Alyssa
Wypadła z samochodu,
ledwo tylko czarny mercedes zatrzymał się na żwirowej, leśnej drodze. Z wrażenia
omal nie potknęła się o własne nogi, poruszając tak błyskawicznie, że
nawet jej wyostrzone zmysły okazały się zbyt słabe, żeby nadążyć za tym, co
działo się wokół niej. Czuła jak dotychczas prawie niebijące serce energicznie
tłucze się w piersi, uderzając tak szybko i mocno, że doświadczenie
wydało się niemal bolesne. Wrażenie było takie, jakby za moment miała rozpaść
się na kawałeczki, a to zdecydowanie nie było normalne, zwłaszcza bacząc
na fakt, że była wampirzycą… A przynajmniej tak do tej pory sądziła, nagle
niepewna, czego tak naprawdę powinna spodziewać się po własnym ciele.
Nie, to nie
było tak. Dotychczas sądziła, że jej największym problem jest właśnie to, kim
była – potworem, który pragnął krwi i który stanowczo zaprzeczał temu, kim
była do tej pory. Teraz wszystko stało się inne, a do dziewczyny z całą
mocą dotarło, że jej dotychczasowe przypuszczenia były błędne. Jeśli do tej
pory nie miała powodów, żeby czuć do siebie nienawiść, Carlos właśnie naprawił
ten defekt, po raz kolejny zmieniając wszystko.
Usłyszała
trzaśnięcie dwóch par samochodowych drzwiczek, co uprzytomniło jej, że miała
niechciane towarzystwo, ale nawet nie obejrzała się w stronę obserwujących
ją braci. Czuła przenikliwy chłód, ale sama nie była pewna, co jest jego
źródłem – lodowate powietrze i wciąż padający deszcz, czy też coś w jej
wnętrzu. Miała wrażenie, jakby ktoś przebił jej serce na wylot, co samo w sobie
wystarczyło, żeby zapragnęła rzucić się na ziemię i – zwinąwszy w ciasny
kłębek – czekać na tej cholernej żwirowej drodze na śmierć. W duchu czuła
ulgę, że przynajmniej zdążyli wyjechać poza miasto, zatrzymując się jakiś
kilometr od zjazdu na leśną drogę, która prowadziła bezpośrednio do domu Sorentich.
Ze wszystkich stron otaczały ich drzewa, częściowo chroniąc przed lodowatymi
kroplami, ale tak prowizoryczny baldachim z liści nie był w stanie ot
tak powstrzymać rozszalałej natury, zwłaszcza kiedy rozpętała się burza. Tak
samo nikt nie był w stanie okiełznać emocji, które nagle wypełniły ją całą,
chyba jedynie cudem nie rozrywając od środka. Czuła, że kręci jej się w głowie,
a na samo wspomnienie wypowiedzianych przez Carlosa słów robiło jej się
niedobrze – tak, że miała ochotę dopaść do najbliższych zarośli i po
prostu zwymiotować, choć w przypadku kogoś takiego jak ona podobne objawy
zdecydowanie nie były normalne.
– Alysso… –
usłyszała tuż za sobą.
Zareagowała
automatycznie, prostując się niczym struna i w pośpiechu odskakując
na bezpieczną odległość. Kiedy odwróciła się na pięcie i – przybrawszy
pozycję obronną – zwróciła w stronę stojącego tuż obok niej Michaela,
z jej gardła wyrwało się przeciągłe, ostrzegawcze warknięcie. Gniewnie
spojrzała na wpatrzonego w nią nieśmiertelnego, samym tylko spojrzeniem
dając mu do zrozumienia, że powinien trzymać się na dystans. Nie miała
cierpliwości ani do ciągnięcia jakiejkolwiek dyskusji, ani tym bardziej zastanawianiem
nad tym, czy ten z braci Carlosa zasłużył sobie na podobne traktowanie.
Nie znała go i choć Eleonora od samego początku była dla niej dobra…
Nerwowo zacisnęła
dłonie w pięści, mimowolnie zaczynając się wahać. Trudno, niech i tak
będzie. Po wszystkim, co się wydarzyło, miała prawo czuć się rozbita, a tym
bardziej ranić wszystkich wokół. Skoro oni mogli mieć przed nią tajemnicę,
miała wręcz święty obowiązek się im „odwdzięczyć”, tym bardziej, że nie
wierzyła, by nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, co takiego kierowało
Carlosem, kiedy postanowił spieprzyć jej życie.
– Nie
zbliżaj się – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Nie poznawała własnego głosu, w tamtej
chwili zagniewanego i obcego. W jej tonie pobrzmiewała przede
wszystkim gorycz, przysłaniająca szok i przejmujący ból, który towarzyszył
Alyssy przez cały ten czas. – A ty tym bardziej! – warknęła, nagle
zwracając się do Carlosa.
–
Księżniczko… – zaoponował, zatrzymując się wpół kroku. Jego ciemne oczy
wydawały się nienaturalnie duże, poza tym wyglądały tak, jakby łagodnie jarzyły
się w ciemnościach.
– Nigdy
więcej mnie tak nie nazywaj! – „huknęła”, nagle tracąc nad sobą kontrolę.
Ali… Ariano… Księżniczko… I co
jeszcze?!, tłukło jej się w głowie. Wszechobecny gniew zaczynał ją
przytłaczać, a Alyssa nagle zapragnęła z całych sił uderzyć pięściami
w pierwszą rzecz, która znalazłaby się w jej zasięgu…
Albo osobę.
Nigdy
wcześniej nie czuła się tak, nawet kiedy Carlos w tak
okrutny sposób groził w jej obecności Mary, ani na widok przyczajonej,
gotowej do ataku na Alexa Skyler. W jednej chwili cały świat przysłoniła
znajoma czerwona mgiełka, jedynie podsycając odczuwaną przez dziewczynę
irytację. Gdyby tylko mogła, bez chwili wahania rzuciłaby się Carlosowi do
gardła, a potem rozerwała go na kawałeczki, czerpiąc wręcz dziką
przyjemność z każdego kolejnego ruchu. Pragnęła cisnąć nim o najbliższe
drzewo, które najpewniej złamałoby się pod jego ciężarem, tak jak wtedy, gdy
w Seattle bronił ją przed Dorianem. Wręcz potrafiła wyobrazić sobie
szkody, których byłaby w stanie się dopuścić, gdyby jednak pokusiła się o atak
na tego cholernego wampira. Chciała, żeby cierpiał tak jak i ona cierpiała
najpierw podczas przemiany, ale przede wszystkim teraz, kiedy już wiedziała,
że…
Nie! Nie chciała
o tym myśleć a już na pewno nie zamierzała przyjąć do świadomości
tego, co mówił jej ten dupek. Musiał się pomylić, goniąc za mrzonkami, a teraz
ona płaciła za jego chore obsesje. Po prostu cudownie! Trafiła na wariata,
a jeśli się nie myliła, cała jej dotychczasowa rodzina wcale nie była od niego lepsza!
Ta myśl
bolała, zresztą jak i poczucie zdrady, które nagle ją ogarnęło. Przez
kilka tygodni nawet mimo zagubienia miała poczucie tego, że znalazła się w bezpiecznym
miejscu. Przez cały ten czas była na dobrej drodze, żeby uporządkować sobie
wszystko i uwierzyć, że mogła ufać tym, którzy ją otaczali. Tak było
przede wszystkim z Eleonorą i Jasonem, ale teraz… Teraz z kolei
całą sobą czuła, że ci doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nadejdzie,
nie wspominając o powodach, dla których ostatecznie miała się pojawić.
Była ślepa i głupia, pozwalając mydlić sobie oczy fałszywymi zapewnieniami
i uśmiechami, podczas gdy przez cały ten czas wszyscy nią manipulowali.
Widzieli w niej kogoś, kim nie była, a żadne z nich nie
pofatygowało się nawet, żeby cokolwiek jej wytłumaczyć, pokornie patrząc jak
Carlos robi z niej idiotkę, jak pojawia się i znika, podczas gdy ona…
To bolało.
Bolało okropnie, bo chyba nie istniał większy ból, niż ten, który mogli zadać
ci, których była skłonna nazwać niemalże rodziną, a przynajmniej
przyjaciółmi. Po tym, co zrobiła dla niej Eleonora, a wcześniej Jason…
Nie miała
pojęcia, jak to możliwe, ale taka była prawda. Zaufała im bezgranicznie w kilka
zaledwie tygodni, chociaż w pełni dotarło to do niej dopiero z chwilą,
kiedy stała na tej cholernej żwirowej drodze, zanosząc się szlochem. Z zaskoczeniem
odkryła, że płacze, dopiero po dłuższej chwili będąc w stanie odróżnić
słony smak łez od obmywających całe jej ciało kropli deszczu.
Coraz
bardziej rozbita, z jękiem ukryła twarz w dłoniach. Nie rozumiała dlaczego
nie mogli tak po prostu dać jej spokoju, ale nie chciała się tym przejmować. W zamian
za to pragnęła jak najszybciej rzucić się do ucieczki; jakimś cudem rozpłynąć
w powietrzu i zniknąć, żeby już nigdy nikt nie był w stanie jej
skrzywdzić. Poczucie rozbicia i samotności wydało jej się co prawda niczym
w porównaniu z szokiem, którego doznała podczas rozmowy w samochodzie,
ale z drugiej strony…
– Proszę. –
Głos Carlosa wyrwał ją z zamyślenia, zwracając uwagę przede wszystkim tym,
jak nienaturalnie łagodny się wydał. Spojrzała na niego gniewnie, omal nie
wychodząc z siebie, kiedy – całkowicie obojętny na jej ostrzeżenia –
zrobił zdecydowany krok w jej stronę. – Alysso, proszę…
– Nie!
Powiedziałam ci już, że… – zaczęła, a jej gniew nagle osiągnął swoje
apogeum.
Zaraz po
tym wszystko potoczyło się błyskawicznie.
~*~
Jasnowłosa piękność ostrożnie stąpała po leśnej ściółce. Poruszała się
szybko i lekko, prawie bezszelestnie, co również było dla kogoś takiego
jak Ariana właściwe. Fałdy białego materiału owijały się wokół jej kostek,
unosząc zaledwie kilka milimetrów nad ziemią, przez co dziewczyna wyglądała
tak, jakby płynęła w powietrzu. Najpewniej dla niejednego postronnego
obserwatora musiała być niczym prawdziwe zjawisko; istota nadludzka i piękna,
niczym nimfa albo uosobienie bogini, która z sobie tylko znanego powodu
zdecydowała się zstąpić na ten nieszczęsny padół łez i zaszczycić go swoją
obecnością.
Sama myśl o tym wywołała odrobinę
sarkastyczny uśmieszek na jej twarzy. Ach, naiwni śmiertelnicy. Gdyby tylko
wiedzieli, kim była naprawdę…
Ale w promieniu kilkunastu kilometrów
nie czuła nikogo, kto byłby w stanie ją zauważyć, a tym bardziej
usłyszeć. Nikt nie zapuszczał się w te rejony, o co zresztą zadbali
już dawno temu. Ona sama nigdy nie wyszłaby z domu z obstawą, chociaż
podobno tak właśnie wypadało. Bzdura! Wiedziała przecież, że chodzi o kontrolę
– ciągłe lustrowanie jej życia, niezależnie od tego, czego tak naprawdę chciała
i pragnęła. To doprowadzało ją do szaleństwa, wymagając kreatywności
i coraz to bardziej nietypowych sposobów, żeby jednak wymknąć się
gdziekolwiek w pojedynkę. Zwłaszcza teraz chciała pobyć sama, po raz pierwszy
od wielu dni mając okazję, żeby odetchnąć i przynajmniej spróbować pozbierać myśli.
Wzniosła twarz ku przysłoniętemu baldachimem
liści niebu, mrużąc oczy w nikłym świetle promieni słonecznych. Jasny
blask musnął jej odsłoniętą skórę, nie czyniąc najmniejszej nawet krzywdy, co sprawiło,
że po raz pierwszy tego dnia szczerze się uśmiechnęła. Wiatr bawił się długimi
włosami, niosąc ze sobą świeże leśne powietrze, wolne od ciągle towarzyszącej Arianie
słodyczy nieśmiertelnych, od której już zaczynało robić jej się niedobrze.
Uwielbiała naturę i wszystko to, co z nią związane, co zresztą wcale
nie było dziwne, zwłaszcza w jej sytuacji, kiedy…
Wszelakie myśli uleciały z jej głowy,
gdy w pełni skoncentrowała się na otaczających ją ze wszystkich stron
drzewach. Las żył swoim życiem, z czego zwłaszcza ona zdawała sobie sprawę.
Czasami miała wrażenie, że jest częścią otaczającej ją rzeczywistości, całą
sobą chłonąc spokój i siłę, którą dawała jej możliwość przebywania pośród
drzew.
Drzewa wydawały się nachylać w jej
stronę, muskając blade policzki i przynosząc ukojenie. Nie przeszkadzało
jej, że wydawały się do niej lgnąć, a gałęzie raz po raz zahaczały o długie
włosy, ciągnąc je, ale nie w sposób, który mogłaby uznać za bolesny. Były
prawie jak dzieci, które próbowały wciągnąć ją do wspólnej zabawy, a ona…
Ona po prostu się temu poddawała.
Gaja… Ziemia…
To, co czuła i potrafiła, było
spuścizną po jej matce.
~*~
Trzask pękającej gałęzi miał
w sobie coś ogłuszającego. Alyssa nawet nie zorientowała się, kiedy –
mogłaby przysiąc – przesycone deszczem powietrze wokół niej zawirowało. W jednej
chwili poczuła to, czego już doświadczyła podczas walki ze Skyler, mając
wrażenie, że coś w niej narasta, ale nie będąc w stanie tego
wykorzystać. Przez minione tygodnie wielokrotnie czuła, że coś ciągnie ją do
lasu i związanego z długimi, samotnymi spacerami spokoju, który
zawsze ogarniał ją, kiedy przebywała w otoczeniu drzew, ale tym razem…
Tym razem
to było coś o wiele więcej.
Nie była
pewna, w którym momencie poczuła, że coś w niej pęka – że wydostaje
się na wolność, niczym emocje, które po długim czasie w końcu znalazły
ujście. Drzewa zaszeleściły niebezpiecznie, wydając z siebie dźwięk, który
przywiódł jej na myśl złowrogi syk węża, co samo w sobie wystarczyło, żeby
przyprawić dziewczynę o dreszcze. Chociaż wciąż padał deszcz, Alyssa nagle
odniosła wrażenie, że cały świat zamarł w oczekiwaniu na jej decyzję. Przenikliwe
zimno zniknęło, a ona poczuła się pewna siebie i silna, wydając się
czerpać garściami z tego, co oferowało otoczenie. Całą sobą chłonęła
zapach lasu i mokrej ziemi, tym intensywniejszy podczas burzy i zważywszy
na miejsce, w którym się znajdowali.
Ziemia
nagle zadrżała, chociaż do Alyssy nie od razu dotarło, że to działo się
naprawdę. Miała wrażenie, że wszystko to, co ją otaczało – ziemia, drzewa,
rośliny – odczuwa jej gniew, w jakiś niepojęty, niemożliwy wręcz sposób
uznając go za swój własny. Takie rzeczy nie miały prawda się dziać, ale z drugiej
strony, równie nieprawdopodobne powinno być to, że mogłaby być wampirzycą,
a tym bardziej… córką Lucyfera,
prawda?
Właśnie
wtedy pękła ta cholerna gałąź, tak głośno i samoistnie, że w pierwszym
momencie pomyślała, że jakimś cudem piorun uderzył w stojące zaledwie metr
od zaparkowanego na ulicy samochodu drzewo. W następnej sekundzie solidny
konar sędziwego buku ustąpił z cichym jękiem, zmuszając zaskoczonego
Carlosa do panicznej ucieczki w tył. Wampir, który najwyraźniej nie
spodziewał się ataku ze strony Alyssy, a tym bardziej samej przyrody, aż
zatoczył się do tyłu, potknął i upadł. Sam widok swojego leżącego stwórcy
sprawił jej dziką przyjemność, co jedynie utwierdziło Ali w przekonaniu,
że wszystko idzie na opak, a ona była na dobrej drodze do postradania
zmysłów. Jakaś jej część czuła, że powinna być przerażona wszystkim tym, co
działo się na jej oczach, a jednak… Alyssa czuła wyłącznie pustkę.
Przejmującą,
stopniowo zabijającą ją od środka i sprawiającą, że miała ochotę już tylko
biec przed siebie, nie zatrzymując się nawet na chwilę. W uszach wciąż
dźwięczały jej wypowiedziane przez Carlosa słowa, powracając niczym bumerang –
z tym, że pewnie nawet cios zakrzywionym kawałkiem drewna sprawiłby mniej
bólu. Co więcej, na ułamek sekundy znów pociemniało jej przed oczami, prawie
jak na parkingu, kiedy na jej drodze pierwszy raz stanął Nicholas – i podobnie
jak wtedy odniosła wrażenie, że w jej umyśle majaczy jakieś obce
wspomnienie, które nie miało prawa należeć do niej, ale… w jakiś pokrętny
sposób było jej cząstką. Tym razem doznanie okazało się o wiele mniej
intensywne, prawie jak kadr z filmu, na dodatek o bardzo słabej
jakości, ale to i tak nie wyjaśniało jego pochodzenia, a tym bardziej
tego, dlaczego czuła się tak bardzo podekscytowana i przerażona
jednocześnie. Miała wrażenie, że znamię na łopatce pali ją żywym ogniem,
rozgrzane tak bardzo, jakby ktoś przytknął do skóry rozpalony do białości
pogrzebacz.
Bardziej
wyczuła niż zauważyła ruch, kiedy Carlos błyskawicznie poderwał się na równe
nogi. Wydał jej się nienaturalnie blady, chociaż nie sądziła, że to w przypadku
wampira w ogóle możliwe. Co więcej, kiedy wstawał, Ali odniosła wrażenie,
że ziemia znów zadrżała w posadach – tym razem delikatnie i bardzo
subtelnie, ale to wystarczyło, by zaskoczony wampir po raz kolejny stracił
równowagę.
– Mam tego
wszystkiego dość – oznajmiła głosem niewiele głośniejszym od wiatru, dodatkowo
zagłuszonym przez szum padającego deszczu i szalejącą burzę. –
Wszystkiego… dość! – powtórzyła z naciskiem.
Jeszcze
kiedy mówiła, zrobiła zdecydowany krok do przodu. Michael, który zastygł
w bezruchu gdzieś w połowie dystansu pomiędzy nią a Carlosem,
spojrzał na nią w nieodgadniony sposób. Nie odezwał się, chociaż
bez wątpienia miał na to ochotę, ostatecznie jednak powstrzymał go widok pustki
w nietypowych, lśniących łagodnie oczach Alyssy. Widział ją, kiedy była
przerażona, gdy zaraz po przemianie po raz pierwszy pojawiła się w domu
jego rodziny – z tym, że nawet wtedy dziewczyna nie wydawała się aż tak
bardzo dzika i… niebezpieczna. To był rodzaj gniewu, który robił wrażenie na
każdym, nie wzbudzając niepokoju o samego siebie, ale właśnie o Ali – a także
o to, że mogłaby być w stanie zrobić krzywdę samej sobie.
Carlos
spojrzał na nią w intensywny, wręcz przenikliwy sposób, kiedy zatrzymała
się tuż przed nim. Tym razem nie próbował się podnosić, przyczajony na ziemi
i milczący. Trudno było stwierdzić, co takiego myślał, ale Alyssa była niemal
absolutnie pewna, że nieszczególnie entuzjastycznie przyjął do świadomości to,
że mogłaby nad nim górować, a tym bardziej, że ta po prostu była w stanie
sprzeciwić się jego woli. Już nie chciała słuchać, zaś słodkie „Alysso”
albo „księżniczko” nie wystarczyło, żeby naiwnie odpuściła i czekała na
ciąg dalszy tego szaleństwa.
–
Najbardziej jednak mam dość ciebie –
oznajmiła z naciskiem, spoglądając z irytacją na swojego stwórcę.
– Obwiniasz
mnie? – zapytał cicho. To pytanie ją zaskoczyło, tak jak i niepokój, który
wkradł się do jego głosu. – Wszystko jest prawdą… I ty to wiesz. Ja
z kolei jestem najlepszym, co mogło cię w obecnej sytuacji spotkać –
dodał i to wystarczyło, żeby kolejny raz namieszać dziewczynie w głowie.
Wybuchła
zimnym, pozbawionym wesołości śmiechem, który całkowicie wytrącił ją z równowagi.
Czuła się, jakby była kimś innym, ale to wydawało się w tamtej chwili
najmniej istotne, zwłaszcza w porównaniu z tym, co przez cały ten
czas działo się w jej umyśle. Myślami wciąż była gdzieś daleko, podczas
gdy Carlos…
Gdybyś tylko chciała, mogłabyś go zabić,
podsunął jej niemal pogodnie cichy głosik w jej głowie – ten sam, który
odzywał się od czasu do czasu, podpowiadając scenariusze, które niezmiennie
przyprawiały Alyssę o dreszcze. Mogłabyś…
Dlaczego nie?
W tamtej
chwili poczuła, że gdyby zechciała, w istocie byłaby do tego zdolna.
– Pozwól mi
wszystko wytłumaczyć, księ… Alysso – poprawił się pośpiesznie Carlos. – Jesteś
zdenerwowana, jasne, ale…
– Ja jestem
zdenerwowana? – przerwała mu natychmiast. – Nie, Carlos. Ja jestem wściekła!
– Jeden
pies – stwierdził, wywracając oczami. – Nieważne. Tak czy inaczej, ty nie
możesz tak po prostu…
Zanim
zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, doskoczyła do niego z prędkością,
która nawet jej wydała się nieprawdopodobna. Smukłe palce zacisnęły się na
przędze skórzanej kurtki, kiedy bezceremonialnie poderwała wampira do pozycji
pionowej i z całej siły uderzyła zaskoczonym nieśmiertelnym o pień
najbliższego drzewa. Wybacz mi,
pomyślała mimochodem, obserwując jak konar chwieje się niebezpiecznie, a na
ziemię sypią się odłamki ukruszonej kory, która oderwała się za sprawą ciężaru
Carlosa. Jakby tego było mało, jej troska wcale nie odnosiła się do
obserwującego z niedowierzaniem wampira, ale drzewa, które w przypływie
złości musiała uszkodzić.
Z furią
w oczach spojrzała wampirowi w twarz. Miała ochotę rozszarpać go na
kawałeczki, ale…
– No, dalej
– rzucił prowokującym tonem. – Masz ochotę mnie zabić tylko dlatego, że w końcu
spełniłem twoją prośbę, księżniczko?
– Nie –
odparowała, mimo uszu puszczając to, że znów nazwał ją w ten nieznośny
sposób. Chciał śmierci? Och, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak
bardzo rozbita się czuła. Była na krawędzi, a Carlos jedynie to pogarszał.
– Za to, że zniszczyłeś mi życie. Za to, że uczyniłeś ze mnie potwora… Naprawdę
tego nie widzisz, Carlos?
– Wiem
tylko tyle, że zrobiłem to, co musiałem – odparł, ale coś w jego
spojrzeniu złagodniało. Nie odepchnął jej, chociaż bez wątpienia byłby do tego
zdolny, nie tylko bardziej doświadczony, ale przede wszystkim o wiele
silniejszy niż ona. – Znasz tylko część prawdy. Znasz…
– Słyszałam
dość.
Chwilę
jeszcze na niego patrzyła, a potem po prostu zwolniła uścisk i cofnęła
się o krok. Carlos nie ruszył się z miejsca, obserwując jak wycofała
się, roztrzęsiona i blada jak papier. W tamtej chwili w niczym
nie przypominała tej zagubionej i niespokojnej dziewczyny, którą była
zaledwie chwilę wcześniej. Alyssa czuła, że byłaby w stanie zabić, a to…
Ten stan
był niebezpieczny.
Nie zrobię tego, pomyślała z przekonaniem.
Carlos nie jest wart tego, żeby obciążać
sumienie… O ile w ogóle pozwoliłby mi się skrzywdzić, dodała
z przygnębieniem.
–
Nienawidzę cię – oznajmiła w zamian. – Słyszysz? Nienawidzę i… Daj mi święty spokój – warknęła, nagle podejmując
decyzję.
Już w następnej
sekundzie po prostu odwróciła się na pięcie i rzuciła do biegu. Nie
oglądając się za siebie, popędziła w głąb lasu, w pamięci wciąż mając
wyraz twarzy Carlosa i jego słowa. To dręczyło ją przez cały ten czas,
a ona…
Nieważne. Tak
naprawdę nic już nie było ważne, bo…
Biegła
przed siebie, tak szybko, jak tylko była w stanie. Carlosa i Sorentich
– dokładnie tak jak całe swoje dotychczasowe życie – zostawiła daleko za sobą.
Rozdział na koniec tygodnia. W ogóle nie mogłam się zebrać, żeby go sprawdzić, ale na szczęście już jest. Co więcej, pamiętam, że zawsze go lubiłam, zresztą jak wszystkie inne, w których pojawiają się wspomnienia o Arianie. Mam nadzieję, że Wam również przypadnie do gustu. No i… Cóż, od tego momentu wszystko prowadzi tylko do jednej osoby, która zresztą zagości na dłużej, ale na razie nie uprzedzajmy faktów.Dziękuję za komentarze i obecność – jesteście cudni. Przy okazji przedwcześnie już zapraszam na jutrzejszy, urodzinowy rozdział „Forever you said” ;>Do napisania!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz