Alyssa
Nie wierzyła w to, co
robi, ale starała się o tym nie myśleć. Czuła pulsujący ból, który wydawał
się rozchodzić stopniowo po całym ciele, wzmagając przejmujące poczucie zdrady i dezorientacji.
Chciała przed tym uciec, ale to było niczym próba odcięcia się od samej siebie –
bezsensowne i okupione cierpieniem, którego za wszelką cenę pragnęła
uniknąć. Ten ból wydawał się być wszystkim, chociaż nie powinna go czuć. Nie po
tym, jak słowa Carlosa sprawiły, że odniosła wrażenie, iż ktoś bezceremonialnie
wyrwał jej serce, pozostawiając rozbitą i pozbawioną jakichkolwiek
skrupułów. Jeśli prawdą było to, co powiedział, jak w ogóle mogłaby myśleć
o emocjach i…?
Z drugiej
strony, co tak naprawdę znaczyło to, że nadal mogła czuć? Czy ktoś taki jak ona
w ogóle powinien doświadczać czegoś podobnego, na dodatek w tak
intensywny, przejmujący sposób? Jak mogłaby być… tą, o której mówił
Carlos, skoro nigdy nie czuła się bardziej krucha i w ten niepojęty
sposób ludzka? Nie rozumiała tego, ale jakimś cudem wciąż była sobą – czującą,
łatwą do zranienia istotą, uwięzioną w ciele, którego w żaden sposób
nie potrafiła zaakceptować. Pragnęła krwi, poruszała się z prędkością
przekraczającą ludzkie pojęcie, jej zmysły zostały wyostrzone, a ona
robiła rzeczy, których w normalnych warunkach nigdy by się nie podjęła,
ale mimo wszystko… była… sobą.
Te myśli
wciąż uparcie ją dręczyły, kiedy błyskawicznie przemierzała coraz to nowe
odcinki lasu, praktycznie bezwiednie wymijając wyrastające przed nią
przeszkody. Wbrew wszystkiemu czuła się dobrze w otoczeniu natury i drzew,
wciąż przepełniona tą dziwną siłą, którą poczuła na chwilę przed atakiem na
Carlosa. Nie pojmowała tego przywiązania, jakąś częścią swojego nienaturalnie
pojemnego umysłu wciąż rozważając dziwne wspomnienie – siebie i drzew. Siebie
jako… Ariany, chociaż to nadal do niej nie docierało. Za wszelką cenę starała
się odepchnąć od siebie niechciane myśli, ale te wracały raz po raz, równie
intensywnie i uparcie, co i wspomnienie pękającej gałęzi, która omal
nie spadła na Carlosa, posłuszna narastającej w niej furii. Ten moment
wracał do niej za każdym razem, kiedy pociemniałe przez burzowe chmury niebo
przecinał świetlisty zygzak błyskawicy, a ułamki sekundy później
następował przeszywający grzmot pioruna.
Alyssa
jęknęła i wzniosła twarz ku baldachimowi liści nad głową, pozwalając żeby
lodowate strugi deszczu spływały po jej twarzy, mieszając się z łzami.
Och… Czy córka Lucyfera powinna być
zdolna do płaczu? Czy powinna czuć żal i gorycz, zraniona perspektywą
zdrady kogoś, kto przez cały ten czas się nią opiekował – w mniej lub
bardziej udany sposób? Nawet jeśli, to czy nie powinna przynajmniej spróbować
rozszarpać Carlosa na kawałeczki, nie okazując litości i nie znajdując
powodów, żeby chcieć darować mu życie? Gdyby to była prawda, byłaby potworem –
chodzącą niedoskonałością, której duszę spowijałby mrok, a poszczególne
działania byłyby podyktowane usatysfakcjonowaniu tej najmroczniejszej natury.
