15 maja 2018

Rozdział LXIII

Jason
– Jak mogłaś to zrobić? Jak… mogłaś?!
Zamilkł i już tylko bez myślnie wpatrywał się w bladą twarz Alyssy. Trząsł się od nadmiaru emocji, nagle niepewny czego tak naprawdę chciał – zacząć krążyć, potrząsnąć ją, a może od razu wyruszyć na poszukiwanie Carlosa i nakopać mu do tyłka. Swoją drogą, to ostatnie brzmiało całkiem obiecująco, zwłaszcza że miał na to ochotę od chwili, w której zrozumiał, że jego cholery braciszek po raz kolejny zrobił coś głupiego.
Nie miał pewności jak wiele razy powtórzył to jedno pytanie – czy to na głos, czy też w myślach – od chwili, w której Alyssa jak gdyby nigdy nic wróciła do domu. Dopiero po dłuższym czasie udało mu uspokoić się na tyle, by zwrócić uwagę na to, jak wyglądała. Blada, zapłakana i roztrzęsiona przypominała mu tę samą zagubioną dziewczynę, którą znalazł w lesie. Tym razem nie była zakrwawiona i bliska histerii, ale to nie miało znaczenia, zwłaszcza po tym, co z trudem mu opowiedziała po tym, jak już zmusił się do tego, by w ogóle słuchać.
To, co mówiła, brzmiało jak marny żart. Słuchał o Carlosie, Eleonorze i Nowym Jorku, sam niepewny czy to miało jakikolwiek sens. Czy oni powariowali? Miał ochotę o to zapytać, ale ostatecznie nie odezwał się nawet słowem. Jednak zaczął krążyć, z każdą kolejną sekundą pewniejszy, że za moment coś rozwali. Musiał odreagować, ale nie miał pojęcia jak, zwłaszcza że przecież nie mógł tak po prostu zostawić Alyssy. Gdzieś w tym wszystkim wciąż potrzebował miejsca na zdrowy rozsądek, którego oni najwyraźniej nie mieli.
I Eleonora… Och, na litość boską, Eleonora!
Już od chwili, w której Alyssa wróciła sama, na dodatek w takim stanie, wiedział, że usłyszy coś, co mu się nie spodoba. Sęk w tym, że zdecydowanie nie spodziewał się czegoś takiego.
– Co się stało? Wydawało mi się, że krzyczałeś, Jase. – Głos Nadii zabrzmiał wręcz nienaturalnie w panującej ciszy. Jason wzdrygnął się, po czym obejrzał w stronę stojącej w progu wampirzycy. – Och… – wyrwało jej się, kiedy zauważyła, że nie był w salonie sam.
Przez twarz kobiety jak na zawołanie przemknął cień. Jason powstrzymał cisnące mu się na usta przekleństwo, uparcie milcząc, choć przecież miała prawo wiedzieć. Były z Eleonorą blisko, nie tylko przez wzgląd na łączące je pokrewieństwo. Sęk w tym, że nie miał cierpliwości, by komukolwiek tłumaczyć głupotę Carlosa i… cóż, Alyssy – zwłaszcza że Nadia od samego początku była do niej negatywnie nastawiona.
Być może to miało sens. Ta myśl go poraziła, ale co innego miałby sądzić akurat teraz, skoro Eleonora mogła…
Nie chciał się nad tym zastanawiać.
Jason zacisnął usta. Z trudem przychodziło mu zachowanie spokoju, tym bardziej że miał ochotę cisnąć przez pokój pierwszą rzeczą, która wpadłaby mu w ręce. Wampiry zawsze były porywcze, ale od dawna nikt ani nic aż tak bardzo nie wytrąciło go z równowagi. Wodził wzrokiem po salonie, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że wszystko dookoła przysłaniała czerwona, zamazująca kontury mgiełka. Miał w sobie tyle gniewu, że aż dziwił się, że w tym wszystkim wciąż był w stanie zachować resztki cierpliwości.
Prawda była taka, że miał ochotę Alyssę uderzyć, chociaż nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie go korciło, by podnieść rękę na kobietę.
Zacisnął dłonie w pięści, po czym zaraz rozprostował palce. Z uporem unikał spoglądania na zapłakaną dziewczynę, a tym bardziej na powtarzającą jego imię Nadię. Czuł, że musi wyjść na zewnątrz, chociaż nie miał pojęcia czy świeże powietrze miało szansę cokolwiek zmienić. Prawda była taka, że gdyby tylko mógł, poszedłby szukać Eleonory, ale niby co miał zrobić, skoro zostawili ją w Nowym Jorku. Na Boga, jego bratowa równie dobrze mogła być martwa – i to tylko dlatego, że jak zwykle zbytnio troszczyła się o osoby, które sobie na to nie zasłużyły!
– Jason…
Warknął, choć to uświadomił sobie z opóźnieniem. W zasadzie pojął, że sytuacja zaczynała wymykać się spod kontroli, kiedy zauważył jak Alyssa wzdryga się i w popłochu cofa, ledwo przeniósł na nią wzrok. Nagle po prosu patrzyli sobie w oczy, a w jej ciemnych tęczówkach widział przede wszystkim przerażenie i tak silne poczucie winy, że to aż bolało.
Z tym, że nawet wtedy sytuacja nie uległa zmianie. Nie potrafił jej współczuć i udawać, że nic się nie stało. Zresztą czego oczekiwała? Że weźmie ją w ramiona, pogłaska po główce i będzie udawał, że nic istotnego nie miało miejsca.
– Teraz ryczysz? – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Do cholery, zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiliście? Ty i mój pierdolony brat?!
– Ja…
Potrząsnął głową. Nie zamierzał czekać aż zacznie się kajać, przepraszać, czy czego tam jeszcze mógł się w obecnej sytuacji spodziewać. To były tylko słowa, które tak naprawdę niczego nie zmieniały. Co z tego, że było jej przykro? Zrobiła, co zrobiła, a teraz jeszcze miała czelność tutaj przychodzić i płakać, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie…?
I Carlos.
Do cholery, kto jak kto, ale Carlos powinien rozumieć, co znaczyło stracić partnerkę. W takim wypadku to, że zachował się jak pierdolony egoista, raziło bardziej niż dotychczasowe głupstwa.
To nic, że potrafił mieć ich gdzieś przez całe wieki, traktując rodzinny dom jak hotel, do którego wpadał, kiedy miał na to ochotę. To nic, że zawsze zachowywał się jak pępek świata, potrafiąc co wymagać od braci wsparcia, jakby byli mu cokolwiek winni. Michael zawsze patrzył na to zachowanie przez palce, traktując Carlosa trochę jak rozkapryszonego dzieciaka, do którego potrzeba było co najwyżej cierpliwości i nadziei na to, że kiedyś dorośnie. Zwłaszcza odkąd stracił Mistery, Mickey potrafił być pobłażliwy, chociaż zdaniem Jasona żałoba niczego nie usprawiedliwiała. To, że raz po raz musieli wyciągać brata z kłopotów, wydawało się wystarczająco wymowne, a on już dawno stracił do tego wszystkiego cierpliwość.
Sęk w tym, że dotychczasowe kłopoty wydawały się niczym, biorąc pod uwagę to, co ściągnął na nich tym razem. W tamtej chwili czara goryczy przelała się, a Jason najzwyczajniej w świecie miał dość. Chciał być cierpliwy, zresztą było mu żal Alyssy, którą wampir tak po prostu wciągnął w sam środek czegoś, na co ta nie zasłużyła, ale teraz…
– Jason, do cholery! – obruszyła się Nadia.
Ona również straciła cierpliwość, co zresztą wcale go nie zdziwiło, ale nie potrafił się tym przejąć. Krótko spojrzał na wampirzycę, po czym raz jeszcze przeniósł wzrok na Alyssę. Ta druga wpatrywała się w niego błagalnie, zupełnie jakby sądziła, że w ten sposób zdoła cokolwiek osiągnąć.
– Nie pytaj mnie – powiedział w końcu, zwracając się od Nadii – tylko jej. – Zamilkł, wciąż wpatrując się w Alyssę. – No, pochwal się. Powiedz, co ty i Carlos zrobiliście… Hm, w imię czego? Co było tego warte?
Nie miał pewności, jakim cudem udało mu się odezwać tak cicho. Niemalże szeptał, staranie dobierając słowa i niemalże z obojętnością wpatrując się w stojącą przed nim dziewczynę. Chociaż aż się w nim gotowało, jego głos zabrzmiał cicho i zimno. I wiedział, że w ten sposób zranił dziewczynę bardziej, niż gdyby nadal wydzierał się na nią, dając upust narastającej z każdą kolejną sekundą frustracji.
Być może później miał tego pożałować. Jakoś nie miał wątpliwości, że tak będzie, zwłaszcza że niejednokrotnie zdarzało mu się łatwo wybuchać, a dopiero później zastanawiać nad własnym zachowaniem. Nie zmieniało to jednak faktu, że w tej sytuacji czuł się w pełni usprawiedliwiony, zwłaszcza że od samego początku ufał tej dziewczynie. To, jak bardzo go zawiodła, było wręcz nie do opisania.
Cisza, która nagle zapadła w pomieszczeniu, dosłownie porażała. Słychać było wyłącznie przyśpieszony oddech ledwo panującej nad szlochem Alyssy. Już nie płakała, po prostu obojętnie wpatrując się w przestrzeń. Jason mimochodem zauważył, że drżała, chociaż trudno było mu stwierdzić, co było tego przyczyną – tłumiony szloch czy może emocje. Wiedział jedynie, że pustka w jej oczach na moment wytrąciła go z równowagi, z jakiegoś powodu sprawiając, że zawahał się, nagle zaniepokojony.
Ta dziewczyna go przerażała.
Wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy, a może po prostu nie chciał pewnych rzeczy widzieć. Kto wie, może tak naprawdę pozwolił jej owinąć się wokół palca, zwiedziony słodką buzią i tym, jak niewinna się wydawała. Carlos przyprowadził im do domu kogoś, kogo żadne z nich nie znał, a jednak mimo to przyjęli ją pod swój dach, chroniąc na wszystkie możliwe sposoby. Myślał o niej wyłącznie jako o Alyssy – zagubionej i nieświadomej tego, co działo się wokół niej – ale teraz…
W tamtej chwili z całą mocą dotarło do niego, że to wcale nie musiało być takie proste. Że być może to wszystko było grą, w której wszyscy naiwnie trwali, aż prosząc się o nieszczęście.
Być może ona naprawdę była córką Lucyfera.
W pośpiechu uciekł wzrokiem gdzieś w bok. Alyssa wciąż milczała, kolejny raz wystawiając jego nerwy na próbę. Gdzieś kątem oka wychwycił ruch, kiedy Nadia ruszyła w jego stronę i to wystarczyło, by choć trochę się otrząsnął.
– Rozumiem – stwierdził, kiwając w zamyśleniu głową. – Skoro nie chcesz mówić, to ja chętnie opowiem. Wiesz, gdzie zabrał ją Carlos? Do Nowego Jorku. Tak jak podejrzewaliśmy – rzucił niemalże pogodnym tonem, uparcie unikając spoglądania zarówno na Nadię, jak i na Alyssę.
– Jason…
Miał wrażenie, że jeśli jeszcze ta dziewczyna jeszcze raz wypowie jego imię, trafi go szlag – zwłaszcza że brzmiała przy tym tak błagalnie.
– Gdzie jest Eleonora? – zapytała w tym samym momencie Nadia.
Przez moment miał ochotę się uśmiechnąć – w pozbawiony wesołości sposób, bez choćby cienia faktycznego rozbawienia. W pewnym sensie czekał na to pytanie; wiele ułatwiało, przynajmniej częściowo pozwalając mu skrócić wyjaśnienia, których powinien udzielić Nadii.
– Dobre pytanie, prawda? Ale Alyssa nam nie odpowie.
Zamilkł, przez moment mając nadzieję, że dziewczyna jednak go zaskoczy i powie coś sensownego. Przez tyle czasu płakała i próbowała nakłonić go do tego, żeby słuchał, więc być może…
Ale odpowiedziała mu wyłącznie wymowna cisza.
– Tak sądziłem – mruknął, po czym wydał z siebie przeciągłe westchnienie. – Nie odpowie, bo nawet nie wie, czy ona wciąż żyje. Tak się składa, że nasza kochana księżniczka i mój tchórzliwy brat zostawili Ellę na pastwę demonów!
