04 maja 2018

Rozdział LXII

Mary
Miała wrażenie, że trwali w ciszy dosłownie całą wieczność. Carlos milczał, po prostu spoglądając na nią obojętnie i bynajmniej nie kwapiąc się do tego, by odpowiedzieć na pytanie.
– Jakie to a znaczenie?
Mary prychnęła. Z jednej strony mogła się tego spodziewać, ale z drugiej…
– Dla mnie ma! Śledzisz mnie czy jak?! – obruszyła się. Zaraz po tym energicznie potrząsnęła głowa, znów bliska tego, by zacząć niespokojnie krążyć. – Swoją drogą, powinnam cię zabić. Ty i Alyssa…
– Księżniczka też ma się dobrze i już wróciła do domu – przerwał jej, nie kryjąc zniecierpliwienia.
– Do cholery, wiem!
Brwi wampira jak na zawołanie powędrowały ku górze.
– Więc po co ta rozmowa? – zapytał, ale coś w wyrazie jego twarzy złagodniało, zupełnie jakby nagle doszedł do wniosku, że tak naprawdę jest mu wszystko jedno. – Nie śledzę cię. Chociaż to całkiem zabawne, że akurat to przyszło ci do głowy – dodał, a Mary jak na zawołanie poczuła, że na jej policzki wstępuje rumieniec.
– Z-zamknij się… – wykrztusiła.
Wampir parsknął śmiechem – nieco złośliwym, ale szczerym, co mimo wszystko wydało się Mary zadziwiające. To nie tak, że wątpiła, że Carlos mógłby być w stanie odczuwać rozbawienie, zwłaszcza że już wcześniej widziała go rozbawionego (a przy tym bardzo, ale to bardzo irytującego), niemniej… Och, miała wrażenie, że ten śmiech był szczery – i właśnie to nie dawało jej spokoju.
Nerwowym gestem otarła dłonie o spodnie, mając nadzieję, że nie zwrócił na ten gest uwagi. Nawet jeśli, jakie to właściwie miało znaczenie? Od kiedy w ogóle przejmowała się tym, co myślał ktoś, kto nie był dla niej istotny, a już zwłaszcza Carlos Sorenti? Przecież nie było niczego dziwnego w tym, że mogłaby się przy nim denerwować. Nie na co dzień lądowała sam na sam z krwiopijcą, który nie tak dawno temu miał ochotę ją zabić – i to tylko dlatego, że za bardzo węszyła, przejmując się losem dziewczyny, która była dla niej jak siostra. W zasadzie Mary nie zdziwiłaby się, gdyby wciąż chodziło mu po głowie, by przy pierwszej lepszej okazji zaciągnąć ją w jakąś wąską uliczkę, a potem zamordować z zimną krwią. Ha! Jak znała życie, pewnie nie byłaby pierwsza, a on w przeszłości postępował w taki sposób wielokrotnie, doskonale wiedząc, w jaki sposób się do tego zabrać.
Tak czy inaczej, zdenerwowanie wydawało się czymś naturalnym, nawet jeśli nie chciała się do tego przyznać. Potrzeba konkurowania z Carlosem pojawiała się samoistnie i w najmniej przewidywanych momentach, a Mary nie potrafiła się jej oprzeć. Wiedziała, że mocno ryzykuje, ale co mogła poradzić na to, że ten mężczyzna niezmiennie działał jej na nerwy? Czasami łatwo przychodziło jej zapomnieć, że ma przed sobą potencjalnego mordercę, nawet jeśli napinające się w jego obecności ciało i tłukące się w piersi serce jednoznacznie jej o tym przypominały.
– Słuchasz mnie w ogóle? – usłyszała i to skutecznie przywołało ją do porządku. Zamrugała nieco nieprzytomnie, na powrót koncentrując wzrok na Carlosie. – Pytałem, kiedy kończysz zmianę.
– Piszesz o mnie książkę czy jak?
Jedynie wywrócił oczami. Było coś niepokojącego w ciemnych tęczówkach, które z uwagą zmierzyły ją od góry do dołu, ostatecznie koncentrując się na bladej twarzy Mary.
– Nie. Po prostu zamierzam cię odprowadzić do domu – oznajmił, a dziewczyna spojrzała na niego z niedowierzaniem, nagle mając ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem.
– Dziękuję ci bardzo, ale tak się składa, że nie potrzebuję obstawy – ucięła, starając się brzmieć na jak najbardziej stanowczą. – Zwłaszcza od kogoś, kto unika odpowiedzi na najprostsze pytania. Dalej nie wiem, co robisz w barze i to akurat w tym, w którym pracuję.
– A co mnie obchodzi, gdzie pracujesz? – Carlos z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Rany, do tego wszystkiego masz jakąś paranoję, czy o co chodzi? To zwykły przypadek, że ja…
– To, że zadajesz głupie pytania i jednocześnie pewnie i tak siedzisz mi w głowie, to też przypadek? – przerwała, nie mogąc się powstrzymać.
Tym razem po prostu ją wyśmiał. Co więcej, nie miała wątpliwości co do tego, że doskonale bawił się jej kosztem, co bynajmniej nie sprawiło, że poczuła się jakkolwiek lepiej. Wręcz przeciwnie – z każda kolejną sekundą czuła się coraz bardziej poirytowana, z kolei obecność Carlosa jedynie to wszystko komplikowała.
To wcale nie tak, że dalej nie wiem, czego po tobie oczekiwać… Zwłaszcza po tym, jak wtedy uciekłeś.
Ledwo powstrzymała grymas na wspomnienie tego, jak się poczuła, kiedy tak po prostu ją wtedy odepchnął. Ba! Sam taniec utkwił jej w głowie aż do tego stopnia, że nawet gdyby chciała, nie mogłaby o nim zapomnieć. Wiedziała, że nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego – gwałtownego, pełnego pasji i całej mieszanki emocji, których do tej pory nie potrafiła nazwać. W zasadzie po wszystkim nie była pewna, jak się nazywa, a to nie zdarzało jej się często.
A teraz Carlos był tutaj, na dodatek upierając się ją chronić, chociaż nie nazwał tego wprost. Niby co powinna o tym sądzić, zwłaszcza że nie tak dawno temu najchętniej przetrąciłby jej kark?
Założyła ramiona na piersi, próbując sprawiać wrażenie pewniejszej niż w rzeczywistości. Dłonie dyskretnie zacisnęła w pięści, próbując ukryć to, że znów zaczęły jej się pocić. Czekała, starając się przybrać zacięty wyraz twarz, ale nie była pewna, czy którykolwiek z jej zabiegów miał jakikolwiek sens.
– Na cholerę miałbym siedzieć ci w głowie? To męczące, zresztą mam dość swoich problemów, by dodatkowo przejmować się cudzymi – powiedział w końcu Carlos, a Mary z zaskoczeniem przekonała się, że zabrzmiało to… zadziwiająco wręcz szczerze. Nie miała pojęcia, czy mogła mu w tej jednej kwestii zaufać, ale z jakiegoś powodu poczuła, że kamień spada jej z serca. – Zresztą dlatego tutaj jestem. Czasem każdy musi się napić.
– Wampir może się upić? – wyrwało jej się.
Carlos spojrzał na nią z powątpiewaniem.
– I najbardziej to cię zainteresowało w całej mojej wypowiedzi? – żachnął się, ale nie oczekiwał odpowiedzi. – Niby nie, ale zawsze warto próbować. Chyba że chodzi o krew. Wiesz, dobrze przyprawiona się wchłania i wtedy…
– Na litość boską, dzięki! Oszczędź mi szczegółów!
Oczywiście, że ten wieczór nie mógł się skończyć normalnie. Mogła się tego spodziewać, prawda? Jak inaczej mogła opisać to, że siedziała na zapleczu z wampirem, jak gdyby nigdy plotkując o krwi, alkoholu i cholera wie czym jeszcze?
Przestała o tym myśleć, w zamian mimo obaw zwracając się do Carlosa plecami. Mimo wszystko łatwiej było jej zebrać myśli, kiedy na niego nie patrzyła, nawet jeśli wciąż była świadoma jego obecności. Czuła, że ją obserwował, nagle milczący i spokojny, co wydało się Mary co najmniej zastanawiające.
Bez pośpiechu podeszła do drzwi, palce zaciskając wokół klamki.
– Muszę wracać na salę. Ehm… Dzięki, chociaż to naprawdę było zbędne – wykrztusiła, starannie dobierając słowa. Chociaż nie widziała jego twarzy, była niemalże pewna, że go zaskoczyła. Samą siebie zresztą też. – Mam stolik do sprzątnięcia, więc po prostu się nie wtrącaj, okej? To moja praca… I kończę za godzinę – dodała, uchylając drzwi – więc jeśli ci to nie przeszkadza…
– I tak nie mam nic lepszego do roboty – stwierdził i zrozumiała, że najpewniej się go nie pozbędzie.
Skinęła głową. I to wcale nie tak, że boisz się wrócić do domu, żeby nie zjedli cię za Ali, prawda?, pomyślała, ale oczywiście nie zadała tego pytania a głos. Miała wrażenie, że w końcu doszli do swego rodzaju milczącego porozumienia i naprawdę wolała, żeby tak pozostało.
– W porządku – mruknęła bardziej do siebie niż kogokolwiek innego.
Wraz z tymi słowami w końcu wyszła, zostawiając go samego.
~*~
Przez resztę zmiany nie była w stanie się skupić, wciąż mając wrażenie, że Carlos patrzył jej a ręce. Atmosfera w barze wydawała się dziwnie napięta, co po wszystkim, co się wydarzyło, nie wydało się Mary niczym dziwnym. Mimo wszystko czuła się z tym dziwnie, gotowa przysiąc, że pozostała w barze klientela patrzy na nią inaczej, jakby z obawą. Nie przywykła do tego, tak jak i do poczucia, że ktokolwiek mógłby się jej bać… Czy może raczej Carlosa, który w każdej chwili mógł znaleźć się tuż obok, gotów pomóc jej w rozwiązaniu jakiegokolwiek „problemu”.
Mimowolnie zastanawiała się nad jego obecnością, w żaden sposób nie będąc w stanie znaleźć wyjaśnienia tego, co robił w tym miejscu. Miała ochotę raz jeszcze go wypytać, nie tyle o obecność w barze, co o szczegóły tego nagłego wyjazdu, ale aż nazbyt dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że nie otrzymałaby satysfakcjonujących odpowiedzi. W zasadzie wszystko wskazywało na to, że wampir faktycznie pojawił się w lokalu przypadkiem, wtrącając się tylko dlatego, że miał taki kaprys (albo raczej bał się, że Alyssa mogłaby mieć pretensje, gdyby coś złego stało się jej przyjaciółce). Żadnych ukrytych przekazów, tylko próba znalezienia sobie spokojnego miejsca, gdzie nigdy nie próbowałby go dręczyć.
Sęk w tym, że w takim wypadku tym bardziej bez sensu wydało się Mary to, że mógłby na nią czekać i chcieć odprowadzić do domu. Słodki Jezu, co było z nim nie tak? Swoją drogą, chyba nie marnowałby czasu na pomoc, gdyby sam zamierzał ją wykończyć, prawda…?
Dotychczas odliczała kolejne minuty do zamknięcia, a jednak kiedy przyszło co do czego, czuła się przede wszystkim zdenerwowana. Ręce trzęsły się jej nieznacznie, kiedy już ostatnia osoba opuściła bar – bez typowego szemrania i upominania się o pięć dodatkowych minut, które jak nic przeciągnęłyby się w całą godzinę, gdyby sobie na to pozwoliła. Z mieszanymi uczuciami zamknęła drzwi, po czym przekręciła klucz w zamku, kolejny raz zostając sam na sam z Carlosem – tym razem w pokaźnych rozmiarów sali, co było lepsze niż zaplecze, ale i tak poczuła się nieswojo.
– Dawno nie miałam takiego spokoju – rzuciła mimochodem, mając dość trwania w ciszy. Milczenie na dłuższą metę zaczynało być niezręczne. – Jednak się na coś przydałeś. Chyba.
– Hm… Uważaj, bo zaraz powiesz coś miłego i to na dodatek do mnie.
Nie odpowiedziała od razu, zajęta zbieraniem ostatnich naczyń. Śpieszyła się, w duchu dziękując za to, że pośpieszne sprzątanie już dawno miała opanowane niemalże do perfekcji. Gdyby grzebała się po każdym zamknięciu, nocną zmianę kończyłaby o wschodzie słońca, a zdecydowanie nie miała na to ochoty. Wystarczyło, że już teraz marzyła o powrocie do pokoju, łóżku i spaniu do południa.
Usłyszała zgrzyt przesuwanego krzesła. Aż wzdrygnęła się, natychmiast zwracając ku Carlosowi, kiedy ten jak gdyby nigdy nic zaczął przestawiać meble.
– Pomogę ci, zanim świt nas tu zastanie – wyjaśnił w odpowiedzi na jej pytające spojrzenie, układając odwrócone do góry nogami krzesła na blaty. – Chyba że masz dobrą wymówkę dla szefa, gdyby pytał się o zwęglone zwłoki.
Mary omal nie potknęła się o własne nogi. Być może powinna przywyknąć do takich rewelacji, ale to wcale nie było takie proste!
– Serio spalacie się na słońcu? – wyrzuciła z siebie na wydechu i mimo wszystko zabrzmiało to jak pytanie.
– Może… – Uśmiechnął się w trudny do określenia, nieco cyniczny sposób. – A teraz się pośpiesz.
Nie zaprotestowała, próbując skupić się na sprzątaniu. Kiedy w końcu znaleźli się na zewnątrz, a ona mogła w końcu zamknąć lokal, było już sporo po drugie. Na zewnątrz panowała nienaturalna wręcz cisza, a chodniki opustoszały. Jedynie ulicami co jakiś czas przemykały samochody, na dodatek w dość sporej ilości, bo Seattle mało kiedy zasypiało na dobre.
Mary wrzuciła klucze do torebki i poprawiła kurtkę. O tej porze mimo wszystko było już chłodno, nawet mimo powoli zbliżającego się lata.
– I tak po prostu wracasz pieszo do akademika. O tej porze, bez jakiegokolwiek towarzystwa – rzucił z powątpiewaniem Carlos, ledwo tylko ruszyli przed siebie. Pozwalał jej prowadzić, jak gdyby nigdy nic idąc tuż obok.
– Praca nie wybiera – stwierdziła z rozdrażnieniem. Naprawdę akurat on zamierzał prawić jej kazania? – A ja muszę z czegoś żyć. No i nie zawsze biorę nocki, nie?
– Patrząc na tę uroczą klientelę, pora naprawdę nie ma znaczenia.
Mary spojrzała na niego z zaciekawieniem. Wyglądał na wzburzonego, na dodatek z jej powodu, co wydało się dziewczynie zastanawiające. Jak na kogoś, kogo miała za obojętnego na ludzi dupka, wydawał się naprawdę zainteresowany tym, że mogłaby spotkać ją krzywda.
– Nie rozumiem… – przyznała, decydując się postawić na szczerość. Zawsze była bezpośrednia, więc i tym razem nie zamierzała zachowywać się inaczej. – Przecież i tak najniebezpieczniejsi w tym wszystkim jesteście wy, prawda? No, tacy jak ty. – Rzuciła mu znaczące spojrzenie. Ciaśniej objęła się ramionami, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że w odpowiedzi na te słowa Carlos spojrzał na nią w niemalże urażony sposób. – Zresztą tobie byłoby na rękę, gdyby po drodze spotkało mnie coś złego.
– To nie tak – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Drgnęła, bo jego protest zabrzmiał niemalże jak gniewne warknięcie. Tak czy inaczej, to nie był dźwięk, którego spodziewałaby się usłyszeć, gdyby towarzyszył jej człowiek. Sęk w tym, że Carlos zdecydowanie nie miał w sobie nic ludzkiego, nawet jeśli zadziwiająco dobrze udawał, że jest inaczej.
Wampir milczał przez kilka następnych sekund, wyraźnie się nad czym zastanawiając. Mary nawet nie zauważyła, kiedy to on znalazł się na przedzie, przez co musiała niemalże biec, żeby dotrzymać mu kroku.
– Ludzie są obrzydliwi, wiesz? Jesteście w stanie skrzywdzić zarówno siebie nawzajem, jaki i… – Zamilkł, po czym potrząsnął z niedowierzaniem głową. – Obrzydza mnie myśl, że miałbym pozwolić, by ktoś skrzywdził kobietę… Nie w ten sposób. Nawet jeśli ta jak ostatnia kretynka prosi się, by spotkał ją taki los.
– Ej! – zaoponowała, ale dreszcz niepokoju przemknął jej po plecach w odpowiedzi na to, co sugerował Carlos.
Jej myśli jak na zawołanie powędrowały ku Jessice, chociaż przez większość czasu starała się nad tym nie zastanawiać. To była przeszłość, ale aż nazbyt żywa i na swój sposób bolesna. To, co spotkało siostrę Alexandra… I jakoś nie miała wątpliwości, że gdyby to właśnie on był świadkiem tego, co stało się w barze, okazałby się o wiele mniej subtelny od Carlosa. A potem jak nic zafundowałby jej taki wykład, że jak nic musiałaby się przez następny tydzień kajać i zarzekać, że tak, owszem, zmieni pracę – i to tylko po to, by finalnie tego nie zrobić.
Zacisnęła usta, ledwo będąc w stanie stłumić sfrustrowany jęk. Świetnie, właśnie tego potrzebowała na dobre zakończenie dnia! Teraz już nie tylko myślała o Alyssy i matce, ale też o dziewczynie, która dziś być może znaczyłaby dla niej równie wiele, co i Ali, gdyby jej życie nie zakończyło się przedwcześnie – i to w tak brutalny sposób.
– Więc… wampir z zasadami, hm? – Wbiła wzrok w chodnik, skupiona na stawianiu kolejnych kroków. – Tak powinnam o tobie myśleć?
– Moi bracia wyśmialiby cię, gdyby to usłyszeli.
Tym razem na niego spojrzała, nie mogąc się powstrzymać. Cholera, naprawdę już za nim nie nadążała!
– Więc o co chodzi? Dlaczego przyszedłeś do tego baru? – zapytała, dłużej nie będąc w stanie ignorować tych pytań. – Chodzi o ten wasz wyjazd? Coś się stało, a może…?
– Czy naprawdę nie możesz dać mi choć chwili spokoju? Gdybym chciał się spowiadać, zostałbym w domu – oznajmił i coś w jego tonie sprawiło, że Mary z miejsca zapragnęła się wycofać. Kiedy do tego wszystkiego nastrój Carlosa znów się zmienił, a na ustach wampira nieoczekiwanie pojawił się niepokojący uśmiech, tym bardziej zaczęła żałować, że zdecydowała się o cokolwiek pytać. – Chyba że też masz ochotę się zwierzać, co? Nosisz w sobie smutek, który jestem w stanie wyczuć i bez ingerowania w twój umysł. I tutaj wcale nie chodzi o mnie czy Alyssę, bo już wcześniej…
– Dobra, zrozumiałam! Skończmy to po prostu.
Skinął głową, wyraźnie usatysfakcjonowany. Przez resztę drogi trwali w ciszy, każde z nich pogrążone we własnych myślach. Mary do tego wszystkiego miała ochotę krzyczeć z frustracji, nagle czując się tak, jakby w powietrzu zaczęło brakować tlenu. Dusiła się, a wszystko przez obecność tego mężczyzny – kogoś, kogo nie rozumiała, a kto paradoksalnie wydawał się rozumieć ją o wiele lepiej, niż mogłaby sobie tego życzyć. I to ją przerażało. To, że pod wieloma względami wydawali się do siebie bardzo podobni, również, choć za żadne skarby nie chciała przyjąć tego do wiadomości.
Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim dotarli na uśpiony, pogrążony w półmroku kampus. Przynajmniej latarnie wciąż rzucały nieco anemiczny, ale wystarczająco intensywny blask na biegnące w najróżniejsze strony ścieżki. Mary zawahała się, z powątpiewaniem spoglądając na znajomą okolicę i próbując zrozumieć, dlaczego czuła się dziwnie roztrzęsiona.
– Więc… To chyba tyle, nie? Trafię stąd do pokoju – oznajmiła. Chciała, żeby to zabrzmiało pewnie, ale i tak miała wrażenie, że właśnie prosiła Carlosa o przyzwolenie.
– Jak uważasz – rzucił jakby od niechcenia, kwitując jej słowa wzruszeniem ramion. – Rób co chcesz. Weź tylko pod uwagę, że nie zawsze znajdzie się ktoś… – Zamilkł, po czym jak gdyby nigdy nic uśmiechnął się cierpko. – Ale nie ma powodu, żebym ci to tłumaczył, prawda? W końcu… miałaś wszystko pod kontrolą.
Otworzyła usta, ale nie miała okazji odezwać się nawet słowem. W głowie miała pustkę – istny mętlik, który Carlos z każdą kolejną podsycał, jak nic doskonale bawiąc się jej kosztem. Właśnie dlatego przemilczała zarówno jego słowa, jak i to, że wkrótce po tym oddalił się, zostawiając ją samą na chodniku. Miała wrażenie, że wręcz rozpłynął się w mroku, jak gdyby nigdy nic znikając jej z oczu.
Zadrżała, nagle zaniepokojona. Zaraz po tym odwróciła się na pięcie i popędziła w swoją stronę, jak najszybciej pragnąć znaleźć się w pokoju. Z jakiegoś powodu nie mogła powstrzymać się przed pokonaniem końcowego odcinka drogi biegiem, już na klatce schodowej pokonując po kilka stopni na raz, byleby jak najszybciej dostać się na odpowiednie piętro. Ręce drżały jej, kiedy szukała kluczy i próbowała uporać się z zamkiem, by w końcu wpaść do pokoju i – oparłszy się o drzwi wejściowe – z cichym jękiem osunąć na podłodze.
Słodki Jezu, co on jej sugerował? Zasłoniła usta dłonią, nagle gotowa krzyczeć. W myślach raz po raz odtwarzając słowa Carlosa i nie mogąc pozbyć się wrażenia, że wampir wiedział coś, czego ona mogła co najwyżej się domyślać. Co takiego mógł wyczytać z intencji tego mężczyzny, skoro uparł się doprowadzić ją aż tutaj? Do tej pory nie dopuszczała do siebie myśli, że faktycznie wydarzyłoby się coś złego, gdyby wracała z kawiarni sama, ale teraz…
Nagle po prostu coś w niej pękło. Szok minął i pojawiło się zrozumienie, niosąc ze sobą wyłącznie czyste, narastające z każdą kolejną sekundą przerażenie. Może to wszystko było wyłącznie doskonałą manipulacją, ale to nie miało dla niej znaczenia.
Podniosła się z trudem, po czym starannie zamknęła za sobą drzwi. Tylko na tyle było ją stać, zanim – wciąż w ubraniu – ciężko opadła na łóżko, kuląc się na materacu i zamykając oczy. Nie była bojaźliwa, a jednak w tamtej chwili czuła wyłącznie czyste przerażenie. Chociaż nie chciała, wciąż myślała o Jessice i tym, co ją samą mogło z taką łatwością spotkać.
Kidy do tego wszystkiego wróciło wspomnienie porannego telefonu i związane z matką wyrzuty sumienia, wszystko stało się jeszcze trudniejsze.
Chociaż była zmęczona, udało jej się zasnąć dopiero nad ranem.
Dobry wieczór! Jak zwykle piszę po nocach, ale to już chyba u mnie norma. Swoją drogą, takie rozdziały mimo wszystko lepiej wypadają, kiedy pisze je się w ciemnym pokoju, podczas gdy dookoła panuje idealny spokój. Przyznam, że jestem zadowolona z efektu, chociaż ostateczną ocenę tak czy inaczej pozostawiam Wam.
Mamy maj. A jak maj, to i wiosna pełną parą i prosta droga do gorącego lata. A że to dla mnie okres nowości, to i z niejaką dumą mogę zaprosić Was na coś nowego.
Po pierwsze, w końcu udało mi się ruszyć Katalog Fantastyka – czyli spis, który powstał w ramach rozszerzenia starego dobrego Katalogu Opowiadań o Wampirach. Jeśli ktoś ma ochotę się zgłosić albo poszukać sobie jakiejś ciekawej pozycji do czytania, serdecznie zapraszam tutaj: KLIK.
Druga sprawa, że sama nie mogłam powstrzymać się przed napisaniem czegoś, co chodziło za mną już od dłuższego czasu. Tak więc zapraszam na „Niosącą Radość”: KLIK.
Z mojej strony to tyle. Trzymajcie się ciepło i do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz