Carlos
Carlos zawahał się. Wciąż był
wzburzony spotkaniem z rodziną, o samej Alyssy nie wspominając. Co
prawda podejrzewał, że nic nie pójdzie tak łatwo, jak mógłby tego oczekiwać,
ale łatwiej było planować, niż później wcielić pewne zamierzenia w życie.
Nie potrafił stwierdzić, co takiego czuł i myślał, nie wspominając o zapanowaniu
nad emocjami – i to zwłaszcza teraz, kiedy raz po raz wracał pamięcią do
tego, co się wydarzyło.
Ta
dziewczyna… Od zawsze wiedział, że kobiety są niebezpieczne i że któraś prędzej
czy później miała doprowadzić go do szaleństwa, ale to było zupełnie coś
innego. Nie rozumiał dlaczego ta jedna chwila – moment, kiedy Alyssa spojrzała
na niego tymi zlęknionymi, lśniącymi oczami, a także ten, kiedy chwycił ją
w ramiona, chroniąc przed upadkiem z wysokości – aż do tego stopnia
wytrąciła go z równowagi, zresztą próbował przekonać samego siebie, że to
nie ma większego znaczenia. Chwila słabości na którą prędzej czy później pozwalał
sobie każdy, również doświadczony wampir taki jak on, który niejednokrotnie już
się przekonał, że uczucia to niebezpieczna pułapka, niosąca ze sobą wyłącznie
ból, zmęczenie, a w skrajnych przypadkach… nawet życie. Już raz umarł
i chociaż niejednokrotnie zdarzało mu się igrać ze śmiercią, ryzykując
utracenie tego, co – od biedy – można było określić mianem czegoś więcej prócz
marnej egzystencji – jakoś nieskutecznie go satysfakcjonowało.
Tym
bardziej nie potrafił wytłumaczyć sobie, dlaczego bezustannie analizował
w myślach ostatnią rozmowę (o ile słowo „rozmowa” odpowiednio opisywało
to, co zaszło pomiędzy nim, Alyssą, jego braćmi i resztą irytującej rodzinki), już nie tak pewny swoich słów, chociaż
podobna sytuacja zdecydowanie nie powinna mieć miejsca. Szlag! Czy przesadził?
W innym wypadku nie miałoby to dla niego żadnego znaczenia, ale tym razem
to było coś… innego, o wiele bardziej skomplikowanego i…
Och, już
nawet nie pamiętał, kiedy ostatnim razem czuł coś, co można byłoby przyrównać
do wyrzutów sumienia! Nie obchodziło go, co inni myśleli o nim i jego
zachowaniu, obojętny również na to, że niemal każdy określał go mianem
egoistycznego dupka, w pewnym sensie nie tak dalekim od prawdy. Tak swoją
drogą, co złego było w odrobinie zdrowego egoizmu? Brak odpowiedzialności
bywał zbawienny, poza tym bardzo wygodny, a Carlos od zawsze cenił sobie
obie te cechy – bezpieczne, niewymagające życia, kiedy to jedyną osobą, za której bezpieczeństwo musiał odpowiadać, był on sam. Do tej pory wszystko było
łatwe, a on mógł skoncentrować się na planowaniu tego, co już całe lata
temu chodziło mu po głowie i czemu zamierzał oddać się w całości. Podobno
zemsta najlepiej smakowała na zimno, a żeby w pełni się nią cieszyć,
potrzeba czasu i odrobiny cierpliwości. Bez wątpienia coś w tym było,
a przynajmniej chciał w to wierzyć, gotów poświęcić dosłownie
wszystko, byleby tylko osiągnąć to, co od samego początku było jego celem.
To miało
być proste, a przynajmniej tak sobie przez cały ten czas wmawiał,
motywując się myślą o tym, co od zawsze było dla niego najważniejsze.
Mógłby myśleć o Mistery, ale nie potrafił, nie tyle dlatego, że
wspomnienie jej ślicznej, roześmianej twarzy i lśniących, szmaragdowych
oczu było zbyt bolesne. Może po prostu chodziło o fakt, że ona nigdy nie
poparłaby tego, co robił, nawet jeśli było konieczne. Sama próba wyobrażenia
sobie smutku malującego się na jej twarzy albo rozczarowania z jakim by na
niego spoglądała, byłaby niczym najgorsza tortura. Już dawno temu nauczył się
unikać tego, co miało związek z Misty, próbując bronić się przed bólem,
który traktował jak jedną z najgorszych słabości. Zobojętnienie i odcięcie
się od emocji wydawało się najlepszym, co mógł zrobić, tym bardziej, że biorąc
pod uwagę liczbę wrogów, których sobie narobił, nawet chwila wahania mogłaby skończyć
się tragicznie. Łatwiej było doprowadzać innych do szaleństwa, szorstko
traktując nawet tych, który upierali się, że chcą dla niego dobrze.
„Prawda
jest taka, Carlos, że ty już dawno temu umarłeś – wtedy, kiedy zginęła
Mistery!” – wytknęła mu podczas jednej z licznych kłótni Megan. Czasami
zastanawiał się, jakim cudem nie powybijała jego, Noela… No, w zasadzie
wszystkich. Podobno ledwo z nim wytrzymywała, podczas gdy sama miała
naturalną zdolność do wytrącania innych z równowagi.
Jakkolwiek
by nie było, wtedy trafiła w sedno – i musiała doskonale zdawać sobie
z tego sprawę, bo kiedy emocje opadły, jeszcze długo chodziła za nim, błagając
o przebaczenie, którego ostatecznie z wielką łaską jej udzielił. Aż
przyjemnie było spoglądać na płaszczącą się przed nim Meg, tym bardziej, że
oboje byli zbyt dumni i uparci, żeby tak po prostu przyznać się do błędu.
Co prawda nie chciał sobie nawet wyobrażać tego, że cokolwiek mogłoby ich
łączyć, aczkolwiek jeśli miał być ze sobą szczery…
Nieważne.
Liczyło się przede wszystkim to, że Mistery odeszła.
A on został
sam.
Ledwo
powstrzymał poirytowane warknięcie, po czym bez większego problemu odrzucił od
siebie niechciane myśli. Przez minione lata zdążył niemalże do perfekcji
opanować zdolność bronienia się przed niechcianymi emocjami i wspomnieniami,
bez większego wysiłku – już niemal w rutynowy sposób – wznosząc wokół
siebie ochronny, niezawodny mur. Czasami wyobrażał sobie, jak odcina się od
tego, co niewygodne – cegiełka po cegiełce, coraz wyżej i wyżej, tak żeby
nikt ani nic nie było w stanie przeniknąć do jego wnętrza. Już raz oddał się komuś w pełni – wtedy, kiedy jeszcze naiwnie wierzył w to, że ma
coś takiego jak serce czy duszę – i to tylko po to, żeby ostatecznie
przypłacić to nieopisanym wręcz cierpieniem. Miał tego dość, a sama myśl
o tym, że mógł w ogóle doprowadzić do tego, żeby jedno wydarzenie wywróciło
jego życie do góry nogami, wprawiała go w stan dzikiej furii.
Nigdy
więcej. Podobno nie wchodziło się dwa razy do tej samej rzeki, zresztą już dawno
doszedł do wniosku, że miłość jest przereklamowana, bolesna i absolutnie
pozbawiona sensu. Słyszał, że wampiry kochały tylko raz, a jeśli
faktycznie tak było, jego limit na przyjmowanie i odwzajemnianie się komuś
pozytywnymi emocjami już został przekroczony. Teraz musiał skoncentrować się na
tym, co najważniejsze – a więc na Alyssy, czy też raczej powodach dla
których jej potrzebował. To też nie było jakoś szczególnie trudne, tym
bardziej, że w pamięci wciąż miał jej rozeźlone spojrzenie i to, jak
wręcz żądała od niego tego, by udzielił jej odpowiedzi. A niech to, dawno
nie spotkał na swojej drodze tak upartej i charyzmatycznej istoty, która
nawet pomimo strachu, sprawiała wrażenie kogoś, kto chętniej wydrapałby mu
oczy, zamiast w naturalnym odruchu rzucić się do ucieczki. Poniekąd to tak
bardzo mu się w niej podobało – ta pewność siebie, ogień w spojrzeniu,
oszałamiający zapach jej krwi, kiedy…
Do cholery,
o czym on w ogóle myślał? Alyssa była ładna, a pewnie gdyby się
postarał, bez trudu owinąłby ją sobie wokół palca, ale nie mógł sobie pozwolić
na to teraz, kiedy była mu tak bardzo potrzebna. Na tę chwilę najważniejsze
pozostawało to, żeby spróbować nad nią zapanować i jakkolwiek oswoić ją z zaistniałą
sytuacją. Liczył na Eleonorę, chociaż naturalnie nie zamierzał tego przyznać,
aż nazbyt świadom tego, że bratowa nie darzyła go szczególnie ciepłymi
uczuciami. Zbyt wiele poświęcił, żeby uczynić ją tym, kim była teraz, poza tym wiedział,
że wraz z jej przemianą cały dotychczasowy świat stanął na głowie.
Polowanie zostało rozpoczęte, a wynik tych łowów mógł być w równym
stopniu zbawienny dla niej, co i dla niego.
Cholera,
nic dziwnego, że nawet zwykle opanowany Michael spoglądał na niego tak, jakby
właśnie upadł na głowę.
Trudno. Nie
obchodziło go to, czy ktokolwiek popierał jego działania, a już na pewno
nie zamierzał rozwodzić się nad tym, jak jego postępowanie oceniał jego
starszy, świętoszkowaty braciszek. Michael od zawsze próbował się nim
opiekować, jednak Carlosowi nigdy nie było po drodze z przyzwoitością.
W przeszłości niejednokrotnie powtarzano mu, że jego los będzie marny i najwyraźniej
coś w tym było, chociaż nikt nie przewidział, że efekt okaże się aż tak
opłakany. Doświadczył dość, żeby zachowanie Mickey’a drażniło go bardziej niż podejście
Jasona, który – za pewne z miłości – najchętniej przebiłby go kołkiem i zostawił
w południe na słońcu.
Westchnął
bezgłośnie, po czym ostatecznie zamknął umysł przed niechcianymi bodźcami,
koncentrując się przede wszystkim na instynkcie drapieżnika. To była najlepsza
metoda, żeby w stosunkowo łatwy sposób pozbyć się tej niechcianej cząstki
człowieczeństwa – a więc źródła słabości, jak zwykle określał te ludzkie
cechy w sobie. Przez kilka następnych sekund skupiał się wyłącznie na
podsuwanych mu przez wyostrzone zmysły bodźcach, nasłuchując i z uwagą
śledząc wzrokiem uśpiony kampus uniwersytetu w Seattle. Poruszał się
powoli i bezszelestnie, zważając na każdy krok i już z przyzwyczajenia
pilnując, żeby nikt go nie zauważył. Skradanie od zawsze przychodziło mu
z dużą łatwością, co zawdzięczał nabytej przez wieki wprawie. Nigdy nie widział
powodu, by ograniczać swoje wampirze zdolności albo udawać, że jest kimś
zupełnie innym, zwłaszcza podczas polowań – krwawych i często
sprowadzających się do czegoś więcej, niż tylko próby zaspokojenia głodu.
Litości, kto sam z siebie zdecydowałby się na zadowolenie plastikowymi
woreczkami albo uprzejmym przekonywaniem potencjalnej ofiary, żeby pozwoliła
się ukąsić i po wszystkim łaskawie o sprawie zapomniała?
Wszystko
sprowadzało się do samokontroli, a z tą – dzięki Bogu – od dawna nie miał
już problemu… Przynajmniej zazwyczaj. Niechętnie się do tego przyznawał, ale to
również w znamienitej większości zawdzięczał Mistery, nawet jeśli była
zaledwie po części istotą ludzką, dodatkowo obdarzoną darem nieśmiertelności.
Niektórzy gardzili hybrydami i przez pewien czas sam sceptycznie
podchodził do istnienia tej rasy, ale później na jego drodze stanęła Mistery
i wszelakie wątpliwości zniknęły, pozostawiając…
Och,
niedopuszczalne! Znów o niej myślał, po raz wtóry w tak krótkim
czasie, a to nie zdarzało mu się często. To była wina Alyssy i tego,
że wytrąciła go z równowagi – nie tylko swoim zachowaniem, ale również tę
ludzką cząstką, którą miała w sobie, a która wszystko niepotrzebnie
komplikowała. Co prawda nie mógł zapomnieć, że właśnie nietypowe pochodzenie
dziewczyny – również to, co odróżniało ją od pozostałych nieśmiertelnych,
łącznie ze zrodzonymi w tradycyjny sposób pół-wampirami – było kluczem do
tego, żeby osiągnął cel, ale gdyby nie ona, jego życie byłoby mimo wszystko
łatwiejsze.
Rozejrzał
się dookoła, żeby upewnić się, czy nikt go nie obserwuje. Skryty w cieniu
górującego nad miejscowymi kawiarenkami i innymi udogodnieniami dla
studentów akademika, skutecznie maskował jego obecność, sam Carlos zresztą
doskonale wiedział jak postępować, żeby skryć się przed marnym
ludzkim wzrokiem, a w skrajnych przypadkach – również przed
wampirzym. No cóż, jakby nie patrzeć, był łowcą; istotą mroku, w pełni
pogodzoną ze swoim losem, dzięki czemu mógł czerpać przyjemność z tego, do
czego zobowiązywała go natura. Niejednokrotnie miał okazję, żeby przekonać się,
że to właśnie zdolność korzystania z właściwych nieśmiertelnym
umiejętności, a także mrok, do którego przynależeli, pozwalały mu nie
tylko na swobodną ucieczkę przed wrogami, ale również na zdobycie tego, co aktualnie
było mu potrzebne. Mógł zachowywać się jak pozbawiony wyobraźni prostak i wprost
atakować śmiertelników, ale jak długo pozwoliłoby mu to przetrwać? Już i tak
miał zbyt wielu wrogów, łącznie z Evansonami, których nie tak dawno temu
widział, zmuszony ratować Alyssę. Te włoskie szumowiny już i tak odebrały
mu wszystko, żeby teraz pozwolił na to, by pozbawiły życia również jego…
Nie, już
dawno doszedł do wniosku, że samobójstwo to zbyt proste rozwiązanie. Musiałby
być tchórzem, żeby się na to zdecydować, poza tym… Co wtedy z zemstą?
Jeśli już umierać, to w blasku chwały i z należytą klasą.
Powietrze
przesycone było całą mieszanką krwi ludzkich dzieciaków, teraz najpewniej
pogrążonych w głębokim śnie lub – co bardziej prawdopodobne, jak zdążył
zauważyć, obserwując ówczesną młodzież – balujących gdzieś na mieście. Słodycz
drażniła jego gardło przy każdym wdechu, ale nie zwracał na to uwagi, bez trudu
spychając myśl o głodzie na dalszy plan. Swoją drogą, wyjście na miasto
również było kuszącą perspektywą, jednak przynajmniej tymczasowo zamierzał
zrezygnować z „przyjemności”. Gdyby się postarał, na pewno znalazłby jakąś
niewinną duszyczkę, która z rozkoszą dotrzymałaby mu towarzystwa, a którą
później z mniejszym albo większym żalem pozbawiłby życia, ale sam nie był
pewien, czy to miało jakikolwiek sens. Ludzkie kobiety bywały tymczasową
odskocznią i do pewnego stopnia dostarczały mu rozkoszy, nawet jeśli niezmiennie
brzydziła go myśl o tym, że mogłyby go dotykać… i że one dotykały
jego. To była jedna z wielu niewłaściwych rzeczy na które pozwalał sobie
od śmierci Mistery, a których sensu sam nie potrafił dostrzec.
Nie tej
nocy, pomyślał stanowczo. Nawet gdyby jednak się rozmyślił i zdecydował
zaszczycić swoją obecnością te mniej chwalebne, aczkolwiek równie ruchliwe
dzielnice miasta, pewnie i tak nie mógłby się skoncentrować, wciąż
wzburzony i rozdrażniony. Nie potrafił nad tym zapanować, tak jak i nie
był w stanie stwierdzić co takiego przyciągało go do tego miejsca.
Wcześniej niejednokrotnie kręcił się w okolicy uniwersytetu, świadom tego,
że gdzieś tutaj była Alyssa i pragnąc potwierdzić swoje przypuszczenia,
ale teraz… Zdecydowanie nie miał powodu, żeby wracać, nawet pomimo gróźb pod
adresem przyjaciółki dziewczyny. Wiedział, że nastraszył ją wystarczająco, żeby
stanęła na głowie albo wyszła z siebie, byleby rozwiązać problem i zapewnić
swojej dotychczasowej współmieszkance bezpieczeństwo, może nawet kosztem
swojego własnego. Zdążył się zorientować, że Alyssa jest uparta i dość
stała w uczuciach, co w połączeniu z tą nieznośną skłonnością do
poświęceń, mogło być dość problematyczne. Tak czy inaczej, dziewczyna na pewno
miała być posłuszna, żeby powstrzymać go od zrobienia czegoś, co nie tylko dla
samej Alyssy mogłoby okazać się przykre.
W porządku.
W takim razie dlaczego coś skłoniło go do tego, żeby przyjść tutaj…?
Nie dając
sobie czasu na dalsze bezsensowne przemyślenia, raz jeszcze rozejrzał się
dookoła, po czym w końcu zmusił się do ruszenia z miejsca. W duchu
modląc się o to, żeby żadnemu zaspanemu studentowi nie zechciało się
wyjrzeć na zewnątrz, z wprawą i gracją dzikiego kota wspiął się na
wysokość trzeciego piętra, korzystając przy tym z pomocy jednego z licznych,
rozłożystych dębów, zdobiących place zieleni na kampusie. Liście zaszeleściły,
kiedy wiekowe już gałęzie drzewa nieznacznie ugięły się pod jego ciężarem, ale
nie miał problemu z utrzymaniem równowagi. Co prawda początkowo bał się,
że jakimś cudem któraś z nich pęknie, tym samym zmuszając go do wycofania
się, ale powtarzając tę samą czynność już któryś raz z rzędu, zdążył
przekonać się, że drewno jest o wiele bardziej wytrzymałe niż mogłoby się
wydawać. Przez ostatnie tygodnie nabrał już niezłej wprawy we wkradaniu się
i wykradaniu z akademika, zdążył też zorientować się, gdzie znajdował
się zajmowany przez Alyssę i Mary pokój, chociaż nigdy dotąd nie posunął
się do tego, żeby wejść do środka.
Tym razem
również nie miał takiego zamiaru, sam nie do końca pewien tego, czego właściwie
oczekiwał po przyjeździe do tej części miasta. Alyssy tutaj nie było, a gdyby
był rozsądny i „odpowiedzialny”, pewnie teraz wisiałby nad nią i Eleonorą,
obserwując jak jego bratowa uczy dziewczynę podstaw. Cóż, daleko było mu do
ideału stwórcy, ale mimo wszystko…
A potem
jego wzrok zatrzymał się na uchylonym oknie i to wystarczyło, żeby
wszelakie myśli uleciały z jego głowy.
Zanim
zdążył zastanawiać się nad tym, co właściwie robi, wspiął się na parapet, by już
ułamek sekundy później bezszelestnie wślizgnąć się do pogrążonego w mroku,
dusznego pokoiku. Z lekkością wylądował na podłodze, po czym zamarł
w bezruchu, nieznacznie pochylony i gotowy zaatakować albo rzucić się
do ucieczki, gdyby zaszła taka potrzeba. Wampirzy wzrok pozwolił mu bez trudu
przeniknąć ciemność, dzięki czemu doskonale widział panujący w pomieszczeniu
chaos, a także zarys wyniszczonych przez wcześniejsze lokatorki mebli. Na
podłodze leżały zwinięte, porzucone ubrania – w większości jaskrawe albo całkiem
czarne, co bynajmniej nie pasowało mu do Alyssy. Nic nie wiedział o dzisiejszych
nastolatkach, ale zdążył zauważyć, że ta dziewczyna ma w zwyczaju nosić
się dużo porządniej i skromniej, w sposób, który… Cóż, chyba w pewnym
stopniu go pociągał, jeśli już miał być ze sobą szczery.
Wyprostował
się i prawie natychmiast znów zamarł, kątem oka dostrzegając jakiś ruch po
swojej lewej stronie. Instynktownie napiął mięśnie, po czym w pośpiechu
obrócił ku potencjalnemu wrogowi, gotów do natychmiastowej reakcji, jednak
w ciemnościach nie dostrzegł nikogo. Odrobinę zdezorientowany, rozejrzał
się raz jeszcze, dopiero po chwili zwracając uwagę na wciśniętą w kąt
pokoju staromodną toaletkę i duże, skierowane pod kątem w stronę okna
lustro. Z cichym westchnieniem zwiesił ramiona, po czym pokręcił z niedowierzaniem
głową, w milczeniu obserwując swoje odbicie. Chyba wciąż był
przewrażliwiony, tym bardziej, że w pokoju nadal unosił się słodki zapach
ludzkiej krwi, pomieszany z kwiatowym zapachem perfum i kosmetyków,
co samo w sobie było w stanie przyprawić o zawroty głowy. Gdzieś
w tej oszałamiającej mieszance wychwycił charakterystyczną dla Alyssy
słodycz, trop jednak był słaby – nie było wątpliwości, że dziewczyna nie
przekraczała progu mieszkania już od przynajmniej kilku dni.
W pokoju
było cicho, pomijając odległe dźwięki ruchu ulicznego i miejskiego życia.
Dopiero po chwili odważył skoncentrować się na jeszcze innych, o wiele
ważniejszych odgłosach: spokojnym oddechu, a także bijącym miarowo,
pompującym krążącą w żyłach krew sercu. Carlos nie oddychał, a jako
istota martwa z medycznego punktu widzenia, już od lat nie mógł pochwalić
się bijącym pulsem, dlatego natychmiast zorientował się, że nie jest w pokoju
sam. Znów się spiął, choć gdyby faktycznie został zauważony, na dodatek przez ludzką
dziewczynę, bez wątpienia mógłby spodziewać się krzyków i zamieszania
bliskiego temu, które zrobiła na jego widok Alyssa, a to znaczyło, że…
Wtedy ją
zobaczył.
Mary DeLuca
leżała na jednym z dwóch wąskich, jednoosobowych łóżek – rozkosznie
nieświadoma i pogrążona w głębokim śnie. Rozrzucone niedbale na
poduszce włosy, tworzyły wokół jej głowy czarną aureolę, mocno kontrastując
z mlecznobiałą cerą. Gdyby chciała, ze swoją bladością mogłaby konkurować
nawet z wampirami, może pomijając subtelne rumieńce na policzkach. Lekko
rozchyliła usta – dwa pełne, bliźniacze łuki – żeby łatwiej było jej chwytać
powietrze.
Carlos
zamarł w bezruchu, bezwiednie wodząc wzrokiem po smukłym, częściowo tylko
przysłoniętym przez kołdrę ciele dziewczyny. Pod warstwą materiału widać było
o wiele więcej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Jakby wyczuwając
jego obecność, Mary poruszyła się niespokojnie, po czym z cichym jękiem
przetoczyła na bok, ramionami obejmując poduszkę i jeszcze bardziej
zrzucając z siebie kołdrę. Na sobie miała kusy komplecik z jakiegoś
śliskiego materiału, składający się wyłącznie z bluzeczki na cieniutkich
ramiączkach oraz sięgających połowy ud spodenek.
Kiedy się
poruszyła, ciemne włosy częściowo opadły jej na twarz, jednocześnie odsłaniając
smukłą, bladą szyję…
W milczeniu
przesunął się o krok, nie odrywając wzroku od pogrążonej we śnie postaci.
Och, to byłoby takie proste… Widział ją, a ona była tak blisko – dosłownie
na wyciągnięcie ręki. Nie był pewien, co to oznacza, ale gdyby się nad tym
zastanowić... Cóż, on był teraz panem sytuacji. Gdyby bez ostrzeżenia chwycił
ją w ramiona, a potem wgryzł się w gardło, nie tylko nie
zdołałaby zaprotestować, ale pewnie nawet by się nie obudziła. Zginęłaby szybko
i bezboleśnie i nikt nawet nie zorientowałoby się, że miał z tym
jakikolwiek związek…
Gdyby tylko
chciał, mógłby rozwiązać problem…
Wystarczyła
jedna jego decyzja, a Mary DeLuca jeszcze przed wchodem słońca byłaby
martwa.
Każda pora jest dobra, żeby wstawić rozdział, nie? Zwłaszcza taki. Zmiana perspektywy i… Hm, pamiętam, że byłam z tej i następującej zaraz po niej części bardzo zadowolona. Nadal jestem, tym bardziej, że mam wielką słabość do Carlosa, chociaż to chyba nie jest szczególnie dziwne… A może jest? O tej porze i tak nie myślę, więc wszystko mi jedno.Jak zwykle dziękuję za obecność, bo to dla mnie bardzo ważne. Nie po raz pierwszy szczególna wdzięczność z mojej strony dla Mrs. Cross – właściwie za wszystko! I z góry przepraszam za końcówkę, ale to ja, prawda?Na koniec dodam, że wystartowałam z nowym opowiadaniem. Jeśli kogoś to interesuje, to serdecznie zapraszam na Her Final Destination, gdzie już pojawiły się prolog i rozdział pierwszy.Do napisania!

Zdążyłam dopiero co przeczytać w nocy poprzedni rozdział, a Ty mi tu piszesz, że jest kolejny. Ucieszyła się, owszem. Ale zaległości, zaległości... :) No nic.
OdpowiedzUsuńJak już mówiłam, wybacze Ci końcówkę (mam dobre serduszko) i proszę Cię bardzo :*
Jak wspominałam poprzednio o strachu, tak bólu wcale też nie uważam za przejaw słabości, jak wydaje się Carlosowi. Pozwalanie sobie na uczucia, nie blokowanie ich, to jest wyczyn. Według mnie, ale przecież zdania są różne. Odczuwanie bólu wcale nie jest tylko dla słabych ludzi. Jeśliby się zastanowić, takie emocje właśnie ludzi (wampiry zapewne też) mogą raczej wzmocnić. Chociaż przynajmniej w ten sposób Carlos nie pokazuje czym możnaby go zranić. Mam jeszcze wiele słów w głowie by uzasadnić tą swoją tezę, ale w tej chwili są tak chaotyczne, że nic mądrego by z tego nie wyszło. Muszę jedynie liczyć na Twoje zrozumienie w tej kwestii :)
Uczucia jak i wspomnienia są częścią nas. Gdy się przed nimi bronimy, czy jesteśmy tak do końca sobą?
Jednak to zrozumiałe, że Carlos tak się zachowuje (chociaż swoich wcześniejszych słów nie cofam). Nawet nie chce sobie wyobrazać co czuje człowiek tracący ukochaną osobę. To zupełnie coś innego niż utrata bliskiej osoby. A samo to nie jest przyjemnym doświadczeniem, o czym niestety przyszło mi się niedawno przekonać. I nie chciałabym znaleźć się na miejscu Carlosa. Szczególnie, że podobno wampiry zakochują się raz i na zawsze. Nawet jeśli nie... bałabym się chyba znów zaryzykować. Pozostanę jednak na tym, że tego nie przeszłam i nie chce przejść. Nie zamierzam.
Carlo Rossi! Nie ładnie tak wkładać się do pokoju młodej studentki. Jeszcze w nocy! No wiesz? Policja i te sprawy... bardzo brzydko się zachowałeś, chłopcze. I jeszcze się przygląda Mary, zboczeniec jeden!
To pewne, że jej nie zabije. Alyssa zrobiłaby to samo z nim i to bez chwili wahania. Poza tym to dzięki Mary ją zatrzymał w domu swojej rodziny. Gdyby zabił studentkę, Ali na pewno by tam nie siedziała. Zresztą, jakby go zabiła to nie byłoby potrzeby :D
Rozdział bardzo mi się podoba. Jest to perspektywa Carlosa, pozwalasz nam go bardziej poznać i zaznajomić się z tym jak on wszystko widzi. Dowiadujemy się o nim więcej, ale też nie za dużo, byśmy mogli się zastanawiać i główkować co też ta Nessa tutaj szykuje. Duuużo opisówki. Bo w końcu ani jednego słowa nikt nie wypowiedział. A pomimo to i tak mi się podobał. Opisy konkretne i lekkie dzięki czemu szybko poszło i czytało się przyjemnie ^^
Krótko mówiąc: OBY TAK DALEJ!
Dużo weny i czasu do pisania <3
Mrs.Cross!
Krążę tak po blogach nie wiedząc dokładnie, gdzie powinnam się podziać. Chciałam dokończyć Forever, ale coś mi kazało przyjść tutaj. Będziesz mi musiała wybaczyć to czytanie na raty. Pewnie jeszcze mi się trochę zejdzie zanim będę wszędzie na czysto. Wiesz, że ja mimo wszystko jestem i przeczytam wszystko w swoim czasie. I skomentuje ładnie, żeby głupot nie pisać. =3 Wróciłam też do swoich nocnych komentarzy, więc wszystko u mnie gra, prawda? C:
OdpowiedzUsuńPamiętam, że czytałam ten rozdział już bardzo dawno temu. Ale nie miałam jakoś okazji go skomentować. Nie pamiętam już czemu, ale to nie ważne. Perspektywa Carlosa nie zachwyciła, tak jak ten gif na górze. Joseph to jedna z wielu moich miłości, o czym doskonale wiesz. Lista mężów jest długa. Po wzmiance o Megan i Noelu jestem ciekawa co postaci. Co jakoś czas wracam do Bohaterów, nie tylko po to, aby popatrzeć na Daniela, czytam o nich i... Cóż, czekam na pojawienie się tej dwójki. ;)
Strasznie, cholernie mi go szkoda. Stracił osobę, która kocha i przez to stał się taki... trudno dostępny. Bardzo mi się podoba porównanie do muru, że układał kostka po kostce, a teraz nikt się nie może przez to przebić. W ogóle uwielbiam Twoje opisy, które są po prostu cudowne i no człowiek się rozpływa jak czyta. ;3
Fajnie, że powoli odkrywasz karty. Pokazujesz każda postać z osobna, dajesz nam je poznać i polubić lub znienawidzić. Mam słabość do takich postaci jak Carlos, a więc to oczywiste, że go lubię. Moja słabość do tej postaci jest od początku tego opowiadania, zanim stało się ono autorskim. Więc trochę czasu już minęło, nie?^^
Och, proszę. Pojawił się w akademiku. Tak sobie myślę jakim cudem ta dziewczyna może spać w zimnej piżamce i jeszcze lezec tak rozkryta. Serio, nie rozumiem. Nie ważne jaka jest pogoda, ile stopni ja zawsze muszę mieć najgłębszych koc i kołdrę, bo inaczej marznę. I nawet teraz mi się zimniej zrobiło. A Carlos nie powinien się gapić! Jak tak można w środku nocy się zakradać do pokoju młodej kobiety i się na nią gapić jak spi. #not_normal
Pewnie już po komentarzu wiesz, że rozdział mi się podobał, więc po co powtarzać? Był świetny. ^^ Uwielbiam dużo opisów, chociaż czasami nudzą co pewnie wiesz, ale nie u Ciebie. Nie wydaje mi się, aby opisy u Ciebie kiedykolwiek mi się nudziły. Zawsze są cudowne i zawsze człowiek chce więcej.
Tymczasem ja się pożegnam, ide się tulić do kota i miśków. ;D Resztę rozdziałów, a przynajmniej pewna cześć, postaram się zobaczyć jutro, a tymczasem ściskam mocno, jeszcze raz wesołych świąt i weny. <3
Gabi