Alyssa
Gniewne, zwierzęce warknięcie,
które nagle wyrwało się z ust Doriana, zdezorientowało nawet na wpół
przytomną Alyssę. Dziewczyna zamarła, na moment przestając walczyć o wyzwolenie
z żelaznego uścisku. Ciało już i tak zaczynało się poddawać,
jakby podświadomie wiedziała, że toczy z góry skazaną na przegraną walkę.
Kimkolwiek był stojący przed nią mężczyzna, na pewno nie należał do normalnych ludzi;
w zasadzie w pewnym momencie zwątpiła w to, czy w ogóle był
człowiekiem, chociaż taka myśl wydawała się być nierealna.
Od braku
tchu i niemożności zaczerpnięcia powietrza, zaczynało jej się kręcić
w głowie. Krztusiła się, obolała i coraz bliższa omdlenia, chociaż
z jakiegoś powodu uparcie nie była w stanie stracić przytomności. Umrę, uświadomiła sobie, ale ta myśl nie
wywołała w niej lęku. To jedno słowo było jakby wypisane na kartce papieru
– czytała je, pokornie przyjmując do wiadomości. Być może była w szoku,
ale uznała, że tak jest lepiej. Nie chciała się bać, a tym bardziej
pozwolić sobie na żałowanie którejkolwiek z podjętych decyzji. Wtedy
musiałaby przyznać, że wpakowała się w kłopoty z własnej woli,
zachowując się w najgłupszy z możliwych sposobów, a umieranie ze
świadomością popełnionych błędów zdecydowanie nie było szczytem marzeń.
Najgorsze
w tym wszystkim było to, że nie miała pojęcia, dlaczego to musiało się
stać. Balansowała gdzieś na granicy życia i śmierci, chociaż nie była na
to gotowa, a tym bardziej nie wiedziała czym podpadła duszącemu ją mężczyźnie. Gdyby przynajmniej w jakiś sposób mu się naraziła, może wszystko byłoby łatwiejsze. Gdyby tylko zrozumiała…
Nieludzko
piękna twarz oprawcy zaczynała rozmazywać się przed jej oczami. Alyssa czuła
się trochę tak, jak w jednym z tych swoich pokrętnych snów, kiedy
zapadała się w ciemność. Pod wpływem impulsu zamknęła oczy, nagle marząc ni
mniej, ni więcej, niż o zapadnięciu się w pustkę. Gdyby zaczęła
spadać, poczułaby się bezpieczniej. Spadanie było czymś znajomym i bliskim,
było… spokojne.
Spokojna
śmierć. Tylko tego chciała, tylko tego pragnęła…
Kolejne
dzikie warknięcie doszło jakby z oddali, przytłumione niczym próbujący
dotrzeć pod wodę dźwięk. Mimo osłabienia i tego, jak niewiele brakowało,
by straciła przytomność, również tym razem nieludzki odgłos oszołomił ją do
tego stopnia, że znalazła w sobie dość siły, by otworzyć oczy. Twarz Doriana
zamajaczyła zaledwie kilkanaście centymetrów od jej własnej. Blada, skupiona,
zimna i tak pewna siebie, jakby zabijanie było dla niego czymś równie
naturalnym, co dla niej oddychanie – to wszystko samo w sobie wydawało się
nie do pojęcia, jednak najbardziej oszołomiły ją jego tęczówki. Wcześniej
brązowe, barwy błota, nagle zabłysły szkarłatem, dokładnie w ten sam
sposób, co wcześniej u tej młodej dziewczyny.
Właśnie
wtedy wszystko potoczyło się błyskawicznie. Dorian nagle zesztywniał, po czym
oderwał wzrok od jej twarzy, żeby obejrzeć się za siebie. Nie poluzował uścisku
na gardle, jednak to nie miało znaczenia, bo ten i tak w jednej
chwili zelżał. Wraz z kolejnym dzikim warknięciem i hukiem, który
przypominał trochę dźwięk zderzających się ze sobą skał, Dorian najzwyczajniej w świecie
zniknął. Alyssa ciężko osunęła się na kolana, kaszląc i walcząc o oddech,
nawet mimo oszałamiającego bólu, kiedy powietrze zaczęło trzeć o jej
obolałe gardło. Wciąż mała wrażenie, że za moment straci przytomność, ale
znalazła w sobie dość samozaparcia, żeby przynajmniej spróbować do tego
nie dopuścić. Oddychała spazmatycznie, drżącymi dłońmi masując szyję i rozkoszując
się tlenem, niczym topielica, której jakimś cudem w ostatniej chwili udało
się wypłynąć na powietrze.
Ktoś cicho
zaklął, a chwilę później cisza nocy po raz kolejny została przerwana, tym
razem przez ogłuszający dźwięk pękającego drewna. Ziemia zadrżała w posadach,
wytrącając Alyssę z równowagi. Upadła twarzą na trawę, zbyt
zdezorientowana, żeby w porę wyciągnąć przed siebie ręce. W przypływie
paniki natychmiast spróbowała się podnieść, ale zdołała jedynie podeprzeć się
na łokciach i rozejrzeć dookoła. Widok powalonego drzewa, leżącego
zaledwie dziesięć metrów od niej, całkiem ją zdezorientował, jednak to był
dopiero początek. Kolejny pniak złamał się z trzaskiem, zupełnie jakby był
zapałką albo kruchym wafelkiem, a nie podstawą potężnego, wiekowego dębu.
– To było
cholernie nieprzyjemne! – usłyszała czyjś zagniewany głos; jakaś postać mignęła
Ali przed oczami, przyczajona niczym dzikie zwierzę.
Kiedy
przyjrzała się uważniej, dostrzegła ciemnowłosego mężczyznę, o równie
olśniewającej urodzie, co i Dorian. W mroku nie była w stanie
dostrzec zbyt wiele, ale zdążyła zauważyć nienaturalną bladość skóry oraz
krwisty błysk oczu nieznajomego. Szatyn uniósł dłoń i niedbale zaczął
strzepywać odłamki drewna z opinającej jego ramiona, skórzanej kurtki.
Lekko skrzywił się, po czym musnął palcami bok, jakby martwił się o stan
swoich żeber, jednak nawet jeśli odczuwał jakiś dyskomfort, nie dał niczego po
sobie poznać. Gdyby nie to, że taka myśl wydawała się idiotyczna, Alyssa
doszłaby do wniosku, że to pod jego ciężarem potężny dąb zakończył swój żywot.
Mężczyzna
nagle rozmył się w powietrzu, zamieniając w różnobarwną smugę, kiedy
z zawrotną prędkością odskoczył do tyłu, materializując się dobrych kilka
metrów dalej. Ali z niedowierzaniem spojrzała na Doriana, który znikąd
pojawił się w miejscu, gdzie jeszcze chwilę wcześniej stał jej wybawiciel.
Teraz gniewnie zaciskał dłonie w pięści, łypiąc na prawo i lewo, być
może w poszukiwaniu dziewczyny – Chloe – którą widziała wcześniej.
Z jakiegoś powodu ta myśl wydała się niepokojąca, dlatego dla pewności
rozejrzała się dookoła, nigdzie jednak nie widziała nieznajomej. Być może była
w szoku, bo strach przed nastolatką raczej nie był czymś normalnym, ale
w obecnej sytuacji wszystko wydawało się możliwe – nawet to, że kolejna istota,
której oczy lśniły przerażającą czerwienią, tylko czekała na to, żeby ją
zaatakować.
Alyssa
zadrżała, kiedy Dorian i szatyn po raz kolejny rzucili się na siebie.
Teraz już nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, że nie ma do
czynienia z ludźmi, zwłaszcza, że obaj mężczyźni poruszali się w tak
niesamowity sposób, że ledwo za nimi nadążała. Dwie nacierające na siebie smugi
kolorów raz po raz pojawiały się i znikały, przyprawiając ją o zawroty
głowy. Takich rzeczy nie oglądało się na co dzień, na dodatek w przekonaniu,
że to może być ostatni widok w jej życiu. Jakby tego było mało,
przynajmniej kilka razy miała wrażenie, że słyszy trzaski, które z jakiegoś
powodu przywiodły dziewczynie na myśl dźwięk pękających kości, jednak prawie
natychmiast odrzucała od siebie tę i podobne możliwości; już i tak
miała wrażenie, że za moment zwymiotuje, a więcej by nie zniosła.
Jedna ze
smug zwolniła, a oczom Alyssy po raz kolejny ukazał się ciemnowłosy
mężczyzna, który dopiero co ją uratował. Nawet z tej odległości widziała,
że jest niezwykle przystojny, chociaż wyraz opanowania i zimnej furii,
którą wyrażały jego oczy, przyprawił ją o dreszcze. Bez wątpienia powinna
być wdzięczna za to, że wciąż oddychała, ale obserwując swojego wybawcę,
momentalnie zwątpiła w to, czy jego intencje są o wiele lepsze od
tego, co planował jej niedoszły zabójca.
Dorian
zaatakował po raz kolejny, ale i tym razem brunet okazał się szybszy.
Natychmiast odskoczył, po czym celnym kopnięciem w klatkę piersiową posłał
przeciwnika na kolejne drzewo. Tym razem na własne oczy mogła się przekonać,
jak konar pęka pod ciężarem Doriana – a potem jeszcze trzy kolejne drzewa,
niczym domino przewracając się jedno na drugie.
Kiedy po
tym wszystkim mężczyzna jak gdyby nigdy nic zerwał się na równe nogi, Alyssa
poczuła, że to zdecydowanie ponad jej nerwy.
To się nie dzieje naprawdę. To się nie
dzieje…
Powtarzając
to jedno zdanie niczym mantrę, zaczęła powoli czołgać się do tyłu. W pośpiechu
uderzyła o coś nogami i wzdrygnęła się, gotowa zacząć krzyczeć, ale
kiedy obejrzała się za siebie, odkryła, że to po prostu kolejne drzewo. Wciąż
trzymając się blisko ziemi, ostrożnie wyminęła przeszkodę, modląc się w duchu,
żeby walczący mężczyźni nie zwrócili najmniejszej uwagi na jej zniknięcie. Trzęsąc
się przy tym, niepewnie usiadła, dla pewności opierając się plecami o szorstką
korę i przez dłuższą chwilę kompletnie nie ufając własnemu ciału. W głowie
miała kompletną pustkę, ale za wszelką cenę starała się ułożyć w myślach
jakiś sensowny plan działania.
Była
dziennikarką – a dziennikarz musiał myśleć praktycznie, nawet w tak
chorej sytuacji.
Drżącymi
dłońmi podniosła z ziemi zawieszoną na nadgarstku torebkę. Nie była pewna
jakim cudem nie zgubiła jej w całym tym zamieszaniu, ale teraz nie
zamierzała się nad tym zastanawiać. Natychmiast rozpięła zamek, próbując
odszukać telefon, ale jak na złość nie była w stanie znaleźć niczego, co
chociaż trochę przypominałoby komórkę. Sfrustrowana, natychmiast odwróciła
torebkę do góry dnem i wytrząsnęła zawartość na trawę, błędnym
wzrokiem wodząc po kolejnych przedmiotach.
– Gdzie
jesteś? Do cholery, gdzie… – wymamrotała, coraz bliższa płaczu. Na oślep
błądziła dłońmi dookoła, zbyt zdenerwowana, żeby skupić na czymkolwiek wzrok. –
Tak!
Niedbale zgarnęła
zalegające na trawie rzeczy z powrotem do torebki, przewiesiła ją sobie
przez ramię i ściskając telefon, znalazła w sobie dość siły na to,
żeby stanąć na nogi. Krótko zerknęła na wyświetlacz i skrzywiła się,
widząc zaledwie jedną kreskę zasięgu, jednak prawie natychmiast doszła do
wniosku, że to lepsze niż nic. Grunt, że w ogóle mogła liczyć na jakąkolwiek
możliwość kontaktu, ale w obecnych warunkach próba dzwonienia gdziekolwiek
i tak nie wchodziła w grę. Wciąż ściskając w dłoni komórkę,
zrzuciła szpilki, nie chcąc ryzykować upadku, gdy niewiele myśląc rzuciła się
do ucieczki, przez cały czas mając wrażenie, iż za moment potknie się o własne
nogi i wszystko zepsuje. Mięśnie jej drżały, a serce waliło jak
oszalałe, ale Alyssa nie zamierzała poddać się słabości, w przypływie
desperacji gotowa zrobić wszystko, byleby przeżyć.
Musiała
uciec. Musiała zawiadomić policję. Musiała…
Gdzieś za
plecami usłyszała kolejną serię warknięć, czyjś pełen bólu i gniewu krzyk,
a potem całą wiązankę raniących uszy przekleństw. Kiedy na dodatek rozległ
się dźwięk tłuczonego szkła, a potem do jej umysłu wdarł się przenikliwy
dźwięk alarmu, uświadomiła sobie, że walczący najprawdopodobniej uszkodzili
samochód.
Szkoda, pomyślała i zapragnęła
roześmiać się histerycznie. Dobry Boże, zamiast skupić się na tym, żeby walczyć
o życie, przejmowała się tym, że mercedes mógł ucierpieć? Przecież i tak
nie byłaby zdolna do tego, żeby do niego dotrzeć, a tym bardziej odjechać,
nie wspominając już o tym, że nawet nie miała pewności, czy kluczyki
zostały w stacyjce.
Nie była
pewna, jak daleko udało jej się odbiec, zanim palenie w płucach i drżenie
mięśni zmusiło ją do tego, żeby zwolnić i przynajmniej na moment się zatrzymać.
Jedną dłoń wspierając na udzie, uniosła telefon i aż krzyknęła z radości,
widząc, że zasięg wzmocnił się o kolejne dwie kreski. Wciąż znajdowała się
w samym środku lasu, otoczona przez drzewa, nie mając najmniejszego
pojęcia, gdzie się znajduje, ale nie dbała o to. Nie myślała również
o tym, jak beznadziejnie zabrzmią jej wyjaśnienia, kiedy zacznie pleść
trzy po trzy na temat dwóch walczących mężczyzn o bladych cerach i jarzących
się na czerwono oczach, którzy potrafili złamać sobą nawzajem drzewo i na
dodatek wyjść z tego cało.
Drżącymi
dłońmi wystukała numer, wcześniej myląc się dwukrotnie. Za trzecim razem
w końcu usłyszała sygnał łączenia, a chwilę później trzask odebranego
połączenia.
–
Dziewięćset jedenaście, słucham? – doszedł ją opanowany głos operatorki.
Sztuczność wyćwiczonych już słów wydawała się obiecująca.
– Pomocy… –
zaczęła, a przynajmniej spróbowała, bo głos miała w opłakanym stanie.
Odchrząknęła, obojętna na ból i suchość w gardle, bezskutecznie
próbując jakoś zapanować nad tonem i własnym ciałem. – Potrzebuję pomocy.
Jestem…
Telefon
bezceremonialnie został wyrwany z jej dłoni. Krzyknęła i odskoczyła
do tyłu, oszołomiona pojawieniem się ciemnowłosego mężczyzny – tego samego,
który wcześniej odepchnął od niej Doriana. Wciąż zdezorientowana, uprzytomniła
sobie, że czerwień jego oczu przygasła na rzecz bardziej przystępnego,
mlecznego brązu. Nieznajomy uważnie mierzył ją wzrokiem, samym tylko
spojrzeniem mrożąc krew w żyłach i przyprawiając o palpitacje
serca.
– Halo? –
Do głosu operatorki wkradła się wątpliwość. – Jest pani tam? Proszę…
Alyssa
nigdy nie miała usłyszeć zakończenia wypowiedzi, bo w tym samym momencie
mężczyzna bezceremonialnie zmiażdżył telefon w dłoni. Dźwięk pękającej
obudowy zabrzmiał dziwnie płasko i jakby z oddali, będąc niczym
w porównaniu z wcześniejszymi warknięciami, hukami i trzaskami
łamanych drzew.
– Całkiem
już zgłupiałaś? – zapytał z rozdrażnieniem mężczyzna, rozluźniając uścisk
i odrzucając od siebie to, co zostało z telefonu Ali. Drobne odłamki
i części wewnętrznego mechanizmu cicho opadły na trawę. – Wierz mi,
złotko, że policja jest ostatnim, czego oboje potrzebujemy.
– Nie
zbliżaj się! – Machinalnie cofnęła się o krok. – Przysięgam, podejdź do
mnie jeszcze bliżej, a wtedy…
Przystojną
twarz bruneta rozjaśnił kpiarski uśmiech.
– Wtedy co?
– zadrwił, wywracając oczami. – Spróbujesz mnie kopnąć, czy zemdlejesz? Dla
twojego własnego bezpieczeństwa sugerowałbym ci to drugie.
Fakt, że
najwyraźniej dobrze bawił się jej kosztem, zirytował ją do tego stopnia, że
przez ułamek sekundy miała ochotę uderzyć go w twarz. Oczywiście zdawała
sobie sprawę z tego, że to raczej nie najlepszy pomysł, ale była gotowa
zrobić wszystko, byleby zniknął ten irytujący uśmieszek.
Mężczyzna
przesunął się ku niej, ale nie zamierzała pozwolić mu się do siebie
zbliżyć. Pod wpływem impulsu odwróciła się na pięcie, po czym rzuciła się do
ucieczki, chociaż podświadomie wiedziała, że to nie ma najmniejszego sensu.
Gdzieś za plecami usłyszała rozdrażnione sapnięcie, ale nie zwróciła na nie
najmniejszej uwagi. Nie zdążyła nawet mrugnąć, a tuż obok niej przemknęła
znajoma jej już, rozmazana smuga, kiedy brunet wyminął ją i zagrodził jej
drogę.
– Naprawdę?
– zapytał z kolejnym teatralnym westchnieniem. – Jestem szybszy. Zdawało
mi się, że tyle zdążyłaś już zaobserwować.
– Daj mi
spokój! – warknęła, odwracając się po raz kolejny; skręciła w lewo, ale
i tym razem brunet pojawił się przed nią. – Zostaw mnie! – jęknęła, coraz
bardziej podenerwowana i zdesperowana.
Odpowiedziało
jej urażone, pełne niedowierzania westchnienie. Dając sobie spokój z kolejnymi
próbami ucieczki, Alyssa zaczęła się cofać, w duchu modląc się, żeby
mężczyzna w końcu został na swoim miejscu i więcej nie próbował się
do niej zbliżać. Niestety, facet miał najwyraźniej skłonność do robienia innym
na przekór, bo bez chwili wahania – wciąż uśmiechając się w ten
niepokojący sposób – ruszył naprzód, sprawiając, że czuła się tak,
jakby brała udział w idiotycznej, pozbawionej sensu grze, której nie miała
prawa wygrać. Kiedy ona się cofała, on robił krok do przodu, przez co dzieląca
ich odległość pozostawała wciąż taka sama.
Co powinna
była zrobić? Machinalnie zacisnęła dłonie w pięści, zastanawiając się, co
takiego stałoby się, gdyby jednak spróbowała się na niego rzucić. W najlepszym
wypadku może zdołałaby złamać mu nos, chociaż bacząc na to, że nawet drzewa
ustępowały pod ciężarem jego ciała, pewnie raczej pogruchotałaby sobie kości,
nie czyniąc mu przy tym żadnej krzywdy. W zasadzie wątpiła, żeby zdołała
się zbliżyć do niego chociażby na milimetr, bo albo by uskoczył, albo – znów
poruszając się w niemożliwie szybki sposób – pochwyciłby ją w pasie,
zanim zdecydowałaby się, co takiego powinna zrobić.
Aż zaparło
jej dech, kiedy uderzyła plecami o konar drzewa. Przywarła do chropowatej
powierzchni, wciąż zaciskając dłonie w pięści i to tak mocno, że
poczuła ból wbijających się w skórę paznokci. Zauważyła, że ciemne
tęczówki mężczyzny na ułamek sekundy spoczęły na rękach dziewczyny, a oczy jakby
pociemniały w odpowiedzi na kropelki krwi, które pojawiły się na bladej skórze. Co prawda od razu nad sobą zapanował i teraz wodził
wzrokiem po całej sylwetce, dosłownie pożerając ją wzrokiem, ale i tak
nogi omal nie odmówiły jej posłuszeństwa, kiedy podchwyciła jego wygłodniałe
spojrzenie.
– Kim
jesteś? – zapytała, zadając pierwsze pytanie, które przyszło jej do głowy.
W ten sposób było łatwiej, poza tym miała przynajmniej pozorne wrażenie
tego, że chociaż w niewielkim stopniu panuje nad sytuacją.
– To zależy
– odparł, ostrożnie dobierając słowa. – Mogę być twoim przyjacielem albo
najgorszym koszmarem. W tej kwestii pozostawiam ci pełną dowolność.
Dupek. Pieprzony, seksowny dupek,
pomyślała i ledwo powstrzymała się od wypowiedzenia tych słów na głos.
Może niekoniecznie drugiej części, ale pierwsze wrażenie byłoby jak najbardziej
uzasadnione.
– Czego ode
mnie chcesz? – drążyła, nie spuszczając z niego wzroku. Zaczęła stopniowo
przesuwać się w lewo, starając się dyskretnie okrążyć pień. – Dlaczego…?
– Jej, ty
naprawdę jesteś dziennikarką – przerwał jej, kręcąc z niedowierzaniem
głową. Otworzyła usta, zaskoczona tym, że mógł o niej cokolwiek wiedzieć,
ale tym razem nie dał jej dojść do słowa: – Posłuchaj. Mamy mało czasu, a ja
nie jestem w stanie ci teraz wszystkiego wyjaśnić. Ważne jest to, że
właśnie ocaliłem twoją marną, ludzką egzystencję, co już samo w sobie
zasługuje na przynajmniej odrobinę wdzięczności z twojej strony. Co prawda
nie oczekuję, że będziesz mi dziękować, zwłaszcza w świetle tego, co
zamierzam zrobić, ale i tak…
Nagle urwał
i zaklął pod nosem, niespokojnie oglądając się za siebie. Alyssa
natychmiast wykorzystała chwilę jego nieuwagi, żeby podjąć jeszcze jedną, desperacką
próbę ucieczki. Rzuciła się przed siebie, nie dbając o to, że biegnie
boso, a ostre odłamki kaleczą stopy, utrudniając poruszanie się. Czuła
przenikliwy chłód, poza tym dobrze wiedziała, że czarną koronkową sukienkę ma
w strzępach, ale to w tym momencie miało dla niej najmniejsze
znaczenie. Biegła przed siebie, drążąc i mrugając pośpiesznie, żeby
zapanować nad cisnącymi się do oczu łzami, strachem oraz gniewem na samą
siebie. Dlaczego nie mogła dać sobie spokoju z facetami, zwłaszcza, że Dorian
od samego początku wydawał się niebezpieczny? Co prawda zawód, który sobie
wybrała, wymagał odrobiny fantazji i skłonności do podejmowania ryzyka,
ale i tak…
– Alyssa,
do cholery! – usłyszała za sobą podenerwowany głos mężczyzny. Omal nie
popłakała się z frustracji, kiedy pojęła, że najprawdopodobniej jest tuż
za nią. – Zatrzymaj się! Powiedziałem, żebyś się zatrzymała! – powtórzył, ale
z jakiegoś powodu nie próbował jej dogonić.
Jeszcze czego! Może jeszcze owinę się wstążeczką,
żeby było bardziej estetycznie?!
Musiałaby
całkiem postradać zmysły, żeby w ogóle brać pod uwagę podporządkowanie się
do tego, czego oczekiwał od niej brunet. W końcu miała swoją szansę,
a potem…
Właśnie
wtedy na jej drodze wyrosła Chloe. Pojawiła się znikąd i już samo to
wystarczyło, żeby Alyssa straciła równowagę, potykając się o własne nogi.
Starając się wyhamować, jednocześnie spróbowała skręcić i omal nie
przypłaciła tego manewru bolesnym spotkaniem z kolejnym drzewem. Nie
rozumiała, dlaczego drobna dziewczyna napawała ją większym niepokojem, niż
możliwość ponownego spotkania z ciemnowłosym mężczyzną albo Dorianem,
jednak z jakiegoś powodu była gotowa zrobić wszystko, żeby zejść tej
przerażającej istocie z oczu.
Pod wpływem
impulsu obejrzała się za siebie. Dostrzegła swojego wybawcę oraz niedoszłego
mordercę, który po raz kolejny zaatakował, jeszcze bardziej rozzłoszczony niż
na początku. Przez ułamek sekundy Ali poczuła chęć, żeby zawrócić i mimo
wszystko spróbować brunetowi pomóc, ale przecież doskonale zdawała sobie sprawę
z tego, że nie jest w stanie niczego zrobić. Biegnij, głupia!, nakazała sobie stanowczo, na oślep prąc przed
siebie. Wzrok dziewczyny raz po raz uciekał w stronę walczących, kiedy zaś
dostrzegła, że Dorianowi udało się odepchnąć od siebie swojego przeciwnika,
wyrwał jej się cichy jęk.
– Chloe! –
zawołał, stanowczo kiwając głową w stronę Alyssy.
Dziewczyna
natychmiast odwróciła się we wskazanym kierunku, wbijając w Ali swoje
przerażające, lśniące oczy. Na jej ustach pojawił się piękny, okrutny uśmiech,
który – ku zaskoczeniu Alyssy – doskonale pasował do tej drobnej postaci. Serce
natychmiast podskoczyło jej do gardła, mięśnie spięły się do granic możliwości,
a ciało jeszcze bardziej panicznie zaczęło wyrywać się do ucieczki.
– Nie! –
zaoponował brunet, nagle materializując się u jej boku. Zdążyła zaledwie
krzyknąć, kiedy bezceremonialnie chwycił ją za ramię, wciągając za najbliższe
drzewo. Instynktownie szarpnęła się, ale ramiona mężczyzny i tak owinęły
się wokół jej talii. Chwilę później nieznajomy obrócił ją, aż praktycznie
wpadła mu w ramiona. Trzymał ją delikatnie, niczym kochanek, kiedy zaś do
tego wszystkiego poczuła na szyi jego lodowaty, słodki oddech, doszła do
wniosku, że jest coraz bliższa tego, żeby stracić przytomność. – Cokolwiek
będzie się działo, nie szukaj mnie, a tym bardziej ich. Kiedy tylko
będziesz mogła, masz stąd uciekać. Rozumiesz, Alysso? Musisz uciekać –
wyszeptał nerwowo, wzmagając uścisk do tego stopnia, że ledwo mogła oddychać. –
Będziesz wiedziała, gdzie biec… A przynajmniej mam taką nadzieję.
Chciała go
zapytać, co takiego miał na myśli, ale nie miała po temu okazji. Wargi
mężczyzny nagle znalazły się na szyi dziewczyny, kiedy nachylił się, żeby ją
pocałować, ale…
Nie, on jej
nie pocałował. On ją ugryzł.
Kiedy ostre
zęby przebiły cienką skórę na szyi, Alyssa miała wrażenie, że ktoś nagle
wrzucił ją wprost w płomienie. Krzyknęła, próbując odepchnąć od siebie
swojego przeciwnika, jednak z równym powodzeniem mogłaby siłować się z najbliższą
ścianą. Zaraz po tym coś przycisnęło się do jej ust, tak gwałtownie, że omal
się nie udławiła. Poczuła słodycz na języku, kiedy coś – jakiś cudowny, chociaż
przyprawiający o mdłości płyn – znalazł się w jej gardle, nie dając szans na to, żeby zwymiotowała. Obejmujące ją ramiona zniknęły, ale prawie
nie była tego świadoma, podobnie zresztą jak i momentu, w którym
bezwładnie wylądowała na ziemi. Jedynym, z czego zdawała sobie sprawę, był
palący ból, który w zawrotnym tempie rozprzestrzeniał się po całym ciele.
Gdzieś
w oddali usłyszała ciche kroki, a potem wyczuła przy sobie obecność
więcej niż jednej osoby. Na wpół przytomna, ledwo rozpoznała głos Chloe, ale
nie była w stanie rozróżnić poszczególnych, wypowiedzianych przez
dziewczynę słów.
Zanim
Alyssa straciła świadomość, poddając się kolejnej oszałamiającej fali bólu,
zdążyła jeszcze usłyszeć rozdzierający, pełen bólu wrzask.
Chwilę zajęło mi poprawienie tego rozdziału, tym bardziej, że musiałam podjąć decyzje do sposobu przedstawienia wampirów w tej historii. Mam już pewien zamysł, ale czas pokaże, czy okaże się dobry – mam nadzieję, że tak.Dziękuję za wszystkie komentarze, nie tylko pod ostatnim rozdziałem, ale wszystkimi innymi. Witam nowych czytelników i mam nadzieję, że zostaniecie ze mną na dłużej. Historia powoli nabiera tempa, co bardzo mnie cieszy, bo bardzo zależy mi na tym projekcie.Przy okazji chciałabym podziękować Frixowi, który jest taki dobry, że pokusił się o betowanie moich autorskich historii. Dziękowałam i dziękować będę. Na razie efekty jego pracy można zaobserwować w prologu tej historii, ale z czasem również z rozdziałów zostaną wyeliminowane literówki i powtórzenia, których – ja, niedobra istota z nadmiernymi opisami – po prostu nie zauważam. Tym bardziej jestem wdzięczna osobom, które na co dzień podsyłają mi pewne uwagi, tym samym czyniąc to opowiadanie lepszym.Na dzisiaj to chyba wszystko. Kolejny rozdział planuję na weekend, więc do napisania!

Moje!
OdpowiedzUsuńWitam...
UsuńEj, no jestem i tutaj. Ja taka nie dobra. Nie wiem kiedy uda mi się przeczytać od razu. Ale jeden dzień to chyba nie tak długo, prawda? Czekam na zwiastun wciąż i wciąż, a tu co? Nico :c
Nie wiem jak zachowałabym się na miejscu Ali i chyba nie chcę wiedzieć. Chociaż z drugiej strony... Jeśli by mieć takiego obrońcę... Ewentualnie obrońcę jak Ian, w tym przypadku jest Nicholas... Cholerka, to chciałabym się znaleźć w takiej sytuacji ^^ A może też nie?
Człowiek w takich sytuacjach nie myśli racjonalnie. Chce się ratować. I choć Alyssa wie, że nie ma szans w starciu z mężczyzną i tak ucieka, mając nadzieję, że może jednak. Chęć przetrwania zawsze jest silniejsza. Takie jest przynajmniej moje zdanie. Nikt się pod tym podpisywać nie musi :)
"Dupek. Pieprzony, seksowny dupek" Tak! Tak to się właśnie robi :D Chętnie bym zobaczyła minę tego dupka gdyby wypowiedziała to na głos :D
Na forever cieszyłam się z normalnego zakończenia, ale tu oczywiście musiało być! Nic, tylko Cię udusić! Poprawiaj czwórkę i dodawaj. Już już. Szybciutko :3 Nie mam żadnych zastrzeżeń do III, moja droga. Wszystko jest idealnie, a i błędy tylko dwa udało mi się znaleźć. Wprawdzie czytałam rozdział na kilka rat, bo rodzinka, ale i tak bardzo mi się podoba :3 I ta walka... Aż sobie wyobraziłam jak te drzewa się łamią niczym patyczki.
I powtórzę, że naprawdę cieszę się, że zaczęłaś to od nowa. Teraz wiem, że wiele bym straciła. No i trzymam kciuki za to, by wszystko wyszło wręcz idealnie :3
Ściskam,
Mrs.Cross!
PS. Tu też nie ma kotów? O.o Mam przestać czytać czy jak?
Mojeee... Nie, wcale tu nie wpadałam co jakiś czas (nie co pięć minut xD), by sprawdzić czy nie ma rozdziału c:
OdpowiedzUsuń(Nadal cholernie wystraszona), ale zadowolona z rozdziału :D
Crazy Girl.
Cześć, Kochana :*
UsuńPROLOG
Czytam i czytam… :D Ten prolog jest tak samo cudowny jak wtedy, gdy czytałam go po raz pierwszy C:
Te błękitne oczy… Ach <3 Jak dzięki temu opowiadaniu przyśni mi się taki sen chyba przez tydzień będę chodzić z uśmiechem na twarzy xD
ROZDZIAŁ 1
Kurde… Carlos wręcz wymusił na Michaelu, by złożył mu obietnicę. Cóż, może relację między resztą klanu Sorenti(tak wgl świetne nazwisko!), a samym Carlosem nie są idealne, ale widać, że Michael kocha brata mimo wszystko i się o niego martwi.
ROZDZIAŁ 2
Mary to taka pogodna istota :D
Ali podekscytowana tą randką. No, ale chyba nie dałoby rady inaczej c: (Tym bardziej, że jeździ czarnym mercedesem. Kocham mercedesy )
A szkoda, że to się tak wszystko skończyło :/
ROZDZIAŁ 3
Cholera. Alyssa w ciągu tego jednego wieczoru przeżyła dużo. „Musisz uciekać”… Tak po prostu ją zostawił z tymi dwoma słowami. Ech.
(Tak. Chaotycznie i trochę dziwnie. W moim przypadku to chyba norma, co?)
Pozdrawiam i weny życzę,
Crazy Girl.
Trzecie miejsce jest moje<3
OdpowiedzUsuńHej<3
UsuńJakbyś nie mogła się wstrzymać z dodaniem nowego rozdziału jeszcze trochę czasu. Mogłabym na spokojne skomentować dwójeczkę, a potem dodać śliczny komentarz pod trójką, a tak muszę dwa pod jednym! :p
Jestem za to dumna, że drugi dostałam jako pierwsza. Jeszcze przed oficjalna premiera na blogu. *to się nazywają znajomości.😎*
Wcale nie jestem zdziwiona, że się nie może skupić na niczym. Jakby mnie Dem... cholera, Dorian zaprosił na randkę też bym się nie mogła na niczym skupić. Wiesz, stare przyzwyczajenie zostaje. xD
Ktoś chyba lubi sportowe autka, hm?;> Ale no nie będę narzekać, bo kto nie lubi jeździć takimi fajnymi, drogimi samochodami, które cudnie mruczą, kiedy jeżdżą?^^
Mam ochotę coś Ci zrobić za to, że kończysz w takim momencie, ale zaraz będę czytać kolejny rozdział.
Ten bardzo mi się podobał. Nadal nie wiem po jaką cholerę jest im potrzeba Alyssa. Ale akurat tego się dowiemy później.^^
I Carlos wkracza do akcji! Jak tu tego faceta nie uwielbiać? Nie dość, że przystojny to jeszcze dobrze wychowany i wie, kiedy się pojawić, aby uratować damę z opresji! :3
Poza tym jak ja się mam skupić na czytaniu, kiedy na górze taki cudowny gif z Josephem? .-.
O nie, zniszczyli to fajne autko. Jak mogli coś takiego zrobić. ,_,
A teraz ładnie proszę mi poprawiać czwarty rozdział:D
Przebrnęłam szybko przez trójkę, a końcówka... Dobra, czyżby Carlos zrobił komuś poważna krzywdę, a może to oni zrobili jemu krzywdę?
Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział, a Tobie życzę weny i czasu!:* <3
Gabi.
(Trochę chaotycznie. I'am sorry c:)
Aghhr, czwarte
OdpowiedzUsuńUczyniłaś mój dzień piękniejszym, dziękuję :) Czytam z przyjemnością!
UsuńWciąga.
No kurde, a już myślałam, że będzie chociaż podium. Piąteczka dla mnie xD
OdpowiedzUsuńNo pięknie, na liście jestem jako piąta, a komentarz publikuję pierwsza. Ironia!!
UsuńDziewczyno, masz talent, a ten rozdział to mistrzostwo świata <3 Opowiadanie mega! Czytałam z zapartym tchem. Przez cały dzień będę myśleć co się wydarzy później czy Alyssa zdoła uciec, czy może ktoś jej pomoże. Zdziwiło mnie zachowanie mężczyzny, który daje dobre rady, „masz uciekać” a później ją gryzie. Dziewczyna nie ma siły biec, no nie wiem, może tak miało być. Chodzi mi o to, że on uznał, że tak będzie lepiej, no ale sorry ona jeszcze chwilę temu była bliska śmierci, dusił ją. Opowiadanie naprawdę dobre, czytało się nieźle. Co Ci jeszcze powiedzieć. Zaskakujesz, piszesz świetnie, opisy nie przynudzają, dialogi też. Fajnie się czyta, miła odskocznia od codzienności. No i dlatego wampiry walczą ze sobą? Mają jakieś spięcia, czy może ich powodem jest Alyssa. Czekam na więcej! Pozdrawiam :)
Jestem i tu c: Nie chciałam mieć zaległości, a tu proszę, trzy rozdziały do tyłu. To dowodzi albo mojemu lenistwu, albo temu, że jesteś niewyżyta i wrzucasz rozdziały tak często, że człowiek nie może się ogarnąć :p
OdpowiedzUsuńDorian. Nadal nie lubię tego imienia. Nope. Zbyt wiele złych wspomnień. (Wybacz, Dorianku z "Penny Dreadful", ciebie akurat uwielbiam.) I jak widać moja awersja wcale nie jest bezpodstawna. Doriany to zakłamane, groźne bestie.
Ta randka od razu zapowiadała się źle. Szkoda biednej Alyssy. Dziewczyna tak długo czekała na kogoś odpowiedniego, a trafiła na dupka, właściwie to dwóch dupków, którzy... A no też właśnie. Zaden z nich nie jest takim zwykłym dupkiem, który łamie serca. Oni łamią karki. A w międzyczasie również przemieniają biedne niewiasty w wampiry. No cóż, zdarza się. Ewolucja, te klimaty. Z seksownych dupków zrobili się nieseksowni, na dodatek z kłami.
Świetnie opisana akcja. Po prostu wow. Opis walki bardzo realistyczny, no ale co tu się dziwić. Przecież to dla ciebie takie typowe. Niemniej nadal cię podziwiam za tę zdolność.
Carlos, Carlos, co ty robisz, debilu? Gdybyś nie miał mordki Josepha to sama bym ci przywaliła.
Dobra, nie przeciągam, lecę dalej.
Buziaki!
Wiecznie spóźniona Klaudia99
W ogóle, jak możesz być tak niedobra i kończyć w takim momencie, co? C: A zresztą, co ja narzekam, mam jeszcze rozdziały przed sobą przecież. XD
OdpowiedzUsuńDalej upajam się Twoimi opisami. Takie barwne i plastyczne.
Opis walki wyszedł ci naprawdę dobrze. Nawet nie umiem sobie wyobrazić, jakbym się zachowała na miejscu Ali.
Ach, biedna dziewczyna, oj biedna...