Victoria
Nie chciała płakać. Próbowała
być dzielna, ale wszystko trafił szlag, zwłaszcza gdy usłyszała szorstki głos
Carlosa. Myśl o tym, że zaraz po tym mógłby się rozłączyć i zostawić
ją z tym wszystkim samą, jedynie pogorszyła sytuację.
Po drugiej
stronie jak na zawołanie zapanowała cisza. Przez dłuższą chwilę słyszała
wyłącznie szloch, który mimo wszystko wyrwał się z jej gardła, a także
swój przyśpieszony, urywany oddech.
– Tori? –
usłyszała jakby z oddali. W końcu ją rozpoznał, chociaż wciąż brzmiał
na zszokowanego. – Victoria, czy ty płaczesz? Dzieciaku, do jasnej cholery!
Nie była w stanie
odpowiedzieć. Przynajmniej zdołała zapanować nad szlochem na tyle, by trwać w ciszy.
Palce nerwowo zacisnęła wokół telefonu, bezskutecznie próbując powstrzymać
drżenie rąk. Nasłuchiwała, ale wszystko wskazywał na to, że wciąż była sama. Problem
polegał na tym, że to w każdej chwili mogło ulec zmianie.
Ta
świadomość przekonała ją, żeby jednak zacząć działać. Myśl, że w każdej
chwili mógł pojawić się ktoś, kto nie zawahałby się zrobić jej krzywdę,
skutecznie rozwiązała Victorii język.
– P-pomóż
mi… Carlos, proszę – wychrypiała. Chociaż rozmawiała z wampirem, nagle
zwątpiła w to, czy będzie w stanie ją zrozumieć. Przełknęła z trudem,
próbując pozbyć się ucisku w gardle, ale to okazało się bezsensowne. –
Wujku, błagam cię… – jęknęła, decydując się na wypowiedzenie jednych z ostatnich
słów, które Carlos najpewniej spodziewał się usłyszeć.
Nie
przypominała sobie, kiedy ostatnim razem zwracała się do niego w ten
sposób. On najpewniej również, bo wyraźnie usłyszała, jak gwałtownie zassał
powietrze. Po drugiej stronie jak na zawołanie zapanowała cisza, aż Tori
zaczęła się martwić, że połączenie jakimś cudem zostało zerwane. Zamarła w bezruchu,
wciąż skulona pod biurkiem i niespokojna. Bała się poruszyć, a tym
bardziej odsunąć od siebie telefon i sprawdzić, czy z zasięgiem
wszystko było w porządku.
Ręce znów
zaczęły jej drżeć. W pośpiechu wzmogła uścisk wokół komórki, nie chcąc
przypadkiem upuścić urządzenia. Gdyby straciła kontakt z kimkolwiek z zewnątrz
akurat teraz…
– Co się
stało?
Miała
wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim usłyszała te słowa. Wyprostowała się
niczym struna, oszołomiona i początkowo niepewna ich znaczenia. Ucisk w gardle
przybrał na sile, skutecznie pozbawiając dziewczynę tchu. Mogła co najwyżej
trwać w ciszy i cieszyć przynajmniej z tego, że wampir nie
zamierzał tak po prostu jej zostawić.
Potrząsnęła
głową, chociaż Carlos nie był w stanie tego zobaczyć. Potrzebowała
dłuższej chwili, by w ogóle być w stanie się odezwać.
– Nie wiem.
Ale musisz mi pomoc. Musisz… – wyrzuciła z siebie na wydechu. Czuła, że
bredzi od rzeczy, zachowując jak histeryczka, ale to nie miało znaczenia. –
Carlos, proszę…
– Dalej nie
wiem, co się dzieje? – wszedł w jej słowo. Natychmiast zamilkła, porażona
ostrą nutą w jego głosie. Jego głos zabrzmiał inaczej, a Tori
odniosła wrażenie, że mężczyzna ruszył się z miejsca, zaczynając
niespokojnie krążyć. – Zacznij oddychać. To tak na dobry początek – dodał,
wzdychając przeciągle.
Machinalnie
się dostosowała. Może i nie był mistrzem taktu i pocieszania, ale coś
w wydawanych poleceniach, Victoria uznała za wystarczająco sensowne, by
się podporządkować. Tak było łatwiej, zwłaszcza że była gotowa uwierzyć we
wszystko, jeśli tylko dałoby jej poczucie, że coś robiła. Skupiła się na
miarowym wdychaniu i wydychaniu powietrza, w końcu zaczynając czuć
się o tyle lepiej, by skoncentrować się na kolejnych słowach wampira.
Carlos
odczekał kilka sekund, dopiero wtedy decydując się odezwać.
– Po kolei
– zadecydował. Tym razem jego głos zabrzmiał mniej emocjonalnie, ale to też
wydało się Tori właściwe. Uczucia niczego nie ułatwiały, zwłaszcza że sama
czuła się już wystarczająco przerażona. – Gdzie jesteś? – zapytał wprost.
Stłumiła
jęk. Gdyby potrafiła odpowiedzieć na to pytanie, wszystko stałoby się o wiele
prostsze.
– N-nie
wiem… – Zamilkła, by złapać oddech. – Byłam w centrum handlowy, a teraz…
Zabierz mnie stąd! – poprosiła, znów bliska tego, żeby stracić nad sobą
kontrolę.
– Przestań
się mazać – zniecierpliwił się Carlos. W tamtej chwili trudno było jej
stwierdzić czy bardziej się martwić, czy jednak irytował. – I skup się w końcu.
Co oznacza, że nie wiesz, gdzie jesteś?
– Właśnie
to, co powiedziałam – obruszyła się. – Pamiętam, że ktoś… Wydaje mi się… –
Urwała, energicznie potrząsając głową. Choć próbowała wysilić pamięć, wciąż
czuła się zbyt skołowana, by wyciągnąć jakiekolwiek sensowne wnioski. Obrazy i dźwięki
zlewały się w jedno, równie bezsensowne, co i zaraz po przebudzeniu,
gdy czuła się tak, jakby w każdej chwili mogła postradać zmysły. – Ktoś…
zaszedł mnie od tyłu – powiedziała w końcu. – Chyba straciłam przytomność.
Odpowiedziała
jej cisza, ale i tak była w stanie sobie wyobrazić sfrustrowany wyraz
twarzy Carlosa. To, że zaklął bezgłośnie albo wywrócił oczami, tym bardziej.
– To źle
zabrzmiało – powiedział w końcu. Nie miała pojęcia, jakim cudem był w stanie
zachować spokój. – Wciąż jestem w Seattle – dodał, a Victoria
mimowolnie się wzdrygnęła.
– Tylko nie
próbuj się rozłączać. Ja…
– Nie
zamierzam – zapewnił natychmiast. Momentalnie mu uwierzyła. – Ale musisz się
skupić i zacząć mnie słuchać. Jesteś sama?
– C-chyba
tak – wyszeptała bez większego przekonania. Niepewnie wychyliła się spod
biurka, by móc spojrzeć w stronę drzwi. – Nikogo nie widziałam. Ale boję
się, że wkrótce ktoś może się pojawić – dodała, nawet nie próbując ukrywać
niepokoju.
– Gdzie
jesteś? – ponowił pytanie Carlos.
Tym razem
miała pewność, że nie pytał o konkretną lokalizację. Zawahała się,
szukając najodpowiedniejszych słów na opisanie tego, co już zdążyła
zaobserwować.
– Nie
jestem pewna – przyznała w końcu. Zamrugała, bo obraz zaczął rozmazywać
się jej przed oczami, wraz z nowymi łzami. – Ale rozglądałam się trochę –
dodała pośpiesznie, próbując zatrzeć wrażenie, że była głupim, nic nierozumiejącym
dzieckiem. Dobry Boże, starała się! – Na początku wyglądało mi to na szpital,
ale później… Ta część budynku wygląda na jakaś starą rezydencję – przyznała po
chwili zastanowienia.
– W porządku.
– Po tonie Carlosa trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał. – Nie
widziałaś nikogo po drodze? – drążył.
Natychmiast
zaprzeczyła. Przez chwilę wahała się nad powiedzeniem mu, że ktoś musiał
wypuścić ją z celi, w której się obudziła, ale ostatecznie uznała tę
kwestię za mało istotną. W gruncie rzeczy sama nie była pewna, czy
wszystko to nie było wytworem jej wyobraźni.
– Trochę
błądziłam, ale nikt się nie pojawił – wyjaśniła, w pośpiechu wyrzucając
kolejne słowa. Urwała, dla pewności nasłuchując, czy sytuacja nagle nie uległa
zmianie. – Znalazłam telefon w gabinecie. Schowałam się pod biurkiem, ale
przecież nie mogę tutaj zostać.
–
Oczywiście, że nie – podchwycił natychmiast Carlos. – Rozejrzyj się tam trochę,
ale ostrożnie. Może znajdziesz coś przydatnego.
– To znaczy
co?
Jeszcze
kiedy mówiła, przymusiła się, by znów wyjrzeć zza biurka. Widziała zaledwie
fragment korytarza, ale wszystko wskazywało na to, że był równie opustoszały,
co i w chwili, w której wślizgnęła się do gabinetu. Wciąż pełna
wątpliwości, poruszając się przy tym trochę jak w transie, z wolna
wyprostowała się, przystając na środku pomieszczenia i z uwagą wodząc
wzrokiem dookoła.
– Chociażby
broni – oznajmił ze spokojem Carlos. Jego słowa skutecznie wytrąciły ją z równowagi.
– Rozejrzyj się dobrze. Na pewno jest tam coś, czego mogłabyś użyć.
Ucisk w gardle
przybrał na sile. Mimo wszystko nie zaprotestowała, w zamian próbując
skupić się na słowach Carlosa. Raz po raz powtarzając sobie, że wampir
wiedział, co zrobi, przytrzymała telefon wolną ręką, drugą ostrożnie wysuwając
kolejne szuflady. Zawahała się na widok całego pliku kartek i kilku
teczek, ale nie poświęciła dokumentom zbyt wiele uwagi. Nie miała na to czasu,
zresztą w tamtej chwili obchodziło ją wyłącznie to, żeby znaleźć wyjście.
Raz po raz
uciekała wzrokiem ku uchylonych drzwi. Miała ochotę je zamknąć, ale rozsądek
podpowiadał jej, że to byłoby niczym gwóźdź do trumny. Skoro ktoś zostawił je
otwarte, na pewno zainteresowałoby go, gdyby ten stan nagle uległ zmianie.
Ostrożnie
zasunęła szufladę z dokumentami, po czym wysunęła kolejną. Cisza dzwoniła
jej w uszach, równie nieprzyjemna, co i wsłuchiwanie we własny, coraz
bardziej nierówny oddech.
– Jesteś
tam? – zapytała dla pewności.
– Cały
czas, maleńka – zapewnił pośpiesznie Carlos. Nawet słowem nie skomentowała
tego, w jaki sposób się do niej zwracał, choć w normalnym wypadku jak
nic zaczęłaby na niego warczeć. – Znalazłaś coś?
W pierwszym
odruchu pokręciła głową, znów zapominając, że nie był w stanie tego
zobaczyć. Zanim zdążyła zaprotestować, coś połyskującego przykuło jej uwagę,
przyprawiając dziewczynę o szybsze bicie serca.
– Chyba tak
– przyznała niepewnie. Wyciągnęła rękę, drżącymi palcami ujmując pokaźnych
rozmiarów, posrebrzane ostrze. – To chyba… nóż do papieru?
– Może być
– zapewnił natychmiast Carlos. – Nie trać więcej czasu niż powinnaś.
Usłuchała,
powstrzymując się przed zadawaniem zbędnych pytań. Dziwnie czuła się z ostrzem
w dłoni, zwłaszcza że w niczym nie przypominało zwykłego noża. Ostrze
było długie i ostre, na dodatek ze zdobioną rękojeścią. Palcami w zamyśleniu
potarła wykute w metalu, skomplikowane wzory, jednocześnie z uwagą
przypatrując połyskującemu kamieniowi, którym zwieńczono rączkę. Cokolwiek to
było, całość robiła wrażenie równie wielkie, co i cały wystrój tego
dziwnego miejsca.
Tak czy siak,
do Tori i tak nie docierało, że ktokolwiek mógłby otwierać czymś takim
listy. Wiedziała, że dawne zwyczaje były dziwne, zwłaszcza gdy w grę
wchodziły wyższe sfery, ale nie miała czasu, żeby się nad tym zastanawiać.
Kurczowo zaciskając palce na broni, podkradła się do wyjścia, niepewnie
wyglądając na korytarz. Serce waliło jej tak szybo i mocno, jakby w każdej
chwili miało wyrwać się na zewnątrz, choć za wszelką cenę usiłowała to
ignorować.
Broń wcale
nie sprawiła, że poczuła się lepiej. Co prawda kiedyś uczyła się walczyć, ale
tych kilka podstawowych ciosów, które wpoili jej Noel i Carlos, nie
wydawało się czymś szczególnie imponujący. W najgorszym wypadku mogła
jeszcze pokusić się o to, co czasami sugerowała Meg: po prostu wymierzyć
przeciwnikowi celnego kopniaka w krocze, a potem uciekać tak szybko,
jak tylko byłaby w stanie.
Z
posługiwaniem się nożem było inaczej. Nie wyobrażała sobie, że miałaby
kogokolwiek zadrasnąć, a tym bardziej dźgnąć. Nawet nie miała pewności, w jaki
sposób poprawnie chwycić broń, dlatego ostatecznie mocno zacisnęła palce na
rękojeści, próbując wyobrazić sobie, że w rękach trzymała kołek. Z tym
prędzej dałaby sobie radę – zamierzyć się w cudzą pierś i spróbować
sięgnąć serca. Na samą myśl robiło jej się niedobrze, ale gdyby to okazało się
jedynym sposobem na zapewnienie sobie bezpieczeństwa, nie wahałaby się.
A
przynajmniej chciała wierzyć, że gdyby przyszło co do czego, potrafiłaby
trzymać nerwy na wodzy.
– Nikogo
nie ma – wyszeptała, wciąż czujnie wodząc wzrokiem na prawo i lewo. Wciąż
przyciskała telefon do ucha, trzymając komórkę tak kurczowo, jakby od tego
zależało jej życie.
– To
dobrze. Staraj się mówić jak najmniej – zasugerował spiętym tonem Carlos. –
Nadal nie wiemy z kim masz do czynienia.
Coś w jego
tonie sprawiło, że mimowolnie pomyślała, że nie był z nią szczery. Musiał
mieć przynajmniej jakieś podejrzenia, choć z jakiegoś powodu nie chciał
się nimi podzielić. Mogła tylko zgadywać, co nim kierowało. Z jednej
strony już była spanikowana, ale z drugiej, Carlos był jedną z ostatnich
osób, które uznałaby za na tyle taktowne, by próbować ją w ten sposób
chronić. Skoro się w ten sposób zachowywał, coś musiało być na rzeczy,
zresztą sama Victoria nie potrafiła uwierzyć, że za całym tym szaleństwem
mogliby się kryć ludzie.
W gruncie
rzeczy nawet przez moment nie przyszło jej do głowy, że mogłaby paść ofiarą
jakiegoś świra albo większej, zorganizowanej grupy porywaczy. Szansa na to, że
akurat śmiertelnik na wszystkie możliwe osoby porwałby wampirzycą hybrydę, były
zatrważająco wręcz małe. Nie potrzebowała ani szczególnego doświadczenia, ani
geniuszu, żeby to wiedzieć.
Wnioski
nasuwały się same, ale nie chciała ich do siebie dopuści. W tamtej chwili
liczyła się wyłącznie ucieczka.
Szła
szybko, raz po raz oglądając się przed ramię. Próbowała trzymać się blisko
ściany, ostatecznie stając plecami do niej, by poczuć się choć odrobinę
bezpieczniej. Choć korytarz nie był szczególnie szeroki, Tori wciąż czułą się
odsłonięta. Rozsądek podpowiadał jej, że ograniczenie kierunków, z których
mógł nadejść ewentualny atak, było kluczowe, nawet jeśli w pełni nie
rozwiązywało dręczących ją problemów.
– Wydaje mi
się – powiedziała cicho, gdy cisza znów zaczęła być uciążliwa – że powinnam
poszukać schodów. Nie wiem, gdzie jestem, ale wtedy przynajmniej wiedziałabym,
gdzie szukać wyjścia.
– Nie ma
tam nigdzie żadnego okna?
Westchnęła
cicho.
– Nie –
przyznała niechętnie. – Ale też nie czuję się tak, jakbym była w podziemach.
Poczucie
dezorientacji wróciło, silniejsze niż do tej pory. Nie potrafiła nawet
stwierdzić, gdzie konkretnie się znajdowała. Sam budynek wciąż wydawał jej się
co najmniej dziwny – i to nie tylko dlatego, że nie na co dzień spotykała
miejsca, w których ze szpitalnego oddziału, przechodziłoby się prosto do
eleganckiej rezydencji. Cisza doprowadzała ją do szału, tak jak i całkowity
brak okien czy czegokolwiek, co pozwoliłoby jej ustalić, jak tak naprawdę
prezentowała się sytuacja.
Gdziekolwiek
była, miejsce musiało zostać stworzone z rozmysłem. Chociaż brak okien
mógł sugerować podziemia, po chwili wahania doszła do wniosku, że równie dobrze
mógł oznaczać, że zamieszkiwało go coś, co nie chciało mieć związku ze światłem
zewnętrznym. To wystarczyło, by pomyślała o wampirach; co prawda sama nie
musiała uciekać przed światłem dnia, ale dla tych, którzy nie mieli w sobie
nic z ludzi, blask dnia mógł okazać się zabójczy.
– Bądź
ostrożna – doradził Carlos. – Ten spokój mi się nie podoba.
Mówisz?, pomyślała z przekąsem, ale
nie wypowiedziała tego pytania na głos. Była mu wdzięczna za to, co robił. Co
więcej, w tamtej chwili zdecydowanie nie miała nastroju ani na żarty, ani
na złośliwości. Na to, by wściekać się na Carlosa za każdym razem, gdy ten
traktował ją jak dziecko, tym bardziej nie, zwłaszcza że czuła się dokładnie w ten
sposób – jak zagubiona, niedoświadczona małolata, która liczyła na
natychmiastowe pojawienie gotowego wyciągnąć ją z opresji opiekuna. To, że
w ogóle udało jej się do kogokolwiek dodzwonić, wciąż było niczym cud,
dodatkowo pomagając Tori utrzymać zdrowe zmysły.
Jeśli miała
być ze sobą szczera, wolałaby, żeby ktoś ją gonił. Wszystko wydawało się lepsze
od niepewności, nawet gdyby wiązało się z walką czy koniecznością
natychmiastowej ucieczki. Małą wrażenie, że balansowała gdzieś na granicy
szaleństwa, a panujący dookoła spokój był zaledwie ciszą przed nadchodzącą
burzą. Cokolwiek zwiastował, nie była w stanie poczuć się bezpiecznie,
wręcz spodziewając się najgorszego.
Nie chciała
wiedzieć, co mogło czaić się za zakrętem.
Miała
wrażenie, że szła o wiele dłużej niż za pierwszym razem. Korytarz wydawał
ciągnąć się w nieskończoność, kolejny raz sprawiając wrażenie zbyt
rozległego, by uznała go za prawdziwy. Nie wyobrażała sobie, by jakikolwiek
budynek był aż tak duży, nieważne czy znajdowałby się na powierzchni, czy w podziemiach.
To wystarczyło, żeby przestała ufać własnym zmysłom, nagle zaczynając czuć się
tak, jakby przez cały czas tkwiła w miejscu.
Serce
momentalnie zabiło jej szybciej. Dłonie zadrżały, więc bardziej stanowczo
chwyciła telefon i nóż. Z trudem kontrolowała siłę, ale nie próbowała
poluzowywać uścisku, trzymając te dwa przedmioty w tak kurczowy sposób, że
napięte mięśnie aż zaczęły protestować. Przez moment miała ochotę poinformować
Carlosa, że coś było nie tak i powiedzieć mu o swoich dziwnych
wrażeniach, ale powstrzymała się. Z tym nie miałby jak jej pomóc, zresztą próbowała
zmusić się do tego, by zacząć zachowywać się praktycznie. Na własne życzenie
wpakowała się w kłopoty, więc teraz zamierzała zrobić wszystko, by jakkolwiek
się z nich wykaraskać.
Zatrzymała
się, przywierając plecami do ściany. Cisza dzwoniła jej w uszach, serce
zaś wciąż tłukło się w piersi tak szybko i mocno, jakby chciało
połamać jej żebra. Przycisnęła sztylet do piersi, wciąż trzymając ostrze
skierowane ku dołowi, by przypadkiem nie zrobić sobie krzywdy. Jeszcze tego brakowało,
by pogorszyła sytuację, przypadkiem dźgając się czymś, co miało posłużyć jej za
broń. Swoją drogą, jak znała swoje beznadziejne szczęście, taki scenariusz był
aż nadto prawdopodobny.
Choć nie
chciała tego robić, przymusiła się do tego, by zamknąć oczy. Czuła się przy tym
jak ostania kretynka, gotowa przysiąc, że aż prosiła się o to, żeby
pogorszyć sytuację. Samowolne odcinanie od jednego z najważniejszych
zmysłów brzmiało jak szaleństwo, ale nie widziała innego wyjścia. Jeśli się nie
myliła, a wzrok faktycznie zaczynał odmawiać jej posłuszeństwa…
Wciąż trzymając
się tuż przy ścianie, ostrożnie przesunęła się w lewo. Krok za krokiem,
ruszyła w dalszą drogę, w duchu modląc o to, by ktoś nagle nie spróbował
jej zaatakować. Nasłuchiwała, spinając przy każdym, nawet najcichszym dźwięku –
czy to szeleście dywanu pod stopami, czy zbyt gwałtownie zaczerpniętego
powietrza. Była gotowa przysiąc, że czas zwolnił albo zatrzymał się całkowicie,
choć nic podobnego nie miało prawa się wydarzyć. Z drugiej strony, miejsce,
w którym się znajdowała, było wystarczająco dziwne, by zaczęła uznawać
każdy, nawet najmniej prawdopodobny scenariusz, za najzupełniej możliwy.
– Tori? –
rzucił spiętym tonem Carlos. Jego głos wydał się jej przytłumiony i drżący,
co zaskoczyło ją w równym stopniu, co i pobrzmiewająca w nim
troska. – Jesteś tam jeszcze? Wszystko gra?
Przełknęła z trudem.
Podejrzewała, że gdyby powiedziała mu, że właśnie próbowała poruszać się na
oślep, najpewniej by ją wyśmiał.
– T-tak.
Nie miała
pewności, czy jakkolwiek go uspokoiła, zwłaszcza że głos znacząco jej zadrżał. Na
dłuższą chwile znów zapanowała cisza, podczas której wciąż niepewnie posuwała
się naprzód – krok za krokiem, nie chcąc ryzykować, że w pośpiechu mogłaby
na coś wpaść. Co jakiś czas przystawała, nasłuchując i walcząc o zachowanie
zamkniętych oczu. Co prawda każda kolejna sekunda wydawała się sugerować, że traciła
czas i nic tak naprawdę się nie zmieniło, nim jednak zdążyła się nad tym
zastanowić, z impetem na coś wpadła.
Mocniej
chwyciła broń i telefon, by przypadkiem ich nie upuścić. W końcu
otworzyła oczy, by w następnej sekundzie odetchną z ulgą, gdy w zasięgu
jej wzrok nareszcie pojawiły się wieńczące korytarz zamknięte drzwi. Nie dając
sobie czasu na zastanawianie, czy były tam wcześniej, w pośpiechy otworzyła
je i wyślizgnęła się na zewnątrz. Starannie zamknęła je za sobą, opierając
o nie plecami i z uwagą wodząc wzrokiem dookoła.
Widok klatki
schodowej na moment wytrącił ją z równowagi. Ulga przybrała na sile,
chociaż prawie natychmiast zniknęła, gdy do Tori dotarło, że dotarcie do tego
miejsca jeszcze o niczym nie świadczyło. Jak długo błądziła po tym budynku,
wciąż była zagrożona. To, że wciąż nie miała pewności, czego doświadczyła w tamtym
korytarzu, i czy zamykanie oczu miało jakikolwiek sens, również niczego
nie ułatwiało.
– Znalazłam
schody – rzuciła w pośpiechu, natychmiast kierując się ku biegnącym w dół
stopniom.
Choć
chciała chwycić się poręczy, nie ufając sobie na tyle, by bez zastanowienia
ruszyć przed siebie, konieczność odłożenia noża skutecznie wybiła jej ten pomysł
z głowy. Nawet gdyby wsunęła ostrze za pasek spodni, nie czułaby się tak
bezpiecznie, jak trzymając broń w rękach. Nie sądziła, by w razie
konieczności miała czas, żeby po nią sięgnąć. Co prawda chciała wierzyć, że nie
będzie musiała tego sprawdzać, ale rozsądek podpowiadał jej, że to mało
prawdopodobne.
– Uważaj tam
– upomniał ją natychmiast Carlos. – Nie podoba mi się, że jest tam tak
spokojnie. Wydaje mi się, że…
Cokolwiek jeszcze
miał jej do powiedzenia, nie usłyszała reszty jego słów. Gdzieś za plecami
usłyszała melodyjny, kobiety śmiech.
Zanim
zdążyła choćby się odwrócić, czyjeś dłonie zdecydowanym ruchem zepchnęły ją w dół
schodów.
Chyba polubię pisanie oczami Tori. Czekałam na tę postać długo, a jej perspektywa przychodzi mi zadziwiająco lekko. Opinię jak zawsze pozostawiam Wam, zresztą tak jak i w kwestii nowego szablonu, który już od jakiegoś czasu wisi na blogu. Dawno nie zrobiłam czego, z czego byłabym aż tak zadowolona.Bardzo dziękuję za obecność. Na tę chwilę z mojej strony to wszystko, więc do napisania! ^^

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz