30 maja 2018

Rozdział LXIV

Alyssa
Płacz był dobry, nawet jeśli prowadził donikąd. Wiedziała, że Jason miał rację, a wypłakiwanie sobie oczu nie miało zmienić tego, co się wydarzyło, ale i tak nie mogłaby postąpić inaczej. Co więcej, w pamięci wciąż miała słowa wampira – jakże bezpośrednie i bolesne – i chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że na nie zasłużyła, to nadal niczego nie zmieniało. Bo przecież nikt nie miał prawa zabronić jej płakać, łzy z kolei przynosiły swego rodzaju ukojenie – przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe.
Nie miała pojęcia, gdzie są Jason i Nadia, ale również to jej nie interesowało. Wypadła z domu krótko po wyjściu wampirzycy, kierując się w stronę inną niż ona. Właściwie nie miała pewności, gdzie powinna się znaleźć, więc po prostu biegła, nie pierwszy raz kierując się instynktem. Na krótką chwilę udało jej się wyłączyć, co przyjęła z ulgą, bo to wydawało się lepsze, niż gdyby straciła nad sobą kontrolę. Pozostając w ruchu mogła przynajmniej próbować nie myśleć, tym samym powstrzymując się przed zrobieniem kolejnej rzeczy, której przyszłoby jej pożałować.
Bo mimo wszystko zachowanie Jasona sprawiło, że czuła się rozbita. Nie chodziło tylko o to, że słowa wampira bolały, bo to było oczywiste – i owszem, najpewniej na to zasłużyła.
Problem polegał na reakcji Ariany, która z miejsca zapragnęła wampira zabić.
Alyssa jęknęła cicho, jednocześnie zaciskając dłonie w pięści. Mętlik w głowie wciąż dawał jej się we znaki, zresztą jak i wypełniające ją emocje – tak bardzo sprzeczne i niebezpieczne. Od samego początku czuła, że powrót do domu nie będzie dobrym pomysłem, ale niby co miała zrobić? Carlos gdzieś zniknął, nie pierwszy raz zostawiając ją z problemami samą. Zabawne, ale chyba zaczynała się do jego zachowania przyzwyczajać, bynajmniej nie zaskoczona tym, że kolejny raz w pojedynkę musiała mierzyć się z czymś, co ją przerastało.
Oburzenie Ariany było silne, tak jak i chęć, by odeprzeć każdy z zarzutów Jasona. „Potęga wymaga poświęceń!” – cisnęło jej się na usta, chociaż w normalnym wypadku w życiu nie pozwoliłaby sobie na wypowiedzenie tych słów. Wydawały się niewłaściwe, a jednak… w jakimś stopniu ją kusiły. Wierzyła w nie, chociaż nie chciała, raz po raz powtarzając sobie, że to nieprawda. Sęk w tym, że przecież wiedziała, że było inaczej – i że to coś więcej, niż tyko przekonania Ariany, bo przecież były jednością.
Jej przeszłe wcielenie coraz częściej dawało o sobie znać. Kolejny raz miała problem z rozróżnieniem własnych emocji od tych „obcych”, o podjętych decyzjach nie wspominając. Kto decydował w tamtym hotelu, kiedy całowała się Carlosem? Kiedy mu zaufała? Albo później, gdy stała upokorzona przed Jasonem, pozwalając żeby ten mieszał jej z błotem? Czy faktycznie to nie ona pragnęła rzucić mu się do gardła, jakkolwiek nim potrząsnąć i…?
Nie!
Przyśpieszyła, chociaż nie sadziła, że to w ogóle możliwe. Miała wrażenie, że natura reaguje na jej gniew, cofając się i tworząc wyraźną ścieżkę, którą Alyssa bez przeszkód mogła podążać. Nie bała się, że upadnie, zahaczy stopą o wystający korzeń albo wpadnie na drzewo. W tamtej chwili nie musiała nawet koncentrować się na bodźcach, które podsuwały jej wyostrzone zmysły; po prostu biegła, nade wszystko pragnąc znaleźć się gdzieś daleko. Tutaj i tak nie była już mile widziana, zresztą była zbyt wielkim tchórzem, by ryzykować spotkanie z Michaelem. Zresztą to Carlos powinien tłumaczyć się przed bratem, nie ona.
Nie odpowiadam za to, co spotkało Eleonorę…
Dlaczego to brzmiało jak kłamstwo?
Zamrugała, kiedy obraz zaczął rozmazywać jej się przed oczami. Gniewny ruchem otarła oczy, nie zamierzając pozwolić sobie na kolejne łzy. Musiała się uspokoić, ale to wcale nie było takie proste, zwłaszcza że wciąż nie była pewna, co powinna ze sobą zrobić. Emocje powoli opadały, pozostawiając po sobie wyłącznie niewyobrażalne zmęczenie i coraz silniejszą dezorientację. Nagle została sama w środku lasu, zagubiona bardziej niż wtedy, gdy tutaj przybyła, a do tego… tak bardzo zraniona.
Jej myśli po raz kolejny uciekły do Carlosa. Miała wrażenie, że gdyby tylko zechciała, mogłaby go odnaleźć – jej prawdziwego stwórcę i, przynajmniej z założenia, opiekuna. Wszystko w niej aż krzyczało, że potrafiłaby go odnaleźć. Potrzebowała kogoś, kto by jej pomógł, a wampir z założenia powinien być do tego zobowiązany. Nie miała pewności, czy między nieśmiertelnym a jego stwórcą zawsze istniał ten rodzaj więzi, ale to nie miało znaczenia.
Przystanęła, chociaż nie była zmęczona. Z zaskoczeniem uświadomiła sobie, że się trzęsie. Dłuższą chwilę tkwiła w bezruchu, wstrząsana dreszczami i coraz bardziej niespokojna. Mimo wszystko tkwienie w miejscu nie było tym, czego oczekiwało jej ciało. Wciąż wszystko w niej rwało się do biegu – do bezmyślnego podążania przed siebie. Tak było prościej, chociaż powoli zaczynała dochodzić do wniosku, że taki stan był niebezpieczny. Aż nazbyt łatwo mogła sobie wyobrazić, że odcina się od emocji – po prostu odsuwa ból na bok, w zamian pozwalając, żeby na pierwszy plan wysunął się instynkt. To byłoby bardzo proste, może wręcz oczywiste, zupełnie jakby już kiedyś to robiła. Kto wie, może w istocie tak było, zwłaszcza że przeszłość Ariany wciąż była dla niej zagadką.
Wzięła kilka głębszych wdechów, próbując się uspokoić. Bała się tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby jednak sobie na to pozwoliła. Jak na zawołanie przypomniała sobie wieczór, w który trafiła do domu Sorentich. Pamiętała własne roztrzęsienie i szok, kiedy w pełni dotarło do niej, że była umazana krwią. A także czyste przerażenie, gdy pojęła, co to oznaczało. Już raz zabiła, chociaż pamiętała tamten moment jak przez mgłę, a wspomnienie wydawało się równie ulotne, co i nic nieznaczący, możliwy do zapomnienia koszmar. Taki stan przerażał ją bardziej niż świadomość, że mogłaby myśleć o skrzywdzeniu kogoś; teraz przynajmniej miała pojęcie, co takiego robiła, ale gdyby  to zniknęło…
Nie myśl o tym, nakazała sobie stanowczo.
Łatwo było mówić, ale i tak nie miała wyboru. Bez pośpiechu ruszyła przed siebie, tym razem pokonując kolejne metry spokojnym, w pełni ludzkim krokiem. Poczuła, że coś zaplątało się w jej włosy, ale nie zareagowała, zwłaszcza że sposób w jaki nisko zawieszona gałąź wydawała się ku niej sięgać, z jakiegoś powodu skojarzył jej się z zatroskanymi, pragnącymi objąć ją i pocieszyć ramionami. To tak, jakby natura nade wszystko chciała ją uspokoić, chociaż to jeszcze jakiś czas temu wydawałoby się jej bez sensu.
Równie wielką stratą czasu wydało jej się szukanie Carlosa. Mogła podążyć za instynktem, dziwnie pewna, że ten doprowadziłby ją do wampira, ale nie chciała tego. Również odrzuciła od siebie myśl o pójściu do Mary, chociaż w normalnym wypadku właśnie to by zrobiła – dokładnie jak ostatnim razem, kiedy poszła prosto do przyjaciółki. Tym razem nie chciała się z nią zobaczyć, aż nazbyt świadoma, że nawet bliskość kogoś, kogo traktowała jak siostrę, by jej nie pomogła.
Nie, w rzeczywistości chciała znaleźć się w zupełnie innym miejscu.
Chwilę wahała się, wręcz porażona niespójnością własnych myśli. Miała wrażenie, że całkiem już postradała zmysły, zwłaszcza w ostatnim czasie zachowując się w sposób, o który by siebie nie podejrzewała, ale to już nie miało znaczenia. Równie nieistotne wydawało się to, kto tak naprawdę miał kontrolę – Alyssa, Ariana czy może obie na raz. Kimkolwiek by nie była, chciała tylko jednego i zamierzała to dostać.
I po prostu wiedziała, że uda jej się dotrzeć tam, gdzie chciała. To nic, że najpewniej postępowała w najbardziej bezmyślny z możliwych sposobów, zwłaszcza po tym, co powiedziała mu ostatnim razem. Nie liczyło się, że najpewniej nie mogłaby postąpić bardziej egoistycznie, skoro osobiście dała mu do zrozumienia, że powinien trzymać się od niej z daleka.
To nic, że nie miała pojęcia, gdzie mieszkał – bo i tak miała go odnaleźć.
Nie dając sobie więcej czasu na wątpliwości, w pośpiechu ruszyła tam, gdzie prowadziło ją serce.
Skyler
Wyczuła poruszenie na krótką chwilę przed tym, jak zdołała rozróżnić niespójne szepty demonów. Informacji w tym miejscu rozchodziły się błyskawicznie, dzięki czemu już chwilę później wiedziała, że coś poszło nie pomyśli Uzjela. Wręcz uśmiechnęła się, ledwo powstrzymując przed wywróceniem oczami, a w zamian bez pośpiechu wychodząc na opustoszały korytarz.
Zabawa w kotka i myszkę, czasami ją irytowała, ale tym razem nie miała nic przeciwko. Czuła się fantastycznie, całą sobą chłonąć wszystko to, co podpowiadały jej zmysły. W końcu idealnie widziała w ciemnościach to, co chciała – każdy najmniej znaczący szczegół, każde pęknięcie na posadzce. Szła szybkim, chociaż w pełni ludzkim tempem, jakby od niechcenia przesuwając palcami po chłodnym kamieniu, z którego wykonano ściany. Pozwalała, by echo jej kroków wyraźnie rozchodziło się dookoła, raz po raz z premedytacją uderzając wysokimi obcasami o posadzkę. Oczywiście, że mogłaby stąpać w całkowicie bezszelestny sposób, ale gdzie byłaby frajda z zabawy z potencjalną ofiarą, gdyby ta nie zdawała sobie sprawy z obecności zagrożenia?
Skyler bez pośpiechu wyjęła ukryty pod ubraniem kołek – zwykły, drewniany i bez srebrnych dodatków. Ach, szkoda… Lubiła obserwować działanie srebra, o ile oczywiście to nie było wykorzystywane przeciwko niej. Niestety, dziewczyna, której jakimś cudem udało się wybrać na wieczorny spacerek, zamiast grzecznie siedzieć w celi, musiała pozostać przy życiu. Przynajmniej na razie.
Skręciła, w pośpiechu omal nie wpadając na postać, która zmaterializowała się tuż przed nią. Zareagowała instynktownie, w zaledwie ułamek sekundy powalając intruza na posadzkę. Z nieopisaną przyjemnością przyjęła fakt, że wystarczył jeden zdecydowany ruch – krótka chwila, by przeciwnik wylądował na plecach, a ona mogła nad nim górować, dociskając obcas do jego piersi. Wystarczyłoby, żeby uderzyła bardziej zdecydowanie, by szpilka przeszyła tors, sięgając trzepocącego się w piersi serca.
– Och, do diabła! – usłyszała znajomy głos i to wystarczyło, by roześmiała się, nie kryjąc satysfakcji i narastającego z każdą kolejną sekundą rozbawienia.
– Tak łatwo byłoby się teraz ciebie pozbyć, Uzjelu – rzuciła pogodnym tonem, bynajmniej nie zamierzając pozwolić mu wstać.
Spojrzała na mężczyznę z góry, obojętna na to, że gdyby wzrok zabijał, jak nic miałby ją na sumieniu. O ile oczywiście któreś z nich by je posiadało. Skyler uśmiechnęła się, po czym wetchnęła cicho, czując wysuwające się kły. Wciąż przyzwyczajała się do tego ciała – jakże doskonałego, nieograniczonego przez ludzkie słabości, ale i na swój sposób żyjącego własnym życiem.
Uśmiechnęła się na samą myśl o tym, jak doskonale czuła się, odkąd Lucyfer spełnił złożoną jej obietnicę. Nagrodził ją, chociaż zawiodła, nie pierwszy raz zresztą. Ale dla niej zawsze był o wiele bardziej wyrozumiały niż wobec innych, zwłaszcza że służyła mu wiernie od wieków. Och, no i najwyraźniej wolał ją jako blondynkę, chociaż jeszcze nie miała okazji sprawdzić, jak wiele przyjemności im oboje mogło dostarczyć to nowe ciało. Teraz istniały ważniejsze sprawy i to im zamierzała się poświęcić, woląc nie sprawdzać, co by się stało, gdyby zawiodła po raz kolejny.
Odrzuciła włosy na plecy, nie pierwszy raz przeczesując jasne kosmyki palcami. Były mocniejsze i bardziej lśniące niż te, które miała wcześniej – wyniszczone przez nałogi, którym podlegało ludzkie ciało. Oczywiście wampiryzm wiązał się z uzależnieniem od czegoś innego, ale to bardziej jej się podobało. Skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie czerpała przyjemności z perspektywy krwawych polowań, rozrywania cudzych gardeł i czerpania z tego, co niosło ze sobą picie posoki. Zwłaszcza że takie postępowanie było znajome, bo demony nigdy nie należały do najsubtelniejszych istot na świecie.
– Zejdź w końcu ze mnie! – warknął Uzjel.
Nie zareagowała od razu, z rozbawieniem przyjmując to, jak bardzo się na nią złościł. Zareagowała dopiero w chwili, gdy spróbował chwycić ją za nogę. Z cichym warknięciem odskoczyła, w ostatniej chwili powstrzymując się od dźgnięcia go kołkiem – i to nie w pierś, ale od razu w gardło, ot dla lepszego efektu. Niestety, dobrze wiedziała, że Pan nie byłby zadowolony, gdyby pozbyła się tego wampira.
– Nie pozwalaj sobie, co? – obruszyła się, mrużąc gniewnie oczy. – Chociaż nie wątpię, że spodobałaby ci się… Od jak dawna nie byłeś z kobietą? – rzuciła zaczepnym tonem, powoli przesuwając dłonią o piersi aż po biodro.
Z przyjemnością zarejestrowała fakt, że z uwagą śledził ten ruch, najpewniej nawet nie dając sobie z tego sprawy. Zareagował dopiero po chwili, w pośpiechu uciekając wzrokiem gdzieś w bok i w końcu podrywając się na równe nogi. Nigdy jej nie lubił, co zresztą wyjaśniało, dlaczego jej wcześniejsza forma była aż tak beznadziejna. Chyba i tak powinna się cieszyć, że wtedy trafiła może i na ludzką ćpunkę, ale przynajmniej całkiem urodziwą, choć to najpewniej zawdzięczała sympatii, którą darzył ją Lucyfer.
Jego też z jakiegoś powodu tolerował. Najpewniej przez wiedzę, bo nie mogła zaprzeczyć, że Uzjel jako jedyny znał i przynajmniej starał się zrozumieć sens starych wierzeń. Szkoda tylko, że jak na tę chwilę wszystkie eksperymenty, które podejmował, kończyły się całkowitym fiaskiem.
A teraz na dodatek spierdoliła mu dziewczyna, którą zamierzał wykorzystać w następnej kolejności. To już wydało się Skyler niemalże ironicznym zrządzeniem losu.
Można by wręcz powiedzieć, że ktoś „na górze” wyjątkowo Uzjela nie lubił.
– Skończyłaś już? – wycedził przez zaciśnięte zęby sam zainteresowany. – Śpieszę się – dodał, ale z jakiegoś powodu nie ruszył się z miejsca.
– Ależ wiem – zapewniła, nie przestając się uśmiechać. – Naprawdę? Uciekła ci głupia półkrewka? – drążyła, ale Uzjel jedynie potrząsnął głową.
– Nie twój interes.
Skyler prychnęła.
– Ależ mój – oznajmiła, wspierając obie dłonie na biodrach. – Wszyscy już wiedzą, że po korytarzach błąka się twój mały obiekt.
– Jeszcze jej nie tknąłem i… Rany, dlaczego ja z tobą o tym gadam?!
Wywróciła oczami, po czym ruszyła za nim, ledwo tylko zdecydował się oddalić. Warknął cicho, wyraźnie niezadowolony z tego, że zamierzała mu towarzyszyć, ale nie zwróciła na to większej uwagi. Złapanie tej małej przed Uzjelem, zwłaszcza mając go za towarzysza, wydawało się bardziej kuszącą perspektywą, niż gdyby miała pokusić się o to bez widowni.
– Czego tak właściwie cały czas szukasz? – zapytała, decydując się przerwać ciszę. Upadły rzucił jej wyraźnie poirytowane spojrzenie. – Zabiłeś ich już tyle, że nawet ja jestem pod wrażeniem. Zastanawiam się tylko… w imię czego?
– Pan się z tym tobą nie podzielił? – zapytał w zamian.
Skyler aż się zapowietrzyła, co najmniej zaskoczona taką odpowiedzią. Nie zdążyła powstrzymać tego odruchu, co zresztą było jedną z nielicznych wad wampiryzmu, którą w tak krótkim czasie zdążyła zaobserwować. Mianowicie: krwiopijcy mieli to do siebie, że reagowali o wiele zbyt emocjonalnie. Nie żeby ludzie tego nie robili, ale łatwiej było jej zapanować nad gwałtownymi odruchami wcześniej niż teraz. Z drugiej strony, może to „jej wampirzyca” była aż taka wrażliwa, ale to nie miało znaczenia. Musiała nauczyć się to kontrolować tak szybko, jak tylko miało być to możliwe.
Zacisnęła dłonie w pięści, rozdrażniona błyskiem satysfakcji, który dostrzegła w oczach Uzjela. Trafił w sedno i musiał o tym widzieć. W końcu była najwierniejszą Lucyfera, kochanicą królów, a jednak…
– To sprawa między nim a mną – odparła lodowatym tonem, próbując zachować resztki godności. – Zresztą teraz pytam ciebie.
– A ja nie muszę ci odpowiadać – stwierdził ze spokojem Uzjel. W tamtej chwili z równym powodzeniem mógłby uderzyć ją w twarz. To, że Lucyfer podzielił się z nim czymś, czego ona mogła co najwyżej się domyślać… – Gdyby Pan chciał, żebyś wiedziała, powiedziałby ci. Tak więc… To sprawa między nim a mną – dodał z niemniejszą wyniosłością, co ona wcześniej.
Tym razem aż się w niej zagotowało. Czuła, że doskonale bawił się jej kosztem, jak nic zachwycony możliwością udowodnienia, że nie była aż taka ważna, jak do tej pory sądziła. I to bolało, może nawet bardziej niż świadomość, że Lucyfer mógłby być  na nią zły. To, że karał ją za błędy, wydawało się zrozumiałe, a jednak…
Uzjel pracował nad czymś już wcześniej, zanim w ogóle zdążyła popełnić jakikolwiek błąd. Coś przez cały ten czas działo się jej za jej plecami, a jednak nikt nie widział powodu, żeby ją wtajemniczyć – i to łącznie z Panem, chociaż Lucyfer zawsze przecież nazywał ją swoją najwierniejszą.
Tego było dla Skyler zdecydowanie za dużo.
Z gardła wyrwał jej się gniewny, sfrustrowany wrzask, rozchodząc się echem po korytarzu. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, z dzikim warknięciem skoczyła na Uzjela, chwytając go za gardło i bezceremonialnie przyciskając do ściany. Kołkiem wycelowała wprost w jego pierś, dokładnie  w miejsce, gdzie pod warstwą skóry trzepotało się serce.
– Puść mnie – usłyszała jego spokojny, niemalże obojętny głos i właśnie to opanowanie wytrąciło ją z równowagi bardziej niż cokolwiek innego.
Nie przywykła do tego, żeby tracić kontrolę. A jednak w tamtej chwili czuła się niemalże jak słaba, beznadziejna desperatka, która i tak nie miała szans na osiągnięcie celu. Oddychała szybko i płytko, przyciskając szpic kołka do piersi Uzjela. Gniewnie wpatrywała się w jego twarz, nade wszystko pragnąć, by doszukać się w jego spojrzeniu przerażenia – choćby lekkiej obawy, która utwierdziłaby ją  w przekonaniu, że to ona nadal była panią sytuacji. Chciała, by się przed nią ugiął, chociaż odrobinę speszył i przestał z taką pewnością siebie wpatrywać jej w oczy.
I on to wiedział, więc tym bardziej nie zamierzał jej tego dać. Co więcej, musiał doskonale zdawać sobie sprawę z tego, że tak naprawdę miała związane ręce. Nie dźgnęłaby go, niezależnie od tego, jak bardzo miała ochot to zrobić. Cóż, nie mogła, jeśli nie chciała kolejny raz wystawiać nerwów Lucyfera na próbę.
– Zapominasz ile mi zawdzięczasz – stwierdził Uzjel, kiedy z cichym jękiem cofnęła się o krok.
– Nie zawdzięczam ci niczego – warknęła, dla pewności celując kołkiem w posadzkę. Swoją drogą, czy „przypadkowe” draśnięcie go w tętnicę Pan też uznałby za złe posunięcie…? – Ciało znalazłam sobie sama – dodała i mimo wątpliwości zwróciła się do niego plecami.
Skwitował jej słowa cichym parsknięciem. Grabił sobie, ale przynajmniej tymczasowo nie mogła pozwolić sobie na to, by uszkodzić go tak bardzo, jak chciała. Zabawa w półśrodki zdecydowanie jej nie satysfakcjonowana, zresztą nie ufała obie na tyle, by choćby próbować wybić mu zęby.
– Myśl sobie, co tylko chcesz. Ja tymczasem będę wierzył w swoją wersję, jeśli pozwolisz – powiedział w końcu, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Wręcz przeciwnie, bo ta jego wymuszona uprzejmość doprowadzała ją do szału. – A ta kobieta… – Czuła, że wciąż ją obserwował. – Miałaś szczęście, że Carlos okazał się na tyle wielkim skurwielem, by ją zostawić i…
– Lepiej się pośpiesz. Panna ci uciekła – przerwała mu pośpiesznie, nie zamierzając czekać aż kolejny raz puszczą jej nerwy.
Zaraz po tym ruszyła w głąb korytarza, nie oglądając się za siebie. Cała satysfakcja, którą czuła jeszcze chwilę wcześniej, zniknęła równie nagle, co wcześniej się pojawiła. W tamtej chwili zaczęła żałować, że Uzjel podążał tuż za nią, co prawda milczący, ale jednak obecny, samą swoją bliskością doprowadzając ją do szału. Wszystko było nie tak i doskonale zdawała sobie z tego sprawę, coraz bardziej mając ochotę zacząć kląć na czym świat stoi.
Jakby tego było mało, coś w słowach mężczyzny sprawiło, że poczuła żal – i to tak silny jak nigdy dotąd. Zaraz po tym w jej głowie pojawiła się cicha, bardzo niepewna myśl, o której po prostu wiedziała, że nie należała do niej.
Nikt mnie nie zostawił…
Dzień dobry! Czekałam na ten rozdział i wątek, który wprowadza. Wydaje mi się, że sprawa z Eleonorą i Skyler jest dość oczywista, chociaż… Och, no i jakieś pomysły co do tego, dokąd uda się Alyssa?
Za ten cudny gif dziękuję Gabi <3 Kolejny rozdział już wkrótce, a my powoli zbliżamy się do zakończenia tej księgi. Tak więc do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz