce pasażera i zatrzasnęła za sobą drzwiczki. Silnik odpalił i to w pewnym sensie sprawiło, że poczuła się lepiej, choć to wciąż nie był stan ukojenia, którego mogłaby oczekiwać. Co więcej, najwyraźniej zaczynała być przewrażliwiona, o czym przekonała się w chwili, w której mimowolnie zerknęła w lusterko wsteczne i przekonała się, że Jimie uważnie ją obserwuje.
Chociaż to nie miało sensu, w tamtej chwili była gotowa przysiąc, że jego niebieskie oczy przeszywają ją na wylot – i że to bardzo, ale to bardzo niedobrze…
Skyler
Samochód zniknął jej z oczu, ale nie zamierzała dalej za nim podążać. Ze spokojem wyszła z cienia, nakazując kryjącej ją ciemności odejść i ze spokojem czyniąc się na powrót widoczną. Zabawa mgłą i cieniem była zabawna, tak jak i to, jak niewiele trzeba było do tego, żeby zwieść zmysły – i to nawet te wyostrzone, co jedynie dowodziło temu, że wampiry wcale nie były aż tak doskonałe, jak mogłoby się wydawać. Z drugiej strony, to mogło mieć związek z bliskością ludzi, których nie brakowało w okolicy lotniska, ale niezależnie od przyczyny, najważniejsze było to, że była w stanie osiągnąć cel.
Skyler wywróciła oczami, nie po raz pierwszy zastanawiając się nad tym, dlaczego ze wszystkich stron musieli otaczać ją idioci. Miała wrażenie, że szanowna Księżniczka i jej towarzysz nie zauważyliby jej nawet wtedy, gdyby stanęła tuż przed maską ich auta, odtańczyła jakiś dziki taniec radości, machając przy tym rękami niczym jakaś szalona cheerleaderka i wykrzykując: „Tak się bawią! Tak się bawią, demony!”.
Och, bycie bierną naprawdę zaczynało ją męczyć.
Wsparła dłonie na biodrach, nerwowo podrygując i nie po raz pierwszy zastanawiając się nad tym, dlaczego cała najgorsza robota jak zwykle spadała na nią. Jakby tego było mało, raz po raz doświadczała niedoskonałości ciała, które jej zaoferowano. Coraz częściej dawały jej się we znaki dziwne upodobania dotychczasowej właścicielki, a pociąg do narkotyków, czy czym tam truła się ta nieszczęsna młódka, stopniowo doprowadzał ją do szału. Potrzebowała czegoś lepszego, tym bardziej teraz, kiedy musiała mierzyć się z wampirami – istotami równie niebezpiecznymi, co i demony, a przy tym o wiele silniejszymi od ludzi.
Czasami nie rozumiała, dlaczego musi czekać. Wiedziała przecież o tym, że mają dobrą kandydatkę, a jednak… Dlaczego to Uzjel dostał dziewczynę do swoich marnych eksperymentów, skoro to ona miała do wykonania najtrudniejsze zadanie? Przecież ten szaleniec i tam miał pewnie biedną Tori wykończyć, podczas gdy ona mogłaby przynajmniej wykorzystać jej ciało do czegoś praktycznego, gdyby Lucyfer tylko zechciał jej na to pozwolić. Jakby tego było mało, w pamięci wciąż miała słowa Króla Ciemności, przypominającego jej o tym, że bardzo źle znosił czyjekolwiek niepowodzenia – i że musiała się postarać. Fakt, że w tamtej chwili porównał ją właśnie z Uzjelem bolał, chociaż demonica w żadnym wypadku nie zamierzała przyznać się do słabości.
Wywróciła oczami. To nie miało znaczenia, z kolei ona zamierzała zrobić wszystko, byleby spisać się jak najlepiej. To, co stało się ostatnim razem, nie miało znaczenia i było… zwykłym wypadkiem. Co więcej, podobno nie było tego złego, czy jak tam brzmiało to idiotyczne ludzkie powiedzonko. Teoretycznie jako wampirzyca nie byłaby w stanie wykorzystać tego, co dawała jej krążąca w żyłach krew śmiertelników – a więc przy odrobinie szczęścia przemienić się w zwierzę, tak jak wtedy, gdy po raz ostatni miała okazję zbliżyć się do Ariany. Gdyby nie ten cholerny Sorenti, już dawno byłoby po wszystkim, a gdyby do tego Pan Ciemności był w dobrym nastroju, pewnie mogłaby cieszyć się bardziej… przystępną postacią – oczywiście taką, która usatysfakcjonowałaby również jego, bo wyłącznie Skyler miała prawo sprawiać mu przyjemność.
Poczuła muśnięcie lodowatego powietrza na odsłoniętych ramionach i zadrżała mimowolnie, nie tyle z zimna, co z przyjemności. Na jej ustach pojawił się pozbawiony wesołości, nieco ironiczny uśmieszek, który znamienita większość ludzkich mężczyzn bez wątpienia uznałaby za piękny. Och, no proszę…, pomyślała z przekąsem, ale nie wypowiedziała tych słów na głos, w zamian unosząc rękę, by móc musnąć palcami obojczyk.
– Tak, tak… – mruknęła pod nosem. Czuła obecność jego wysłanników, jak zwykle sumiennych i na każde jej skinienie. – Wiem dobrze. Ja też wyczułam Raziela…
Przez moment sama nie była pewna czy powinna z tego powodu śmiać się, czy może zacząć poważnie niepokoić. Obecność któregokolwiek z archaniołów zdecydowanie nie wróżyła dobrze, zwłaszcza jeśli ci kręcili się przy Arianie. Jego postać zdecydowanie nie zrobiła na niej wrażenia, ale te cholernie irytujące duszyczki miały to do siebie, że nawet rękami dziecka potrafiły dokonywać rzeczy, które mogły okazać się… dość problematyczne, zwłaszcza dla kogoś takiego jak ona.
Jak długo miało to jeszcze potrwać? Jak do tej pory powtarzali te same schematy od wieków – aniołowie i upadli, świetliści i demony… I za każdym razem wszystko zaczynało się od nowa, chociaż rozwój świata i zmiany w świadomości ludzi sprawiły, że wciąż musieli się ukrywać. Teraz część upadłych powracała jako ludzkie istoty albo wampiry; zwłaszcza do tych drugich było im o wiele bliżej, przez wzgląd na nieśmiertelność i możliwości, które wynikały z przemiany. Chyba tylko szaleniec pokusiłby się o ludzką powłokę, chociaż z drugiej strony…
Ale to był Raziel i kręcił się przy samej Arianie, choć ona sama wydawała się nie być tego świadomą – a więc wciąż niczego nie pamiętała. To wszystko komplikowało, przynajmniej teoretycznie, a Skyler jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że żadne okoliczności nie okazałyby się dość dobrą wymówką dla Lucyfera, gdyby nagle poinformowała go o tym, iż nie jest w stanie spełnić powierzonego jej zadania.
Był jeszcze Carlos, który mieszał z sobie tylko znanych powodów, w pewnym sensie błądząc niczym dziecko we mgle. Ta sprawa go nie dotyczyła, choć on sam wydawał się uważać co innego, poza tym zmierzał w kierunku, który zdecydowanie nie był właściwy. Skyler dobrze wiedziała, że chodziło o słodką Mistery i o jej śmierć, aczkolwiek obwinianie innego wampirzego rodu z tego właśnie powodu…
Ale to bardzo dobrze, moja bezduszna, usłyszała w głowie bezcielesny szept. Bardzo dobrze. Niech w to brnie… Mam wrażenie, że może nas wyręczyć, oznajmił z przekonaniem Lucyfer, a ona westchnęła cicho, całą sobą czując jego obecność. Nawet jego szept sprawiał jej dziką przyjemność, choć to w najmniejszym stopniu nie dorównywało cielesnym uciechom, które byli w stanie zagwarantować sobie wzajemnie.
Wyręczyć?, powtórzyła, a nieśmiertelny zaśmiał się melodyjnie, bynajmniej nieszczerze.
Zadawanie pytań zawsze było ryzykowne, ale zarówno to, jak i wiele innych zachowań, które w innym przypadku mogłyby ściągnąć gniew Ciemności, Skyler zawsze uchodziły na sucho.
Zrozumiesz z czasem, padło w odpowiedzi. Głos był spokojny i opanowany, przesycony emocjami, które niejednego przyprawiłyby o dreszcze. Na dzisiaj wystarczy, Skyler. Obserwuj rozwój wypadków, a kiedy nadejdzie odpowiednia pora, zrób wszystko to, co będzie konieczne, byś mogła mnie zadowolić. Nagrodzę cię za to, moja miła, obiecał, a jej serce zabiło mocniej.
Będzie jak zechcesz, obiecała, po czym lekko schyliła głowę, choć jej rozmówca nie był w stanie tego zobaczyć, przynajmniej osobiście.
Skyler uśmiechnęła się pod nosem, aż nazbyt pewna tego, że prędzej czy później doprowadzi swoje zadanie do końca. Nagroda była zbyt kusząca, poza tym… Ona nie zawodziła.
Nigdy.
No i jest ;> Z okazji pięćdziesiątego rozdziału mamy nową postać i kilka informacji, które – mam nadzieję – dają do myślenia. Jakieś wnioski i teorie? Jestem bardzo ciekawa :D Z samego rozdziału za to do tej pory pozostaję zadowolona, choć musiałam poprawić to i owo, żeby miał sens.
Kolejny już w przyszłym tygodniu. Ja z kolei zdradzę, że zostało mi zaledwie kilka wpisów, zanim dotrę do momentu, w którym skończyłam pierwszą wersję tej historii. I mogę zapewnić, że będzie ciekawie, a przynajmniej taką mam nadzieję.
Jak zwykle dziękuję za obecność i do napisania!

2 komentarze:

  1. – Nie ty jeden… – rzucił jakby od niechcenia Jimie, a ona prychnęła. – czy tu przypadkiem nie chodziło o Jasona? A i tu też? – Kto wie? – Jakby od niechcenia przeciągnął się, po czym wrzucił torbę na tylnie [tylne] siedzenie samochodu, gdy tylko Jamie odblokował drzwiczki.... I chyba gdzieś jeszcze była, ale nie pamiętam.
    Co do samego Jimiego – normalny to on na stówę nie jest. Może jakieś medium? Albo anioł? Albo demon? Uuuuu... lubię demony... Wilkołak raczej odpada, bo podejrzewam, że Jason by się zorientował. A może w tym świecie ich w ogóle nie ma... Nie przypominam sobie żadnej wzmianki o tym, żeby jednak istniały. Ale z młodym coś jest na rzeczy – dam sobie rękę uciąć co do tego.
    Pięć minut później...
    Dobra! Wiem kim jest Jimie! No przynajmniej taki mi się wydaje. I bardzo mnie korci, żeby to tu napisać, ale jeśli mam rację, to nie chcę psuć innym odkrywania tego kim jest chłopak. No ale... Mam ochotę krzyczeć, bo jeśli się okaże, że nie mam racji, to wyprowadziłaś mnie normalnie w maliny.
    Dlaczego Tori?! Co ty jej robisz?! Przecież ja ją lubię...

    A tak w ogóle czy tak jest, czy mi się tylko wydaje, że na tym gifie Nina ma bardzo dziecięce rysy? ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Yep, poprawione. Dzięki ^^
      A co do Jimiego, to podejrzewam, że trafiłaś. Zaraz się dopytam, chociaż z założenia to miało być tak silne zasugerowane, że chyba można się domyślić... ;>

      Usuń