Jason
– Jak mogłaś to zrobić? Jak…
mogłaś?!
Zamilkł i już
tylko bez myślnie wpatrywał się w bladą twarz Alyssy. Trząsł się od
nadmiaru emocji, nagle niepewny czego tak naprawdę chciał – zacząć krążyć,
potrząsnąć ją, a może od razu wyruszyć na poszukiwanie Carlosa i nakopać
mu do tyłka. Swoją drogą, to ostatnie brzmiało całkiem obiecująco, zwłaszcza że
miał na to ochotę od chwili, w której zrozumiał, że jego cholery braciszek
po raz kolejny zrobił coś głupiego.
Nie miał
pewności jak wiele razy powtórzył to jedno pytanie – czy to na głos, czy też w myślach
– od chwili, w której Alyssa jak gdyby nigdy nic wróciła do domu. Dopiero
po dłuższym czasie udało mu uspokoić się na tyle, by zwrócić uwagę na to, jak
wyglądała. Blada, zapłakana i roztrzęsiona przypominała mu tę samą
zagubioną dziewczynę, którą znalazł w lesie. Tym razem nie była
zakrwawiona i bliska histerii, ale to nie miało znaczenia, zwłaszcza po
tym, co z trudem mu opowiedziała po tym, jak już zmusił się do tego, by w ogóle
słuchać.
To, co
mówiła, brzmiało jak marny żart. Słuchał o Carlosie, Eleonorze i Nowym
Jorku, sam niepewny czy to miało jakikolwiek sens. Czy oni powariowali? Miał
ochotę o to zapytać, ale ostatecznie nie odezwał się nawet słowem. Jednak
zaczął krążyć, z każdą kolejną sekundą pewniejszy, że za moment coś
rozwali. Musiał odreagować, ale nie miał pojęcia jak, zwłaszcza że przecież nie
mógł tak po prostu zostawić Alyssy. Gdzieś w tym wszystkim wciąż
potrzebował miejsca na zdrowy rozsądek, którego oni najwyraźniej nie mieli.
I Eleonora…
Och, na litość boską, Eleonora!
Już od
chwili, w której Alyssa wróciła sama, na dodatek w takim stanie,
wiedział, że usłyszy coś, co mu się nie spodoba. Sęk w tym, że
zdecydowanie nie spodziewał się czegoś takiego.
– Co się
stało? Wydawało mi się, że krzyczałeś, Jase. – Głos Nadii zabrzmiał wręcz
nienaturalnie w panującej ciszy. Jason wzdrygnął się, po czym obejrzał w stronę
stojącej w progu wampirzycy. – Och… – wyrwało jej się, kiedy zauważyła, że
nie był w salonie sam.
Przez twarz
kobiety jak na zawołanie przemknął cień. Jason powstrzymał cisnące mu się na
usta przekleństwo, uparcie milcząc, choć przecież miała prawo wiedzieć. Były z Eleonorą
blisko, nie tylko przez wzgląd na łączące je pokrewieństwo. Sęk w tym, że
nie miał cierpliwości, by komukolwiek tłumaczyć głupotę Carlosa i… cóż, Alyssy
– zwłaszcza że Nadia od samego początku była do niej negatywnie nastawiona.
Być może to
miało sens. Ta myśl go poraziła, ale co innego miałby sądzić akurat teraz,
skoro Eleonora mogła…
Nie chciał
się nad tym zastanawiać.
Jason
zacisnął usta. Z trudem przychodziło mu zachowanie spokoju, tym bardziej
że miał ochotę cisnąć przez pokój pierwszą rzeczą, która wpadłaby mu w ręce.
Wampiry zawsze były porywcze, ale od dawna nikt ani nic aż tak bardzo nie
wytrąciło go z równowagi. Wodził wzrokiem po salonie, nie mogąc pozbyć się
wrażenia, że wszystko dookoła przysłaniała czerwona, zamazująca kontury
mgiełka. Miał w sobie tyle gniewu, że aż dziwił się, że w tym
wszystkim wciąż był w stanie zachować resztki cierpliwości.
Prawda była
taka, że miał ochotę Alyssę uderzyć, chociaż nie przypuszczał, że kiedykolwiek
będzie go korciło, by podnieść rękę na kobietę.
Zacisnął
dłonie w pięści, po czym zaraz rozprostował palce. Z uporem unikał
spoglądania na zapłakaną dziewczynę, a tym bardziej na powtarzającą jego
imię Nadię. Czuł, że musi wyjść na zewnątrz, chociaż nie miał pojęcia czy
świeże powietrze miało szansę cokolwiek zmienić. Prawda była taka, że gdyby
tylko mógł, poszedłby szukać Eleonory, ale niby co miał zrobić, skoro zostawili
ją w Nowym Jorku. Na Boga, jego bratowa równie dobrze mogła być martwa – i to
tylko dlatego, że jak zwykle zbytnio troszczyła się o osoby, które sobie
na to nie zasłużyły!
– Jason…
Warknął,
choć to uświadomił sobie z opóźnieniem. W zasadzie pojął, że sytuacja
zaczynała wymykać się spod kontroli, kiedy zauważył jak Alyssa wzdryga się i w popłochu
cofa, ledwo przeniósł na nią wzrok. Nagle po prosu patrzyli sobie w oczy, a w jej
ciemnych tęczówkach widział przede wszystkim przerażenie i tak silne
poczucie winy, że to aż bolało.
Z tym, że
nawet wtedy sytuacja nie uległa zmianie. Nie potrafił jej współczuć i udawać,
że nic się nie stało. Zresztą czego oczekiwała? Że weźmie ją w ramiona,
pogłaska po główce i będzie udawał, że nic istotnego nie miało miejsca.
– Teraz
ryczysz? – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Do cholery, zdajesz sobie sprawę z tego,
co zrobiliście? Ty i mój pierdolony brat?!
– Ja…
Potrząsnął
głową. Nie zamierzał czekać aż zacznie się kajać, przepraszać, czy czego tam
jeszcze mógł się w obecnej sytuacji spodziewać. To były tylko słowa, które
tak naprawdę niczego nie zmieniały. Co z tego, że było jej przykro?
Zrobiła, co zrobiła, a teraz jeszcze miała czelność tutaj przychodzić i płakać,
jakby to miało jakiekolwiek znaczenie…?
I Carlos.
Do cholery,
kto jak kto, ale Carlos powinien rozumieć, co znaczyło stracić partnerkę. W takim
wypadku to, że zachował się jak pierdolony egoista, raziło bardziej niż
dotychczasowe głupstwa.
To nic, że
potrafił mieć ich gdzieś przez całe wieki, traktując rodzinny dom jak hotel, do
którego wpadał, kiedy miał na to ochotę. To nic, że zawsze zachowywał się jak
pępek świata, potrafiąc co wymagać od braci wsparcia, jakby byli mu cokolwiek
winni. Michael zawsze patrzył na to zachowanie przez palce, traktując Carlosa
trochę jak rozkapryszonego dzieciaka, do którego potrzeba było co najwyżej
cierpliwości i nadziei na to, że kiedyś dorośnie. Zwłaszcza odkąd stracił
Mistery, Mickey potrafił być pobłażliwy, chociaż zdaniem Jasona żałoba niczego
nie usprawiedliwiała. To, że raz po raz musieli wyciągać brata z kłopotów,
wydawało się wystarczająco wymowne, a on już dawno stracił do tego
wszystkiego cierpliwość.
Sęk w tym,
że dotychczasowe kłopoty wydawały się niczym, biorąc pod uwagę to, co ściągnął
na nich tym razem. W tamtej chwili czara goryczy przelała się, a Jason
najzwyczajniej w świecie miał dość. Chciał być cierpliwy, zresztą było mu
żal Alyssy, którą wampir tak po prostu wciągnął w sam środek czegoś, na co
ta nie zasłużyła, ale teraz…
– Jason, do
cholery! – obruszyła się Nadia.
Ona również
straciła cierpliwość, co zresztą wcale go nie zdziwiło, ale nie potrafił się
tym przejąć. Krótko spojrzał na wampirzycę, po czym raz jeszcze przeniósł wzrok
na Alyssę. Ta druga wpatrywała się w niego błagalnie, zupełnie jakby
sądziła, że w ten sposób zdoła cokolwiek osiągnąć.
– Nie pytaj
mnie – powiedział w końcu, zwracając się od Nadii – tylko jej. – Zamilkł,
wciąż wpatrując się w Alyssę. – No, pochwal się. Powiedz, co ty i Carlos
zrobiliście… Hm, w imię czego? Co było tego warte?
Nie miał
pewności, jakim cudem udało mu się odezwać tak cicho. Niemalże szeptał,
staranie dobierając słowa i niemalże z obojętnością wpatrując się w stojącą
przed nim dziewczynę. Chociaż aż się w nim gotowało, jego głos zabrzmiał
cicho i zimno. I wiedział, że w ten sposób zranił dziewczynę
bardziej, niż gdyby nadal wydzierał się na nią, dając upust narastającej z każdą
kolejną sekundą frustracji.
Być może
później miał tego pożałować. Jakoś nie miał wątpliwości, że tak będzie,
zwłaszcza że niejednokrotnie zdarzało mu się łatwo wybuchać, a dopiero
później zastanawiać nad własnym zachowaniem. Nie zmieniało to jednak faktu, że w tej
sytuacji czuł się w pełni usprawiedliwiony, zwłaszcza że od samego
początku ufał tej dziewczynie. To, jak bardzo go zawiodła, było wręcz nie do
opisania.
Cisza,
która nagle zapadła w pomieszczeniu, dosłownie porażała. Słychać było
wyłącznie przyśpieszony oddech ledwo panującej nad szlochem Alyssy. Już nie
płakała, po prostu obojętnie wpatrując się w przestrzeń. Jason mimochodem
zauważył, że drżała, chociaż trudno było mu stwierdzić, co było tego przyczyną
– tłumiony szloch czy może emocje. Wiedział jedynie, że pustka w jej
oczach na moment wytrąciła go z równowagi, z jakiegoś powodu
sprawiając, że zawahał się, nagle zaniepokojony.
Ta
dziewczyna go przerażała.
Wcześniej
nie zdawał sobie z tego sprawy, a może po prostu nie chciał pewnych
rzeczy widzieć. Kto wie, może tak naprawdę pozwolił jej owinąć się wokół palca,
zwiedziony słodką buzią i tym, jak niewinna się wydawała. Carlos
przyprowadził im do domu kogoś, kogo żadne z nich nie znał, a jednak
mimo to przyjęli ją pod swój dach, chroniąc na wszystkie możliwe sposoby. Myślał
o niej wyłącznie jako o Alyssy – zagubionej i nieświadomej tego,
co działo się wokół niej – ale teraz…
W tamtej
chwili z całą mocą dotarło do niego, że to wcale nie musiało być takie
proste. Że być może to wszystko było grą, w której wszyscy naiwnie trwali,
aż prosząc się o nieszczęście.
Być może
ona naprawdę była córką Lucyfera.
W pośpiechu
uciekł wzrokiem gdzieś w bok. Alyssa wciąż milczała, kolejny raz
wystawiając jego nerwy na próbę. Gdzieś kątem oka wychwycił ruch, kiedy Nadia
ruszyła w jego stronę i to wystarczyło, by choć trochę się otrząsnął.
– Rozumiem
– stwierdził, kiwając w zamyśleniu głową. – Skoro nie chcesz mówić, to ja
chętnie opowiem. Wiesz, gdzie zabrał ją Carlos? Do Nowego Jorku. Tak jak
podejrzewaliśmy – rzucił niemalże pogodnym tonem, uparcie unikając spoglądania
zarówno na Nadię, jak i na Alyssę.
– Jason…
Miał
wrażenie, że jeśli jeszcze ta dziewczyna jeszcze raz wypowie jego imię, trafi
go szlag – zwłaszcza że brzmiała przy tym tak błagalnie.
– Gdzie
jest Eleonora? – zapytała w tym samym momencie Nadia.
Przez
moment miał ochotę się uśmiechnąć – w pozbawiony wesołości sposób, bez
choćby cienia faktycznego rozbawienia. W pewnym sensie czekał na to
pytanie; wiele ułatwiało, przynajmniej częściowo pozwalając mu skrócić
wyjaśnienia, których powinien udzielić Nadii.
– Dobre
pytanie, prawda? Ale Alyssa nam nie odpowie.
Zamilkł,
przez moment mając nadzieję, że dziewczyna jednak go zaskoczy i powie coś
sensownego. Przez tyle czasu płakała i próbowała nakłonić go do tego, żeby
słuchał, więc być może…
Ale
odpowiedziała mu wyłącznie wymowna cisza.
– Tak
sądziłem – mruknął, po czym wydał z siebie przeciągłe westchnienie. – Nie
odpowie, bo nawet nie wie, czy ona wciąż żyje. Tak się składa, że nasza kochana
księżniczka i mój tchórzliwy brat zostawili Ellę na pastwę demonów!
– Ja… Co
takiego…?
Zignorował
drżący, wyraźnie zszokowany głos Nadii. Nie miał nawet pewności, czy ta
powiedziała coś więcej. Nie zwrócił uwagi również na to, że Alyssa jęknęła w odpowiedzi,
przez moment wyglądając na chętną, żeby zaprotestować.
–
Zostawiliście ją. Sama mi to powiedziałaś – przypomniał, chcąc uciąć
jakiekolwiek dyskusje. – Zapytam raz jeszcze: zdajesz sobie sprawę, co
zrobiliście? – wyrzucił z siebie na wydechu, ale tym razem nie czekał na
odpowiedź. – Przyjęliśmy cię pod swój dach. Ella przejęła na siebie połowę
obowiązków Stwórcy, kiedy mój cholerny braciszek zostawił cię samą sobie…
Osobiście robiłem wszystko, bylebyś się w tym odnalazła. – Urwał, czując
nieprzyjemny ucisk w gardle. Czerwona mgiełka wróciła, kolejny raz
zniekształcając rzeczywistość. – Gdzie w tym sens, skoro gdy przyszło co
do czego…
Zamilkł po
raz kolejny, najzwyczajniej w świecie nie będąc w stanie dokończyć. W pewnym
sensie żałował tego wybuchu, ale co innego miał jej powiedzieć? Żałował, że tuż
bok nie było Carlosa, zwłaszcza że znamienita większość tego, co czuł, była
związana właśnie z bratem. Co więcej, wiedział, że powinien jak najszybciej
skontaktować się z Michaelem, zamiast tracić czas na prawienie wyrzutów,
ale to również nie było takie proste. Nie, skoro aż się w nim gotowało, a emocje
z taką łatwością zaczynały wymykać mu się spod kontroli.
Nie
zarejestrował momentu, w którym zdecydował ruszyć się z miejsca. Po
prostu wyszedł z domu, trzaskając drzwiami i ignorując to, że ktoś –
Nadia lub Alyssa – próbował go zatrzymać. Zwykle bieg przynosił mu ukojenie,
ale tym razem tak nie było, choć mimo wszystko poczuł się odrobinę lepiej,
kiedy znalazł się na świeżym powietrzu. Pęd upajał, zresztą jak i pracujące
w równym rytmie, raz po raz napinające się mięśnie.
Nie odbiegł
daleko, w gruncie rzeczy nie mając w planach żadnego konkretnego
celu. W pewnym momencie ot tak przystanął – i to tylko po to, by z całej
siły uderzyć pięścią w konar najbliższego drzewa. Sędziwy dąb jęknął i złamał
się z trzaskiem, prawie jak sucha gałązka. Jason nawet się nie skrzywił,
kiedy drzewo z hukiem wylądowało na ziemi, sprawiając że ta zadrżała pod
stopami wciąż podenerwowanego wampira. Oddychał szybko i płytko,
bynajmniej nie za sprawą biegu. Wciąż ledwo mógł ustać w miejscu, ale
dalsze podążanie w gęstwinę również wydawało mu się złym pomysłem, tym
bardziej że w tamtej chwili absolutnie nie ręczył za siebie.
Skrzywił
się, czując jak jego kły wysuwają się samoistnie. Pulsowały boleśnie, domagając
się, by zatopił je w czyimś gardle. W tamtej chwili wcale nie
chodziło o głód, ale sam fakt tego, że mógłby się posilić. Może wtedy
poczułby się lepiej – odzyskałby kontrolę, choćby ta miała sprowadzać się do
decyzji o tym, czy odebrać czyjekolwiek życie.
Omal nie
wyszedł z siebie, słysząc ciche, zmierzające w jego stronę kroki.
Warknął, po czym błyskawicznie okręcił się, ledwo powstrzymując przed
skoczeniem na postać, która nagle wypadła spomiędzy drzew, zatrzymując tuż
przed nim.
– Jase…
Wypuścił
powietrze ze świstem, w milczeniu obserwując Nadię. Jasne włosy miała w nieładzie,
a kiedy przyjrzał się dokładnie, dostrzegł, że luźne kosmyki kleiły się do
jej policzków. Nawet słowem nie skomentował tego, że mogłaby płakać, bo cóż
innego, skoro wampir nie mógł tak po prostu się spocić?
Spoglądał
na nią w milczeniu, walcząc z pragnieniem, by natychmiast odesłać ją
do domu. W normalnym wypadku by to zrobił, zwłaszcza że potrzebował
spokoju. To przynajmniej próbował sobie wmówić, szukając pretekstu, by jednak
uwierzyć, że wystarczyła chwila krążenia po okolicy, by nad sobą zapanował.
Powinien, skoro musiał w końcu zadzwonić do Michaela i ściągnąć go do
domu, ale przecież dobrze wiedział, że to nie będzie takie proste.
Och, tak
naprawdę oszukiwał samego siebie. W tamtej chwili prędzej zrobiłby coś
naprawdę głupiego, niż zadowolił się czymś tak przyziemnym, jak telefon to
brata.
– Hej,
Jason… – Aż wzdrygnął się, czując muśnięcie palców Nadii na ramieniu. Zanim
zastanowił się nad tym, co robi, błyskawicznie chwycił ją za nadgarstek. Przez
twarz kobiety przemknął cień, ale nie próbowała się wyrywać, po prostu
niespokojnie go obserwując. – Uspokój się. Już dobrze.
– Wiesz, że
nic nie jest dobrze – zniecierpliwił się. – Miałaś rację, wiesz? – dodał, ale
wampirzyca jedynie potrząsnęła głową.
– Może i tak
– przyznała w końcu. – Ale dalej musisz się uspokoić. Michael…
Westchnął,
aż nazbyt świadom, że miała rację. Aż za dobrze wiedział, że powinien nad sobą
zapanować i zachować się praktycznie. Jeśli nie dla siebie, to dla brata
albo Nadii, która właśnie próbowała go pocieszać. Nie pierwszy raz
wykorzystywała okazję, by zostać z nim sam na sam, aż nazbyt wyraźnie
dając mu do zrozumienia, że oczekiwała… czegoś konkretnego. Zbywał ją na
wszystkie możliwe sposoby, dość nieudolnie najwyraźniej, skoro wciąż tutaj
była. Miał wrażenie, że to błędne koło, w którym trwali od dłuższego
czasu, raniąc się wzajemnie.
Teraz też
tutaj była, na dodatek w roli jego zdrowego rozsądku. Miał wrażenie, że
powinno być na odwrót, zwłaszcza że była kobietą; to on powinien ją pocieszać i chronić,
a nie odwrotnie. Co więcej, tym razem zdecydowanie nie stała przed nim
tylko dlatego, bo miała w tym ukryty cel. W tym wszystkim nie było
miejsca na niefortunne zauroczenia, a jednak…
To było
niczym impuls i później samo sobie nie potrafił wytłumaczyć, co podkusiło
go, by przygarnąć Nadię do siebie. Nagle po prostu trzymał ją w ramionach,
by w następnej chwili ująć jej bladą twarz w obie dłonie. Zaraz po
tym po prostu ją pocałował, bez zastanowienia wpijając się w jej usta.
Wyczuł, że na moment zamarła, ale nie odsunęła się, po kilku sekundach
otrząsając się na tyle, by odwzajemnić pocałunek. Dawno nie doświadczył czegoś
tak gwałtownego, na swój sposób rozpaczliwego i… mimo wszystko obojętnego, bo
nie poczuł niczego, czego mógłby oczekiwać po wzajemnej bliskości z kobietą
– żadnego przyciągania czy namiętności, które powinny mu towarzyszyć. Miał
wrażenie, że w tamtej chwili za nich dwoje czuła wyłącznie Nadia,
zwłaszcza że ta bez wahania przesunęła się bliżej, by zarzucić mu ramiona na
szyję.
Świadomość
tego, co robił, pojawiła się nagle, działając na niego niemalże jak kubeł
lodowatej wody. Wzdrygnął się, w następnej chwili stanowczo odsuwając
dziewczynę od siebie. Zachwiała się nieznacznie, po czym cofnęła o krok,
wyraźnie oszołomiona.
Rozczarowanie,
którego doszukał się w jej spojrzeniu, jeszcze długo miało go
prześladować.
Zawahał
się, czując, że powinien coś powiedzieć. Korciło go, by ją przeprosić, ale w ostatniej
chwili powstrzymał się, uświadamiając sobie, że to wypadłoby jeszcze gorzej.
Milczenie wydawało się najrozsądniejszą opcją, chociaż cisza, która między nimi
zapadła, miała w sobie coś przejmującego i bardzo, ale to bardzo
niezręcznego. Jason uciekł wzrokiem gdzieś w bok, świadom wyłącznie tego,
że powinien porządnie przywalić głową w drzewo – najlepiej kilka razy, by
raz a dobrze się otrząsnąć. Nie żeby przypuszczał, że w ten sposób
cokolwiek naprawi, ale w tamtej chwili wszystko wydawało się lepsze od
bierności.
Gniew
momentalnie zniknął, pozostawiając po sobie wyłącznie rosnące z każdą
kolejną sekundą poczucie winy. Dawno nie czuł się aż tak okropnie, świadom
wyłącznie tego, że właśnie zranił kogoś, kto na to nie zasłużył. To nie była
jej wina, że z jakiegoś powodu coś do niego czuła, z kolei to, że
odreagował właśnie w ten sposób…
Ty skurwielu, pomyślał i przez
moment miał ochotę wypowiedzieć te słowa na głos. Może gdyby to zrobił, przynajmniej
Nadia poczułaby się lepiej. W zasadzie to ona powinna wprost wykrzyczeć mu
to w twarz, choć oczywiście tego nie zrobiła. Niech cię szlag…
Znajome
błękitne oczy błyszczały podejrzanie, kiedy w końcu odważył się spojrzeć
jej w twarz.
– Nadio…
Odwróciła
głowę tak gwałtownie, że aż się skrzywił. Z równym powodzeniem mogłaby go
uderzyć w twarz, na co – cholera – w pełni przecież zasłużył.
–
Powinniśmy… zadzwonić do Michaela – oznajmiła cicho. Głos zadrżał jej tylko
nieznacznie, wyraźnie zdławiony i obojętny. – Ja się tym zajmę – dodała i zanim
zdążyłby zaprotestować, w pośpiechu oddaliła się, znikając pomiędzy
drzewami.
Przez kilka
następnych sekund tkwił w miejscu, bezmyślnie wpatrując się w miejsce,
w którym zniknęła. Z opóźnieniem uświadomił sobie, że wstrzymał
oddech, więc nabrał powietrza do płuc – i to tylko po to, by po chwili
wypuścić je ze świstem, ledwo powstrzymując jęk. W tamtej chwili bardziej
niż wcześniej pragnął zacząć kląć na czym stoi, ale z zupełnie innego
powodu niż do tej pory. Cholera, nie przypuszczał nawet, że ten dzień może być
jeszcze gorszy niż po powrocie Alyssy, a jednak wszystko coraz bardziej
się sypało.
Zacisnął
pięści, tym razem jednak powstrzymując się przed złamaniem kolejnego drzewa.
Ostatecznie ukrył twarz w dłoniach, po czym nerwowo potarł skronie,
zupełnie jakby bolała go głowa. Oczywiście w przypadku wampira nie było to
możliwe, ale Jason i tak czuł się zmęczony – i to zarówno pod
względem psychicznym, jak i również fizycznym
Westchnął i ruszył
przed siebie, starannie omijając trasę, którą poszła Nadia. Drogę do domu
pokonał w kompletnej, pełnej napięcia ciszy.
Dobranoc…? To już chyba moje stałe pory na pisanie, więc wrzucani rozdziału prawie o drugiej w nocy już raczej nikogo nie zdziwi. Co więcej, jestem zadowolona z tego, co powstało – właściwie pod wpływem chwili, bo decyzja o przejściu do perspektywy Jasona, wyszła dość spontanicznie. To, jak nagle rozwinęła się jego relacja z Nadią, również. Ale to dobrze, bo zawsze uwielbiałam sytuacje, w których postacie dochodziły do głosu i żądany ode mnie swoich „pięciu minut”. Zwłaszcza że do chwili, w której zaczęłam pisać, nie miałam pewności, jak będzie wyglądała sytuacja z Eleonorą.Jest późno, a ja zaczynam bredzić od rzeczy, więc jak zwykle po prostu podziękuję za obecność. Ostateczną ocenę tak czy inaczej pozostawiam Wam.Do napisania!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz