Alyssa
Była gotowa przysiąc, że w ułamku
sekundy czas stanął w miejscu. Wpatrywała się w niego uważnie, równie
przerażona, co i podekscytowana, raz po raz wodząc wzrokiem po bladej
twarzy. Carlos stał spokojnie, wciąż trzymając ją na rękach i uparcie
milcząc, co okazało się gorsze od krzyku, jakichkolwiek złośliwych uwag albo
nawet najbardziej szczerej odpowiedzi na pytanie, które mu zadała. Czuła, że
serce tłucze jej się w piersi, tak mocno, jakby chciało połamać żebra i wyrwać
się na zewnątrz, ale również to działo się jakby gdzieś poza nią, wyparte przez
nadmiar niespójnych myśli i nieustępujący choćby na chwilę szok.
Nie
podobało jej się to, że mógł znaleźć się tak blisko i to pomimo tego, że
sama obejmowała go za szyję. Pomyślała, że gdyby tylko zechciał, byłby w stanie
ją pocałować albo faktycznie zabić, zależnie od tego, co akurat przyszłoby mu
do głowy. Nie miała pojęcia, czego tak naprawdę powinna spodziewać się po tej
istocie, ale każda możliwość wydała się Alyssy równie prawdopodobna. Miała
przed sobą potwora, tak? Wiedziała o tym doskonale, w pamięci wciąż
mając wydarzenia z lasu – przerażające i niepojęte, przynajmniej dla
niej, choć nie mogła zaprzeczyć, że mężczyzna ją uratował. Problem polegał na
tym, że ten „ratunek” zapoczątkował całe to szaleństwo, które coraz bardziej
zaczynało ją przerastać, niosąc ze sobą wyłącznie paraliżujący strach i żadnych
odpowiedzi.
– Dlaczego?
– usłyszała i to wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia. Zamrugała
nieco nieprzytomnie, bezmyślnie spoglądając na twarz wpatrzonego w nią
mężczyzny. Brzmienie jego głosu się zmieniło, jakby również Carlos miał problem z zapanowaniem
nad emocjami. – Jakim cudem właśnie to przyszło ci do głowy, księżniczko? Nie
po to tyle ryzykowałem, byś znalazła się tutaj, by teraz osobiście pozbawić cię
życia.
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta, niezdolna wykrztusić z siebie choć słowa. Jak niby miała go rozumieć? Czuła się tak, jakby mówił do niej w jakimś obcym
języku, bynajmniej nie rozjaśniając tym samym sytuacji, w której oboje się
znaleźli. Wciąż była pod wpływem silnych emocji, majaczącego gdzieś w pamięci
snu i gwałtownego przebudzenia, które ostatecznie doprowadziło do tego, że
oboje znaleźli się na zewnątrz. Chłodne powietrze przenikało materiał
cieniutkiej koszuli nocnej, którą miała na sobie, skutecznie przyprawiając
dziewczynę o dreszcze, ale to wydawało się dziać jakby poza nią, nie mając
dla Alyssy większego znaczenia. Jak mogłoby, skoro całą uwagę koncentrowała na
nim – przyczynie wszystkich swoich problemów?
Chciała o coś
zapytać – powiedzieć cokolwiek – ale to okazało się zbyt trudne, ona zaś była
za bardzo rozproszona, żeby zdobyć się na podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Jego
dotyk również wydawał się wszystko komplikować, z kolei Ali naszła dziwna,
niedorzeczna wręcz myśl, że powinna natychmiast zrobić coś z tą
bliskością. Czy on miesza mi w głowie?,
pomyślała w oszołomieniu, chociaż taka możliwość wydawała się całkowicie
pozbawiona sensu. Niby jak miałby to zrobić? No i jakim prawem miałby
próbować się zabawić akurat jej kosztem? To wszystko nie powinno mieć racji
bytu, a może po prostu zwariowała, skoro po tym wszystkim mogłaby choć
próbować zaprzeczać temu wszystkiemu, co w ostatnim czasie działo się
wokół niej.
A tak swoją
drogą, to dlaczego mówił do niej „księżniczko”? Co to, do licha ciężkiego,
miało znaczyć i od kiedy to jedno słowo mogło brzmieć zarazem
pieszczotliwie, jak i sugerować, że mimo wszystko miał ją za idiotkę,
która…?
– Carlos!
Mężczyzna
drgnął, przez co omal nie wyszła z siebie, instynktownie mocniej obejmując
go za szyję. Później próbowała usprawiedliwić swoją reakcję tym, że obawiała
się, że nagle wyląduje na ziemi, chociaż zarazem zdawała sobie sprawę z tego,
że ta istota dysponowała zbyt wieloma wyjątkowymi umiejętnościami i refleksem,
by pozwolić sobie na upuszczenie jej.
Serce
dziewczyny zabiło szybciej, gdy rozpoznała głos Jasona. Kiedy na dodatek ten
pojawił się znikąd, poruszając się tak szybko, że jego postać aż zamazywała się
przed oczami, przez ułamek sekundy była gotowa przysiąc, że wciąż śniła. Ba!
Chyba nade wszystko pragnęła, żeby tak było, choć nadzieja na takie rozwiązanie
zniknęła już jakiś czas temu, najpewniej w chwili, w której
uświadomiła sobie, że jest cała we krwi i że najpewniej…
Nie. Nie
chciała o tym myśleć.
Jason
zmaterializował się zaledwie kilka metrów od Carlosa, co wyraźnie nie przypadło
temu drugiemu do gustu. Dziewczyna wyczuła, że mężczyzna zesztywniał, wzmagając
uścisk wokół niej i prostując się niczym struna. Kiedy niespokojnie
spojrzała na jego bladą twarz, przekonała się, że ta nie wyrażała już żadnych
emocji, zaś ciemne oczy niepokojąco lśniły, wydając się wręcz jarzyć w ciemnościach.
Tym bardziej niepokojący okazał się moment, w którym Carlos powoli się
uśmiechnął, w cyniczny, przyprawiający o dreszcze sposób, a ona
dostrzegła w jego ustach parę wydłużonych, zaostrzonych kłów – coś, co
była w stanie zaobserwować już wcześniej, choć zarazem za żadne skarby
nie chciała przyjąć takiej możliwości do świadomości.
– Dobry
wieczór, bracie – rzucił niemalże pogodnym tonem trzymający ją mężczyzna,
uważnie przypatrując się Jasonowi. – Wybacz mi, proszę, to zamieszanie, ale
moja podopieczna troszeczkę się zdenerwowała – wyjaśnił, brzmiąc przy tym tak,
jakby prowadził uprzejmą, najzupełniej normalną konwersację.
Bracie? Jesteście braćmi…?, pomyślała w oszołomieniu,
wodząc wzrokiem to w stronę jednego, to znowu drugiego mężczyzny. W zaistniałej
sytuacji to, jakie łączyły ich relacje, wydawało się najmniej istotne, ale
prościej było jej koncentrować się na względnie przyziemnych drobiazgach. Więzy
rodzinne były normalne, a przynajmniej chciała w to wierzyć, choć
sytuacja sama w sobie okazała się dość problematyczna, skoro nic z tego,
co ją otaczało, nie było nawet po części normalne.
Przestała o tym
myśleć, kiedy zauważyła, że Jason wyglądał tak, jakby w każdej chwili mógł
go trafić szlag. Napiął mięśnie, poza tym – była gotowa to przysiąc, choć
zarazem nie miała całkowitej pewności – wstrzymał oddech, wydając się
całkowicie obojętny na to, że właśnie dobrowolnie pozbawił swój organizm tlenu.
Przybrał dziwną pozycję, lekko uginając nogi w kolanach i sprawiając
wrażenie kogoś, kto w każdej chwili może rzucić się do ataku. Tak mógłby
wyglądać polujący drapieżnik, który już upatrzył sobie ofiarę i teraz
zamierzał rozerwać ją na kawałeczki.
– Puść
dziewczynę – nie tyle poprosił, co wręcz zażądał Jason. W oszołomieniu
uprzytomniła sobie, że jego głos brzmiał trochę jak gniewny, nieludzki charkot.
– Carlos…
– Chyba
sobie żartujesz. – Mężczyzna z niedowierzaniem pokręcił głową. – Och,
bracie, daj spokój. Ona przecież… – zaczął, ale nie było mu dane dokończyć.
Krzyknęła,
kiedy Jason nagle skoczył do przodu, na jej oczach na powrót zamieniając się w wielobarwną
smugę. Carlos przemieścił się błyskawicznie, w pierwszej chwili odskakując
na bok, a po chwili bezceremonialnie odrzucając ją od siebie. Jęknęła,
kiedy wylądowała na kolanach, początkowo oszołomiona uderzeniem. W efekcie
prawie nie poczuła bólu, a może jej odmienione ciało nie było aż tak
wrażliwe na tego rodzaju bodźce – nie miała pewności i chyba tak naprawdę
nie chciała tego wiedzieć.
Kiedy
poderwała głowę, przez ułamek sekundy naszła ją przerażająca myśl o tym,
że jakimś cudem cofnęła się w czasie o kilka ostatnich godzin (albo
dni, zależnie od tego, jak wiele czasu minęło od chwili, w której uciekła z tamtego
lasu, ostatecznie docierając tutaj). Znów miała przed sobą dwóch mężczyzn, obu
poruszających się z nadludzką wręcz szybkością. Carlos i Jason trwali
w jakimś dzikim tańcu, choć nie odebrała tego w aż tak gwałtowny,
szalony sposób jak wcześniejszą walkę z Dorianem. Jedynie drugi z braci
wydawał się zdeterminowany, nie tyle żeby zabić, ale przynajmniej uderzyć – dać
upust złości, którą z jakiegoś powodu odczuwał względem kogoś, kto
przecież był jego rodziną. Carlos jedynie unikał ciosów, wydając się przy tym
doskonale bawić i zachowując się ni mniej, ni więcej, ale jak dupek –
ktoś, komu przyjemność sprawiało wytrącenie drugiej osoby z równowagi w aż
tak widowiskowy sposób.
Chciała
krzyknąć, żeby to przerwać, coraz bardziej przerażona sytuacją, jednak z jej
gardła wydobył się jedynie zdławiony jęk. Bezwiednie zacisnęła obie dłonie w pięści,
wciąż kuląc się na ziemi i nie będąc w stanie znaleźć w sobie
motywacji, żeby wstać. Uświadomiła sobie, że drży – i to nie tyle z zimna
czy strachu, ale narastającej z każdą kolejną sekundą złości. Spuściła
wzrok, wbijając rozeźlone spojrzenie w ziemię i bezskutecznie
próbując zapanować nad własnym, coraz bardziej obcym i niespokojnym
ciałem. Jakoś udało jej się poluzować palce, w zamian wbijając je w ziemię
i raz po raz szarpiąc zeschniętą trawę na której klęczała. Miała wrażenie,
że powietrze wokół niej niespokojnie wiruje, gęstniejąc i podrygując za
sprawą czegoś bliżej nieokreślonego, a przy tym co najmniej
niebezpiecznego. Zaraz po tym odniosła wrażenie, że wszystkie te negatywne
emocje kumulują się w jej wnętrzu, stopniowo przybierając na sile i stopniowo
zbliżając się do poziomu, w którym ostatecznie straciłaby cierpliwość, zaś
w chwili, w której by się to stało…
– Przestańcie!
Potrzebowała
kilku sekund, by uświadomić sobie, że to nie ona wykrzyczała to jedno, jakże
adekwatne w obecnej sytuacji polecenie. Głos również należał do kobiety,
na dodatek znajomej, choć widziała ją zaledwie przez chwilę. Chociaż znajdowali
się tuż przy domu, coś w obecności Eleonory – na dodatek naprawdę
zagniewanej i zmartwionej – skutecznie ją zaskoczyło.
Nie musiała
się wysilać, by móc odszukać kobietę spojrzeniem. Jasne włosy i smukła
sylwetka były aż nazbyt charakterystyczne, zresztą jak i para zwykle
łagodnych, błękitnych oczu – tym razem w nienaturalny wręcz sposób
emitujących odczuwanym przez nowo przybyłą gniewem. Coś w myśli o tym,
że to właśnie Eleonora mogłaby znaleźć się pomiędzy walczącymi, skutecznie
Alyssę zaniepokoiło, sprawiając, że ta zapragnęła jakkolwiek kobietę
powstrzymać, jednak to okazało się zbędne.
Michael
jako pierwszy znalazł się w samym środku całego zamieszania, bez chwili
wahania materializując się pomiędzy walczącymi. Wszystko działo się bardzo
szybko, przez co ledwo nadążała za tym, co miało miejsce na jej oczach i właściwie
nie zarejestrowała momentu, w którym mężczyzna zmusił Jasona i Carlosa
do tego, żeby przestali walczyć. Aż zrobiło jej się zimno, kiedy ten pierwszy
nagle wylądował na drzewie i to ze znaczącą siłą, bo wyraźnie usłyszała
trzask. Nie miała pojęcia, czy dźwięk wiązał się z pękającą korą, czy
może… czymś innym, ale mimo wszystko…
Carlos z łatwością
odskoczył, w przeciwieństwie do brata materializując się poza zasięgiem
rąk Michaela. Lekko zmarszczył brwi, uważnie obserwując niedoszłe pole walki i jakby
od niechcenia otrzepując ubranie. Było w tym coś teatralnego, zresztą tak
jak i w jego ruchach, które jak nic miały doprowadzić do tego, by wytrącić
zebranych z równowagi.
– Mało
subtelne – powiedział w końcu. – I wyjątkowo agresywne jak na ciebie,
wiesz Mickey? – dodał z bladym uśmiechem, którego mężczyzna bynajmniej nie
zamierzał odwzajemniać.
– Do jasnej
cholery, całkiem wam już odbiło? – zniecierpliwił się, potrząsając z niedowierzaniem
głową. Krótko zerknął na Jasona, kiedy ten błyskawicznie poderwał się na równe
nogi, dla bezpieczeństwa trzymając się w bezpiecznej odległości. Nie
wyglądało na to, by cokolwiek mu dolegało, może poza zranioną dumą, ale to w przypadku
jakiegokolwiek faceta było chyba nawet gorsze. – Żyjesz – odezwał się ponownie
Michael, w co najmniej skoncentrowany sposób spoglądając na Carlosa. – To
znaczy…
– Dzięki ci
wielkie za wiarę we mnie! – żachnął się sam zainteresowany, ale nie brzmiał na
szczególne urażonego.
Alyssa była
w stanie zrozumieć jakiekolwiek oznaki szoku, tym bardziej, że sama wciąż
nie dowierzała temu, iż Carlos tak po prostu mógł pojawić się w jej
pokoju. Dopiero co była gotowa przysiąc, że pozwolił się zabić i choć
powinna czuć ulgę z powodu tego, że się pomyliła, dziewczyna wciąż miała
problemy z tym, żeby się rozluźnić. Obserwowała sytuację, bezskutecznie
usiłując zebrać myśli i zrozumieć, co takiego działo się na jej oczach, a tym
bardziej co powinna o zaistniałej sytuacji sądzić. Wciąż klęczała na
ziemi, drżąca i niespokojna, choć już przynajmniej nie odczuwała napięcia,
które towarzyszyło jej chwilę wcześniej. Dziwne uczucie zniknęło, ale wciąż
miała wrażenie, że gdyby tylko doprowadzili ją do ostateczności, pokusiłaby się
o zrobienie czegoś, czego później mogłaby żałować.
Ruch po
prawej stronie sprawił, że wzdrygnęła się niekontrolowanie, gwałtownie
podrywając głowę. Miała ochotę warknąć, ale powstrzymała się, kiedy
uprzytomniła sobie, że to Eleonora, która pośpiesznie przykucnęła u jej
boku, uspokajającym gestem wyciągając ku niej dłoń.
– Cii… To
tylko ja – zapewniła i w jakiś niepojęty dla Alyssy sposób te
słowa przyniosły jej ukojenie. – Wszystko w porządku? – zapytała i zabrzmiało
to tak, jakby naprawdę się nią przejmowała.
Ali z wolna
skinęła głową, przynajmniej w tamtej chwili nie będąc w stanie zdobyć
się na nic więcej. Bała się odezwać, nie chcąc ryzykować, że jej głos dodatkowo
zdradzi to, jak bardzo była podenerwowana. Coś – rodzaj instynktu, który
dopiero zaczynała poznawać – podpowiadało dziewczynie, że o wiele
bezpieczniej jest pozostawić słabości dla siebie, starannie ukrywając to, jak
bardzo przerażona była. Nie miała pewności, czy takie postępowanie miało
jakikolwiek sens, ale skoro czuła się dzięki temu lepiej, to chyba mogła
założyć, że to był dobry pomysł na to, by cokolwiek miało prawo wrócić do
normy.
Nie
zaprotestowała, kiedy Eleonora ujęła ją pod ramię, pomagając stanąć na nogi. O dziwo,
odzyskanie równowagi przyszło jej z łatwością, dlatego stanęła
wyprostowana, po czym z uwagą rozejrzała się dookoła. Nie odsunęła się od
podtrzymującej ją kobiety, tak jak i w chwili, w której ta prowadziła
ją do łazienki, całą sobą czując, że może jej zaufać. W Eleonorze po
prostu było coś takiego, co wzbudzało w niej pozytywne odczucia, tym
bardziej pożądane w obliczu tego, że niemalże przez cały czas towarzyszyły
jej tylko i wyłącznie strach oraz stopniowo przybierające na sile
wątpliwości.
Krótko
zerknęła na twarz swojej opiekunki, w następnej chwili zamierzając
przenieść spojrzenie na podejrzanie milczących mężczyzn, kiedy ktoś inny
przykuł uwagę Alyssy. Wcześniej nie zauważyła, że prócz Eleonory w pobliżu
znajdował się ktokolwiek jeszcze, przez co widok jeszcze jednej kobiety ją
zaskoczył. Również była blondynką, poza tym z jakiegoś powodu wydała się
Ali znajoma, choć przez kilka pierwszych sekund dziewczyna nie potrafiła
przypomnieć sobie, gdzie też mogła nieznajomą widzieć. Dopiero po chwili
dotarło do niej, że ta prawie na pewno była obecna przy Jasonie, gdy ten
znalazł ją w lesie, obiecując zabrać do domu. To teoretycznie powinno było
sprawić, by poczuła względem kobiety choć cień sympatii, ale nic podobnego nie
miało miejsca. Nie potrafiła stwierdzić, skąd brała się rezerwa, która pojawiła
się w chwili, w której nieznajoma ruszyła ku niej, ale mimo wszystko…
– Nie bój
się – uspokoiła ją Eleonora. Dziewczyna spojrzała na nią z powątpiewaniem,
co najmniej skoncentrowana myślą o tym, że ta mogłaby zgadnąć, jakie
targały nią emocje. – To Nadia.
Krótko
skinęła głową, ale nawet znajomość imienia kobiety nie sprawiła, że Ali poczuła
się jakkolwiek lepiej. Sama Nadia sprawiała wrażenie co najmniej poirytowanej, w milczeniu
wodząc wzrokiem dookoła i ostatecznie zatrzymując wzrok na Carlosie. Jej
oczy rozszerzyły się nieznacznie, a przez twarz przemknął cień,
jednoznacznie uprzytomniając Alyssy, że kobieta była zła. Kiedy na dodatek
zmieniła kierunek i ruszyła ku mężczyźnie, poruszając się przy tym z gracją
rozjuszonej kotki, Ali przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości.
– Znowu ty!
– wysyczała, a Carlos parsknął pozbawionym wesołości śmiechem, po czym
spojrzał na nią z zaciekawieniem.
– Cóż za
entuzjazm, moja słodka – rzucił zaczepnym tonem. – Kolejna osoba, która bardzo
cieszy się z tego, że nie jestem martwy – dodał, nie szczędząc sobie
sarkazmu.
Nadia wydęła
usta, najwyraźniej niezadowolona z tego, jak się do niej zwracał. Nie
wydawała się zaniepokojona perspektywą tego, że mógłby na nią skoczyć,
ostatecznie przystając tylko i wyłącznie dlatego, że na jej drodze znalazł
się wciąż wrogo nastawiony do brata Jason.
– Mogę
wiedzieć, co to za cyrki? – zapytała gniewnym tonem Nadia, puszczając słowa
Carlosa mimo uszu. – Co tutaj się, do cholery, dzieje? Nie mamy połowy okna, wy
tłuczecie się jak powaleni, a on… – Urwała, by móc złapać oddech. Gniewnie
zmrużyła oczy, po czym powiodła wzrokiem dookoła, ostatecznie zatrzymując wzrok
na Alyssy. – Po nią przyszedłeś?
– To trochę
za mocne słowo – sprostował niemalże łagodnym tonem Carlos. – Raczej do niej.
Kobieta
potrząsnęła głową, najwyraźniej nieusatysfakcjonowana taką odpowiedzią. Nie lubi mnie, przeszło Alyssy przez
myśl, ale nie miała pewności skąd w ogóle brało się to przekonanie. Niemniej całą
sobą czuła, że Nadia – w przeciwieństwie do wciąż obejmującej ją w niemalże
opiekuńczy sposób Eleonory – nie darzyła jej nawet w połowie aż tak
ciepłymi uczuciami. Wręcz przeciwnie: odniosła wrażenie, że kobieta bez chwili
wahania oddałaby ją komukolwiek, jeśli tylko w ten sposób mogłaby zapewnić
sobie i pozostałym chociaż odrobinę spokoju.
– Daj
spokój, Nadio – wycedził przez zaciśnięte zęby Jason. – Odsuń się od niego,
dobra? To rodzinne sprawy – dodał, a sama zainteresowana drgnęła, po czym
spojrzała na niego z niedowierzaniem.
– Och… Mam
więc przez to rozumieć, że ja nie jestem w tej rodzinie? – zapytała i choć
zabrzmiało to w gniewny sposób, Alyssa odniosła wrażenie, że Nadia poczuła
się w tamtej chwili co najmniej zraniona. – Zapomniałam. Oczywiście, że
nie należę – rzuciła wypranym z jakichkolwiek emocji tonem. – Nie mam
prawa nawet zapytać o to, co tutaj się dzieje, bo i dlaczego, prawda?
W końcu wszystko jest w porządku, idealnie jak diabli!
Brzmiała na
rozgoryczoną, a Alyssy z miejsca zaczęło robić się jej żal. Nie znała
Nadii, a tym bardziej nie wiedziała, jak prezentowały się relacje kobiety z pozostałymi,
ale po sposobie, w jaki ta się wyrażała, poznała, że pod tym względem nie
wyglądało to dobrze. Co więcej, chyba nawet nie dziwiła się temu, że ta mogłaby
być jakkolwiek zmartwiona, tym bardziej, że sama miała okazję zaobserwować, że
Carlos zwykle niósł ze sobą tylko i wyłącznie problemy – mniej lub
bardziej znaczące. Cóż, najwyraźniej wywracanie innym życia do góry nogami było
w jego przypadku czymś w zupełności naturalnym, choć wcale nie
poczuła się dzięki takiej świadomości lepiej.
– Nadia… –
westchnął Jason, decydując się trochę spuścić z tonu, ale kobieta nie dała
mu okazji na to, żeby zacząć się tłumaczyć.
– Daruj
sobie – rzuciła z rozdrażnieniem. – Zrozumiałam już, co masz na myśli. W końcu
czym ja się przejmuję, prawda? – Urwała, by móc spojrzeć na wyraźnie
rozbawionego sytuacją Carlosa. Jako jedyny nie wyglądał na przejętego tym, że atmosfera
zgęstniała, w znacznym stopniu zaczynając się komplikować. – On tylko
pojawia się i znika, plotąc trzy po trzy. I z tego, co zrozumiałam,
bo nikt nie raczył wytłumaczyć mi więcej, możemy mieć z tego powodu
kłopoty, ale… to też nie moja sprawa, co? – dodała, a Jason wydał z siebie
rozdrażniony, nieco zdławiony jęk frustracji.
– O rany,
jest bystrzejsza niż wydaje się na pierwszy rzut oka – skomentował Carlos, po
czym zaśmiał się w nieco wymuszony sposób. – Chyba mi się podoba.
Nadia
jedynie na niego warknęła. Zignorował jej reakcję, tak jak i to, że gdyby
wzrok mógł zabijać, najpewniej już dawno byłby martwy – i to niekoniecznie
za sprawą zagniewanych spojrzeń podenerwowanej sytuacją kobiety.
– Jeśli
chcecie mnie traktować w ten sposób, proszę bardzo… Ale wydaje mi się, że
mam prawo wiedzieć przynajmniej jedno – oznajmiła lodowatym tonem Nadia. Alyssa
zesztywniała, kiedy para jarzących się w ciemnościach, zdradzających gniew
oczu bez jakiegokolwiek ostrzeżenia spoczęła na niej. Chciała się cofnąć, ale
ostatecznie nie ruszyła się z miejsca, tym bardziej, że kolejne słowa
kobiety skutecznie wytrąciły ją z równowagi: – Dlaczego Carlos właśnie do
nas przysłał niczego nieświadomą, młodą wampirzycę?!
Witam po króciutkiej przerwie! Zeszło mi trochę dłużej, niż zakładany pierwotnie tydzień, ale mam wrażenie, że to wyszło temu rozdziałowi na dobre, bo jestem z niego zadowolona. Wciąż uczę się swoich własnych postaci i chyba coraz lepiej mi to wychodzi – przynajmniej takie mam wrażenie. Ostateczną opinię oczywiście pozostawiam Wam, choć z dość naturalnych powodów (szkoła, studia) aktywność w blogosferze dość drastycznie zmalała.Dziękuję za komentarze i wyświetlenia – jestem Wam bardzo wdzięczna za samą obecność. Chciałabym również podziękować wszystkim, którzy z jakiegoś powodu głosowali na mnie w plebiscycie na Katalogu Opowiadań o Wampirach. Nie mam pojęcia, jakim cudem zdobyłam pierwsze miejsce, ale… No jej, jesteście niesamowici!Do napisania, dość szybko, mam nadzieję.PS. Gdyby to kogoś interesowało, udzieliłam wywiadu w związku z wygraną plebiscytu. Jest dostępny [TUTAJ].

Bry!
OdpowiedzUsuńKsiężniczko oj jak słodko. Ale mówiłam, że on jej zabić nie będzie chciał! I wymieniłam argumenty za tym dlaczego tego nie zrobi. A co do (jak to nazwała Carlosa) potwora... Ja nie chce osądzać, ale jakby nie patrzeć, ona też się nim stała po przemianie, czyż nie? :D Ale okej. Rozumiem. Do umysłu Ali jeszcze nie wszystko dotarło. Chociaż mamy do czynienia z XII rozdziałem, nie minęło zbyt wiele czasu od jej przemiany - nie mówię, że to źle!
Zapewne znów się powtórzę, ale cóż. Ważne kwestie trzeba powtarzać. Podoba mi się to, jak wspominałam wyżej, że ona jeszcze wszystkiego nie zaakceptowała. Chociaż opowiadanie już samo w sobie odbiega od realnego świata (chyba), to jednak z zachowaniem bohaterów starasz trzymać się realizmu. Bywają książki, gdzie bohater bardzo szybko godzi się z istnieniem wampirów i innych postaci rodem z legend. A tu nie. Tu wszystko dzieje się powoli i na spokojnie. Duży plus za to. Nie ma przerysowania, które odpychałoby czytelnika. Za to jest dużo nieznajomych ścieżek, które tylko go przyciągają.
Czy tylko ja nie lubię Nadii? Wkurza mnie x.x Jednak mało jej było przez te XII rozdziałów, a może kieeeedyś zmieni swoje postępowanie. W końcu dla każdego jest nadzieja. Znaczy prawie dla każdego. Co jednak nie znaczy, że chwilowo po prostu jej nie lubię. Wkurza mnie, denerwuje i najchętniej bym jej kark skręciła. Ale podoba mi się to w jaki sposób Carlos do niej podchodzi xD chyba ją swoim podejściem denerwuje jeszcze bardziej. No cóż... a niech się denerwuje xD
No i kolejny blog nadrobiłam! Jak miło ^.^ Tylko dlaczego ja pierwsza komentuje? o.O No nic... zawsze lubiłam być pierwsza więc mi to pasuje!
To do następnego! Może przyjdę trochę szybciej.
Mrs.Cross
Dobry wieczór ;3
OdpowiedzUsuńTak wiem - pozna pora. Ja powinnam już dawno spać, bo co lrawda wyłączyłam jakieś dziesięć minut temu film i miałam w planach się już kłaść, ale mój mózg uznał, że skoro dziś przeczytałam.prawie pięćdziesiąt rozdziałów to dwa dodatkowe (lub jeden, zobaczymy jak będzie po dodaniu komentarza) wcale mi nie zaszkodzą. I tak oto jestem.
Klaus i Caroline na samej górze! Uśmiech od ucha do ucha, chociaż mój zapał do tej dwójki jest już coraz mniejszy. Ale to nie ważne, bo ja nie o tym przyszłam tu pisać. Chociaż co jak co, ale ten gif jest naprawdę fajny.^^
Carlos jest takim irytującym facetem, że głowa mała. Jego albo się pokocha, albo znienawidzi. Doskonale wiesz, że u mnie jest to pierwsze. Zarówno wcześniej byłam nim zachwycona jak i teraz jestem. Uwielbiam moment jak dogryza Nadii. Swoją drogą czasami jak walniesz jakimś tekstem... Lawenda działa?:D
Natalia, ja jej też nie lubię! A przynajmniej tymczasowo nie przepadam, bo wiadomo jak to u mnie jest z postaciami. Raz nienawidzę, a potem kocham. Idealnym przykładem jest Isabel z LITT, której nie lubiłam z początku, potem mi się odmieniło i teraz chyba znowu jej nie lubię. Ale nie ważne. To tylko dobry przykład.
Trochę dziwi mnie to czemu nic nie mówią Nadii. Skoro razem z nimi mieszka, dzieli życie to mimo wszystko powinna wiedzieć o tym co i oni, racja? Może nie należy do rodziny jako siostra czy żona jednego z nich, ale to nie więzy krwi decydują o rodzinie. (Taaaak, wreszcie mogłam użyć prawie cytatu z SPN! XD). Trochę mi się jej szkoda mimo jej sukowatości zrobiło. I zapewne mi minie niedługo to xD
Ściskam mocno, weny dużo życzę i jednak jutro przeczytam kolejny rozdział.^^
Gabi.❤