– Ja… Co takiego…?
Zignorował drżący, wyraźnie zszokowany głos Nadii. Nie miał nawet pewności, czy ta powiedziała coś więcej. Nie zwrócił uwagi również na to, że Alyssa jęknęła w odpowiedzi, przez moment wyglądając na chętną, żeby zaprotestować.
– Zostawiliście ją. Sama mi to powiedziałaś – przypomniał, chcąc uciąć jakiekolwiek dyskusje. – Zapytam raz jeszcze: zdajesz sobie sprawę, co zrobiliście? – wyrzucił z siebie na wydechu, ale tym razem nie czekał na odpowiedź. – Przyjęliśmy cię pod swój dach. Ella przejęła na siebie połowę obowiązków Stwórcy, kiedy mój cholerny braciszek zostawił cię samą sobie… Osobiście robiłem wszystko, bylebyś się w tym odnalazła. – Urwał, czując nieprzyjemny ucisk w gardle. Czerwona mgiełka wróciła, kolejny raz zniekształcając rzeczywistość. – Gdzie w tym sens, skoro gdy przyszło co do czego…
Zamilkł po raz kolejny, najzwyczajniej w świecie nie będąc w stanie dokończyć. W pewnym sensie żałował tego wybuchu, ale co innego miał jej powiedzieć? Żałował, że tuż bok nie było Carlosa, zwłaszcza że znamienita większość tego, co czuł, była związana właśnie z bratem. Co więcej, wiedział, że powinien jak najszybciej skontaktować się z Michaelem, zamiast tracić czas na prawienie wyrzutów, ale to również nie było takie proste. Nie, skoro aż się w nim gotowało, a emocje z taką łatwością zaczynały wymykać mu się spod kontroli.
Nie zarejestrował momentu, w którym zdecydował ruszyć się z miejsca. Po prostu wyszedł z domu, trzaskając drzwiami i ignorując to, że ktoś – Nadia lub Alyssa – próbował go zatrzymać. Zwykle bieg przynosił mu ukojenie, ale tym razem tak nie było, choć mimo wszystko poczuł się odrobinę lepiej, kiedy znalazł się na świeżym powietrzu. Pęd upajał, zresztą jak i pracujące w równym rytmie, raz po raz napinające się mięśnie.
Nie odbiegł daleko, w gruncie rzeczy nie mając w planach żadnego konkretnego celu. W pewnym momencie ot tak przystanął – i to tylko po to, by z całej siły uderzyć pięścią w konar najbliższego drzewa. Sędziwy dąb jęknął i złamał się z trzaskiem, prawie jak sucha gałązka. Jason nawet się nie skrzywił, kiedy drzewo z hukiem wylądowało na ziemi, sprawiając że ta zadrżała pod stopami wciąż podenerwowanego wampira. Oddychał szybko i płytko, bynajmniej nie za sprawą biegu. Wciąż ledwo mógł ustać w miejscu, ale dalsze podążanie w gęstwinę również wydawało mu się złym pomysłem, tym bardziej że w tamtej chwili absolutnie nie ręczył za siebie.
Skrzywił się, czując jak jego kły wysuwają się samoistnie. Pulsowały boleśnie, domagając się, by zatopił je w czyimś gardle. W tamtej chwili wcale nie chodziło o głód, ale sam fakt tego, że mógłby się posilić. Może wtedy poczułby się lepiej – odzyskałby kontrolę, choćby ta miała sprowadzać się do decyzji o tym, czy odebrać czyjekolwiek życie.
Omal nie wyszedł z siebie, słysząc ciche, zmierzające w jego stronę kroki. Warknął, po czym błyskawicznie okręcił się, ledwo powstrzymując przed skoczeniem na postać, która nagle wypadła spomiędzy drzew, zatrzymując tuż przed nim.
– Jase…
Wypuścił powietrze ze świstem, w milczeniu obserwując Nadię. Jasne włosy miała w nieładzie, a kiedy przyjrzał się dokładnie, dostrzegł, że luźne kosmyki kleiły się do jej policzków. Nawet słowem nie skomentował tego, że mogłaby płakać, bo cóż innego, skoro wampir nie mógł tak po prostu się spocić?
Spoglądał na nią w milczeniu, walcząc z pragnieniem, by natychmiast odesłać ją do domu. W normalnym wypadku by to zrobił, zwłaszcza że potrzebował spokoju. To przynajmniej próbował sobie wmówić, szukając pretekstu, by jednak uwierzyć, że wystarczyła chwila krążenia po okolicy, by nad sobą zapanował. Powinien, skoro musiał w końcu zadzwonić do Michaela i ściągnąć go do domu, ale przecież dobrze wiedział, że to nie będzie takie proste.
Och, tak naprawdę oszukiwał samego siebie. W tamtej chwili prędzej zrobiłby coś naprawdę głupiego, niż zadowolił się czymś tak przyziemnym, jak telefon to brata.
– Hej, Jason… – Aż wzdrygnął się, czując muśnięcie palców Nadii na ramieniu. Zanim zastanowił się nad tym, co robi, błyskawicznie chwycił ją za nadgarstek. Przez twarz kobiety przemknął cień, ale nie próbowała się wyrywać, po prostu niespokojnie go obserwując. – Uspokój się. Już dobrze.
– Wiesz, że nic nie jest dobrze – zniecierpliwił się. – Miałaś rację, wiesz? – dodał, ale wampirzyca jedynie potrząsnęła głową.
– Może i tak – przyznała w końcu. – Ale dalej musisz się uspokoić. Michael…
Westchnął, aż nazbyt świadom, że miała rację. Aż za dobrze wiedział, że powinien nad sobą zapanować i zachować się praktycznie. Jeśli nie dla siebie, to dla brata albo Nadii, która właśnie próbowała go pocieszać. Nie pierwszy raz wykorzystywała okazję, by zostać z nim sam na sam, aż nazbyt wyraźnie dając mu do zrozumienia, że oczekiwała… czegoś konkretnego. Zbywał ją na wszystkie możliwe sposoby, dość nieudolnie najwyraźniej, skoro wciąż tutaj była. Miał wrażenie, że to błędne koło, w którym trwali od dłuższego czasu, raniąc się wzajemnie.
Teraz też tutaj była, na dodatek w roli jego zdrowego rozsądku. Miał wrażenie, że powinno być na odwrót, zwłaszcza że była kobietą; to on powinien ją pocieszać i chronić, a nie odwrotnie. Co więcej, tym razem zdecydowanie nie stała przed nim tylko dlatego, bo miała w tym ukryty cel. W tym wszystkim nie było miejsca na niefortunne zauroczenia, a jednak…
To było niczym impuls i później samo sobie nie potrafił wytłumaczyć, co podkusiło go, by przygarnąć Nadię do siebie. Nagle po prostu trzymał ją w ramionach, by w następnej chwili ująć jej bladą twarz w obie dłonie. Zaraz po tym po prostu ją pocałował, bez zastanowienia wpijając się w jej usta. Wyczuł, że na moment zamarła, ale nie odsunęła się, po kilku sekundach otrząsając się na tyle, by odwzajemnić pocałunek. Dawno nie doświadczył czegoś tak gwałtownego, na swój sposób rozpaczliwego i… mimo wszystko obojętnego, bo nie poczuł niczego, czego mógłby oczekiwać po wzajemnej bliskości z kobietą – żadnego przyciągania czy namiętności, które powinny mu towarzyszyć. Miał wrażenie, że w tamtej chwili za nich dwoje czuła wyłącznie Nadia, zwłaszcza że ta bez wahania przesunęła się bliżej, by zarzucić mu ramiona na szyję.
Świadomość tego, co robił, pojawiła się nagle, działając na niego niemalże jak kubeł lodowatej wody. Wzdrygnął się, w następnej chwili stanowczo odsuwając dziewczynę od siebie. Zachwiała się nieznacznie, po czym cofnęła o krok, wyraźnie oszołomiona.
Rozczarowanie, którego doszukał się w jej spojrzeniu, jeszcze długo miało go prześladować.
Zawahał się, czując, że powinien coś powiedzieć. Korciło go, by ją przeprosić, ale w ostatniej chwili powstrzymał się, uświadamiając sobie, że to wypadłoby jeszcze gorzej. Milczenie wydawało się najrozsądniejszą opcją, chociaż cisza, która między nimi zapadła, miała w sobie coś przejmującego i bardzo, ale to bardzo niezręcznego. Jason uciekł wzrokiem gdzieś w bok, świadom wyłącznie tego, że powinien porządnie przywalić głową w drzewo – najlepiej kilka razy, by raz a dobrze się otrząsnąć. Nie żeby przypuszczał, że w ten sposób cokolwiek naprawi, ale w tamtej chwili wszystko wydawało się lepsze od bierności.
Gniew momentalnie zniknął, pozostawiając po sobie wyłącznie rosnące z każdą kolejną sekundą poczucie winy. Dawno nie czuł się aż tak okropnie, świadom wyłącznie tego, że właśnie zranił kogoś, kto na to nie zasłużył. To nie była jej wina, że z jakiegoś powodu coś do niego czuła, z kolei to, że odreagował właśnie w ten sposób…
Ty skurwielu, pomyślał i przez moment miał ochotę wypowiedzieć te słowa na głos. Może gdyby to zrobił, przynajmniej Nadia poczułaby się lepiej. W zasadzie to ona powinna wprost wykrzyczeć mu to w twarz, choć oczywiście tego nie zrobiła. Niech cię szlag…
Znajome błękitne oczy błyszczały podejrzanie, kiedy w końcu odważył się spojrzeć jej w twarz.
– Nadio…
Odwróciła głowę tak gwałtownie, że aż się skrzywił. Z równym powodzeniem mogłaby go uderzyć w twarz, na co – cholera – w pełni przecież zasłużył.
– Powinniśmy… zadzwonić do Michaela – oznajmiła cicho. Głos zadrżał jej tylko nieznacznie, wyraźnie zdławiony i obojętny. – Ja się tym zajmę – dodała i zanim zdążyłby zaprotestować, w pośpiechu oddaliła się, znikając pomiędzy drzewami.
Przez kilka następnych sekund tkwił w miejscu, bezmyślnie wpatrując się w miejsce, w którym zniknęła. Z opóźnieniem uświadomił sobie, że wstrzymał oddech, więc nabrał powietrza do płuc – i to tylko po to, by po chwili wypuścić je ze świstem, ledwo powstrzymując jęk. W tamtej chwili bardziej niż wcześniej pragnął zacząć kląć na czym stoi, ale z zupełnie innego powodu niż do tej pory. Cholera, nie przypuszczał nawet, że ten dzień może być jeszcze gorszy niż po powrocie Alyssy, a jednak wszystko coraz bardziej się sypało.
Zacisnął pięści, tym razem jednak powstrzymując się przed złamaniem kolejnego drzewa. Ostatecznie ukrył twarz w dłoniach, po czym nerwowo potarł skronie, zupełnie jakby bolała go głowa. Oczywiście w przypadku wampira nie było to możliwe, ale Jason i tak czuł się zmęczony – i to zarówno pod względem psychicznym, jak i również fizycznym
Westchnął i ruszył przed siebie, starannie omijając trasę, którą poszła Nadia. Drogę do domu pokonał w kompletnej, pełnej napięcia ciszy.
Dobranoc…? To już chyba moje stałe pory na pisanie, więc wrzucani rozdziału prawie o drugiej w nocy już raczej nikogo nie zdziwi. Co więcej, jestem zadowolona z tego, co powstało – właściwie pod wpływem chwili, bo decyzja o przejściu do perspektywy Jasona, wyszła dość spontanicznie. To, jak nagle rozwinęła się jego relacja z Nadią, również. Ale to dobrze, bo zawsze uwielbiałam sytuacje, w których postacie dochodziły do głosu i żądany ode mnie swoich „pięciu minut”. Zwłaszcza że do chwili, w  której zaczęłam pisać, nie miałam pewności, jak będzie wyglądała sytuacja z Eleonorą.
Jest późno, a ja zaczynam bredzić od rzeczy, więc jak zwykle po prostu podziękuję za obecność. Ostateczną ocenę tak czy inaczej pozostawiam Wam.
Do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz