Alyssa
Płacz był dobry, nawet jeśli
prowadził donikąd. Wiedziała, że Jason miał rację, a wypłakiwanie sobie
oczu nie miało zmienić tego, co się wydarzyło, ale i tak nie mogłaby
postąpić inaczej. Co więcej, w pamięci wciąż miała słowa wampira – jakże
bezpośrednie i bolesne – i chociaż zdawała sobie sprawę z tego,
że na nie zasłużyła, to nadal niczego nie zmieniało. Bo przecież nikt nie miał
prawa zabronić jej płakać, łzy z kolei przynosiły swego rodzaju ukojenie –
przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe.
Nie miała
pojęcia, gdzie są Jason i Nadia, ale również to jej nie interesowało.
Wypadła z domu krótko po wyjściu wampirzycy, kierując się w stronę
inną niż ona. Właściwie nie miała pewności, gdzie powinna się znaleźć, więc po
prostu biegła, nie pierwszy raz kierując się instynktem. Na krótką chwilę udało
jej się wyłączyć, co przyjęła z ulgą, bo to wydawało się lepsze, niż gdyby
straciła nad sobą kontrolę. Pozostając w ruchu mogła przynajmniej próbować
nie myśleć, tym samym powstrzymując się przed zrobieniem kolejnej rzeczy,
której przyszłoby jej pożałować.
Bo mimo
wszystko zachowanie Jasona sprawiło, że czuła się rozbita. Nie chodziło tylko o to,
że słowa wampira bolały, bo to było oczywiste – i owszem, najpewniej na to
zasłużyła.
Problem
polegał na reakcji Ariany, która z miejsca zapragnęła wampira zabić.
Alyssa
jęknęła cicho, jednocześnie zaciskając dłonie w pięści. Mętlik w głowie
wciąż dawał jej się we znaki, zresztą jak i wypełniające ją emocje – tak
bardzo sprzeczne i niebezpieczne. Od samego początku czuła, że powrót do
domu nie będzie dobrym pomysłem, ale niby co miała zrobić? Carlos gdzieś
zniknął, nie pierwszy raz zostawiając ją z problemami samą. Zabawne, ale
chyba zaczynała się do jego zachowania przyzwyczajać, bynajmniej nie zaskoczona
tym, że kolejny raz w pojedynkę musiała mierzyć się z czymś, co ją
przerastało.
Oburzenie
Ariany było silne, tak jak i chęć, by odeprzeć każdy z zarzutów
Jasona. „Potęga wymaga poświęceń!” – cisnęło jej się na usta, chociaż w normalnym
wypadku w życiu nie pozwoliłaby sobie na wypowiedzenie tych słów. Wydawały
się niewłaściwe, a jednak… w jakimś stopniu ją kusiły. Wierzyła w nie,
chociaż nie chciała, raz po raz powtarzając sobie, że to nieprawda. Sęk w tym,
że przecież wiedziała, że było inaczej – i że to coś więcej, niż tyko
przekonania Ariany, bo przecież były jednością.
Jej
przeszłe wcielenie coraz częściej dawało o sobie znać. Kolejny raz miała
problem z rozróżnieniem własnych emocji od tych „obcych”, o podjętych
decyzjach nie wspominając. Kto decydował w tamtym hotelu, kiedy całowała
się Carlosem? Kiedy mu zaufała? Albo później, gdy stała upokorzona przed
Jasonem, pozwalając żeby ten mieszał jej z błotem? Czy faktycznie to nie
ona pragnęła rzucić mu się do gardła, jakkolwiek nim potrząsnąć i…?
Nie!
Przyśpieszyła,
chociaż nie sadziła, że to w ogóle możliwe. Miała wrażenie, że natura
reaguje na jej gniew, cofając się i tworząc wyraźną ścieżkę, którą Alyssa
bez przeszkód mogła podążać. Nie bała się, że upadnie, zahaczy stopą o wystający
korzeń albo wpadnie na drzewo. W tamtej chwili nie musiała nawet
koncentrować się na bodźcach, które podsuwały jej wyostrzone zmysły; po prostu
biegła, nade wszystko pragnąc znaleźć się gdzieś daleko. Tutaj i tak nie
była już mile widziana, zresztą była zbyt wielkim tchórzem, by ryzykować spotkanie
z Michaelem. Zresztą to Carlos powinien tłumaczyć się przed bratem, nie
ona.
Nie odpowiadam za to, co spotkało Eleonorę…
Dlaczego to
brzmiało jak kłamstwo?
Zamrugała,
kiedy obraz zaczął rozmazywać jej się przed oczami. Gniewny ruchem otarła oczy,
nie zamierzając pozwolić sobie na kolejne łzy. Musiała się uspokoić, ale to
wcale nie było takie proste, zwłaszcza że wciąż nie była pewna, co powinna ze
sobą zrobić. Emocje powoli opadały, pozostawiając po sobie wyłącznie
niewyobrażalne zmęczenie i coraz silniejszą dezorientację. Nagle została
sama w środku lasu, zagubiona bardziej niż wtedy, gdy tutaj przybyła, a do
tego… tak bardzo zraniona.
Jej myśli
po raz kolejny uciekły do Carlosa. Miała wrażenie, że gdyby tylko zechciała,
mogłaby go odnaleźć – jej prawdziwego stwórcę i, przynajmniej z założenia,
opiekuna. Wszystko w niej aż krzyczało, że potrafiłaby go odnaleźć.
Potrzebowała kogoś, kto by jej pomógł, a wampir z założenia powinien
być do tego zobowiązany. Nie miała pewności, czy między nieśmiertelnym a jego
stwórcą zawsze istniał ten rodzaj więzi, ale to nie miało znaczenia.
Przystanęła,
chociaż nie była zmęczona. Z zaskoczeniem uświadomiła sobie, że się
trzęsie. Dłuższą chwilę tkwiła w bezruchu, wstrząsana dreszczami i coraz
bardziej niespokojna. Mimo wszystko tkwienie w miejscu nie było tym, czego
oczekiwało jej ciało. Wciąż wszystko w niej rwało się do biegu – do
bezmyślnego podążania przed siebie. Tak było prościej, chociaż powoli zaczynała
dochodzić do wniosku, że taki stan był niebezpieczny. Aż nazbyt łatwo mogła
sobie wyobrazić, że odcina się od emocji – po prostu odsuwa ból na bok, w zamian
pozwalając, żeby na pierwszy plan wysunął się instynkt. To byłoby bardzo
proste, może wręcz oczywiste, zupełnie jakby już kiedyś to robiła. Kto wie,
może w istocie tak było, zwłaszcza że przeszłość Ariany wciąż była dla
niej zagadką.
Wzięła
kilka głębszych wdechów, próbując się uspokoić. Bała się tego, co mogłoby się
wydarzyć, gdyby jednak sobie na to pozwoliła. Jak na zawołanie przypomniała
sobie wieczór, w który trafiła do domu Sorentich. Pamiętała własne
roztrzęsienie i szok, kiedy w pełni dotarło do niej, że była umazana
krwią. A także czyste przerażenie, gdy pojęła, co to oznaczało. Już raz
zabiła, chociaż pamiętała tamten moment jak przez mgłę, a wspomnienie
wydawało się równie ulotne, co i nic nieznaczący, możliwy do zapomnienia
koszmar. Taki stan przerażał ją bardziej niż świadomość, że mogłaby myśleć o skrzywdzeniu
kogoś; teraz przynajmniej miała pojęcie, co takiego robiła, ale gdyby to zniknęło…
Nie myśl o tym, nakazała sobie
stanowczo.
Łatwo było
mówić, ale i tak nie miała wyboru. Bez pośpiechu ruszyła przed siebie, tym
razem pokonując kolejne metry spokojnym, w pełni ludzkim krokiem. Poczuła,
że coś zaplątało się w jej włosy, ale nie zareagowała, zwłaszcza że sposób
w jaki nisko zawieszona gałąź wydawała się ku niej sięgać, z jakiegoś
powodu skojarzył jej się z zatroskanymi, pragnącymi objąć ją i pocieszyć
ramionami. To tak, jakby natura nade wszystko chciała ją uspokoić, chociaż to
jeszcze jakiś czas temu wydawałoby się jej bez sensu.
Równie
wielką stratą czasu wydało jej się szukanie Carlosa. Mogła podążyć za
instynktem, dziwnie pewna, że ten doprowadziłby ją do wampira, ale nie chciała
tego. Również odrzuciła od siebie myśl o pójściu do Mary, chociaż w normalnym
wypadku właśnie to by zrobiła – dokładnie jak ostatnim razem, kiedy poszła
prosto do przyjaciółki. Tym razem nie chciała się z nią zobaczyć, aż
nazbyt świadoma, że nawet bliskość kogoś, kogo traktowała jak siostrę, by jej
nie pomogła.
Nie, w rzeczywistości
chciała znaleźć się w zupełnie innym miejscu.
Chwilę
wahała się, wręcz porażona niespójnością własnych myśli. Miała wrażenie, że
całkiem już postradała zmysły, zwłaszcza w ostatnim czasie zachowując się w sposób,
o który by siebie nie podejrzewała, ale to już nie miało znaczenia. Równie
nieistotne wydawało się to, kto tak naprawdę miał kontrolę – Alyssa, Ariana czy
może obie na raz. Kimkolwiek by nie była, chciała tylko jednego i zamierzała
to dostać.
I po prostu
wiedziała, że uda jej się dotrzeć tam, gdzie chciała. To nic, że najpewniej
postępowała w najbardziej bezmyślny z możliwych sposobów, zwłaszcza
po tym, co powiedziała mu ostatnim razem. Nie liczyło się, że najpewniej nie
mogłaby postąpić bardziej egoistycznie, skoro osobiście dała mu do zrozumienia,
że powinien trzymać się od niej z daleka.
To nic, że
nie miała pojęcia, gdzie mieszkał – bo i tak miała go odnaleźć.
Nie dając
sobie więcej czasu na wątpliwości, w pośpiechu ruszyła tam, gdzie
prowadziło ją serce.
Skyler
Wyczuła poruszenie na krótką
chwilę przed tym, jak zdołała rozróżnić niespójne szepty demonów. Informacji w tym
miejscu rozchodziły się błyskawicznie, dzięki czemu już chwilę później
wiedziała, że coś poszło nie pomyśli Uzjela. Wręcz uśmiechnęła się, ledwo
powstrzymując przed wywróceniem oczami, a w zamian bez pośpiechu
wychodząc na opustoszały korytarz.
Zabawa w kotka
i myszkę, czasami ją irytowała, ale tym razem nie miała nic przeciwko.
Czuła się fantastycznie, całą sobą chłonąć wszystko to, co podpowiadały jej
zmysły. W końcu idealnie widziała w ciemnościach to, co chciała –
każdy najmniej znaczący szczegół, każde pęknięcie na posadzce. Szła szybkim,
chociaż w pełni ludzkim tempem, jakby od niechcenia przesuwając palcami po
chłodnym kamieniu, z którego wykonano ściany. Pozwalała, by echo jej
kroków wyraźnie rozchodziło się dookoła, raz po raz z premedytacją
uderzając wysokimi obcasami o posadzkę. Oczywiście, że mogłaby stąpać w całkowicie
bezszelestny sposób, ale gdzie byłaby frajda z zabawy z potencjalną
ofiarą, gdyby ta nie zdawała sobie sprawy z obecności zagrożenia?
Skyler bez
pośpiechu wyjęła ukryty pod ubraniem kołek – zwykły, drewniany i bez
srebrnych dodatków. Ach, szkoda… Lubiła obserwować działanie srebra, o ile
oczywiście to nie było wykorzystywane przeciwko niej. Niestety, dziewczyna,
której jakimś cudem udało się wybrać na wieczorny spacerek, zamiast grzecznie
siedzieć w celi, musiała pozostać przy życiu. Przynajmniej na razie.
Skręciła, w pośpiechu
omal nie wpadając na postać, która zmaterializowała się tuż przed nią. Zareagowała
instynktownie, w zaledwie ułamek sekundy powalając intruza na posadzkę. Z nieopisaną
przyjemnością przyjęła fakt, że wystarczył jeden zdecydowany ruch – krótka
chwila, by przeciwnik wylądował na plecach, a ona mogła nad nim górować,
dociskając obcas do jego piersi. Wystarczyłoby, żeby uderzyła bardziej
zdecydowanie, by szpilka przeszyła tors, sięgając trzepocącego się w piersi
serca.
– Och, do
diabła! – usłyszała znajomy głos i to wystarczyło, by roześmiała się, nie
kryjąc satysfakcji i narastającego z każdą kolejną sekundą
rozbawienia.
– Tak łatwo
byłoby się teraz ciebie pozbyć, Uzjelu – rzuciła pogodnym tonem, bynajmniej nie
zamierzając pozwolić mu wstać.
Spojrzała
na mężczyznę z góry, obojętna na to, że gdyby wzrok zabijał, jak nic
miałby ją na sumieniu. O ile oczywiście któreś z nich by je
posiadało. Skyler uśmiechnęła się, po czym wetchnęła cicho, czując wysuwające
się kły. Wciąż przyzwyczajała się do tego ciała – jakże doskonałego,
nieograniczonego przez ludzkie słabości, ale i na swój sposób żyjącego
własnym życiem.
Uśmiechnęła
się na samą myśl o tym, jak doskonale czuła się, odkąd Lucyfer spełnił
złożoną jej obietnicę. Nagrodził ją, chociaż zawiodła, nie pierwszy raz
zresztą. Ale dla niej zawsze był o wiele bardziej wyrozumiały niż wobec
innych, zwłaszcza że służyła mu wiernie od wieków. Och, no i najwyraźniej
wolał ją jako blondynkę, chociaż jeszcze nie miała okazji sprawdzić, jak wiele
przyjemności im oboje mogło dostarczyć to nowe ciało. Teraz istniały ważniejsze
sprawy i to im zamierzała się poświęcić, woląc nie sprawdzać, co by się
stało, gdyby zawiodła po raz kolejny.
Odrzuciła
włosy na plecy, nie pierwszy raz przeczesując jasne kosmyki palcami. Były
mocniejsze i bardziej lśniące niż te, które miała wcześniej – wyniszczone
przez nałogi, którym podlegało ludzkie ciało. Oczywiście wampiryzm wiązał się z uzależnieniem
od czegoś innego, ale to bardziej jej się podobało. Skłamałaby, gdyby
powiedziała, że nie czerpała przyjemności z perspektywy krwawych polowań,
rozrywania cudzych gardeł i czerpania z tego, co niosło ze sobą picie
posoki. Zwłaszcza że takie postępowanie było znajome, bo demony nigdy nie
należały do najsubtelniejszych istot na świecie.
– Zejdź w końcu
ze mnie! – warknął Uzjel.
Nie
zareagowała od razu, z rozbawieniem przyjmując to, jak bardzo się na nią
złościł. Zareagowała dopiero w chwili, gdy spróbował chwycić ją za nogę. Z cichym
warknięciem odskoczyła, w ostatniej chwili powstrzymując się od dźgnięcia
go kołkiem – i to nie w pierś, ale od razu w gardło, ot dla
lepszego efektu. Niestety, dobrze wiedziała, że Pan nie byłby zadowolony, gdyby
pozbyła się tego wampira.
– Nie
pozwalaj sobie, co? – obruszyła się, mrużąc gniewnie oczy. – Chociaż nie
wątpię, że spodobałaby ci się… Od jak dawna nie byłeś z kobietą? – rzuciła
zaczepnym tonem, powoli przesuwając dłonią o piersi aż po biodro.
Z
przyjemnością zarejestrowała fakt, że z uwagą śledził ten ruch, najpewniej
nawet nie dając sobie z tego sprawy. Zareagował dopiero po chwili, w pośpiechu
uciekając wzrokiem gdzieś w bok i w końcu podrywając się na
równe nogi. Nigdy jej nie lubił, co zresztą wyjaśniało, dlaczego jej
wcześniejsza forma była aż tak beznadziejna. Chyba i tak powinna się
cieszyć, że wtedy trafiła może i na ludzką ćpunkę, ale przynajmniej
całkiem urodziwą, choć to najpewniej zawdzięczała sympatii, którą darzył ją
Lucyfer.
Jego też z jakiegoś
powodu tolerował. Najpewniej przez wiedzę, bo nie mogła zaprzeczyć, że Uzjel
jako jedyny znał i przynajmniej starał się zrozumieć sens starych wierzeń.
Szkoda tylko, że jak na tę chwilę wszystkie eksperymenty, które podejmował,
kończyły się całkowitym fiaskiem.
A teraz na
dodatek spierdoliła mu dziewczyna, którą zamierzał wykorzystać w następnej
kolejności. To już wydało się Skyler niemalże ironicznym zrządzeniem losu.
Można by
wręcz powiedzieć, że ktoś „na górze” wyjątkowo Uzjela nie lubił.
–
Skończyłaś już? – wycedził przez zaciśnięte zęby sam zainteresowany. – Śpieszę
się – dodał, ale z jakiegoś powodu nie ruszył się z miejsca.
– Ależ wiem
– zapewniła, nie przestając się uśmiechać. – Naprawdę? Uciekła ci głupia
półkrewka? – drążyła, ale Uzjel jedynie potrząsnął głową.
– Nie twój
interes.
Skyler
prychnęła.
– Ależ mój
– oznajmiła, wspierając obie dłonie na biodrach. – Wszyscy już wiedzą, że po
korytarzach błąka się twój mały obiekt.
– Jeszcze
jej nie tknąłem i… Rany, dlaczego ja z tobą o tym gadam?!
Wywróciła
oczami, po czym ruszyła za nim, ledwo tylko zdecydował się oddalić. Warknął
cicho, wyraźnie niezadowolony z tego, że zamierzała mu towarzyszyć, ale
nie zwróciła na to większej uwagi. Złapanie tej małej przed Uzjelem, zwłaszcza
mając go za towarzysza, wydawało się bardziej kuszącą perspektywą, niż gdyby
miała pokusić się o to bez widowni.
– Czego tak
właściwie cały czas szukasz? – zapytała, decydując się przerwać ciszę. Upadły
rzucił jej wyraźnie poirytowane spojrzenie. – Zabiłeś ich już tyle, że nawet ja
jestem pod wrażeniem. Zastanawiam się tylko… w imię czego?
– Pan się z tym
tobą nie podzielił? – zapytał w zamian.
Skyler aż
się zapowietrzyła, co najmniej zaskoczona taką odpowiedzią. Nie zdążyła
powstrzymać tego odruchu, co zresztą było jedną z nielicznych wad
wampiryzmu, którą w tak krótkim czasie zdążyła zaobserwować. Mianowicie:
krwiopijcy mieli to do siebie, że reagowali o wiele zbyt emocjonalnie. Nie
żeby ludzie tego nie robili, ale łatwiej było jej zapanować nad gwałtownymi
odruchami wcześniej niż teraz. Z drugiej strony, może to „jej wampirzyca”
była aż taka wrażliwa, ale to nie miało znaczenia. Musiała nauczyć się to
kontrolować tak szybko, jak tylko miało być to możliwe.
Zacisnęła
dłonie w pięści, rozdrażniona błyskiem satysfakcji, który dostrzegła w oczach
Uzjela. Trafił w sedno i musiał o tym widzieć. W końcu była
najwierniejszą Lucyfera, kochanicą królów, a jednak…
– To sprawa
między nim a mną – odparła lodowatym tonem, próbując zachować resztki
godności. – Zresztą teraz pytam ciebie.
– A ja
nie muszę ci odpowiadać – stwierdził ze spokojem Uzjel. W tamtej chwili z równym
powodzeniem mógłby uderzyć ją w twarz. To, że Lucyfer podzielił się z nim
czymś, czego ona mogła co najwyżej się domyślać… – Gdyby Pan chciał, żebyś
wiedziała, powiedziałby ci. Tak więc… To sprawa między nim a mną – dodał z niemniejszą
wyniosłością, co ona wcześniej.
Tym razem
aż się w niej zagotowało. Czuła, że doskonale bawił się jej kosztem, jak
nic zachwycony możliwością udowodnienia, że nie była aż taka ważna, jak do tej
pory sądziła. I to bolało, może nawet bardziej niż świadomość, że Lucyfer
mógłby być na nią zły. To, że karał ją
za błędy, wydawało się zrozumiałe, a jednak…
Uzjel
pracował nad czymś już wcześniej, zanim w ogóle zdążyła popełnić
jakikolwiek błąd. Coś przez cały ten czas działo się jej za jej plecami, a jednak
nikt nie widział powodu, żeby ją wtajemniczyć – i to łącznie z Panem,
chociaż Lucyfer zawsze przecież nazywał ją swoją najwierniejszą.
Tego było
dla Skyler zdecydowanie za dużo.
Z gardła
wyrwał jej się gniewny, sfrustrowany wrzask, rozchodząc się echem po korytarzu.
Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, z dzikim warknięciem
skoczyła na Uzjela, chwytając go za gardło i bezceremonialnie przyciskając
do ściany. Kołkiem wycelowała wprost w jego pierś, dokładnie w miejsce, gdzie pod warstwą skóry
trzepotało się serce.
– Puść mnie
– usłyszała jego spokojny, niemalże obojętny głos i właśnie to opanowanie
wytrąciło ją z równowagi bardziej niż cokolwiek innego.
Nie
przywykła do tego, żeby tracić kontrolę. A jednak w tamtej chwili
czuła się niemalże jak słaba, beznadziejna desperatka, która i tak nie
miała szans na osiągnięcie celu. Oddychała szybko i płytko, przyciskając szpic
kołka do piersi Uzjela. Gniewnie wpatrywała się w jego twarz, nade
wszystko pragnąć, by doszukać się w jego spojrzeniu przerażenia – choćby
lekkiej obawy, która utwierdziłaby ją w przekonaniu,
że to ona nadal była panią sytuacji. Chciała, by się przed nią ugiął, chociaż
odrobinę speszył i przestał z taką pewnością siebie wpatrywać jej w oczy.
I on to
wiedział, więc tym bardziej nie zamierzał jej tego dać. Co więcej, musiał
doskonale zdawać sobie sprawę z tego, że tak naprawdę miała związane ręce.
Nie dźgnęłaby go, niezależnie od tego, jak bardzo miała ochot to zrobić. Cóż,
nie mogła, jeśli nie chciała kolejny raz wystawiać nerwów Lucyfera na próbę.
–
Zapominasz ile mi zawdzięczasz – stwierdził Uzjel, kiedy z cichym jękiem cofnęła
się o krok.
– Nie
zawdzięczam ci niczego – warknęła, dla pewności celując kołkiem w posadzkę.
Swoją drogą, czy „przypadkowe” draśnięcie go w tętnicę Pan też uznałby za
złe posunięcie…? – Ciało znalazłam sobie sama – dodała i mimo wątpliwości
zwróciła się do niego plecami.
Skwitował
jej słowa cichym parsknięciem. Grabił sobie, ale przynajmniej tymczasowo nie
mogła pozwolić sobie na to, by uszkodzić go tak bardzo, jak chciała. Zabawa w półśrodki
zdecydowanie jej nie satysfakcjonowana, zresztą nie ufała obie na tyle, by choćby
próbować wybić mu zęby.
– Myśl
sobie, co tylko chcesz. Ja tymczasem będę wierzył w swoją wersję, jeśli
pozwolisz – powiedział w końcu, ale wcale nie poczuła się dzięki temu
lepiej. Wręcz przeciwnie, bo ta jego wymuszona uprzejmość doprowadzała ją do
szału. – A ta kobieta… – Czuła, że wciąż ją obserwował. – Miałaś
szczęście, że Carlos okazał się na tyle wielkim skurwielem, by ją zostawić i…
– Lepiej
się pośpiesz. Panna ci uciekła – przerwała mu pośpiesznie, nie zamierzając czekać
aż kolejny raz puszczą jej nerwy.
Zaraz po
tym ruszyła w głąb korytarza, nie oglądając się za siebie. Cała
satysfakcja, którą czuła jeszcze chwilę wcześniej, zniknęła równie nagle, co
wcześniej się pojawiła. W tamtej chwili zaczęła żałować, że Uzjel podążał
tuż za nią, co prawda milczący, ale jednak obecny, samą swoją bliskością doprowadzając
ją do szału. Wszystko było nie tak i doskonale zdawała sobie z tego
sprawę, coraz bardziej mając ochotę zacząć kląć na czym świat stoi.
Jakby tego
było mało, coś w słowach mężczyzny sprawiło, że poczuła żal – i to
tak silny jak nigdy dotąd. Zaraz po tym w jej głowie pojawiła się cicha,
bardzo niepewna myśl, o której po prostu wiedziała, że nie należała do niej.
Nikt mnie nie zostawił…
Dzień dobry! Czekałam na ten rozdział i wątek, który wprowadza. Wydaje mi się, że sprawa z Eleonorą i Skyler jest dość oczywista, chociaż… Och, no i jakieś pomysły co do tego, dokąd uda się Alyssa?Za ten cudny gif dziękuję Gabi <3 Kolejny rozdział już wkrótce, a my powoli zbliżamy się do zakończenia tej księgi. Tak więc do napisania!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz