23 września 2018

Rozdział LXXI

VICTORIA
Nie chciała płakać. Próbowała być dzielna, ale wszystko trafił szlag, zwłaszcza gdy usłyszała szorstki głos Carlosa. Myśl o tym, że zaraz po tym mógłby się rozłączyć i zostawić ją z tym wszystkim samą, jedynie pogorszyła sytuację.
Po drugiej stronie jak na zawołanie zapanowała cisza. Przez dłuższą chwilę słyszała wyłącznie szloch, który mimo wszystko wyrwał się z jej gardła, a także swój przyśpieszony, urywany oddech.
– Tori? – usłyszała jakby z oddali. W końcu ją rozpoznał, chociaż wciąż brzmiał na zszokowanego. – Victoria, czy ty płaczesz? Dzieciaku, do jasnej cholery!
Nie była w stanie odpowiedzieć. Przynajmniej zdołała zapanować nad szlochem na tyle, by trwać w ciszy. Palce nerwowo zacisnęła wokół telefonu, bezskutecznie próbując powstrzymać drżenie rąk. Nasłuchiwała, ale wszystko wskazywał na to, że wciąż była sama. Problem polegał na tym, że to w każdej chwili mogło ulec zmianie.
Ta świadomość przekonała ją, żeby jednak zacząć działać. Myśl, że w każdej chwili mógł pojawić się ktoś, kto nie zawahałby się zrobić jej krzywdę, skutecznie rozwiązała Victorii język.
– P-pomóż mi… Carlos, proszę – wychrypiała. Chociaż rozmawiała z wampirem, nagle zwątpiła w to, czy będzie w stanie ją zrozumieć. Przełknęła z trudem, próbując pozbyć się ucisku w gardle, ale to okazało się bezsensowne. – Wujku, błagam cię… – jęknęła, decydując się na wypowiedzenie jednych z ostatnich słów, które Carlos najpewniej spodziewał się usłyszeć.
Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem zwracała się do niego w ten sposób. On najpewniej również, bo wyraźnie usłyszała, jak gwałtownie zassał powietrze. Po drugiej stronie jak na zawołanie zapanowała cisza, aż Tori zaczęła się martwić, że połączenie jakimś cudem zostało zerwane. Zamarła w bezruchu, wciąż skulona pod biurkiem i niespokojna. Bała się poruszyć, a tym bardziej odsunąć od siebie telefon i sprawdzić, czy z zasięgiem wszystko było w porządku.
Ręce znów zaczęły jej drżeć. W pośpiechu wzmogła uścisk wokół komórki, nie chcąc przypadkiem upuścić urządzenia. Gdyby straciła kontakt z kimkolwiek z zewnątrz akurat teraz…
– Co się stało?
Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim usłyszała te słowa. Wyprostowała się niczym struna, oszołomiona i początkowo niepewna ich znaczenia. Ucisk w gardle przybrał na sile, skutecznie pozbawiając dziewczynę tchu. Mogła co najwyżej trwać w ciszy i cieszyć przynajmniej z tego, że wampir nie zamierzał tak po prostu jej zostawić.
Potrząsnęła głową, chociaż Carlos nie był w stanie tego zobaczyć. Potrzebowała dłuższej chwili, by w ogóle być w stanie się odezwać.
– Nie wiem. Ale musisz mi pomoc. Musisz… – wyrzuciła z siebie na wydechu. Czuła, że bredzi od rzeczy, zachowując jak histeryczka, ale to nie miało znaczenia. – Carlos, proszę…
– Dalej nie wiem, co się dzieje? – wszedł w jej słowo. Natychmiast zamilkła, porażona ostrą nutą w jego głosie. Jego głos zabrzmiał inaczej, a Tori odniosła wrażenie, że mężczyzna ruszył się z miejsca, zaczynając niespokojnie krążyć. – Zacznij oddychać. To tak na dobry początek – dodał, wzdychając przeciągle.
Machinalnie się dostosowała. Może i nie był mistrzem taktu i pocieszania, ale coś w wydawanych poleceniach, Victoria uznała za wystarczająco sensowne, by się podporządkować. Tak było łatwiej, zwłaszcza że była gotowa uwierzyć we wszystko, jeśli tylko dałoby jej poczucie, że coś robiła. Skupiła się na miarowym wdychaniu i wydychaniu powietrza, w końcu zaczynając czuć się o tyle lepiej, by skoncentrować się na kolejnych słowach wampira.
Carlos odczekał kilka sekund, dopiero wtedy decydując się odezwać.
– Po kolei – zadecydował. Tym razem jego głos zabrzmiał mniej emocjonalnie, ale to też wydało się Tori właściwe. Uczucia niczego nie ułatwiały, zwłaszcza że sama czuła się już wystarczająco przerażona. – Gdzie jesteś? – zapytał wprost.
Stłumiła jęk. Gdyby potrafiła odpowiedzieć na to pytanie, wszystko stałoby się o wiele prostsze.
– N-nie wiem… – Zamilkła, by złapać oddech. – Byłam w centrum handlowy, a teraz… Zabierz mnie stąd! – poprosiła, znów bliska tego, żeby stracić nad sobą kontrolę.
– Przestań się mazać – zniecierpliwił się Carlos. W tamtej chwili trudno było jej stwierdzić czy bardziej się martwić, czy jednak irytował. – I skup się w końcu. Co oznacza, że nie wiesz, gdzie jesteś?
– Właśnie to, co powiedziałam – obruszyła się. – Pamiętam, że ktoś… Wydaje mi się… – Urwała, energicznie potrząsając głową. Choć próbowała wysilić pamięć, wciąż czuła się zbyt skołowana, by wyciągnąć jakiekolwiek sensowne wnioski. Obrazy i dźwięki zlewały się w jedno, równie bezsensowne, co i zaraz po przebudzeniu, gdy czuła się tak, jakby w każdej chwili mogła postradać zmysły. – Ktoś… zaszedł mnie od tyłu – powiedziała w końcu. – Chyba straciłam przytomność.
Odpowiedziała jej cisza, ale i tak była w stanie sobie wyobrazić sfrustrowany wyraz twarzy Carlosa. To, że zaklął bezgłośnie albo wywrócił oczami, tym bardziej.
– To źle zabrzmiało – powiedział w końcu. Nie miała pojęcia, jakim cudem był w stanie zachować spokój. – Wciąż jestem w Seattle – dodał, a Victoria mimowolnie się wzdrygnęła.
– Tylko nie próbuj się rozłączać. Ja…
– Nie zamierzam – zapewnił natychmiast. Momentalnie mu uwierzyła. – Ale musisz się skupić i zacząć mnie słuchać. Jesteś sama?
– C-chyba tak – wyszeptała bez większego przekonania. Niepewnie wychyliła się spod biurka, by móc spojrzeć w stronę drzwi. – Nikogo nie widziałam. Ale boję się, że wkrótce ktoś może się pojawić – dodała, nawet nie próbując ukrywać niepokoju.
– Gdzie jesteś? – ponowił pytanie Carlos.
Tym razem miała pewność, że nie pytał o konkretną lokalizację. Zawahała się, szukając najodpowiedniejszych słów na opisanie tego, co już zdążyła zaobserwować.
– Nie jestem pewna – przyznała w końcu. Zamrugała, bo obraz zaczął rozmazywać się jej przed oczami, wraz z nowymi łzami. – Ale rozglądałam się trochę – dodała pośpiesznie, próbując zatrzeć wrażenie, że była głupim, nic nierozumiejącym dzieckiem. Dobry Boże, starała się! – Na początku wyglądało mi to na szpital, ale później… Ta część budynku wygląda na jakaś starą rezydencję – przyznała po chwili zastanowienia.
– W porządku. – Po tonie Carlosa trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał. – Nie widziałaś nikogo po drodze? – drążył.
Natychmiast zaprzeczyła. Przez chwilę wahała się nad powiedzeniem mu, że ktoś musiał wypuścić ją z celi, w której się obudziła, ale ostatecznie uznała tę kwestię za mało istotną. W gruncie rzeczy sama nie była pewna, czy wszystko to nie było wytworem jej wyobraźni.
– Trochę błądziłam, ale nikt się nie pojawił – wyjaśniła, w pośpiechu wyrzucając kolejne słowa. Urwała, dla pewności nasłuchując, czy sytuacja nagle nie uległa zmianie. – Znalazłam telefon w gabinecie. Schowałam się pod biurkiem, ale przecież nie mogę tutaj zostać.
– Oczywiście, że nie – podchwycił natychmiast Carlos. – Rozejrzyj się tam trochę, ale ostrożnie. Może znajdziesz coś przydatnego.
– To znaczy co?
Jeszcze kiedy mówiła, przymusiła się, by znów wyjrzeć zza biurka. Widziała zaledwie fragment korytarza, ale wszystko wskazywało na to, że był równie opustoszały, co i w chwili, w której wślizgnęła się do gabinetu. Wciąż pełna wątpliwości, poruszając się przy tym trochę jak w transie, z wolna wyprostowała się, przystając na środku pomieszczenia i z uwagą wodząc wzrokiem dookoła.
– Chociażby broni – oznajmił ze spokojem Carlos. Jego słowa skutecznie wytrąciły ją z równowagi. – Rozejrzyj się dobrze. Na pewno jest tam coś, czego mogłabyś użyć.
Ucisk w gardle przybrał na sile. Mimo wszystko nie zaprotestowała, w zamian próbując skupić się na słowach Carlosa. Raz po raz powtarzając sobie, że wampir wiedział, co zrobi, przytrzymała telefon wolną ręką, drugą ostrożnie wysuwając kolejne szuflady. Zawahała się na widok całego pliku kartek i kilku teczek, ale nie poświęciła dokumentom zbyt wiele uwagi. Nie miała na to czasu, zresztą w tamtej chwili obchodziło ją wyłącznie to, żeby znaleźć wyjście.
Raz po raz uciekała wzrokiem ku uchylonych drzwi. Miała ochotę je zamknąć, ale rozsądek podpowiadał jej, że to byłoby niczym gwóźdź do trumny. Skoro ktoś zostawił je otwarte, na pewno zainteresowałoby go, gdyby ten stan nagle uległ zmianie.
Ostrożnie zasunęła szufladę z dokumentami, po czym wysunęła kolejną. Cisza dzwoniła jej w uszach, równie nieprzyjemna, co i wsłuchiwanie we własny, coraz bardziej nierówny oddech.
– Jesteś tam? – zapytała dla pewności.
– Cały czas, maleńka – zapewnił pośpiesznie Carlos. Nawet słowem nie skomentowała tego, w jaki sposób się do niej zwracał, choć w normalnym wypadku jak nic zaczęłaby na niego warczeć. – Znalazłaś coś?
W pierwszym odruchu pokręciła głową, znów zapominając, że nie był w stanie tego zobaczyć. Zanim zdążyła zaprotestować, coś połyskującego przykuło jej uwagę, przyprawiając dziewczynę o szybsze bicie serca.
– Chyba tak – przyznała niepewnie. Wyciągnęła rękę, drżącymi palcami ujmując pokaźnych rozmiarów, posrebrzane ostrze. – To chyba… nóż do papieru?
– Może być – zapewnił natychmiast Carlos. – Nie trać więcej czasu niż powinnaś.
Usłuchała, powstrzymując się przed zadawaniem zbędnych pytań. Dziwnie czuła się z ostrzem w dłoni, zwłaszcza że w niczym nie przypominało zwykłego noża. Ostrze było długie i ostre, na dodatek ze zdobioną rękojeścią. Palcami w zamyśleniu potarła wykute w metalu, skomplikowane wzory, jednocześnie z uwagą przypatrując połyskującemu kamieniowi, którym zwieńczono rączkę. Cokolwiek to było, całość robiła wrażenie równie wielkie, co i cały wystrój tego dziwnego miejsca.
Tak czy siak, do Tori i tak nie docierało, że ktokolwiek mógłby otwierać czymś takim listy. Wiedziała, że dawne zwyczaje były dziwne, zwłaszcza gdy w grę wchodziły wyższe sfery, ale nie miała czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Kurczowo zaciskając palce na broni, podkradła się do wyjścia, niepewnie wyglądając na korytarz. Serce waliło jej tak szybo i mocno, jakby w każdej chwili miało wyrwać się na zewnątrz, choć za wszelką cenę usiłowała to ignorować.
Broń wcale nie sprawiła, że poczuła się lepiej. Co prawda kiedyś uczyła się walczyć, ale tych kilka podstawowych ciosów, które wpoili jej Noel i Carlos, nie wydawało się czymś szczególnie imponujący. W najgorszym wypadku mogła jeszcze pokusić się o to, co czasami sugerowała Meg: po prostu wymierzyć przeciwnikowi celnego kopniaka w krocze, a potem uciekać tak szybko, jak tylko byłaby w stanie.
Z posługiwaniem się nożem było inaczej. Nie wyobrażała sobie, że miałaby kogokolwiek zadrasnąć, a tym bardziej dźgnąć. Nawet nie miała pewności, w jaki sposób poprawnie chwycić broń, dlatego ostatecznie mocno zacisnęła palce na rękojeści, próbując wyobrazić sobie, że w rękach trzymała kołek. Z tym prędzej dałaby sobie radę – zamierzyć się w cudzą pierś i spróbować sięgnąć serca. Na samą myśl robiło jej się niedobrze, ale gdyby to okazało się jedynym sposobem na zapewnienie sobie bezpieczeństwa, nie wahałaby się.
A przynajmniej chciała wierzyć, że gdyby przyszło co do czego, potrafiłaby trzymać nerwy na wodzy.
– Nikogo nie ma – wyszeptała, wciąż czujnie wodząc wzrokiem na prawo i lewo. Wciąż przyciskała telefon do ucha, trzymając komórkę tak kurczowo, jakby od tego zależało jej życie.
– To dobrze. Staraj się mówić jak najmniej – zasugerował spiętym tonem Carlos. – Nadal nie wiemy z kim masz do czynienia.
Coś w jego tonie sprawiło, że mimowolnie pomyślała, że nie był z nią szczery. Musiał mieć przynajmniej jakieś podejrzenia, choć z jakiegoś powodu nie chciał się nimi podzielić. Mogła tylko zgadywać, co nim kierowało. Z jednej strony już była spanikowana, ale z drugiej, Carlos był jedną z ostatnich osób, które uznałaby za na tyle taktowne, by próbować ją w ten sposób chronić. Skoro się w ten sposób zachowywał, coś musiało być na rzeczy, zresztą sama Victoria nie potrafiła uwierzyć, że za całym tym szaleństwem mogliby się kryć ludzie.
W gruncie rzeczy nawet przez moment nie przyszło jej do głowy, że mogłaby paść ofiarą jakiegoś świra albo większej, zorganizowanej grupy porywaczy. Szansa na to, że akurat śmiertelnik na wszystkie możliwe osoby porwałby wampirzycą hybrydę, były zatrważająco wręcz małe. Nie potrzebowała ani szczególnego doświadczenia, ani geniuszu, żeby to wiedzieć.
Wnioski nasuwały się same, ale nie chciała ich do siebie dopuści. W tamtej chwili liczyła się wyłącznie ucieczka.
Szła szybko, raz po raz oglądając się przed ramię. Próbowała trzymać się blisko ściany, ostatecznie stając plecami do niej, by poczuć się choć odrobinę bezpieczniej. Choć korytarz nie był szczególnie szeroki, Tori wciąż czułą się odsłonięta. Rozsądek podpowiadał jej, że ograniczenie kierunków, z których mógł nadejść ewentualny atak, było kluczowe, nawet jeśli w pełni nie rozwiązywało dręczących ją problemów.
– Wydaje mi się – powiedziała cicho, gdy cisza znów zaczęła być uciążliwa – że powinnam poszukać schodów. Nie wiem, gdzie jestem, ale wtedy przynajmniej wiedziałabym, gdzie szukać wyjścia.
– Nie ma tam nigdzie żadnego okna?
Westchnęła cicho.
– Nie – przyznała niechętnie. – Ale też nie czuję się tak, jakbym była w podziemach.
Poczucie dezorientacji wróciło, silniejsze niż do tej pory. Nie potrafiła nawet stwierdzić, gdzie konkretnie się znajdowała. Sam budynek wciąż wydawał jej się co najmniej dziwny – i to nie tylko dlatego, że nie na co dzień spotykała miejsca, w których ze szpitalnego oddziału, przechodziłoby się prosto do eleganckiej rezydencji. Cisza doprowadzała ją do szału, tak jak i całkowity brak okien czy czegokolwiek, co pozwoliłoby jej ustalić, jak tak naprawdę prezentowała się sytuacja.
Gdziekolwiek była, miejsce musiało zostać stworzone z rozmysłem. Chociaż brak okien mógł sugerować podziemia, po chwili wahania doszła do wniosku, że równie dobrze mógł oznaczać, że zamieszkiwało go coś, co nie chciało mieć związku ze światłem zewnętrznym. To wystarczyło, by pomyślała o wampirach; co prawda sama nie musiała uciekać przed światłem dnia, ale dla tych, którzy nie mieli w sobie nic z ludzi, blask dnia mógł okazać się zabójczy.
– Bądź ostrożna – doradził Carlos. – Ten spokój mi się nie podoba.
Mówisz?, pomyślała z przekąsem, ale nie wypowiedziała tego pytania na głos. Była mu wdzięczna za to, co robił. Co więcej, w tamtej chwili zdecydowanie nie miała nastroju ani na żarty, ani na złośliwości. Na to, by wściekać się na Carlosa za każdym razem, gdy ten traktował ją jak dziecko, tym bardziej nie, zwłaszcza że czuła się dokładnie w ten sposób – jak zagubiona, niedoświadczona małolata, która liczyła na natychmiastowe pojawienie gotowego wyciągnąć ją z opresji opiekuna. To, że w ogóle udało jej się do kogokolwiek dodzwonić, wciąż było niczym cud, dodatkowo pomagając Tori utrzymać zdrowe zmysły.
Jeśli miała być ze sobą szczera, wolałaby, żeby ktoś ją gonił. Wszystko wydawało się lepsze od niepewności, nawet gdyby wiązało się z walką czy koniecznością natychmiastowej ucieczki. Małą wrażenie, że balansowała gdzieś na granicy szaleństwa, a panujący dookoła spokój był zaledwie ciszą przed nadchodzącą burzą. Cokolwiek zwiastował, nie była w stanie poczuć się bezpiecznie, wręcz spodziewając się najgorszego.
Nie chciała wiedzieć, co mogło czaić się za zakrętem.
Miała wrażenie, że szła o wiele dłużej niż za pierwszym razem. Korytarz wydawał ciągnąć się w nieskończoność, kolejny raz sprawiając wrażenie zbyt rozległego, by uznała go za prawdziwy. Nie wyobrażała sobie, by jakikolwiek budynek był aż tak duży, nieważne czy znajdowałby się na powierzchni, czy w podziemiach. To wystarczyło, żeby przestała ufać własnym zmysłom, nagle zaczynając czuć się tak, jakby przez cały czas tkwiła w miejscu.
Serce momentalnie zabiło jej szybciej. Dłonie zadrżały, więc bardziej stanowczo chwyciła telefon i nóż. Z trudem kontrolowała siłę, ale nie próbowała poluzowywać uścisku, trzymając te dwa przedmioty w tak kurczowy sposób, że napięte mięśnie aż zaczęły protestować. Przez moment miała ochotę poinformować Carlosa, że coś było nie tak i powiedzieć mu o swoich dziwnych wrażeniach, ale powstrzymała się. Z tym nie miałby jak jej pomóc, zresztą próbowała zmusić się do tego, by zacząć zachowywać się praktycznie. Na własne życzenie wpakowała się w kłopoty, więc teraz zamierzała zrobić wszystko, by jakkolwiek się z nich wykaraskać.
Zatrzymała się, przywierając plecami do ściany. Cisza dzwoniła jej w uszach, serce zaś wciąż tłukło się w piersi tak szybko i mocno, jakby chciało połamać jej żebra. Przycisnęła sztylet do piersi, wciąż trzymając ostrze skierowane ku dołowi, by przypadkiem nie zrobić sobie krzywdy. Jeszcze tego brakowało, by pogorszyła sytuację, przypadkiem dźgając się czymś, co miało posłużyć jej za broń. Swoją drogą, jak znała swoje beznadziejne szczęście, taki scenariusz był aż nadto prawdopodobny.
Choć nie chciała tego robić, przymusiła się do tego, by zamknąć oczy. Czuła się przy tym jak ostania kretynka, gotowa przysiąc, że aż prosiła się o to, żeby pogorszyć sytuację. Samowolne odcinanie od jednego z najważniejszych zmysłów brzmiało jak szaleństwo, ale nie widziała innego wyjścia. Jeśli się nie myliła, a wzrok faktycznie zaczynał odmawiać jej posłuszeństwa…
Wciąż trzymając się tuż przy ścianie, ostrożnie przesunęła się w lewo. Krok za krokiem, ruszyła w dalszą drogę, w duchu modląc o to, by ktoś nagle nie spróbował jej zaatakować. Nasłuchiwała, spinając przy każdym, nawet najcichszym dźwięku – czy to szeleście dywanu pod stopami, czy zbyt gwałtownie zaczerpniętego powietrza. Była gotowa przysiąc, że czas zwolnił albo zatrzymał się całkowicie, choć nic podobnego nie miało prawa się wydarzyć. Z drugiej strony, miejsce, w którym się znajdowała, było wystarczająco dziwne, by zaczęła uznawać każdy, nawet najmniej prawdopodobny scenariusz, za najzupełniej możliwy.
– Tori? – rzucił spiętym tonem Carlos. Jego głos wydał się jej przytłumiony i drżący, co zaskoczyło ją w równym stopniu, co i pobrzmiewająca w nim troska. – Jesteś tam jeszcze? Wszystko gra?
Przełknęła z trudem. Podejrzewała, że gdyby powiedziała mu, że właśnie próbowała poruszać się na oślep, najpewniej by ją wyśmiał.
– T-tak.
Nie miała pewności, czy jakkolwiek go uspokoiła, zwłaszcza że głos znacząco jej zadrżał. Na dłuższą chwile znów zapanowała cisza, podczas której wciąż niepewnie posuwała się naprzód – krok za krokiem, nie chcąc ryzykować, że w pośpiechu mogłaby na coś wpaść. Co jakiś czas przystawała, nasłuchując i walcząc o zachowanie zamkniętych oczu. Co prawda każda kolejna sekunda wydawała się sugerować, że traciła czas i nic tak naprawdę się nie zmieniło, nim jednak zdążyła się nad tym zastanowić, z impetem na coś wpadła.
Mocniej chwyciła broń i telefon, by przypadkiem ich nie upuścić. W końcu otworzyła oczy, by w następnej sekundzie odetchną z ulgą, gdy w zasięgu jej wzrok nareszcie pojawiły się wieńczące korytarz zamknięte drzwi. Nie dając sobie czasu na zastanawianie, czy były tam wcześniej, w pośpiechy otworzyła je i wyślizgnęła się na zewnątrz. Starannie zamknęła je za sobą, opierając o nie plecami i z uwagą wodząc wzrokiem dookoła.
Widok klatki schodowej na moment wytrącił ją z równowagi. Ulga przybrała na sile, chociaż prawie natychmiast zniknęła, gdy do Tori dotarło, że dotarcie do tego miejsca jeszcze o niczym nie świadczyło. Jak długo błądziła po tym budynku, wciąż była zagrożona. To, że wciąż nie miała pewności, czego doświadczyła w tamtym korytarzu, i czy zamykanie oczu miało jakikolwiek sens, również niczego nie ułatwiało.
– Znalazłam schody – rzuciła w pośpiechu, natychmiast kierując się ku biegnącym w dół stopniom.
Choć chciała chwycić się poręczy, nie ufając sobie na tyle, by bez zastanowienia ruszyć przed siebie, konieczność odłożenia noża skutecznie wybiła jej ten pomysł z głowy. Nawet gdyby wsunęła ostrze za pasek spodni, nie czułaby się tak bezpiecznie, jak trzymając broń w rękach. Nie sądziła, by w razie konieczności miała czas, żeby po nią sięgnąć. Co prawda chciała wierzyć, że nie będzie musiała tego sprawdzać, ale rozsądek podpowiadał jej, że to mało prawdopodobne.
– Uważaj tam – upomniał ją natychmiast Carlos. – Nie podoba mi się, że jest tam tak spokojnie. Wydaje mi się, że…
Cokolwiek jeszcze miał jej do powiedzenia, nie usłyszała reszty jego słów. Gdzieś za plecami usłyszała melodyjny, kobiety śmiech.
Zanim zdążyła choćby się odwrócić, czyjeś dłonie zdecydowanym ruchem zepchnęły ją w dół schodów.
Chyba polubię pisanie oczami Tori. Czekałam na tę postać długo, a jej perspektywa przychodzi mi zadziwiająco lekko. Opinię jak zawsze pozostawiam Wam, zresztą tak jak i w kwestii nowego szablonu, który już od jakiegoś czasu wisi na blogu. Dawno nie zrobiłam czego, z czego byłabym aż tak zadowolona.
Bardzo dziękuję za obecność. Na tę chwilę z mojej strony to wszystko, więc do napisania! ^^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz