28 grudnia 2017

Rozdział LII

Mary
Zawahała się, wymownie spoglądając w stronę przedpokoju. Czuła, że ominęło ją coś istotnego, chociaż sama nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. Do tej pory nigdy nie miały z Alyssą przed sobą tajemnic, przynajmniej do chwili przemiany dziewczyny w wampira, hybryd, czy kim tam właściwie jej przyjaciółka się stała. Tak czy inaczej, w ostatnim czasie zmieniło się wszystko, ale do Mary i tak nie docierało, że jej przyjaciółka mogłaby nie wspomnieć jej o tym, że z kimkolwiek się spotyka – a przecież właśnie na to wskazywały fragmenty rozmowy, które udało jej się wychwycić, kiedy siedziała w salonie. W efekcie sama nie była pewna czy bardziej jest zaciekawiona, czy może urażona tym, że Alyssa mogłaby mieć przed nią jakiekolwiek tajemnice, ale starała się o tym nie myśleć. Jakby nie patrzeć, mogła to wyjaśnić później, przy pierwszej możliwej okazji biorąc Ali w krzyżowy ogień pytań.
Cholera, co właściwie powinna była o tym myśleć? Alyssa nie była sobą, poza tym zmieniła się i Mary była coraz bardziej tego świadoma. Coś w samej tej myśli sprawiało, że czuła się jeszcze mniej pewniej wszystkiego, co działo się wokół niej i choć w niewielkim stopniu wiązało z nieśmiertelnymi. Chociaż regularnie widywała się z Alyssą, a więc również z jej nową rodziną, wcale nie czuła się dzięki temu pewniej, zwłaszcza ze świadomością, że gdyby któreś z Sorentich straciło nad sobą kontrolę, wtedy mogłaby skończyć jak przekąska. Nie wyobrażała sobie tego, ale nawet Ali mogła okazać się niebezpieczna, chociaż w ostatnim czasie było wystarczająco spokojnie, żeby zdołała uwierzyć w to, iż dziewczyna nie potrafiłaby jej skrzywdzić. Tak naprawdę wyłącznie przy Nadii czuła się spięta, aż nazbyt świadoma, że kobieta nie przepadała ani za nią, ani Alyssą, co z łatwością mogłoby doprowadzić do niechcianego… incydentu.
Był jeszcze Carlos, ale ten pozostawał poza wszelakimi kategoriami, które mogłaby dopasować do rozdrażnionej Nadii. Po pierwsze, ten z braci pana domu był dupkiem – w każdy możliwy sposób. A po drugie, specjalnie ją drażnił, najwyraźniej zamierzając sprawdzić, jak daleko sięgała cierpliwość ludzkiej dziewczyny, która uparcie wpychała nos tam, gdzie nie powinna. Wiedziała, że za nią nie przepadał i to ze wzajemnością, w irytujący sposób okazując to, jak bardzo był uprzedzony do śmiertelników. Przynajmniej takie wrażenie na każdym kroku miała Mary, ale przy Alyssy nieszczególnie przejmowała się tym, czego mógłby oczekiwać wampir. Był irytujący i bez wątpienia niebezpieczny, ale dzięki przyjaciółce czuła się względnie bezpieczna – o ile ta akurat była w pobliżu.
No cóż, do tego momentu zawsze była.
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, kiedy – zaledwie kilka sekund po wyjściu Alyssy – Michael i Carlos bracia pojawili się w salonie. Nerwowo postukała paznokciami w obicie kanapy, mimowolnie zastanawiając się nad tym, czy w takim wypadku nie powinna skorzystać z pierwszej możliwej okazji do tego, żeby się ewakuować. Przychodziła przede wszystkim przez wzgląd na Ali i chociaż teoretycznie była tutaj mile widziana, Mary zdawała sobie sprawę z tego, że wszyscy czuli się dziwnie przez wzgląd na jej ludzką naturę. Teraz był jeszcze Jimie, więc wampiry tym bardziej nie mogły czuć się swobodnie we własnym domu, chociaż to akurat było dziewczynie na rękę. Szczerze nienawidziła momentów, kiedy którykolwiek z mieszkańców nagle materializował się w pokoju, poruszając się zbyt szybko i cicho, by była w stanie to zauważyć ze swoimi marnymi zmysłami. Poczucie zagrożenia również wydawało się czymś normalnym, tym bardziej, że miała do czynienia z nieśmiertelnymi – doskonałymi pod każdym względem drapieżnikami, w oczach których z łatwością mogła zacząć jawić się jako potencjalna ofiara na którą warto byłoby zapolować. Taka perspektywa zdecydowanie nie poprawiała jej nastroju, chociaż przez ostatnie dni zdążyła przywyknąć do tego uczucia w stopniu wystarczającym, żeby poczuła się swobodniej.
– Wiedziałaś? – usłyszała i aż podskoczyła na swoim miejscu, słysząc niemalże oskarżycielski głos Carlosa. Wampir wpatrywał się w nią niepokojąco czarnymi oczami, tym samym skutecznie przyprawiając Mary o dreszcze. Szlag, w jaki sposób rozpoznawało się, czy wampir był głodny…?
Kochana Mary, czy mogłabyś mi odpowiedzieć na jedno elementarne pytanie… – zaczęła, przybierając przymilny ton głosu. Stwórca Alyssy wydął usta, nie kryjąc irytacji, ale nie chciała się tym przejmować. Zdawała sobie sprawę z tego, że igranie z jego emocjami nie było rozsądne, jednak nie mogła się powstrzymać, tym bardziej, że okazywanie strachu i uległości wydawało się najgorszym, co mogłaby zrobić. – Serio, trochę uprzejmości nigdy nie zaszkodzi, zwłaszcza kiedy próbujesz się z kimś dogadać.
– Przynajmniej ty jedna mnie nie denerwuj – obruszył się mężczyzna, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Słodka Mary, tak ci tylko przypomnę, że jesteś co najwyżej prze…
– Carlos! – upomniał go już chyba z przyzwyczajenia Michael. Zwykle był spokojny i bardzo ludzki, czym diametralnie różnił się od brata, a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. W zasadzie Mary czasami nie wierzyła w to, że mogliby być spokrewnieni, a tym bardziej wychowywać się w podobny sposób. – Nie przejmuj się nim, Mary. Wiesz dobrze, że nie stanie ci się u nas krzywda – dodał już łagodniejszym tonem.
Słyszała to regularnie, ale trudno było jej w to wierzyć, zwłaszcza kiedy Carlos decydował się otworzyć usta. Czasami sama nie była pewna czy bardziej ją irytował, czy może niepokoił, chociaż niezależnie od wszystkiego starała się nie okazywać strachu. Miała wrażenie, że na swój sposób intrygowała wampira tym, jak bardzo wydawała się butna, nawet jeśli bez wątpienia zdawał sobie sprawę z tego, iż jej spokój w wielu wypadkach pozostawał wyłącznie grą. Panowanie nad emocjami było istotne, a Mary podświadomie czuła, że jak długo będzie w stanie przeciwstawiać się Carlosowi, tak długo wszystko będzie w porządku.
Och, swoją drogą, nie potrafiłaby inaczej. Niebezpieczny czy nie, potrafił być tak denerwujący, że nawet mimo poczucia zagrożenia nie byłaby w stanie zachować się rozsądnie. Jego charakter miał w sobie coś, co niezmiennie ją prowokowało, chociaż nie potrafiła jednoznacznie odpowiedzieć sobie na pytanie o przyczyny takich reakcji. Carlos był bezczelny i zdecydowanie zbyt bezpośredni, zresztą tak jak i ona. Musieli ze sobą walczyć, a Mary gotowa była przysiąc, że taki stan rzeczy był na rękę zarówno jemu, jak i jej. To było w nich od chwili pierwszego spotkania – wzajemna konkurencja, wzbudzanie irytacji i skakanie sobie do gardeł przy każdej możliwej okazji, chociaż naturalnie to on miał większe pole do popisu, w każdej chwili mogąc w dość skuteczny sposób ją uciszyć.
– Jasne – zwróciła się do Michaela, ale kątem oka wciąż obserwowała jego brata. – Nie mam się kim przejmować, tak swoją drogą. Z kolei wracając do Alyssy… Nie, nie miałam pojęcia – oznajmiła zgodnie z prawdą, a Carlos prychnął, nie kryjąc rozdrażnienia. – Kto to jest?
– A to ci dopiero definicja przyjaźni – mruknął pod nosem, opadając na najbardziej oddalony od kanapy fotel. Odrzucił głowę do tyłu, wbijając wzrok w sufit i najwyraźniej bezskutecznie próbując się rozluźnić. Wydawał się podminowany, co było zastanawiające, tym bardziej, że już od dłuższego czasu w dość osobliwy sposób wydawał się reagować na wszystko to, co miało związek z Alyssą. – Nikt warty uwagi – niemalże warknął w odpowiedzi na jej pytanie.
Zmarszczyła brwi.
– Czy ja wyczuwam w twoim głosie zazdrość? – wypaliła pod wpływem chwili.
Gdyby wzrok zabijał, bez wątpienia padłaby martwa na ziemię w chwili, w której Carlos poderwał głowę, by obrzucić ją lodowatym spojrzeniem. Z ledwością zmusiła się do tego, żeby siedzieć spokojnie, ale puls i tak jej przyśpieszył, w zdradziecki sposób informując wampira o tym, że miał na nią jakikolwiek wpływ. W porządku, może byłaby szalona, gdyby się go nie bała, ale to i tak nie przypadło jej do gustu. Komu jak komu, ale temu facetowi zdecydowanie nie chciała dawać żadnych powodów do satysfakcji.
– Nie rozśmieszaj mnie, Mary – rzucił z wyraźną rezerwą. Zawsze wypowiadał jej imię w dość specyficzny sposób, przez co brzmiało niemal równie uroczo, co i „ty idiotko”. W takich chwilach naprawdę miała ochotę mu podziękować i to najlepiej w najlepszy z możliwych sposobów: kołkiem w sercu, o ile ktokolwiek zechciałby jej takowy sprezentować. – Przejmuję się raczej tym, że Alyssa ma niepokojącą tendencję do zbytniej spouchwałości z ludźmi. Jak tak dalej pójdzie, wtedy naprawdę…
– Nie zapędzaj się zbytnio, skoro sam nie masz pojęcia, co się dzieje – zaoponował natychmiast Michael. – Porozmawiam z nią o tym, kiedy wróci. Byłbym wdzięczny, gdybyś wszystkiego nie utrudniał, Carlos – dodał, a wampir spojrzał na niego z niedowierzaniem.
– Ja utrudniam? – powtórzył, nie kryjąc zaskoczenia. Roześmiał się, ale bez wesołości, a jego tęczówki jakimś cudem jeszcze bardziej pociemniały. – Jesteś w stanie mi powiedzieć, czego ten dzieciak od niej chce? Nie? Tak też myślałem – rzucił z irytacją, nie dając Michaelowi szansy na choćby próbę odpowiedzi na zadane pytania. – Wybacz, braciszku, ale w kwestii zachowania bezpieczeństwa chyba jestem lepszy niż ty, zwłaszcza odkąd siedzisz pod pantofelkiem Eleonory – rzucił z irytacją, wymownie wywracając oczami. – Dobry przykład masz tam. Obaj wiemy, że też masz wątpliwości.
Mary skrzywiła się, nie pierwszy raz mając wrażenie, że brunet traktował ją jak rzecz – na dodatek zbędną, jakby tego było mało. Kpina w jego głosie sprawiła, że poczuła się jeszcze bardziej poirytowana, chociaż już jakiś czas temu powinna była przyzwyczaić się do tego, że wampir miał skłonność do tego, żeby irytować wszystkich przy każdej możliwej okazji. Sam Carlos wyglądał na usatysfakcjonowanego takim stanem rzeczy, a przynajmniej zawsze jej się wydawało, że czerpał przyjemność z grania innym na nerwach, jakkolwiek irracjonalne by się to nie wydawało.
– Wybacz, że żyję – mruknęła, a on spojrzał nad nią z zaciekawieniem.
– Ciesz się z tego. Zabrnęłaś tak daleko, że to najpewniej stan przejściowy – stwierdził, a Mary zesztywniała, przez moment czując się tak, jakby ktoś uderzył ją w brzuch.
– Carlos…
Wampir warknął, wymownie spoglądając na wpatrzonego w niego Michaela.
– Wiem, że mam już swoje lata, ale naprawdę nie musisz co chwilę przypominać mi jak mam na imię – powiedział, wywracając oczami. – Poza tym stwierdzam fakty. Dziewczyna wie o wampirach, a to zwykle kończy się śmiercią.
– Nie dopuścimy do tego – padło w odpowiedzi, ale to tylko sprawiło, że Carlos roześmiał się w pozbawiony wesołości sposób.
Jego słowa i zachowanie powinny wzbudzić w Mary niepokój, a jednak wcale nie poczuła się z tym źle. Co więcej, słuchając jego śmiechu, nie mogła zaprzeczyć, że mimo pobrzmiewającej w nim złośliwości, miał w sobie coś urzekającego. Sam Carlos taki był, przystojny i na swój sposób mroczny, co mogłoby być nawet pociągające, gdyby tak bardzo jej nie denerwował. To była kolejna właściwa wampirom cecha, o której Mary wiedziała, że potrafiła być niebezpieczna. Czasami wciąż czuła się oszołomiona ich niezwykłą urodą, sposobem bycia i świadomością tego, że w gruncie rzeczy pozostawali martwi. Te istoty zostały stworzone po to, żeby zabijać, a jakże łaskawa natura zapewniła im dość… „narzędzi”, które umożliwiały im skuteczne omamienie potencjalnej ofiary. Musiałaby być ślepa i głucha, by zaprzeczyć, że Carlos był przystojny, a jego głos niezwykły i na swój sposób hipnotyzujący. Śmiech również miał cudowny, chociaż o wiele lepiej brzmiałby, gdyby do tego był szczery – z tym, że Mary szczerze wątpiła w to, żeby ktoś tak złośliwy i cyniczny potrafił zaznać prawdziwej radości.
– Jak sobie chcesz, bracie – rzucił Carlos, w zamyśleniu spoglądając na Michaela. – Twój optymizm czasami mnie zadziwia.
– Na razie zarówno Mary, jak i Alyssa są bezpieczne.
– Serio w to wierzysz? – Carlos wydawał się co najmniej rozbawiony taką perspektywą. – Jeśli jeszcze to do ciebie nie dotarło, to nasza księżniczka jest…
– Gdzie jest Alyssa?
Carlos natychmiast zamilkł, a po ruchu jego warg Mary zorientowała się, że bezgłośnie zaklął pod nosem. Sama natychmiast poderwała głowę, by móc spojrzeć w stronę schodów, wprost na niczego nieświadomego Jimiego. Ze świstem wypuściła powietrze, próbując się uspokoić i wysilić na uśmiech. W duchu modliła się o to, żeby chłopak nie słyszał ich rozmowy, tym bardziej, że Ali najpewniej by kogoś zabiła, gdyby dowiedziała się, że jej bratu grozi jakiekolwiek niebezpieczeństwo. No cóż, Mary zdecydowanie nie miała nic przeciwko temu, żeby zobaczyć, jak jej najlepsza przyjaciółka zmusza naturę do tego, żeby skopała Carlosowi tyłek, ale bezpieczeństwo Jamesa zdecydowanie nie było ceną, którą warto byłoby za ten widok zapłacić.
– Ali jest… – zaczęła, jednak uprzedził ją jej niechciany towarzysz, jakby od niechcenia przeciągając się w fotelu i niemalże pogodnym tonem decydując się odpowiedzieć:
– W przypływie zaćmienia umysłowego wybrała się na małe tête-à-tête z pewnym uroczym nieznajomym.
– Więc twoim zdaniem on jest uroczy? – zapytała z prowokacyjnym uśmiechem Mary, kolejny raz ściągając na siebie rozeźlone spojrzenie wampira.
– Lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś w końcu zamilkła – warknął, ale nie zabrzmiał na szczególnie rozeźlonego.
Jimie przyglądał się im z zaciekawieniem, zanim ostatecznie zdecydował się podejść bliżej. Mary poczuła się o wiele pewniej, kiedy chłopak jak gdyby nigdy nic rozsiadł się tuż obok niej, chyba jako jedyny rozluźniony i nieświadomy tego, że cokolwiek jest nie tak. Przez myśl przeszło jej, że lepiej dla niego, iż tak właśnie było, tym bardziej, że sama czasami żałowała tego, jak wiele się dowiedziała. Nie chciała o tym myśleć, ale była zagrożona i to nie tylko ze strony darzącego ją wyraźną niechęcią Carlosa.
– Mam sprawę – oznajmił bez zbędnego owijania w bawełnę James, obrzucając dziewczynę uważnym spojrzeniem lśniących, niebieskich oczu.
– Do mnie? – zapytała z powątpiewaniem, wymownie wywracając oczami. – Oboje wiemy, że kiedy tak zaczynasz, wtedy zwykle masz kłopoty, więc…
– Daj spokój, Mary. – Chłopak z niedowierzaniem pokręcił głową, po czym wysilił się na uśmiech. – Mógłbym poprosić Alyssę, ale jakoś sobie tego nie wyobrażam. Zresztą to moja siostra, a ty jesteś dziewczyną – dodał, czym skutecznie ją rozbawił.
– Naprawdę? – rzuciła dramatycznym tonem, wplatając palce w długie ciemne włosy. – Mój Boże, dziękuję! A już zaczynałam mieć wątpliwości – zadrwiła, ignorując sceptycznie spojrzenie, którym obdarował ją Carlos. – Ani słowa.
Wampir zbył ją machnięciem ręki.
– Gdzieżbym śmiał… – mruknął, ale po tonie jego wypowiedzi poznała, że wciąż doskonale bawił się jej kosztem.
Nerwowo przygryzła dolną wargę, dopiero po chwili przypominając sobie, że to dość niebezpieczne posunięcie, zwłaszcza gdyby przypadkiem upuściła sobie krwi. Czuła się dziwnie ze świadomością tego, że musi kontrolować każdy swój kolejny, żeby przypadkiem nie narazić się na atak rozszalałego, wygłodniałego wampira, ale na dłuższą metę to wcale nie wydawało się aż takie trudne.
Jamie wymownie spojrzał najpierw na wampira, a później z powrotem na Mary, ostatecznie decydując powstrzymać się od komentarza.
– Za tydzień mamy w szkole bal – powiedział, ostrożnie dobierając słowa – i tak się składa, że zaprosiłem Melissę – oznajmił, a Mary zachichotała.
– Poważnie? Melissę za która latasz od przedszkola? – zapytała wprost, a James rzucił jej urażone spojrzenie. – Tak, zauważyłam. Mamy z Alyssa ubaw od kilku ładnych lat.
– Jakie wy jesteście milutkie… – Potrząsnął z niedowierzaniem głową, po czym zrobił taki ruch, jakby chciał się podnieść i jednak uciec. – Mogę nic nie mówić, jeśli…
– Dobrze, czekaj! – zreflektowała się pośpiesznie, chwytając go za nadgarstek. – Udziela mi się złośliwość pewnego cholernie irytującego cynika – rzuciła, wywracając oczami. – Więc… zaprosiłeś Melissę. Dała ci kosza? – zapytała, próbując pojąć w czym leżał problem.
Przez twarz brata Alyssy przemknął cień, a Mary przez moment gotowa była przysiąc, że niewiele brakowało, żeby się zarumienił. Wyraźnie się spiął, co zresztą wcale jej nie zdziwiło, bo wiedziała jak trudną kwestią była rozmowa o uczuciach z chłopakiem, a już zwłaszcza nastolatkiem.
– Bynajmniej – odpowiedział urażonym tonem. Na moment jego oczy zabłysły, wyrażając nieopisaną wręcz dumę, jednak prawie natychmiast wszelakie oznaki entuzjazmu zniknęły. – Twoja wiara we mnie zawsze mnie zadziwiała, Mary – dodał, a ona uśmiechnęła się słodko.
– Nazwijmy rzeczy po imieniu: masz randkę – powiedziała ze spokojem. Skrzywił się, zupełnie jakby takie ujęcie sprawy było czymś złym. – Dalej nie widzę problemu.
Jimie zawahał się na moment, nagle jeszcze bardziej podenerwowany. Przez kilka następnych sekund sprawiał wrażenie chętnego, żeby się wycofać albo uciec bez słowa, a Mary sama nie była pewna, dlaczego ostatecznie tego nie zrobił. Przez myśl przeszło jej, że być może powinna była znaleźć jakiś sensowny powód, dla którego powinni wyjść i porozmawiać w bardziej przystępnych warunkach, nim jednak zdążyła cokolwiek zaproponować, James wypalił:
– Zaprosiłem dziewczynę, więc będę musiał się z nią bawić. Na balu. Wiesz, co to oznacza? – zapytał i w końcu zaczęła pojmować, co takiego niepokoiło go najbardziej.
– Wspólny taniec? – podsunęła usłużnie.
Znowu się skrzywił, ale skinął głową.
– Jeśli po wszystkim mnie nie zabije, wtedy będziemy mogli mówić o sukcesie… A wierz mi, to nie takie oczywiste, bo nawet nie wiem jak powinienem ją trzymać, żeby nie dała mi po twarzy – rzucił grobowym tonem. – Miałem zapytać o to Alyssę, ale ty zawsze byłaś w tym lepsza. No wiesz, w relacjach z facetami – dodał, a Carlos dostał nagłego ataku kaszlu, bezskutecznie próbując zamaskować wybuch śmiechu. Mary była gotowa przysiąc, że wyrzucił z siebie coś, co zabrzmiało jak: „Pewnie, bo księżniczka żyje celibacie”.
– Hm… Źle się poczułeś? – rzucił jakby od niechcenia Michael, a Mary z zaskoczeniem przekonała się, że wyjątkowo był względem brata niemalże uszczypliwy. Cóż, zwłaszcza po uwagach pod adresem Eleonory, mogła się tego spodziewać.
– To sarkazm? – Wampir również wydal się co najmniej zaskoczony, jednak ostatecznie przeważyło rozbawienie. Jego uśmiech miał w sobie coś drapieżnego, chociaż Michael nie wydawał się szczególnie zaniepokojony z tego powodu. – Uważaj, braciszku, bo zacznę się martwić, że zaczynam mieć na ciebie zły wpływ.
Mary zignorowała ich, na powrót koncentrując się na Jimiem. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, poderwała się na równe nogi i spojrzawszy na chłopaka wyczekująco, zachęcająco wyciągnęła rękę w jego stronę.
– Wyobraź sobie, że jestem Melissą – zaproponowała, bo spojrzał na nią z powątpiewaniem, zupełnie jakby mówiła do niego w jakimś obcym języku.
– Mam z tobą tańczyć? – James energicznie pokręcić głową. – Ehm, Mary… To mi nie pomoże. Wolałbym najpierw zobaczy, jak ty to robisz – dodał, a ona wypuściła powietrze ze świstem, nagle zaczynając wątpić w to, czy uczenie go w takich warunkach ma jakikolwiek sens.
– Bardzo chętnie, ale i tak będę potrzebowała partnera – przypomniała mu, zakładając ramiona na piersiach. – Szlag, Alyssa będzie miała u mnie dług… To ona powinna tłumaczyć ci takie rzeczy.
– Carlos może ci pomóc – odezwał się Michael, a Mary z wrażenia omal się nie wywróciła. – Jak na mój gust w ostatnim czasie ma zbyt wiele energii.
– Tak, to zdecydowanie jest sarkazm – rzucił z niedowierzaniem sam zainteresowany. – Nagle chcesz, żebym spędzał czas z naszą słodką Mary? – zapytał brata, bynajmniej nie sprawiając wrażenia kogoś, kto ma zamiar gdziekolwiek się ruszyć.
Jeszcze kiedy mówił, obejrzała się w jego stronę, by móc spiorunować go wzrokiem. Dlaczego musiał być taki złośliwy? Swoją drogą, czasami zastanawiała się, jakim cudem przeżył nie tylko całe lata, ale wieki, skoro przy takim sposobie bycia już dawno powinien był znaleźć się ktoś, kto skróciłby ją o głowę.
– Może po prostu liczę na to, że dzięki temu się uspokoisz – stwierdził Michael, ale nie brzmiał na przekonanego. – Co o tym sądzisz, Mary? Nie żebym coś sugerował, ale… to jeden z jego nielicznych talentów – dodał i coś w jego słowach ją zaintrygowało.
Kiedy na powrót spojrzała na Carlosa, przekonała się, że ten podjął decyzję.
Dobry wieczór! Przychodzę do Was z jednym z moich ulubionych rozdziałów, chociaż zdecydowanie bardziej fascynuje mnie to, co stanie się w kolejnym. Mam nadzieję, że Wam również przypadnie do gustu ;>
Trochę spóźnione, ale mam nadzieję, że święta były dla wszystkich udane i spokojne. Podejrzewam, że kolejny rozdział już w nowym roku, a konkretnie 1 stycznia, bo mam ochotę zrobić sobie prezent na urodziny. Tak więc od życzeń noworocznych na razie się powstrzymam, w zamian zaś wielkie dziękuję dla wszystkich, którzy po prostu są. To zawsze mnie motywuje.
Z mojej strony to tyle i do napisania! ;3

1 komentarz:

  1. Mary i Carlos <3 Uwielbiam to połączenie, bo nawet gdy oni są wobec siebie złośliwi - ja się relaksuję. Serio, w jakiś przedziwny sposób ta mieszanka działa na mnie kojąco. :3 Och, i domyślam się, że następny rozdział będzie kontynuacją nauki tańca, a to normalnie miód na moje zbolałe serduszko. ^^ Normalnie już mam gęsią skórkę, a co to będzie dalej... O_o

    OdpowiedzUsuń