Carlos
Usłyszał jej krzyk. To i dziwny,
niepokojący dźwięk, który był w stanie porównać wyłącznie do upadającego ciała.
Machinalnie mocniej ścisnął telefon, jednocześnie przesuwając się do przodu,
jakby w ten sposób mógł cokolwiek działać. Wszystko w nim aż rwało
się, żeby popędzić do Tori i sprawdzić, co się stało, ale istniał jeden,
dość istotny problem – nie miał pojęcia, gdzie powinien jej szukać.
– Victoria?
Vicki! – jęknął, choć dobrze wiedział, że szczerze nienawidziła tego sposobu skracania
swojego imienia. Sęk w tym, że to nie miało znaczenia, przynajmniej w tamtej
chwili. – Co się stało? Co…?
– Dzień
dobry, Carlos.
Zamilkł
momentalnie, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś z całej siły
zdzielił go czymś ciężkim po głowie. Tkwił w bezruchu, bezmyślnie
wpatrując w przestrzeń i bezskutecznie próbując zapanować nad
mętlikiem w głowie. Choć w jakimś stopniu od samego początku brał
taki scenariusz pod uwagę, słysząc znajomy, kobiecy głos, wcale nie poczuł się
uspokojony. Wręcz przeciwnie – nie dowierzał, choć być może powinien poczuć
choć cień ulgi, skoro miał rację.
Nie był w stanie
odpowiedzieć. Wciąż przyciskał telefon do ucha, świadom wyłącznie niemalże
przenikliwej ciszy. Gdzieś w oddali słyszał przyśpieszony oddech Victorii,
a przynajmniej miał nadzieję, że wciąż była cała i żyła. Chciał się
na niej skupić, bardziej niż wcześniej pragnąć zrobić coś, by pomóc tej małej,
ale nie był w stanie.
Nie, skoro
przez telefon zwróciła się do niego Eleonora – albo raczej to, czym teraz się
stała.
– Co…? –
doszło go jakby z oddali.
Wyczuł
ruch, kiedy Michael nagle zmaterializował się u jego boku. Z drugiej
strony, może był tam od samego początku – Carlos nie miał pewności. Prawie
zdążył zapomnieć, że wciąż tkwił w salonie rodzinnego domu, gdzie chwilę
wcześniej słuchał wyrzutów wszystkich wokół. To wszystko zeszło gdzieś na
dalszy plan wraz z telefonem rozhisteryzowanej Victorii. Aż nierealnym wydawało
mu się, że wszyscy posłusznie milczeli, po prostu przysłuchując się, jak instruował
obcą im dziewczynę, próbując na odległość utrzymać ją przy życiu. Bo co? Bo to zbyt ludzkie jak na mnie?,
przeszło mu przez myśl, ale nie potrafił mieć o to do nich pretensji. Nie
potrafił przejąć się naprawdę wieloma kwestiami.
Drgnął,
kiedy Michael spróbował wyjąć mu komórkę z rąk. Dla pewności odsunął się,
ignorując rozgoryczone, zagniewane spojrzenie brata. To wciąż była ostatnia reakcja,
której spodziewał się po tym wampirze – jakiekolwiek oznaki nienawiści, nawet
jeśli podejrzewał, że kiedyś mogłoby do tego dojść – ale nie miał czasu, by się
tym przejmować. Co więcej, nie mógł pozwolić na to, by wszyscy wokół trwali w iluzji.
– Skyler –
powiedział cicho, dosłownie cedząc to imię przez zaciśnięte zęby.
Tak po
prawdzie sam naiwnie liczył, że się pomylił. Mógłby udawać, że to Eleonora –
cała i zdrowa, a przy tym równie prawdziwa, co i Victoria. Problem
polegał na tym, że istniała naprawdę mała szansa, żeby te dwie znalazły się w tym
samym miejscu i czasie, pozostając bez choćby cienia szkody. Po prostu w to
nie wierzył, zwłaszcza że przez minione wieki zdążył doświadczyć dość. Świat
nie był aż tak łaskawy, nieważne jak bardzo pragnęło się, by rzeczywistość
okazała się inna.
Zimny
śmiech, który nagle rozbrzmiał po drugiej stronie, jedynie utwierdził go w tym
przekonaniu. Nie spędził z Eleonorą tyle czasu, ile mógłby, by dobrze ją
poznać, ale jedno było pewne: ta kobieta nigdy nie zareagowałaby w ten
sposób. To brzmiała jak marna parodia jej głosu. Nigdy nie był tak zimny, obojętny
i pełen kpiny, a jednak w tamtej chwili…
Michael
zamarł, wyglądając przy tym tak, jakby zderzył się z jakąś niewidzialną
ścianą. Jego oczy rozszerzyły się w geście niedowierzania, ale Carlos nie
miał czasu, by w tamtej chwili cokolwiek mu uświadamiać albo bawić się w pocieszanie.
Nie żeby był w tym dobry, nie wspominając o tym, że pozostawał jedną z ostatnich
osób, które brat byłby w stanie wysłuchać.
– Ojej… Nie
wydajesz się zaskoczony – westchnęła cicho Skyler. – Liczyłam na jakąś ciekawą
reakcję, ale… Hej, to przecież ty. I chyba powinnam ci podziękować –
stwierdziła pogodnym tonem. – Takiego prezentu się nie spodziewałam.
– Zamknij
się – wyrwało mu się.
Skyler
skwitowała jego słowa ponownym wybuchem śmiechu.
– Niezły
skurwiel z ciebie. Niby wiedziałam już wcześniej, ale dopiero teraz to do
mnie dotarło – ciągnęła, bynajmniej niewzruszona tym, czego mógłby sobie
życzyć. Wręcz przeciwnie, bo Carlos jakoś nie miał wątpliwości, że świetnie
bawiła się jego kosztem. – Uciekaliście księżniczką w takim popłochu, że
aż się za wami kurzyło. A biedną Eleonorą nie zainteresował się nikt… –
dodała, siląc się na troskliwy, łagodny ton głosu, ale wyszło jej to co
najmniej marnie. To, że chwilę później znów parsknęła śmiechem, jedynie
pogorszyło efekt. – Tę małą też znasz? Nie zdziwiłabym się, gdyby była tu dzięki
tobie.
– Skończ
już, Skyler – wtrącił męski głos w tle. – Swoją droga, oszalałaś? Mogłaś
ją zabić! – dodał zniecierpliwionym tonem, a Carlos momentalnie
zesztywniał, nagle zaniepokojony.
Tym razem
wyraźnie usłyszał jęk Tori. To uprzytomniło mu, że żyła, ale wciąż nie
wyjaśniało najważniejszego.
– Daj
spokój. Jeśli skręciłaby kark, spadając ze schodów, to i tak żaden z niej
wampir – żachnęła się kobieta. – Weź ją sobie i idź się bawić, bo
następnym razem nie zamierzam się za nią uganiać. Mamy lepsze zajęcia – dodała,
a potem nagle zwróciła się bezpośrednio do Carlosa: – Ariana w końcu wróciła.
Wszyscy to poczuliśmy.
A potem
bezceremonialnie się rozłączyła.
Cisza,
która nagle zapadła, wręcz ogłuszała. W efekcie nawet dźwięk upadającego
na dywan telefonu, zabrzmiał jak wystrzał z armaty, ale Carlos i tak
nie był w stanie się tym przejąć. Tkwił w bezruchu, wciąż w jednej
pozycji, z każdą kolejną sekundą czując tak, jakby był coraz bliższy, żeby
postradać zmysły. O ile już do tego nie doszło, bo wnioski, które jak na
zawołanie przyszły mu do głowy, zdecydowanie nie należały do optymistycznych.
Jasna cholera, księżniczko…
Był jej
stwórcą. Przemienił ją jako pierwszy, choć to Eleonora dopełniła formalności.
Do tej pory o tym nie myślał, ale prawda była taka, że niejako podzielili
się prawami do dziewczyny. Taak… Prawami,
pomyślał z przekąsem, z łatwością będąc w stanie, jak na taką
sugestię zareagowałaby sama zainteresowana. Sęk w tym, że właśnie tak
było, choć ratując Alyssę, zdecydowanie nie brał takiej możliwości pod uwagę.
Później interwencja Eleonory była mu nawet na rękę, zwłaszcza że nie miał czasu
niańczyć nowo narodzonej wampirzycy. Być może to czyniło z niego największego
na świecie ignoranta, ale nic nie był w stanie na to poradzić. Nigdy nie
powiedział, że nadawał się na czyjegokolwiek stwórcę, a tym bardziej
mentora. Właśnie dlatego zaangażował w to braci, choć żadne z nich
nie przewidziało, że sprawy skomplikują się aż do tego stopnia.
Problem
polegał na tym, że teraz podzielona więź z Alyssą, mogła okazać się gwoździem
do trumny. Skoro on powinien ją wyczuć, to znaczyło, że Eleonora…
– Carlos –
doszło go jakby z oddali. Aż wzdrygnął się, kiedy na jego ramionach
bezceremonialnie zacisnęły się dłonie Michaela. Brat kolejny raz wydał mu się
co najmniej dziwny, przypominając bardziej desperata, aniżeli ostoję spokoju, z którą
zazwyczaj utożsamiał go Carlos. – Co to było? Eleonora… – zaczął, ale wampir
jedynie potrząsnął głową.
– Ani trochę
– uciął stanowczo. Może to było okrutne, ale nie mógł pozwolić mu żyć w iluzji.
– Później o tym porozmawiamy, o ile dalej będziesz chciał mnie
widzieć na oczy. Na razie muszę iść.
– Ale…
Nie
zareagował, w zamian zdecydowanie odsuwając od siebie brata. Odcięcie się
od emocji przyszło mu z łatwością, zwłaszcza że w tamtej chwili
koncentrował się przede wszystkim na Alyssy. Jakaś jego cząstka martwiła się
jeszcze o Tori, ale w tej sytuacji nie był w stanie jej pomóc. Jeden dramat na raz, zadecydował i choć
nie czuł się z tym dobrze, to była jedyna sensowna taktyka, jaka przyszła
mu do głowy. Nie mógł sobie pozwolić na załamywanie rąk i czekanie, aż
cokolwiek skomplikuje się jeszcze bardziej.
Wyczuł, że
Michael chciał go zatrzymać. Może to był szok, a może coś innego, ale już
nie wyglądał na chętnego, żeby wyrzucić Carlosa z domu. Jeszcze kwadrans
wcześniej wampir byłby za to wdzięczny, natychmiast wykorzystując okazję, żeby
raz jeszcze spróbować się wytłumaczyć, ale w tamtej chwili nie było na to
czasu. Musiał znaleźć Alyssę i to natychmiast.
– Zostańcie
tu – rzucił na odchodne. Zwracał się na Jasona i Nadii, choć nie był w stanie
zdobyć się na spojrzenie któremukolwiek z nich w twarz. Michaelowi
tym bardziej. – I nie róbcie nic głupiego, do diabła! Pogadamy, kiedy
wrócę.
Z jakiegoś
powodu te słowa zabrzmiały jak kłamstwo, ale nie dbał o to. Na pewno
zamierzał wrócić, choć jakakolwiek rozmowa nie była szczytem jego marzeń. Po
prawdziwe po raz kolejny miał ochotę rzucić to wszystko w cholerę i ewakuować
się. Nie bez powodu długie lata unikał rodzinnego domu, z czystym
sumieniem wycofując się za każdym razem, gdy sprawy przybierały nieoczekiwany
obrót. Podejrzewał, że taka ucieczka przed odpowiedzialnością jednak czyniła go
tchórzem, ale co tak naprawdę mógł z tym zrobić? Jak długo nie angażował
się emocjonalnie, wszystko było w porządku.
A teraz po
raz kolejny spierdolił.
Na dworze
już zaczynało robić się jasno. Zaklął pod nosem, mimo wszystko biegiem ruszając
przed siebie. Próbował trzymać się w cieniu rzucanym przez drzewa, ale to i tak
było zaledwie półśrodkiem, który prędzej czy później miał zawieść. Carlos
zdecydowanie nie miał ochoty sprawdzać, czy jego organizm reagował z blaskiem
dnia, zresztą wewnętrzny opór, który jak na zawołanie poczuł, wydawał się mówić
sam za siebie. Wszystko w nim krzyczało, że powinien znaleźć sobie jakąś
kryjówkę, zanim zdradzieckie słońce ostatecznie odetnie mu wszystkie drogi
ucieczki, ale nie miał na to czasu.
Obejrzał
się przez ramię, z powątpiewaniem spoglądając na dom. Jase mnie zabije, pomyślał, z westchnieniem zawracając i wpadając
wprost do garażu. Podświadomie wciąż czekał, aż ktoś spróbuje go zatrzymać, ale
– na całe szczęście – nic podobnego nie miało miejsca. Reakcja Jasona na to, że
mógłby ruszyć jego samochód, również nie wydała się Carlosowi szczególnie
niepokojąca ceną za decyzję, którą podjął. Brat i tak przejawiał mordercze
odruchy.
Teraz
największym problemem pozostawało odnalezienie Alyssy. Albo Ariany, bo słowa
Skyler dały mu do myślenia. Podświadomie pragnął wierzyć, że demonica go
prowokowała, ale obawiał się, że to nie było takie proste. Skoro nie tylko była
powiązana z Lucyferem, ale teraz na dodatek dysponowała ciałem kogoś, kto
był związany z księżniczką na poziomie wampir-stwórca…
Zaklął pod
nosem. Jeszcze tego mu brakowało.
Odpalenie
samochodu bez kluczyków okazało się dziecinnie proste. Poczuł ulgę, kiedy
wyjechał na ulicę, w duchu modląc o to, by przyciemniane szyby
samochodu okazały się wystarczającą osłoną. Z jednej strony Jason raczej
wiedział, co robi, kiedy zdecydował się na taki dodatek, zresztą stan
Waszyngton nie należał do najsłoneczniejszych na świecie, ale z drugiej
strony…
– Gdzieś ty
znowu wybyła, księżniczko? – mruknął sam do siebie.
Przez myśl
przeszło mu, że najpewniej tracił zmysły, skoro rozmawiał ze sobą, ale nie
potrafił się tym przejąć. W tamtej chwili był w stanie skupić się
tylko na jednym, gorączkowo szukając odpowiedzi na dręczące go pytanie.
A potem
uprzytomnił sobie, że najpewniej wiedział.
Istniało
tylko jedno miejsce, które mógł sprawdzić.
~*~
To nie był pierwszy raz, kiedy
zdecydował się dostać do pokoju Mary oknem. Rozsądek podpowiadał mu, że
najpewniej upadł na głowę, a wkradanie się do czyjejkolwiek sypialni o świcie,
na dodatek w miejscu, gdzie w każdej chwili mógł zauważyć go ktoś
niepowołany, było najgłupszym pomysłem na świecie. Sęk w tym, że nic
sensowniejszego nie przychodziło wampirowi do głowy, a Carlos zdecydowanie
nie miał cierpliwości biegać po schodach, a potem kulturalnie pukać i czekać,
aż dziewczyna łaskawie mu otworzy.
Wręcz nie
do pomyślenia wydało mu się, że dopiero co odprowadzał Mary z pracy. Od
tamtej chwili minęło zaledwie kilka godzin, ale Carlosowi nagle wydało się to
całą wiecznością. Już wtedy podejrzewał, że w domu czeka go mały Armagedon,
ale nawet nie brał pod uwagę, że wszystko mogłoby skomplikować się aż tak.
Gdyby już wtedy wiedział, że Alyssa uciekła, do razu poszukałby w akademiku,
ale w tym wypadku…
Załomotał w szybę
– mocno, licząc się z tym, że Mary mogłaby spać. Tym razem nie zamierzał
się zakradać, aż nazbyt wyraźnie dając znać o swojej obecności. Nie miał
czasu, nie tylko przez wzgląd na szybko narastającą jasność, ale przede
wszystkim obawy o Ali. Księżniczko,
zabiję cię. Przysięgam, że osobiście to zrobię, westchnął w duchu, choć
nie był w stanie zapomnieć, że tak naprawdę zawinił w równym stopniu,
co i ona. O ile nie bardziej.
– Co do…?
Jasna cholera, powaliło cię!
Głos Mary
skutecznie wyrwał go z zamyślenia. Jej twarz nagle pojawiła się po drugiej
szyby, blada i rozespana. Ciemne włosy miała w nieładzie, a cienie
pod oczami jasno dały mu do zrozumienia, że najpewniej dopiero co położyła się
spać. Co więcej, w tamtej chwili patrzyła na niego jak na ostatniego
kretyna, co wcale nie wydało mu się takie dziwne, skoro jak gdyby nigdy nic
przesiadywał na jej parapecie.
– Nie
gadaj, tylko otwieraj. To nie jest najwygodniejsze miejsce na świecie! –
zniecierpliwił się.
Drgnęła,
jakby dopiero w tamtej chwili uprzytomniła sobie, że zamiast działać, po
prostu bezmyślnie się na niego gapiła. Natychmiast wślizgnął się do środka,
ledwo tylko dała mu po temu sposobność. Natychmiast wpadł do pokoju, ignorując
wciąż oszołomioną dziewczynę. Wzrokiem bezceremonialnie powiódł dookoła, gotów przetrząsnąć
pokój w całości, choć już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że Mary
była sama.
– Cholera…
Jasna cholera – wymamrotał gniewnie.
– Dziękuję bardzo
– mruknęła chmurnie Mary. – Trudno mi po nocce wyglądać kwitnąco, więc… Co ty
właściwie tutaj robisz?! – zniecierpliwiła się.
Nawet na
nią nie spojrzał.
– Księżniczki
tutaj nie ma? – zapytał wprost.
Może poszła
do łazienki. Tak, istniała taka możliwość, skoro nie widział żadnych
dodatkowych drzwi w pokoju. Jak ją znał, to od powrotu do domu wypłakiwała
sobie oczy, a skoro tak…
– Alyssy? –
Mary potrząsnęła głową. – Nie mów, że zniknęła. Powiedziałeś…
– Jakbym
wiedział, gdzie ona jest, to nie byłoby mnie tutaj! – zniecierpliwił się, momentalnie
tracąc nad sobą kontrolę.
Mary
otworzyła i zaraz zamknęła usta. Wyglądała na chętną, żeby coś powiedzieć,
ale z jakiegoś powodu powstrzymała się. W zamian momentalnie
spoważniała i – choć wciąż przy tym blada i wyraźnie wymęczona –
spojrzała na niego w o wiele bardziej świadomy, skupiony sposób. Rozpoznał
to spojrzenie i jej wyraz twarzy, jakże mocno kojarzące mu się z determinacją,
której doszukał się w jej zachowaniu, gdy spotkali się po raz pierwszy. To
była ta sama dziewczyna, która była gotowa wykłócać się z zagniewanym
krwiopijcą, byleby tylko spróbować ochronić swoją przyjaciółkę.
– Spróbuję
do niej zadzwonić – oznajmiła w końcu Mary. – Tak, podejrzewam, że
próbowałeś – dodała pośpiesznie, podchwyciwszy jego minę. – Ale ja to co
innego. Jak znam życie, znów mogłeś ją czymś wkurwić, więc nie dziw się, że
teraz nie odbiera.
Carlos
jedynie prychnął, nie pierwszy raz porażony bezpośredniością, z jaką ta
dziewczyna próbowała się do niego zwracać. Uśmiechnął się w nieco wymuszony,
gorzki sposób, choć Mary nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi. Wydawała się
całkowicie obojętna na to, że w jej pokoju znajdował się wampir, na
dodatek wzburzony. Co prawda słyszał, że jej serce waliło jak młotem, ale nie
sądził, by to było objawem strachu. Jeśli już czegoś się bała, to tylko i wyłącznie
o Alyssę.
Miał
wrażenie, że zdecydowanie zbyt długo zajęło Mary wyjęcie telefonu i wybranie
odpowiedniego numeru. Z trudem powstrzymał sfrustrowane warkniecie, kiedy
dziewczyna nagle zaczęła krążyć tam i z powrotem, wciąż przyciskając komórkę
do ucha. W tamtej chwili wydała mu się zdecydowanie zbyt ruchliwa i pobudzona,
w niczym nie przypominając kogoś zmęczonego po pracy. W zasadzie
wyglądała na zdolną do tego, by w razie potrzeby przestawić cały akademik.
– Cholera –
usłyszał i to wystarczył, by zorientować się w czym rzecz.
– Cóż… – Na
ustach Carlosa pojawił się nieco cyniczny uśmieszek. – Albo jednak coś się
stało, albo na ciebie również jest zła.
Gdyby wzrok
zabijał, jak nic miałaby go na sumieniu. Nie żeby podejrzewał, że mogłaby czuć
się z tym źle. Wręcz przeciwnie – sądził raczej, że Mary zakończyłaby jego
żywot z wielką przyjemnością.
– Nie
denerwuj mnie – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Rany Boskie, co wyście
znowu… Szlag. – Energicznie potrząsnęła głową. Włosy już i tak miała w nieładzie,
zmierzwione i poplątane. – To wszystko twoja wina. Jeśli coś jej się
stanie…
– Przestań
mnie obwiniać, tylko lepiej pomyśl, gdzie może być. Ostatnio z problemem
przyleciała do ciebie. Jeśli nie tutaj, gdzie miałaby pójść?
– Skąd ja
to mam, do jasnej cholery…?
Urwała, co
przyjął z ulgą, bo krzyki zdecydowanie nie miały poprawić ich sytuacji.
Mógł zrozumieć, co zadecydowało o tym, że Mary ciskała się na prawo i lewo,
ale i tak nie był w stanie spokojnie tego obserwować. Jej zachowanie
sprawiło, że jemu również trudniej było nad sobą zapanować. Świt też dawał mu
się we znaki, stopniowo podsycając zmęczenie. Sęk w tym, że to zdecydowanie
nie był najlepszy moment na to, by położyć się spać.
Obserwował Mary,
kiedy ta gorączkowo zaczęła zastanawiać się nad odpowiedzią. Nie miał pojęcia,
jakim cudem w ogóle doszło do tego, że nagle jego jedyną deską ratunku
stałą się irytująca, w pełni ludzka przyjaciółka Alyssy, ale to nie miało
znaczenia. Nie był w stanie wskazać żadnej innej osoby, która miałaby
szansę wiedzieć, gdzie szukać tej dziewczyny. W tamtej chwili wszystko
wydawało się lepsze niż nic, choć i tak miał ochotę porządnie potrząsnąć Mary,
by wymóc na niej szybsze podjęcie decyzji.
– Nie wiem –
oznajmiła w końcu, a Carlos mimowolnie pomyślał, że za moment trafi
go szlag. To było ostatnią odpowiedzią, której oczekiwał. – Ali nie miała tu nikogo
innego. Ona… Zwłaszcza w ostatnim czasie nie była już sobą, ale to też twoja
wina.
– Zwalanie
na mnie winy idzie ci świetnie.
– A co
innego mam robić?! Gdybyś jej nie tknął… – zaczęła, ale Carlos nie dał jej
okazji, żeby dokończyła.
W ułamku
sekundy doskoczył do dziewczyny, w zdecydowanie niedelikatny sposób
chwytając ją za ramiona i przyciskając do ściany. Gniewnie spojrzał na
nią, instynktownie wysuwając kły. Dostrzegł cień przerażenia w jej oczach i to
wystarczyło, by poczuł swego rodzaju ponurą satysfakcję. Powinna się bać. Nie
miał czasu, by przypominać jej, z kim tak naprawdę miała do czynienia, ale
to okazało się silniejsze od niego. Od jakiegoś czasu doprowadzała go do szału,
skutecznie igrając z jego nerwami. Pozwalał jej na zbyt dużo, ale teraz…
– Gdybym
jej nie tknął – oznajmił chłodno – byłaby martwa. Czegokolwiek byś mi nie
zarzuciła…
Dlaczego
właściwie się przed nią tłumaczył? Nie była osobą, wobec której czułby się do
tego zobowiązany. Nie musiał się wysilać, a jednak…
Coś w spojrzeniu
Mary sprawiło, że zamilkł. Przez dłuższą chwilę trwali w ciszy, wzajemnie mierząc
się wzrokiem. Patrzyła mu w oczy, choć czuł, że pragnęła uciec spojrzeniem
gdzieś w bok – z tym, że kolejny raz okazała się na to zbyt dumna.
Głupia dziewczyna…, pomyślał niemalże z rozczarowaniem.
A potem ciszę
przerwało głośne łomotanie do drzwi i całe napięcie zniknęło.
No i w końcu jest rozdział! Tłumaczyłam się już pod innymi opowiadaniami, ale powtórzę również tutaj: zaczęłam pracę i ostatni miesiąc po prostu mi uciekł. Dopiero teraz odnalazłam się na tyle, by pisać w miarę regularnie, ale nie ma tego złego. Dzisiaj za to oddaję Wam coś, z czego jestem jak najbardziej zadowolona, choć ostateczną opinię pozostawiam Wam.Dziękuję wszystkim, którzy czekali. Tak więc z mojej strony to tyle i do napisania! ^^

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz