Mary
Miała wrażenie, że trwali w ciszy
dosłownie całą wieczność. Carlos milczał, po prostu spoglądając na nią
obojętnie i bynajmniej nie kwapiąc się do tego, by odpowiedzieć na
pytanie.
– Jakie to a znaczenie?
Mary
prychnęła. Z jednej strony mogła się tego spodziewać, ale z drugiej…
– Dla mnie
ma! Śledzisz mnie czy jak?! – obruszyła się. Zaraz po tym energicznie potrząsnęła
głowa, znów bliska tego, by zacząć niespokojnie krążyć. – Swoją drogą, powinnam
cię zabić. Ty i Alyssa…
–
Księżniczka też ma się dobrze i już wróciła do domu – przerwał jej, nie
kryjąc zniecierpliwienia.
– Do
cholery, wiem!
Brwi wampira
jak na zawołanie powędrowały ku górze.
– Więc po
co ta rozmowa? – zapytał, ale coś w wyrazie jego twarzy złagodniało,
zupełnie jakby nagle doszedł do wniosku, że tak naprawdę jest mu wszystko
jedno. – Nie śledzę cię. Chociaż to całkiem zabawne, że akurat to przyszło ci
do głowy – dodał, a Mary jak na zawołanie poczuła, że na jej policzki
wstępuje rumieniec.
– Z-zamknij
się… – wykrztusiła.
Wampir parsknął
śmiechem – nieco złośliwym, ale szczerym, co mimo wszystko wydało się Mary
zadziwiające. To nie tak, że wątpiła, że Carlos mógłby być w stanie odczuwać
rozbawienie, zwłaszcza że już wcześniej widziała go rozbawionego (a przy tym
bardzo, ale to bardzo irytującego), niemniej… Och, miała wrażenie, że ten
śmiech był szczery – i właśnie to nie dawało jej spokoju.
Nerwowym
gestem otarła dłonie o spodnie, mając nadzieję, że nie zwrócił na ten gest
uwagi. Nawet jeśli, jakie to właściwie miało znaczenie? Od kiedy w ogóle
przejmowała się tym, co myślał ktoś, kto nie był dla niej istotny, a już
zwłaszcza Carlos Sorenti? Przecież nie było niczego dziwnego w tym, że
mogłaby się przy nim denerwować. Nie na co dzień lądowała sam na sam z krwiopijcą,
który nie tak dawno temu miał ochotę ją zabić – i to tylko dlatego, że za
bardzo węszyła, przejmując się losem dziewczyny, która była dla niej jak
siostra. W zasadzie Mary nie zdziwiłaby się, gdyby wciąż chodziło mu po
głowie, by przy pierwszej lepszej okazji zaciągnąć ją w jakąś wąską
uliczkę, a potem zamordować z zimną krwią. Ha! Jak znała życie, pewnie
nie byłaby pierwsza, a on w przeszłości postępował w taki sposób
wielokrotnie, doskonale wiedząc, w jaki sposób się do tego zabrać.
Tak czy
inaczej, zdenerwowanie wydawało się czymś naturalnym, nawet jeśli nie chciała
się do tego przyznać. Potrzeba konkurowania z Carlosem pojawiała się
samoistnie i w najmniej przewidywanych momentach, a Mary nie
potrafiła się jej oprzeć. Wiedziała, że mocno ryzykuje, ale co mogła poradzić
na to, że ten mężczyzna niezmiennie działał jej na nerwy? Czasami łatwo przychodziło
jej zapomnieć, że ma przed sobą potencjalnego mordercę, nawet jeśli napinające
się w jego obecności ciało i tłukące się w piersi serce
jednoznacznie jej o tym przypominały.
– Słuchasz
mnie w ogóle? – usłyszała i to skutecznie przywołało ją do porządku.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, na powrót koncentrując wzrok na Carlosie. –
Pytałem, kiedy kończysz zmianę.
– Piszesz o mnie
książkę czy jak?
Jedynie
wywrócił oczami. Było coś niepokojącego w ciemnych tęczówkach, które z uwagą
zmierzyły ją od góry do dołu, ostatecznie koncentrując się na bladej twarzy Mary.
– Nie. Po
prostu zamierzam cię odprowadzić do domu – oznajmił, a dziewczyna
spojrzała na niego z niedowierzaniem, nagle mając ochotę wybuchnąć
histerycznym śmiechem.
– Dziękuję
ci bardzo, ale tak się składa, że nie potrzebuję obstawy – ucięła, starając się
brzmieć na jak najbardziej stanowczą. – Zwłaszcza od kogoś, kto unika odpowiedzi
na najprostsze pytania. Dalej nie wiem, co robisz w barze i to akurat
w tym, w którym pracuję.
– A co
mnie obchodzi, gdzie pracujesz? – Carlos z niedowierzaniem potrząsnął
głową. – Rany, do tego wszystkiego masz jakąś paranoję, czy o co chodzi?
To zwykły przypadek, że ja…
– To, że zadajesz
głupie pytania i jednocześnie pewnie i tak siedzisz mi w głowie,
to też przypadek? – przerwała, nie mogąc się powstrzymać.
Tym razem
po prostu ją wyśmiał. Co więcej, nie miała wątpliwości co do tego, że doskonale
bawił się jej kosztem, co bynajmniej nie sprawiło, że poczuła się jakkolwiek
lepiej. Wręcz przeciwnie – z każda kolejną sekundą czuła się coraz
bardziej poirytowana, z kolei obecność Carlosa jedynie to wszystko komplikowała.
To wcale nie tak, że dalej nie wiem, czego
po tobie oczekiwać… Zwłaszcza po tym, jak wtedy uciekłeś.
Ledwo
powstrzymała grymas na wspomnienie tego, jak się poczuła, kiedy tak po prostu
ją wtedy odepchnął. Ba! Sam taniec utkwił jej w głowie aż do tego stopnia,
że nawet gdyby chciała, nie mogłaby o nim zapomnieć. Wiedziała, że nigdy
wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego – gwałtownego, pełnego pasji i całej
mieszanki emocji, których do tej pory nie potrafiła nazwać. W zasadzie po
wszystkim nie była pewna, jak się nazywa, a to nie zdarzało jej się często.
A teraz Carlos
był tutaj, na dodatek upierając się ją chronić, chociaż nie nazwał tego wprost.
Niby co powinna o tym sądzić, zwłaszcza że nie tak dawno temu najchętniej
przetrąciłby jej kark?
Założyła
ramiona na piersi, próbując sprawiać wrażenie pewniejszej niż w rzeczywistości.
Dłonie dyskretnie zacisnęła w pięści, próbując ukryć to, że znów zaczęły
jej się pocić. Czekała, starając się przybrać zacięty wyraz twarz, ale nie była
pewna, czy którykolwiek z jej zabiegów miał jakikolwiek sens.
– Na cholerę
miałbym siedzieć ci w głowie? To męczące, zresztą mam dość swoich
problemów, by dodatkowo przejmować się cudzymi – powiedział w końcu Carlos,
a Mary z zaskoczeniem przekonała się, że zabrzmiało to… zadziwiająco wręcz
szczerze. Nie miała pojęcia, czy mogła mu w tej jednej kwestii zaufać, ale
z jakiegoś powodu poczuła, że kamień spada jej z serca. – Zresztą dlatego
tutaj jestem. Czasem każdy musi się napić.
– Wampir
może się upić? – wyrwało jej się.
Carlos spojrzał
na nią z powątpiewaniem.
– I najbardziej
to cię zainteresowało w całej mojej wypowiedzi? – żachnął się, ale nie
oczekiwał odpowiedzi. – Niby nie, ale zawsze warto próbować. Chyba że chodzi o krew.
Wiesz, dobrze przyprawiona się wchłania i wtedy…
– Na litość
boską, dzięki! Oszczędź mi szczegółów!
Oczywiście,
że ten wieczór nie mógł się skończyć normalnie. Mogła się tego spodziewać,
prawda? Jak inaczej mogła opisać to, że siedziała na zapleczu z wampirem,
jak gdyby nigdy plotkując o krwi, alkoholu i cholera wie czym
jeszcze?
Przestała o tym
myśleć, w zamian mimo obaw zwracając się do Carlosa plecami. Mimo wszystko
łatwiej było jej zebrać myśli, kiedy na niego nie patrzyła, nawet jeśli wciąż była
świadoma jego obecności. Czuła, że ją obserwował, nagle milczący i spokojny,
co wydało się Mary co najmniej zastanawiające.
Bez
pośpiechu podeszła do drzwi, palce zaciskając wokół klamki.
– Muszę wracać
na salę. Ehm… Dzięki, chociaż to naprawdę było zbędne – wykrztusiła, starannie
dobierając słowa. Chociaż nie widziała jego twarzy, była niemalże pewna, że go
zaskoczyła. Samą siebie zresztą też. – Mam stolik do sprzątnięcia, więc po
prostu się nie wtrącaj, okej? To moja praca… I kończę za godzinę – dodała,
uchylając drzwi – więc jeśli ci to nie przeszkadza…
– I tak
nie mam nic lepszego do roboty – stwierdził i zrozumiała, że najpewniej
się go nie pozbędzie.
Skinęła
głową. I to wcale nie tak, że boisz się wrócić do domu, żeby nie zjedli cię za
Ali, prawda?, pomyślała, ale oczywiście nie zadała tego pytania a głos.
Miała wrażenie, że w końcu doszli do swego rodzaju milczącego porozumienia
i naprawdę wolała, żeby tak pozostało.
– W porządku
– mruknęła bardziej do siebie niż kogokolwiek innego.
Wraz z tymi
słowami w końcu wyszła, zostawiając go samego.
~*~
Przez resztę zmiany nie była w stanie
się skupić, wciąż mając wrażenie, że Carlos patrzył jej a ręce. Atmosfera w barze
wydawała się dziwnie napięta, co po wszystkim, co się wydarzyło, nie wydało się
Mary niczym dziwnym. Mimo wszystko czuła się z tym dziwnie, gotowa
przysiąc, że pozostała w barze klientela patrzy na nią inaczej, jakby z obawą.
Nie przywykła do tego, tak jak i do poczucia, że ktokolwiek mógłby się jej
bać… Czy może raczej Carlosa, który w każdej chwili mógł znaleźć się tuż
obok, gotów pomóc jej w rozwiązaniu jakiegokolwiek „problemu”.
Mimowolnie
zastanawiała się nad jego obecnością, w żaden sposób nie będąc w stanie
znaleźć wyjaśnienia tego, co robił w tym miejscu. Miała ochotę raz jeszcze
go wypytać, nie tyle o obecność w barze, co o szczegóły tego
nagłego wyjazdu, ale aż nazbyt dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że nie
otrzymałaby satysfakcjonujących odpowiedzi. W zasadzie wszystko wskazywało
na to, że wampir faktycznie pojawił się w lokalu przypadkiem, wtrącając
się tylko dlatego, że miał taki kaprys (albo raczej bał się, że Alyssa mogłaby
mieć pretensje, gdyby coś złego stało się jej przyjaciółce). Żadnych ukrytych
przekazów, tylko próba znalezienia sobie spokojnego miejsca, gdzie nigdy nie
próbowałby go dręczyć.
Sęk w tym,
że w takim wypadku tym bardziej bez sensu wydało się Mary to, że mógłby na
nią czekać i chcieć odprowadzić do domu. Słodki Jezu, co było z nim
nie tak? Swoją drogą, chyba nie marnowałby czasu na pomoc, gdyby sam zamierzał
ją wykończyć, prawda…?
Dotychczas
odliczała kolejne minuty do zamknięcia, a jednak kiedy przyszło co do
czego, czuła się przede wszystkim zdenerwowana. Ręce trzęsły się jej
nieznacznie, kiedy już ostatnia osoba opuściła bar – bez typowego szemrania i upominania
się o pięć dodatkowych minut, które jak nic przeciągnęłyby się w całą
godzinę, gdyby sobie na to pozwoliła. Z mieszanymi uczuciami zamknęła
drzwi, po czym przekręciła klucz w zamku, kolejny raz zostając sam na sam z Carlosem
– tym razem w pokaźnych rozmiarów sali, co było lepsze niż zaplecze, ale i tak
poczuła się nieswojo.
– Dawno nie
miałam takiego spokoju – rzuciła mimochodem, mając dość trwania w ciszy.
Milczenie na dłuższą metę zaczynało być niezręczne. – Jednak się na coś
przydałeś. Chyba.
– Hm…
Uważaj, bo zaraz powiesz coś miłego i to na dodatek do mnie.
Nie odpowiedziała
od razu, zajęta zbieraniem ostatnich naczyń. Śpieszyła się, w duchu
dziękując za to, że pośpieszne sprzątanie już dawno miała opanowane niemalże do
perfekcji. Gdyby grzebała się po każdym zamknięciu, nocną zmianę kończyłaby o wschodzie
słońca, a zdecydowanie nie miała na to ochoty. Wystarczyło, że już teraz
marzyła o powrocie do pokoju, łóżku i spaniu do południa.
Usłyszała
zgrzyt przesuwanego krzesła. Aż wzdrygnęła się, natychmiast zwracając ku Carlosowi,
kiedy ten jak gdyby nigdy nic zaczął przestawiać meble.
– Pomogę ci,
zanim świt nas tu zastanie – wyjaśnił w odpowiedzi na jej pytające spojrzenie,
układając odwrócone do góry nogami krzesła na blaty. – Chyba że masz dobrą
wymówkę dla szefa, gdyby pytał się o zwęglone zwłoki.
Mary omal
nie potknęła się o własne nogi. Być może powinna przywyknąć do takich
rewelacji, ale to wcale nie było takie proste!
– Serio spalacie
się na słońcu? – wyrzuciła z siebie na wydechu i mimo wszystko
zabrzmiało to jak pytanie.
– Może… – Uśmiechnął
się w trudny do określenia, nieco cyniczny sposób. – A teraz się
pośpiesz.
Nie zaprotestowała,
próbując skupić się na sprzątaniu. Kiedy w końcu znaleźli się na zewnątrz,
a ona mogła w końcu zamknąć lokal, było już sporo po drugie. Na
zewnątrz panowała nienaturalna wręcz cisza, a chodniki opustoszały.
Jedynie ulicami co jakiś czas przemykały samochody, na dodatek w dość
sporej ilości, bo Seattle mało kiedy zasypiało na dobre.
Mary wrzuciła
klucze do torebki i poprawiła kurtkę. O tej porze mimo wszystko było
już chłodno, nawet mimo powoli zbliżającego się lata.
– I tak
po prostu wracasz pieszo do akademika. O tej porze, bez jakiegokolwiek
towarzystwa – rzucił z powątpiewaniem Carlos, ledwo tylko ruszyli przed
siebie. Pozwalał jej prowadzić, jak gdyby nigdy nic idąc tuż obok.
– Praca nie
wybiera – stwierdziła z rozdrażnieniem. Naprawdę akurat on zamierzał
prawić jej kazania? – A ja muszę z czegoś żyć. No i nie zawsze
biorę nocki, nie?
– Patrząc na
tę uroczą klientelę, pora naprawdę nie ma znaczenia.
Mary
spojrzała na niego z zaciekawieniem. Wyglądał na wzburzonego, na dodatek z jej
powodu, co wydało się dziewczynie zastanawiające. Jak na kogoś, kogo miała za obojętnego
na ludzi dupka, wydawał się naprawdę zainteresowany tym, że mogłaby spotkać ją
krzywda.
– Nie
rozumiem… – przyznała, decydując się postawić na szczerość. Zawsze była bezpośrednia,
więc i tym razem nie zamierzała zachowywać się inaczej. – Przecież i tak
najniebezpieczniejsi w tym wszystkim jesteście wy, prawda? No, tacy jak ty.
– Rzuciła mu znaczące spojrzenie. Ciaśniej objęła się ramionami, nie mogąc
pozbyć się wrażenia, że w odpowiedzi na te słowa Carlos spojrzał na nią w niemalże
urażony sposób. – Zresztą tobie byłoby na rękę, gdyby po drodze spotkało mnie
coś złego.
– To nie
tak – wycedził przez zaciśnięte zęby.
Drgnęła, bo
jego protest zabrzmiał niemalże jak gniewne warknięcie. Tak czy inaczej, to nie
był dźwięk, którego spodziewałaby się usłyszeć, gdyby towarzyszył jej człowiek.
Sęk w tym, że Carlos zdecydowanie nie miał w sobie nic ludzkiego,
nawet jeśli zadziwiająco dobrze udawał, że jest inaczej.
Wampir
milczał przez kilka następnych sekund, wyraźnie się nad czym zastanawiając.
Mary nawet nie zauważyła, kiedy to on znalazł się na przedzie, przez co musiała
niemalże biec, żeby dotrzymać mu kroku.
– Ludzie są
obrzydliwi, wiesz? Jesteście w stanie skrzywdzić zarówno siebie nawzajem,
jaki i… – Zamilkł, po czym potrząsnął z niedowierzaniem głową. – Obrzydza
mnie myśl, że miałbym pozwolić, by ktoś skrzywdził kobietę… Nie w ten sposób.
Nawet jeśli ta jak ostatnia kretynka prosi się, by spotkał ją taki los.
– Ej! –
zaoponowała, ale dreszcz niepokoju przemknął jej po plecach w odpowiedzi
na to, co sugerował Carlos.
Jej myśli
jak na zawołanie powędrowały ku Jessice, chociaż przez większość czasu starała
się nad tym nie zastanawiać. To była przeszłość, ale aż nazbyt żywa i na
swój sposób bolesna. To, co spotkało siostrę Alexandra… I jakoś nie miała
wątpliwości, że gdyby to właśnie on był świadkiem tego, co stało się w barze,
okazałby się o wiele mniej subtelny od Carlosa. A potem jak nic
zafundowałby jej taki wykład, że jak nic musiałaby się przez następny tydzień
kajać i zarzekać, że tak, owszem, zmieni pracę – i to tylko po to, by
finalnie tego nie zrobić.
Zacisnęła
usta, ledwo będąc w stanie stłumić sfrustrowany jęk. Świetnie, właśnie tego
potrzebowała na dobre zakończenie dnia! Teraz już nie tylko myślała o Alyssy
i matce, ale też o dziewczynie, która dziś być może znaczyłaby dla niej
równie wiele, co i Ali, gdyby jej życie nie zakończyło się przedwcześnie –
i to w tak brutalny sposób.
– Więc…
wampir z zasadami, hm? – Wbiła wzrok w chodnik, skupiona na stawianiu
kolejnych kroków. – Tak powinnam o tobie myśleć?
– Moi
bracia wyśmialiby cię, gdyby to usłyszeli.
Tym razem
na niego spojrzała, nie mogąc się powstrzymać. Cholera, naprawdę już za nim nie
nadążała!
– Więc o co
chodzi? Dlaczego przyszedłeś do tego baru? – zapytała, dłużej nie będąc w stanie
ignorować tych pytań. – Chodzi o ten wasz wyjazd? Coś się stało, a może…?
– Czy
naprawdę nie możesz dać mi choć chwili spokoju? Gdybym chciał się spowiadać,
zostałbym w domu – oznajmił i coś w jego tonie sprawiło, że Mary
z miejsca zapragnęła się wycofać. Kiedy do tego wszystkiego nastrój
Carlosa znów się zmienił, a na ustach wampira nieoczekiwanie pojawił się
niepokojący uśmiech, tym bardziej zaczęła żałować, że zdecydowała się o cokolwiek
pytać. – Chyba że też masz ochotę się zwierzać, co? Nosisz w sobie smutek,
który jestem w stanie wyczuć i bez ingerowania w twój umysł. I tutaj
wcale nie chodzi o mnie czy Alyssę, bo już wcześniej…
– Dobra,
zrozumiałam! Skończmy to po prostu.
Skinął
głową, wyraźnie usatysfakcjonowany. Przez resztę drogi trwali w ciszy,
każde z nich pogrążone we własnych myślach. Mary do tego wszystkiego miała
ochotę krzyczeć z frustracji, nagle czując się tak, jakby w powietrzu
zaczęło brakować tlenu. Dusiła się, a wszystko przez obecność tego
mężczyzny – kogoś, kogo nie rozumiała, a kto paradoksalnie wydawał się
rozumieć ją o wiele lepiej, niż mogłaby sobie tego życzyć. I to ją
przerażało. To, że pod wieloma względami wydawali się do siebie bardzo podobni,
również, choć za żadne skarby nie chciała przyjąć tego do wiadomości.
Miała
wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim dotarli na uśpiony, pogrążony w półmroku
kampus. Przynajmniej latarnie wciąż rzucały nieco anemiczny, ale wystarczająco
intensywny blask na biegnące w najróżniejsze strony ścieżki. Mary zawahała
się, z powątpiewaniem spoglądając na znajomą okolicę i próbując
zrozumieć, dlaczego czuła się dziwnie roztrzęsiona.
– Więc… To
chyba tyle, nie? Trafię stąd do pokoju – oznajmiła. Chciała, żeby to zabrzmiało
pewnie, ale i tak miała wrażenie, że właśnie prosiła Carlosa o przyzwolenie.
– Jak
uważasz – rzucił jakby od niechcenia, kwitując jej słowa wzruszeniem ramion. – Rób
co chcesz. Weź tylko pod uwagę, że nie zawsze znajdzie się ktoś… – Zamilkł, po
czym jak gdyby nigdy nic uśmiechnął się cierpko. – Ale nie ma powodu, żebym ci
to tłumaczył, prawda? W końcu… miałaś wszystko pod kontrolą.
Otworzyła
usta, ale nie miała okazji odezwać się nawet słowem. W głowie miała pustkę
– istny mętlik, który Carlos z każdą kolejną podsycał, jak nic doskonale bawiąc
się jej kosztem. Właśnie dlatego przemilczała zarówno jego słowa, jak i to,
że wkrótce po tym oddalił się, zostawiając ją samą na chodniku. Miała wrażenie,
że wręcz rozpłynął się w mroku, jak gdyby nigdy nic znikając jej z oczu.
Zadrżała,
nagle zaniepokojona. Zaraz po tym odwróciła się na pięcie i popędziła w swoją
stronę, jak najszybciej pragnąć znaleźć się w pokoju. Z jakiegoś
powodu nie mogła powstrzymać się przed pokonaniem końcowego odcinka drogi
biegiem, już na klatce schodowej pokonując po kilka stopni na raz, byleby jak
najszybciej dostać się na odpowiednie piętro. Ręce drżały jej, kiedy szukała
kluczy i próbowała uporać się z zamkiem, by w końcu wpaść do
pokoju i – oparłszy się o drzwi wejściowe – z cichym jękiem
osunąć na podłodze.
Słodki
Jezu, co on jej sugerował? Zasłoniła usta dłonią, nagle gotowa krzyczeć. W myślach
raz po raz odtwarzając słowa Carlosa i nie mogąc pozbyć się wrażenia, że
wampir wiedział coś, czego ona mogła co najwyżej się domyślać. Co takiego mógł
wyczytać z intencji tego mężczyzny, skoro uparł się doprowadzić ją aż
tutaj? Do tej pory nie dopuszczała do siebie myśli, że faktycznie wydarzyłoby
się coś złego, gdyby wracała z kawiarni sama, ale teraz…
Nagle po
prostu coś w niej pękło. Szok minął i pojawiło się zrozumienie,
niosąc ze sobą wyłącznie czyste, narastające z każdą kolejną sekundą
przerażenie. Może to wszystko było wyłącznie doskonałą manipulacją, ale to nie
miało dla niej znaczenia.
Podniosła
się z trudem, po czym starannie zamknęła za sobą drzwi. Tylko na tyle było
ją stać, zanim – wciąż w ubraniu – ciężko opadła na łóżko, kuląc się na
materacu i zamykając oczy. Nie była bojaźliwa, a jednak w tamtej
chwili czuła wyłącznie czyste przerażenie. Chociaż nie chciała, wciąż myślała o Jessice
i tym, co ją samą mogło z taką łatwością spotkać.
Kidy do
tego wszystkiego wróciło wspomnienie porannego telefonu i związane z matką
wyrzuty sumienia, wszystko stało się jeszcze trudniejsze.
Chociaż
była zmęczona, udało jej się zasnąć dopiero nad ranem.
Dobry wieczór! Jak zwykle piszę po nocach, ale to już chyba u mnie norma. Swoją drogą, takie rozdziały mimo wszystko lepiej wypadają, kiedy pisze je się w ciemnym pokoju, podczas gdy dookoła panuje idealny spokój. Przyznam, że jestem zadowolona z efektu, chociaż ostateczną ocenę tak czy inaczej pozostawiam Wam.Mamy maj. A jak maj, to i wiosna pełną parą i prosta droga do gorącego lata. A że to dla mnie okres nowości, to i z niejaką dumą mogę zaprosić Was na coś nowego.Po pierwsze, w końcu udało mi się ruszyć Katalog Fantastyka – czyli spis, który powstał w ramach rozszerzenia starego dobrego Katalogu Opowiadań o Wampirach. Jeśli ktoś ma ochotę się zgłosić albo poszukać sobie jakiejś ciekawej pozycji do czytania, serdecznie zapraszam tutaj: KLIK.Druga sprawa, że sama nie mogłam powstrzymać się przed napisaniem czegoś, co chodziło za mną już od dłuższego czasu. Tak więc zapraszam na „Niosącą Radość”: KLIK.Z mojej strony to tyle. Trzymajcie się ciepło i do napisania!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz