Alyssa
Eleonora była spokojna, co
powoli przestawało ją dziwić. W milczeniu wpatrywała się w kobietę,
nie będąc w stanie uwierzyć, że ta… tak naprawdę mogłaby być wampirzycą.
Ba! Że sama stała się istotą tego rodzaju, chociaż nie tylko Carlos wyraźnie
jej to zakomunikował. To wszystko zaczynało być przytłaczające, ale w jakiś
pokrętny sposób obecność Eleonory i to, że właśnie ona obiecała się nią
zająć, wydały się dziewczynie kojące. Przy niej była bezpieczna, poza tym jakoś
nie miała wątpliwości co do tego, że kobieta mogła okazać się o wiele
bardziej łagodna niż reszta towarzystwa.
Milczała,
mocno ściskając swoją towarzyszkę za rękę i niespokojnie rozglądając się
po salonie. Dom wyglądał wręcz porażająco zwyczajnie, choć sama nie była pewna,
czego tak naprawdę powinna spodziewać się w obliczu tego, czego się
dowiedziała. Trumien? Lochów, gdzie trzymano by ewentualne ofiary, żeby móc je
podgryzać albo w najgorszym (najlepszym?) wypadku zabić? Wszystko wydawało
się równie prawdopodobne i szalone zarazem, aż Ali zaczęła zastanawiać się
nad tym, ile czasu miało zająć jej to, żeby jednak postradać zmysły.
– Dobrze
się czujesz? – usłyszała i aż się wzdrygnęła, słysząc melodyjny głos
Eleonory. – Wybacz proszę to, jak musiała wyglądać ta rozmowa. Słabo znam
Carlosa, ale zauważyłam, że jest dość…
– Trudny? –
podsunęła usłużnie, kiedy kobieta zwiesiła głos.
Na ustach
Eleonory pojawił się blady uśmiech.
– Skoro tak
uważasz… – Podprowadziła Alyssę do kanapy, siadając na niej i zachęcając
dziewczynę do tego samego. – Ale już w porządku… Chyba. Jesteś skołowana,
ale przynajmniej rozumiesz, co takiego się dzieje. Mylę się?
– Rozumiem
– zapewniła, chociaż to wcale nie było takie proste.
Cóż,
wiedziała mniej więcej tyle, że właśnie została pozbawiona dotychczasowego
życia, trafiła tutaj, a teraz na domiar złego dowiedziała się, że była
potworem. Ta myśl wciąż do niej nie docierała, a Alyssa gorączkowo szukała
sposobu na to, żeby ją zanegować, choć podświadomie czuła, że to nie ma
najmniejszego nawet sensu. W pamięci wciąż miała to, w jakim stanie
tutaj trafiła – cała zakrwawiona i niepewna tego, co działo się z nią
w ostatnim czasie. Pamiętała również, co takiego zobaczyła, zanim straciła
przytomność w łazience; moment, w którym pokusiła się o to, by
rzucić się jakiemuś mężczyźnie do gardła i…
Omal nie
wyszła z siebie, czując dość znaczącą zmianę w ustach. Drgnęła, po
czym instynktownie przesunęła językiem po zębach, nagle znów bliska omdlenia,
kiedy wyczuła parę ostrych, idealnych do wkłucia się w żyłę… kłów. Gwałtownie nabrała powietrza do
płuc, chyba jedynie cudem nie zaczynając krzyczeć. Natychmiast uniosła obie
ręce, by móc przycisnąć dłonie do ust, jakby to miało być w stanie
cokolwiek zmienić. Nie miała pojęcia, jak się czuła, ale nie była w stanie
się skoncentrować – i to nie tylko z powodu rozmowy, którą musiała
przeprowadzić z Carlosem. Chciała powiedzieć, że po prostu martwiła się o Mary,
zagubiona w nowej sytuacji, ale to również nie stanowiło rozwiązania
najważniejszego z dręczących ją problemów. Chodziło o coś więcej, ale
zrozumiała to dopiero z chwilą, w której znalazła się sam na sam z Eleonorą,
względnie spokojna i zdolna do tego, żeby odetchnąć, o ile w jej
przypadku to w ogóle miało być możliwe.
Wcześniej
nie była świadoma słabości, pobudzana przez krążącą w żyłach adrenalinę i odczuwane
niemalże na każdym kroku nerwy. Carlos wytrącił ją z równowagi, zresztą
jak i prawda, którą podejrzewała jeszcze na krótko przed tym, jak padło to
słowo: wampiry. Zabawne, ale wbrew
wszystkiemu nie miała problemu z tym, żeby przyjąć je do świadomości – to,
że mogłaby być akurat tą istotą, a więc urodzoną morderczynią; drapieżcą o ludzkich
kształtach. Powinna czuć się inna – gorsza, zagubiona – a jednak pomimo
paniki, do Alyssy nagle dotarło, że w rzeczywistości… odczuwała ulgę.
Podejrzewała, że to szok, bo inaczej nie była w stanie opisać własnych
uczuć, ale jakie to właściwie miało znaczenie? Sęk w tym, że miała
wrażenie, jakby już kiedyś tego doświadczyła, a teraz po długich trudach
wróciła do domu.
Niemniej
szalone, ale przy tym niezwykle prawdziwe, okazało się to, że była w stanie
rozpoznać głód. Dotychczas przytłumiony, częściowo zaspokojony przez krew
człowieka, którego zabiła po drodze, ale jednak obecny – i teraz rosnący w siłę,
czy to za sprawą emocji, czy może samego faktu tego, że była młoda i niedoświadczona.
Czuła wibrowanie w kłach, przypominające trochę przeszywający ból, który
porażał całą jej szczękę, przez co nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie
go zignorować. Wbiła wzrok w Eleonorę, a oczy jak na zawołanie zaszły
dziewczynie łzami, chociaż nie sądziła, że będzie zdolna do tego, żeby jeszcze
płakać. Chciała o coś zapytać, ale nie ufała sobie na tyle, by choćby
próbować się odezwać, nie wspominając o otwarciu ust. Była pewna, że
gdyby tylko spróbowała, wydarzyłoby się coś, czego szybko by sobie nie
wybaczyła, a to…
Och,
zdecydowanie nie wchodziło w grę.
Dlaczego?, odezwał się cichy głosik w jej
głowie. Szept dochodził jakby z oddali, przypominając raczej myśl, która
mogłaby należeć do kogoś obcego, zamiast do niej, chociaż to na pierwszy rzut
oka wydawało się nie mieć sensu. Zasłużyłaś
na wszystko to, co najlepsze. Zasłużyłaś na…
– Och, no
tak – doszedł ją jakby z oddali niemalże zatroskany głos Eleonory i to
wystarczyło, żeby skoncentrowała wzrok na twarzy kobiety.
Z pewnym
opóźnieniem uprzytomniła sobie, że nie były same. W zasadzie chyba
bardziej wyczuła niż usłyszała Michaela, dosłownie na ułamek sekundy przed tym,
jak mężczyzna dołączył do nich w salonie, najwyraźniej woląc mieć żonę na
oku. Wyglądał na zmęczonego, zwłaszcza kiedy oparł się o framugę, uważnie
spoglądając to na nią, to znów na siedzącą tuż obok Alyssy wampirzycę.
– Carlos
opuścił cię zanim się obudziłaś, prawda? – zapytał, zaskakując ją tym, że w ogóle
zdecydował się odezwać. – Bez wyjaśnień i pomocy…
– Sądzisz,
że zrobił to źle – nie tyle zapytała, co stwierdziła fakt Eleonora.
Mężczyzna
wzruszył ramionami.
– Zgaduję,
tym bardziej, że znam mojego brata – powiedział, a w jego głosie wyraźnie
dało się wyczuć ledwo powstrzymywaną nutkę goryczy. – To samo w sobie
wydaje się bestialstwem, a przecież… Cóż, spójrz na nią. Wcześniej
zemdlała, a teraz jest tak blada, że prędzej powiedziałbym, że mamy w salonie
ducha. – Michael wyprostował się, po czym raz jeszcze zmierzył Alyssę wzrokiem.
– Jesteś głodna, dziecko?
Gdyby to
pytanie padło z ust kogokolwiek innego, w jakiejkolwiek innej
sytuacji, nie miałaby najmniejszych problemów z udzieleniem odpowiedzi.
Teraz jednak wszystko skomplikowało się do tego stopnia, że już nie tylko
konieczność sformułowania własnych oczekiwań okazała się problematyczna. Nie
chciała myśleć o pragnieniu, głosie czy jak inaczej powinna to nazwać,
żeby jak najlepiej pasowało to do tego, co chodziło jej w tamtej chwili po
głowie. Próbowała nad sobą zapanować, wsunąć te cholerne kły – przecież powinna
wiedzieć, w jaki sposób to zrobić! – a potem wyrzucić z siebie
chociażby słowo, ale…
– Hej, w porządku!
– Eleonora bezceremonialnie chwyciła ją za obie dłonie, zdecydowanym ruchem
zmuszając Alyssę do odsłonięcia ust. Dziewczyna jęknęła i spróbowała się
odsunąć, ale to okazało się niemożliwe, zwłaszcza, że coraz bardziej
napięte, drżące ciało, niezmiennie odmawiało jej posłuszeństwa. – To, co
czujesz, jest najzupełniej naturalne. Po prostu…
– Co jest
naturalne?! – wyrzuciła z siebie na wydechu. Czuła, że wszystko wymyka jej
się spod kontroli, a to zdecydowanie nie było dobre. – Ja chcę… Ja…
Niby co
miała im teraz powiedzieć? Że wpatrywała się w Eleonorę i tak
naprawdę marzyła nie tyle o ludzkiej krwi, ale o tej osoce, która
krążyła w żyłach siedzącej przed nią kobiety – wampirzycy, jakby nie
patrzeć? Już samo to, że mogłaby chcieć pożywić się akurat w taki sposób,
wydawało się co najmniej szalone, a przecież mogło być jeszcze gorzej. Nie
mogła pozwolić sobie na skrzywdzenie kogoś, kto był dla niej ważny! Śmierć w żadnej
postaci nie wchodziła w grę, bo zdecydowanie nie zamierzała zaakceptować
myśli o tym, że ta miałaby stać się częścią jej życia – czy też raczej egzystencji, bo w żaden inny sposób
nie potrafiła tego nazwać.
Jak
miałaby…?
– W porządku…
Tak, jest w porządku – oznajmiła z naciskiem Eleonora, tym razem nie
pozwalając sobie przerwać. – Alyssa, spójrz tutaj na mnie! Wiem, czego chcesz i mogę
cię zapewnić, że za chwilkę to dostaniesz – zapowiedziała, a dziewczyna
spojrzała na nią z niedowierzaniem.
– Co…?
Kobieta
nieznacznie potrząsnęła głową, po czym mocniej ścisnęła ją za ręce, tym samym
nakazując milczenie.
– Kiedy ktoś…
przechodzi przemianę, stwórca nie bez powodu jest za niego odpowiedzialny.
Carlos nawalił nie tylko dlatego, że zostawił cię w lesie – wtrącił ze
swojego miejsca Michael. – Prawdziwy problem polega na tym, że powinnaś dostać
od niego wystarczająco dużo krwi, by dopełnić proces… A na pierwszy rzut
oka widać, że nie dał ci takiej możliwości – wyjaśnił, ale prawda była taka, że
wciąż niczego nie rozumiała. – Eleonoro…
Jeszcze
kiedy mówił, podszedł bliżej, uważnie przypatrując się poczynaniom żony. Ta
zachowywała się w niemalże przesadni spokojny sposób, wciąż siedząc obok i sprawiając
wrażenie kogoś, kto wcale nie czuje się zagrożony.
– Skoro
Carlos sobie poszedł, ja… – zaczęła cicho Eleonora, ale Michael prawie
natychmiast potrząsnął głową.
– To jego
podopieczna – zaoponował. – Jeśli zaoferujesz jej swoją krew, to tak, jakbyś po
części przejęła jego obowiązki. Oboje będziecie w równym stopniu jej
stwórcami, a to… Naprawdę tego chcesz? – dodał, a jego ton znacznie
złagodniał.
– Jeśli nie
będzie miała przynajmniej mnie, to obawiam się, że na Carlosa nie ma co liczyć
– powiedziała z naciskiem kobieta.
Cóż, to
była prawda, ale Alyssa prawie nie poświęciła tej kwestii uwagi. Nie była
zainteresowana nawet tym, że ta dwójka rozmawiała na jej temat niemalże tak,
jakby ona sama była niewidzialna, bo na swój sposób tak się czuła – odcięta od
rzeczywistości i tak bardzo zagubiona. W efekcie potrzebowała
dłuższej chwili, żeby zrozumieć, co takiego sugerowała Eleonora i…
Nie, pomyślała w oszołomieniu. Nie, nie, nie…
Z tym, że
wampirzyca najwyraźniej podjęła decyzję, bo jak gdyby nigdy nic wyprostowała
się, zaczynając odgarniać na ramię swoje długie, złociste loki. W tamtej
chwili Alyssa prawie zakrztusiła się powietrzem, porażona nie tylko gestem
Eleonory, ale przede wszystkim tym, gdzie to wszystko zmierzało. Spazmatycznie
chwytając oddech, uważnie przyjrzała się gardłu kobiety, tak jak w przypadku
Lucka będąc w stanie dostrzec biegnące pod skórą żyły. Słyszała, jak krew
pozostaje w ciągłym ruchu – wciąż płynie, wydając się ją wołać… wręcz
śpiewać i…
Nie.
– To jest
jak najbardziej w porządku – usłyszała spokojny głos swojej opiekunki.
Energicznie potrząsnęła głową, ale nie ruszyła się z miejsca, jak
urzeczona wpatrując się w odsłonięte gardło. – Nie bój się, moja kochana.
Po prostu chodź do mnie.
Było w tych
słowach coś kojącego, a może to ona chciała wierzyć, że tak będzie, żeby
usprawiedliwić to, jaką tak bardzo chciała podjąć decyzję. Prawda była taka, że
łaknęła krwi – i to tej konkretnej, którą dobrowolnie oferowała jej
Eleonora. Nade wszystko pragnęła ulec, choć zarazem nie wyobrażała sobie nie
tylko samego faktu picia krwi, ale przede wszystkim skrzywdzenia w jakikolwiek
sposób kogoś, kto był dla niej dobry. Nie mogła tego zrobić, nawet jeśli
kobieta sugerowała, że to nic takiego i że Ali mogłaby tego potrzebować.
Fakt, odczuwała głód, a ten coraz bardziej dawał jej się we znaki, ale…
Ale…
– Alysso.
Coś w sposobie,
w jaki Eleonora wypowiedziała imię dziewczyny, wystarczyło, by wszystko w ułamku
sekundy uległo zmianie. Ustąpiła ot tak, momentalnie zapominając o wszystkich
dotychczasowych wątpliwościach, a w zamian przesuwając się bliżej
siedzącej przy niej wampirzycy. Poczuła, że jej kły znowu się wysuwają,
wibrując łagodnie, czym niezmiennie doprowadzały Alyssę do szału, dając jej tym
samym do zrozumienia, że powinna zrobić z nich użytek. Nie była takim
stanem rzeczy zachwycona, jednak ciało wydawało się wiedzieć swoje, a Ali
nie widziała powodów, żeby dalej ze sobą walczyć.
Eleonora
nawet nie drgnęła, kiedy jej podopieczna przesunęła się bliżej, nachylając nad
odsłoniętym gardłem. Zaraz po tym Alyssy w końcu udało się odnaleźć ukojenie,
kiedy kłami przebiła skórę, tym samym będąc w stanie dobrać się do krwi.
Chociaż nie
chciała się do tego przed samą sobą przyznać, z chwilą w której
zaczęła pić naprawdę poczuła się sobą.
Nicholas
Usłyszał kroki jeszcze na
chwilę przed tym, jak jakaś postać pojawiła się w progu biblioteki. Miał
ochotę wywrócić oczami, kiedy bez patrzenia w kierunku przybysza zorientował
się, że to William, ale zmusił się do tego, żeby zachować obojętność. Wzrok skupił
na rozłożonej na stoliku książce, jakby od niechcenia przesuwając wzrokiem po
kolejnych linijkach, choć nawet gdyby chciał, nie byłby w stanie przyswoić
sobie choćby części tego, co czytał.
Czuł na
sobie przenikliwe, niemal surowe spojrzenie swojego… ojca, ale jakoś nieszczególnie śpieszyło mu się, żeby zaszczycić go
przynajmniej krótkim spojrzeniem. William Evanson żył w irytującym
przekonaniu, że wszystko mu się należy, a wszyscy wokół muszą
podporządkować się jego woli, jednak to wcale nie było takie proste i oczywiste
– przynajmniej z perspektywy Nicholasa. Odkąd tylko sięgał pamięcią,
sukcesywnie o tym mężczyźnie przypominał, niejednokrotnie wystawiając nerwy
nieśmiertelnego na próbę, co coraz częściej sprawiało mu przyjemność. Skoro był
jego synem, mógł pozwolić sobie na dużo więcej, a jeśli dzięki temu mógł
przypomnieć Williamowi, że świat nie kręci się wokół niego i jego
zachcianek… Cóż, tym lepiej!
Chociaż
drugie imię zawdzięczał właśnie temu osobnikowi, miał wrażenie, że w najmniejszym nawet stopniu nie są do siebie podobni. William wydawał się… przeciętny, o ile
w przypadku wampira takie słowo miało rację bytu. Nie chodziło o to,
że nie był urokliwy, bo to wydawało się domeną tego, kim każde z nich było
– ta idealna fasada, skrywająca niebezpiecznych morderców. Rysy twarzy
zdradzały włoskie pochodzenie, ale nie było to aż tak wyraziste, jak w przypadku
Nicholasa. Co więcej, ojciec był szatynem, podczas gdy on sam przywodził na
myśl światłocień – blada cera i intensywnie czarne włosy.
Inną
kwestią pozostawały oczy. Podczas gdy te Williama były stalowo szare i na
swój sposób obojętne, czym nie raz niepokoił swoich rozmówców, tak te Nicholasa
pozostawały intensywnie niebieskie – niczym niebo, a przynajmniej kilka
razy usłyszał podobne stwierdzenie pod swoim adresem. Ktoś kiedyś nawet
zaczepnym tonem rzucił, że takie tęczówki miewały stworzone do czynienia dobra
anioły, ale prawda była taka, że ktoś taki jak on już od urodzenia zmierzał w kierunku
przeciwnym do upragnionego przez wszystkich wokół raju.
– Wysłałem
do ciebie Chloe już jakąś godzinę temu – usłyszał, ale i na to nie
zareagował. Wiliam brzmiał na zniecierpliwionego, najpewniej tym, że
ostatecznie musiał pofatygować się osobiście, ale Nicholasa nieszczególnie to
niepokoiło. – Kazałem powiedzieć, że oczekuję cię u siebie – dodał,
obrzucając syna wymownym, przenikliwym spojrzeniem.
– Hm…
Powiedziała mi, że prosisz mnie do swojego gabinetu – poprawił machinalnie,
przeciągając się leniwie i w końcu unosząc wzrok na wampira – a to
różnica. Prośby nie są tak jednoznaczne jak rozkazy, jak sądzę – ciągnął ze
spokojem. Zaraz po tym spojrzał wampirowi prosto w oczy, po czym
uśmiechnął się niewinnie. – Przyszedłbym w wolnej chwili, ale skoro już
tutaj jesteś…
– Dlaczego
musimy przez to przechodzić za każdym razem, Nicholasie? – zapytał ze
zniecierpliwieniem William, podchodząc bliżej.
Nicholas
obserwował go, kiedy przysunął się ku niemu, zatrzymując się tuż naprzeciwko
niego. Westchnął przeciągle, po czym zatrzasnął czytaną książkę, wcześniej
nawet nie sprawdzając na której stronie skończył; nie odrywając wzroku od Williama,
odsunął opasłe tomisko na bok, celowo poruszając się ludzkim tempem i poświęcając
każdemu swojemu ruchowi o wiele więcej uwagi niż powinno być to wskazane.
Dlaczego?, pomyślał z przekąsem,
poirytowany zachowaniem wampira, który chyba tylko z nazwy uważał się za
jego ojca. Może dlatego, że zamordowałeś
moją matkę? Albo dlatego, że wzięło ci się na jakieś chore eksperymenty i wykorzystałeś
ją tylko po to, żeby spełnić swoje chore ambicie? W końcu co to za problem
wziąć sobie pierwszą lepszą ludzką kobietę, tylko po to, żeby przekonać się, co
takiego się stanie, kiedy zapłodni ją wampir! Och, a poza tym, tato, jak
mógłbym być taki niewdzięczny, skoro jeszcze przed moimi osiemnastymi
urodzinami stwierdziłeś, że mało się w życiu nacierpiałem i zrobiłeś
ze mnie potwora!, ciągnął, nie po raz pierwszy przytaczając w myślach
już dawno wyuczone słowa; nigdy nie powiedział mu tego wprost, nie tyle ze
strachu, co świadomości tego, że to i tak niczego nie zmieni. I tak
był tylko jednym z licznych kaprysów Williama, może o tyle bardziej
uciążliwym, że z jakiegoś sobie tylko znanego powodu wampir pozwalał mu na
dużo więcej niż przeciętnemu członkowi straży.
Rany, jak
on tego nienawidził! Nigdy nie rozumiał Sophie, która z pokorą przyjmowała
do wiadomości wszystkie podejmowane przez męża decyzje, zachowując się jak
„wzorowa żona”. Szkoda, że on nie potrafił wpasować się w ten chory układ i udawać,
że jest bardzo szczęśliwy, mogąc być na każde skinienie kogoś, komu przecież tyle zawdzięczał…
– W porządku
– powiedział oschle, zmuszając się do tego, by spojrzeć Williamowi w oczy.
Nawet w myślach mało kiedy nazywał go „ojcem”, chyba, że ironiczne, a i
to następowało dość sporadycznie. – Mów, czego chcesz.
Mężczyzna
zmierzył go uważnym spojrzeniem, ale ostatecznie słowem nie skomentował tonu,
którego używał Nicholas. Chyba już dawno doszli pod tym względem do swego
rodzaju impasu; on nie przekraczał pewnych granic, a w zamian William
patrzył przez palce na jego bezczelność. To było dobre, przynajmniej przez
większość czasu, póki któremuś z nich nie zdarzyło się posunąć o krok
za daleko i wyprowadzić drugiego z równowagi.
Czasami był
nieznośnie świadom tego, jak bardzo są do siebie podobni. Nie chodziło o cechy
urody – rysy twarzy, które mimo wszystko do pewnego stopnia upodobniały go do
ojca – ale o charakter, od charyzmy zaczynając, a na dumie kończąc.
Najzwyczajniej w świecie nie mieli szans na to, żeby się porozumieć, skoro
każdy z nich dążył do dominacji i realizowania swoich celów. Co
więcej, żaden nie pozwalał sobą rządzić, co zwłaszcza przy zapędach starszego z nich
nie raz prowadziło do zgrzytów.
Stalowoszare
tęczówki miały w sobie coś niepokojącego, ale Nicholas już dawno
przywyknął do tego spojrzenia. Jego własne oczy pozostawały spokojne i skupione,
nie zdradzając nawet części targających nim emocji.
–
Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy już jakiś czas temu? – zapytał William,
ostrożnie dobierając słowa. Nicholas sztywno skinął głową; był wampirem, więc
takie pytanie wydawało się co najmniej pozbawione sensu. – Będę miał dla ciebie
zadanie… Twoje zdolności mogą nam się przydać, bo potrzebuję kogoś, komu łatwo
będzie wniknąć w ludzką społeczność – stwierdził i zawahał się na
moment. – Może przynajmniej raz te twoje zamiłowania do nauki okażą się
przydatne – skomentował.
– Nie
zapominaj, że sam chętnie wysyłałeś mnie na studia – warknął, po czym poderwał
się z miejsca. Do tej pory błogosławił przynajmniej tych kilka lat, kiedy
częściowo udało mu się wyrwać z tego miejsca i spod wpływu Williama, w zamian
mogąc skoncentrować się na czymś tak przyziemnym, ale za to praktycznym, jak
nauka. – Aczkolwiek nie ma problemu. Nie musisz mnie prosić… Bardzo chętnie
wyjadę – dodał i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, szybkim krokiem
ruszył w stronę dwuskrzydłowych drzwi biblioteki. – Będę gotowy przed
zachodem słońca. Ach… Gdybyś miał mi coś jeszcze do powiedzenia, przyjdź sam. Chloe
zaczyna mnie nudzić – dodał, nie zamierzając szczędzić sobie złośliwości.
Zaraz po
tym wyszedł, demonstracyjnie zatrzaskując za sobą drzwi.
Puk, puk? Rozdział siedemnasty już jest, o tyle wyjątkowy, że nareszcie poznajemy Nicholasa. Chyba najwyższa pora, żeby wprowadzić jedną z głównych postaci, prawda? Teraz zasadniczo znamy już cały główny team – albo prawie, bo wciąż brakuje jednej osóbki, ale wszystko w swoim czasie. Mogę obiecać, że Nicholas od tego momentu będzie pojawiać się dość regularnie i że poprowadzi już prosto do wyjaśnień tego kim i dlaczego stała się Alyssa.Dziękuję za obecność, bo to bardzo wiele dla mnie znaczy. Kolejny rozdział już w przyszłym tygodniu, a przynajmniej mam to w planach; weny mi nie brakuje, więc korzystam z niej na wszystkie możliwe sposoby, zanim mi ucieknie. Szkoda tylko, że to nie przekłada się na chęci do czytania, ale spokojnie – wszędzie, gdzie zwykle się pojawiam, na pewno prędzej czy później wrócę.Do napisania!

Cześć!
OdpowiedzUsuńJuż prawie dwudziestka, a tutaj nadal niewiele czasu minęło i Alyssa nie zdążyła się jeszcze pogodzić z tym, że stała się potworem. Chociaż według mnie wystarczy spojrzeć na Eleonorę i to słowo do niej nie będzie pasowało pomimo tego, że jest wampirem. Ta kobieta ma w sobie mnóstwo ciepła i aż sobie wyobrazić nie umiem jak rzuca się komuś do gardła, zabija kogoś czy... czy coś. Chociaż nie mówię hop, bo mam już trochę styczności z Twoimi historiami, spojlerów też trochę miałam, więc pozmieniać może się wieeeeele. Ale mimo to, Eleonora jest osobą, która ma w sobie mnóstwo . I od razu wiadomo na kogo ją kreowałaś w poprzedniej wersji :) Chociaż wiem, że były tu postacie ze Zmierzchu, nie odczuwam tego. Szczególnie, że dodajesz tutaj swoje elementy, jak na przykład przy przemianie w wampira czy innych takich :p Jednak powtórzę po raz kolejny, że bardzo cieszę się z tego iż zrobiłaś z tej historii autorskie opowiadanie.
Sęk w tym, że miała wrażenie, jakby już kiedyś tego doświadczyła, a teraz po długich trudach wróciła do domu. Hm... Naprawdę? Ciekawe, Ness. Ciekawe. Można by się nad tym zdaniem trochę dłużej zastanowić, ale... po co?
Carlos... Ach. No dlaczego ten wampir taki jest? Mógłby chociaż spełnić swoje obowiązki w maleńkim stopniu i dopiero porzucić Alysse, a nie zwalać wszystko na innych. To Carlos, nie? Więc nie ma co się spodziewać dużo po nim. Ale przynajmniej jest wielkoduszna Eleonora, która zapewne do wszystkich wyciągnie pomocną dłoń.
W KOŃCU! NICHOLAS!
Jak ja długo na to czekałam... Jezuś! Ale w końcu nadszedł ten dzień, co? :D Czekam tylko jeszcze na gif'y z nim. Chociaż radzę je wrzucać dopiero jak skończysz pisać - wtedy mogą być dekoncentrujące z oczywistych powodów :3
Dlaczego mam wrażenie, że Nicholas to wampir, który robi co chce i rzadko - o ile w ogóle - słucha się innych? Jest panem własnego losu i to raczej jego trzeba się słuchać. Chociaż nie dziwię się, że ignoruje ojca. Po tym, co zrobił...
Chyba nikt nie miałby na miejscu Nicholasa ciepłych uczuć. To i tak, że jeszcze (to słowo podkreślam) go nie zabił. Wiadomo co wydarzy się za x rozdziałów? Ja tam niczego w Twoim przypadku za pewnik nie stawiam, bo Twoja głowa to skarbnica pomysłów i może wydarzyć się wszystko, a zarazem nic :)
Jedyne co mi się nie podoba w tym rozdziale, to fakt, że za mało Nicholasa. Ja tyle czakałam, a jego tak malusio :c Musisz to jakoś nadrobić, wiesz? I to koniecznie!! A teraz dobranoc, bo wpół do pierwszej jest <3
Mrs.Cross!
Ps. Oczywiście muszę dawać drugi raz, bo postanowili sobie ze mnie zakpić i komentarz się po prostu rozwalił ;3
Eleonora to istny anioł! Naprawdę, Carlos nie zasłużył na to, żeby ktoś mu aż tak pomagał, z kolei Alyssa miała naprawdę dużo szczęścia. Podoba mi się, że tak połączyłam te różne "wizje" przemiany w wampira spotykane w książkach. No i nie dziwię się Michealowi, że nie chce, żeby Eleonara przejmowała teraz obowiązki Carlosa. To jednak ryzyko i obowiązki i to chyba najlepiej świadczy o charakterze Eleonory.
OdpowiedzUsuńCo do Nicholasa to trudno mi się o nim wypowiedzieć, ale wydaje mi się, że jego wątek może być ciekawy. Jego niechęć do ojca, może trochę skomplikować jego plany i tę pomoc.
O cholera, Nicholas. *_* Dobra, ja kolesia w ogóle nie znam, ale wystarczy mi ta przystojny mordka i już jestem kupiona. Szkoda, że jest go tak mało w rozdziale, bo wydaje się być naprawdę interesująca postacią. Ale obietnica w notce jest intrygująca. Mam nadzieję, że faktycznie będzie go więcej, na to liczę. Ten żal, a może nienawiść do ojca, która w sobie ma jet tak dobrze widoczna... Naprawdę mi go szkoda. Stracił przez chora pasję ojca, swoją matkę. Nic dziwnego, że tak z chęcią ucieka, a może raczej korzysta z okazji, żeby opuścić ojca i znaleźć się jak najdalej. Każdy z nas pewnie ni raz chciał jak najszybciej wyjechać od rodziny, niektórym zdarza się to po kilka razy w miesiącu, więc ja mu się nawet nie dziwię. Odnoszę wrażenie, że Nicholas będzie dość bezczelny i to mi się podoba. Z chęcią zobaczę jego konfrontację z Carlosem, chociaż nie wiem czemu akurat ta dwójkę, ale takie dwa charaktery na pewno stworzą mieszankę wybuchowa. I zakładam, że do tego prędzej czy później dojdzie. ;)
OdpowiedzUsuńAch, Eleonora! Jezu, jaką ta kobieta jest dobra. Sama nigdy w swoim życiu nie spotkałam osoby o tak złotym sercu jak ona. Nie spodziewałam się tego, że weźmie na siebie obowiązki Carlosa. Nikt jej do tego nie zmuszał, ba Michael nawet odradzał, a ona mimo to pozowliła Ali się z siebie napić. Nie każdy byłby gotowy na coś takiego, a reszta osób w domu jakoś nr paliła się do tego, aby dziewczynie pomoc. Zwłaszcza nie wyobrażał ruszam sobie tego, że Nadia mogłaby w ten sposób postąpić. Alyssa ma ogromne wsparcie z jej strony i już wiadomo, że kobieta jej samej nie zostawi. Może w pewnym sensie będzie jej nauczycielka, wiesz o czym mówię?
Bardzo mi się podoba to, że na każdym kroku podkreślasz inność tej historii. Wystarczy spojrzeć na to w jaki sposób się przemienia w wampira czy to w jaki sposób przedstawiasz te potwory.
Rozdział był naprawdę cudny. Zwłaszcza przypadła mi do gustu najbardziej perspektywa Nicholasa. Już czekam na więcej, a liczę, że kolejne rozdziały przyniosą więcej tego faceta z niebieskimi oczami. ;)
Gabi