Alyssa czuła, że taka istnieje – gdzieś tam, gdzie bała się sięgnąć, zwłaszcza
teraz, kiedy czuła się tak bardzo rozżalona i zła – ale nie wyobrażała
sobie, że miałaby się jej poddać. Nie chciała odczuwać satysfakcji z zabijania
i tego, że mogłaby się na kimkolwiek mścić. Nie chciała nieść cierpienia,
a tym bardziej nie dążyła do odcięcia się od pozytywnych emocji, które
przecież znała i które nadal były dla niej wszystkim, czego mogłaby
pragnąć.
Wciąż potrafiła
się szczerze śmiać. Dążyła do tego, żeby być szczęśliwą – w ten
najzupełniej ludzki sposób, szukając sposobu na życie i na to, co
chciałaby robić, żeby czuć się naprawdę dobrze.
A co
najważniejsze, sądziła, że potrafi kochać.
Czy demony
mogłyby… kochać?
Zadrżała na
samą myśl, wciąż nie będąc w stanie przyjąć do wiadomości tego, czego się
dowiedziała – i co niejako wynikało z opowieści Carlosa. W tym
większym szoku była, kiedy po raz kolejny przyłapała się na roztrząsaniu wyjaśnień
wampira w kategorii prawdy, nawet pomimo wewnętrznego sprzeciwu, nakazującego
jej uznać, że jej stwórca najzwyczajniej w świecie się pomylił. W jednej
chwili poczuła się, jakby w jej ciele uwięzione zostały dwie sprzeczne ze
sobą natury, toczące nieustanną walkę i za wszelką cenę próbujące przejąć
kontrolę nad nią i tym, co robiła. Próbowały dość do głosu, tłamsząc się
wzajemnie i sprawiając, że Ali miała wrażenie, jakby jej własne emocje próbowały
rozerwać ją na kawałeczki. To uczucie sprawiało, że zapragnęła zatrzymać się,
paść na kolana i wyć z rozpaczy, nawet jeśli w ten sposób
i tak nie byłaby w stanie tego powstrzymać. Wszystko było
nie tak, a ona po raz kolejny znalazła się w samym środku czegoś, co
wydawało się wysysać z niej siły i powoli wyniszczać od środka.
Gdyby nadal
była człowiekiem, nadmiar emocji i sprzecznych ze sobą myśli już dawno
wytrąciłby ją z równowagi na tyle, by potknęła się o pierwszy
wystający korzeń albo o własne nogi, jednak wampirza natura i zmysł
równowagi skutecznie ją przed tym uchroniły. Biegła pewnie i o wiele
bardziej zdecydowanie niż mogłaby podejrzewać, chociaż pęd już dawno przestał
przynosić ukojenie, którego się spodziewała. Fala goryczy rozeszła się po całym
jej ciele, a ona mimowolne pomyślała, że właśnie odebrano jej kolejną
rzecz, która mogłaby sprawić, że poczuje się lepiej. Z drugiej strony…
Nie, to nie było tak, a jeśli coś stanowiło problem, to wyłącznie jej emocje,
których w żaden sposób nie potrafiła okiełzać. Musiała się zatrzymać,
uspokoić i pomyśleć, ale nie potrafiła, nie mogąc wyzbyć się
irracjonalnego wrażenia, że gdyby tylko spróbowała przystanąć, to byłby koniec
– te uczucia by ją zniszczyły, a później…
Cóż,
później nie byłoby już niczego.
Zawsze jest coś… Jakieś rozwiązanie, chociaż
czasami trzeba dobrze się rozejrzeć, zanim się je dostrzeże, pomyślała,
a przynajmniej w pierwszej chwili miała wrażenie, że te myśli należą
do niej.
Już w następnej
sekundzie ogarnął ją przejmujący wręcz niepokój, a Ali z całą mocą
nabrała pewności, że się pomyliła, chociaż nie potrafiła wyjaśnić, co to
oznacza. Te dziwne słowa… Były w jej głowie, ale wrażenie było takie,
jakby spoglądała na coś zapisanego na papierze – sensownego, ale obcego i bezpłciowego,
prawie jak te niespójne myśli, których doświadczyła już wcześniej.
Te myśli…
Te przerażające myśli, nakazujące jej robić rzeczy, których wcale nie chciała
i które napawały ją lękiem.
Spokojnie, piękna. Spokojnie…, rozległo
się znowu i tym razem ten dźwięczny szept sprawił, że aż zachłystnęła się
powietrzem.
Momentalnie
przystanęła, w pośpiechu chwytając się pnia najbliższego drzewa, żeby być
w stanie utrzymać się na drżących nogach. Cała się trzęsła, co najmniej
jakby miała febrę, chociaż ten stan zdecydowanie nie miał nic wspólnego z ewentualną
ludzką chorobą albo przejmującym chłodem, który nagle poczuła. Te dreszcze
miały swoje źródło gdzieś w niej, tak jak i mdłości, które nagle
poczuła, chociaż i tak nie miała czym zwymiotować.
Bezcielesny
głos odezwał się ponownie, odbijając się echem w jej umyśle i jedynie
podsycając zawroty głowy.
Tak musi być. Tak było zawsze i tak
będzie tym razem. Pamiętasz? Mogę cię nauczyć, po raz kolejny, jeśli tylko tego
zapragniesz… Jeśli do mnie przyjdziesz, nauczę cię wszystkiego. Jeśli tylko…
– Nie… –
wyszeptała na głos, czując, że chyba zaczyna ogarniać ją szaleństwo. Chwyciła
się za głowę i energicznie potarła skronie, coraz bliższa paniki. – Nie!
Zawsze do mnie wracasz, padło w odpowiedzi
i coś w tych słowach przyprawiało ją o dreszcze. Prędzej czy później, ale…
– Idź do
diabła! – huknęła i przez ułamek sekundy miała wrażenie, że ziemia
zadrżała pod jej stopami, reagując na wybuch gniewu.
Głos
posłusznie umilkł, a Ali poczuła się trochę tak, jakby z ramion
zdjęto jej ogromny ciężar. Jedynie przez chwilę miała wrażenie, że słyszy
pozbawiony wesołości, przyprawiający o dreszcze, drwiący z niej
śmiech, ale to z powodzeniem mogło być jedynie wytworem wyobraźni.
Pozwalała, żeby chłodny wiatr bawił się jej wilgotnymi włosami i ten stan rzeczy
przynajmniej przez chwilę sprawił, że poczuła się lepiej, chociaż to nadal
niczego nie ułatwiało.
Alyssa
wzięła kilka głębszych wdechów, po czym bardzo powoli wyprostowała się i chwiejnym
krokiem ruszyła przed siebie, tak wykończona i pozbawiona jakiejkolwiek
gracji ruchów, jakby właśnie przebiegła maraton. Fizycznie nie czuła zmęczenia,
a jej wampirze ciało wydawało się być w świetnej formie, ale na samą
myśl o dalszym biegu i tak chciało jej się płakać.
Z tym,
że nie mogła tutaj zostać – nie sama i nie po tym, co się z nią
działo. To nie było normalne, a ona…
Ona musiała
z kimś porozmawiać – i to niezależnie od możliwych konsekwencji.
Musiała to z siebie wyrzucić, póki jeszcze była w stanie i póki
wciąż trzymała się tych resztek zdrowego rozsądku, jeśli w jej przypadku psychiczna
równowaga w ogóle miała rację bytu.
Ali z wolna
zamknęła oczy.
Skoro tak, znała
tylko jedno miejsce do którego mogła się udać.
Carlos
– Co ty zrobiłeś?!
Carlos
syknął i skrzywił się, ledwo tylko po przekroczeniu progu został
bezceremonialnie przyciśnięty do ściany tak gwałtownie, że chyba jedynie
cudem nie naruszył fasady domu. W powietrze wzbiły się drobinki tynku,
a biała farba pokruszyła się na podłogę, więc to jak nic miało skończyć
się malowaniem. W zasadzie sam nie był pewien, dlaczego to wydało mu się
takie istotne, ale… Och, tak. Wszystko wskazywało na to, że jego brat aż prosił
się o to, żeby dołożyć sobie roboty na weekend.
Zmarszczył
brwi i jakby od niechcenia spojrzał na wykrzywioną gniewem twarz Jasona,
próbując ignorować fakt, że wampir trzymał go za gardło. Swoją drogą, gdyby
płacili mu dolara za każdym razem, kiedy ktoś miał w planach skopać mu
w tyłek, już dobrych kilka dekad temu zostałby wpływowym milionerem.
– Powiem to
raz i lepiej dla ciebie, żebyś usłuchał: puść mnie – powiedział cicho,
starannie akcentując każde kolejne słowo.
Jason
roześmiał się w pozbawiony wesołości, co najmniej niepokojący sposób. Nie
odsunął się, wręcz wzmagając uścisk i sprawiając wrażenie chętnego, żeby
pokusić się o przetrącenie Carlosowi karku. Nie przypominał sobie, kiedy
widział brata aż do tego stopnia rozeźlonego, ale to w gruncie rzeczy nie
miało znaczenia, przynajmniej w tamtej chwili. Wiedział, że może
spodziewać się burzy, odkąd Michael zdecydował się dać Jasonowi znać, że sprawy
„odrobinę” się skomplikowały. Oczywiście nie pomylił się, ale to jeszcze nie
znaczyło, że zamierzał pozwolić komukolwiek traktować się w ten sposób.
– Carlos,
do cholery, nie teraz – mruknął niemalże zmęczonym tonem Michael, rzucając im
poirytowane spojrzenie.
– Przecież
to on mnie dusi! – obruszył się. Naprawdę miał do niego pretensje o to, że
Jason trzymał go za gardło? – Och, ostrzegałem. Ja nie… – zaczął, ale nie próbował
dokańczać, w zamian w ułamku sekundy tracąc cierpliwość.
Po
spojrzeniu Michaela poznał, że wampir miał zamiar zaoponować, ale Carlos nie
dał mu po temu okazji. W ułamku sekundy sytuacja zmieniła się, kiedy – tak
szybko i wprawnie, że ludzkie oko nie miałoby prawa tego zarejestrować –
oswobodził się z uścisku Jasona, momentalnie przejmując kontrolę nad
sytuacją. Jason warknął, wyraźnie wytrącony z równowagi, kiedy brat bez
ostrzeżenia zmaterializował się tuż za nim, w zdecydowany, pozbawiony
jakiejkolwiek delikatności sposób wykręcając mu obie ręce na plecy. Na ustach Carlosa
z wolna pojawił się odrobinę wymuszony, tryumfalny uśmiech, ten jednak
zniknął z chwilą, w której jego przeciwnik zdołał wymierzyć mu
zdecydowanie niedelikatny cios w żebra. Z wrażenia aż zatoczył się do
tyłu, próbując ignorować trzask łamanych kości oraz ból, który jak na zawołanie
podsycił odczuwaną przez niego frustrację.
Przemieścił
się, odskakując na bezpieczną odległość. Jason również nie zamierzał trwać w bezruchu,
prawie natychmiast ponawiając atak, chociaż tym razem nie zdołał brata choćby
tknąć. W zamian musiał uskoczyć, kiedy Carlos zdecydowanym ruchem
zamierzył się na niego wyszarpniętym z kieszeni kurtki kołkiem. Z opóźnieniem
uprzytomnił sobie, że chwycił za ten z posrebrzanym końcem, chociaż
zdecydowanie nie miał takiego zamiaru, jednak nawet to nie przekonało go do
tego, żeby się wycofać. Zdecydowanie nie chciał Jasona zabić (Cóż, nie aż do
tego stopnia…), ale widząc jak oczy jego brata rozszerzają się nieznacznie, a wampir
dla pewności się wycofuje, ostatecznie doszedł do wniosku, że nie ma tego
złego.
– Nigdy
więcej… tego nie rób… – wycedził przez zaciśnięte zęby. Palcami wolnej ręki
musnął wciąż obolałe żebra, próbując ocenić, czy te w ogóle zaczęły się
zrastać. – Każdemu innemu już dawno wyrwałbym serce – stwierdził, a Jason
prychnął.
– No to
chodź – rzucił ze swojego miejsca. Gniewnie zmrużył oczy, dosłownie taksując
brata wzrokiem. – W zdradzaniu innych jesteś mistrzem – stwierdził, a w
Carlosie aż się zagotowało.
– Ty…
–
Wystarczy! – doszedł go nowy głos. Eleonora dosłownie zmaterializowała się w salonie, wyraźne wstrząśnięta widokiem, który tam zastała.
– Na litość boską…
– Carlos! –
upomniał go natychmiast Michael, a wampir aż uniósł brwi, kiedy jego brat
zdecydował się podnieść głos.
Och… To ja ciebie proszę, braciszku!,
pomyślał z przekąsem, ale ostatecznie wycofał się, chcąc nie chcąc jeszcze
bardziej zwiększając dzielącą go od Jasona odległość. Jakby od niechcenia oparł
się plecami o ścianę, zaplatając ramiona na piersi i niemal
pobłażliwie spoglądając to na Michaela, to znów na wciąż tkwiącego w pozycji
obronnej przeciwnika.
– Nasz
kochany brat – uśmiechnął się drwiąco
– pierwszy rzucił mi się do gardła, jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś, Mickey –
zauważył przytomnie, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Następnym
razem poprzestawiam mu kości, a wtedy naprawdę...
– Naprawdę
co? – syknął Jason. – Nie wierzę! Zdajesz sobie sprawę, że zamierzyłeś się na
mnie srebrem i… – zapytał z niedowierzaniem.
– A ty
połamałeś mi żebra! Wybacz, że na dziś mam serdecznie dość ciskania mną o co
popadnie! – zniecierpliwił się, wyrzucając obie ręce ku górze w poddańczym
geście.
–
Przestańcie obaj! – wtrąciła Eleonora, dla pewności stając pomiędzy nim a Jasonem,
zupełnie jakby w ten sposób miała mieć szansę powstrzymać ich przed
zrobieniem czegoś wybitnie głupiego. – Dość! Zachowujecie się gorzej niż dzieci,
a ja naprawdę… – zaczęła, a potem nagle zamilkła i spojrzała na
Carlosa. – Gdzie jest Ali?
Coś w jej
spojrzeniu wprawiło go w konsternację, tym bardziej, że zignorowanie jej
pytania nie było tak łatwe, jak mógłby tego oczekiwać. Od samego początku
wzbudzała w nim emocje, których nie chciał, w gruncie rzeczy od
chwili, w której tak po prostu podjęła się opieki nad Alyssą, przejmując
rolę, która z założenia należała do niego. Carlos skrzywił się i ze
świstem wypuścił powietrze, nagle dochodząc do wniosku, że dłużej nie będzie
w stanie ustać w miejscu. Palce wplótł w ciemne, wciąż wilgotne
włosy, przez dłuższą chwilę zdolny wyłącznie do nerwowego krążenia tam i z powrotem.
A niech
to szlag! Nie tak sobie to wszystko wyobrażał, a już na pewno nie miał
ochoty komukolwiek się tłumaczyć, ale nie miał wyboru. Już i tak ich
w to wplątał, więc nawet gdyby chciał, nie byłby w stanie tego stanu
rzeczy naprawić.
– Uciekła,
ale to chyba wiecie – stwierdził, ostrożnie dobierając słowa. – Spierdoliłem
sprawę, najprecyzyjniej rzecz ujmując.
Zauważył,
że Eleonora skrzywiła się, słysząc przekleństwo, ale ostatecznie nie odezwała
się nawet słowem. Wyglądała blado i tak delikatnie, że wręcz
nieprawdopodobnym wydawało się, że ona również była wampirzycą, tym bardziej,
że zachowywała się bardziej ludzko niż niejeden człowiek z krwi i kości.
Kiedy spojrzał jej w oczy, przekonał się, że dotychczas błękitne tęczówki
przybrały dziwną barwę, przypominającą trochę lód. Samo to odkrycie
wystarczyło, żeby poczuł się cholernie nieswojo, chociaż sam nie był pewien
dlaczego. Nigdy nie miał w zwyczaju zastanawiać się nad tym, co i dlaczego
robił, ale w przypadku tej kobiety gwałtowne zachowanie wydawało się czymś
równe niewłaściwym, co i wykrzykiwanie wulgaryzmów pod adresem dziecka.
Myśl o tym, że mogłaby wpaść w gniew, również wydawała się
nienaturalna, choć przecież wiedział, że wampiry z łatwością traciły nad
sobą kontrolę. Eleonora od samego początku wydawała się… niewinna i chyba
właśnie w tym leżał największy problem.
– Czy to…
prawda? – odezwała się ponownie, dziwnie zdławionym głosem. – To, co
powiedziałeś o Alyssie i…
– To teraz
najmniej istotne. Najpierw trzeba ją znaleźć, a potem… – Michael zamilkł,
po czym wzruszył ramionami. – Gdzie Nadia, Ell? – zapytał, a Carlos
zapragnął uderzyć głową w ścianę, co najmniej sfrustrowany.
– A na
co nam ta nadęta…?
– Na
początku stwierdziła, że nie zamierza mieć z tym nic wspólnego –
odpowiedział mu Jason. Brzmiał spokojniej, chociaż nadal wydawał się wzburzony.
– Ostatecznie poszła się rozejrzeć, kiedy ją poprosiłem… Jest w tym dobra
– przyznał po chwili wahania. – Ja też miałem iść, ale…
Carlos
wywrócił oczami.
– Ale najpierw
postanowiłeś okazać mi pełnię swojej sympatii. Taak, raczej załapałem –
stwierdził, po czym raptownie spoważniał. – Skoro tak, ja też idę jej szukać.
Róbcie sobie, co chcecie, ale tak naprawdę to sprawa między nią a mną,
dlatego…
– Nie –
przerwał mu niemalże gniewnie Michael. Carlos zmarszczył brwi i spojrzał
na niego zaskoczony. – Przyszedłeś tutaj, namieszałeś, a teraz znowu
zamierzasz zniknąć? Ta sprawa dotyczy nas wszystkich – dodał z naciskiem,
najwyraźniej nie zamierzając odpuścić.
Świetnie.
Właśnie tego trzeba było mu do szczęścia: strofujących go braci, którzy na
każdym kroku będą mu przypominać, że uważają go za idiotę. Przynajmniej miał
rację sądząc, że dziewczyna będzie pod ich opieką bezpieczna, ale teraz
sytuacja niepotrzebnie zaczynała się komplikować. Nie podobało mu się to, tak
jak i świadomość tego, że Michael znowu zaczynał zachowywać się jak jego
starszy brat, jakby całe lata rozłąki i brak wdzięczności Carlosa niczego
nie zmieniały. Jeśli zaś chodziło o Jasona…
Niedobrze.
Za dużo emocji, a tego… Cóż, od tego zdecydowanie zdążył się odzwyczaić.
– Jak sobie
chcesz – mruknął obojętnie. – Jeśli mało ci deszczu, chodź, bo ja nie zamierzam
czekać. Ta dziewczyna może być wszędzie – rzucił gniewnie, wzruszając
ramionami. – Chciałem za nią biec, ale ty oczywiście wiedziałeś lepiej.
– Zabiłaby
cię, jak sądzę. – Michael rzucił mu zmęczone spojrzenie. – Jest młoda i zdenerwowana.
Nie jestem pewien, jak wiele potrafi, ale nie wyglądało to dobrze.
– Nie
należę do osób, które tak po prostu dają się zabić – rzucił chłodno.
Tym razem
wampir nie odpowiedział, najwyraźniej nie zamierzając się kłócić. Carlos nie
mógł pozbyć się dziwnego, a przy tym nieprzyjemnego wrażenia, że brat
kontrolował każdy jego ruch, jakby poznając go na nowo. To było tak, jakby
patrzył i szukał kogoś, kto już od dawna nie istniał – tym bardziej, że
taka była prawda. Zmienił się przez te lata i doskonale zdawał sobie
z tego sprawę, a Michael... Cholera, w przeciwieństwie do Jasona
najwyraźniej nie potrafił zaakceptować tego, że rzeczy zmieniły się
bezpowrotnie.
Bezwiednie
zacisnął dłonie w pięści, wciąż sfrustrowany. Zdecydowanie odzwyczaił się
zarówno od towarzystwa, jak i od konieczności przejmowania się kimkolwiek
innym, pomijając siebie samego. Jakby tego było mało, był aż nazbyt świadom
tego, że sytuacja wymykała mu się spod kontroli. Jak na jeden dzień wydarzyło
się zdecydowanie zbyt dużo, zwłaszcza biorąc pod uwagę sytuację ze Skyler. Nie
był nawet w stanie stwierdzić, w którym momencie popełnił błąd, ale
to już i tak nie miało znaczenia. Mógł przewidzieć, że ten dzień nie miał
prawa skończyć się dobrze i faktycznie tak było. Teraz z kolei musiał
znosić również własnych braci, chociaż nie robił tego od bardzo dawna, całkiem
dobrze czując się z myślą o tym, że już nie ma rodziny – i zdecydowanie
nie zamierzając do niej wracać. Odkąd nie było Mistery…
Nie.
Chcąc
uniknąć niekomfortowej sytuacji, szybkim krokiem ruszył w stronę
przedpokoju, nie zaszczyciwszy spojrzeniem żadnego z członków swojej…
rodziny. Nie wyczuł, żeby ktokolwiek ruszył za nim, ale nim zdążył zadecydować
czy to dobrze, czy źle, doszedł go wciąż spięty, podenerwowany głos Jasona:
– Chyba
wiem, gdzie ona jest.
Witam w kolejnym rozdziale! Wciąż sporo się dzieje, chociaż sądzę, że pewne sprawy zdążyły się wyklarować w ostatnich częściach. Teraz mieszania ciąg dalszy, a przynajmniej tak mi się wydaje… Jakieś teorie co do tego, gdzie pójdzie Alyssa? ;>Kolejny rozdział wkrótce. Na tę chwilę dziękuję za obecność, tak jak i zwykle. Tak więc do napisania!

Alyssa ma zupełne prawo do takiej emocjonalnej reakcji i wkurzenia się na Carlosa i w ogóle Sorentich, ale tak sobie myślę, że Carlos niezupełnie zmarnował jej życie. To znaczy, nie sądzę, żeby przemienił ją z dobroci serca i na pewno ma jakieś osobiste cele, ale przy okazji dał jej możliwość do obrony. Skoro Ali ma być przyczyną klęski Lucyfera, to on na pewno będzie chciał jakoś po nią sięgnąć, a jako ponad-człowiek Ali ma zdecydowanie większe szanse.
OdpowiedzUsuńNie wiadomo, co się stało z Gają, ale może w jakiś sposób z żalu po zdradzie "wtopiła" się w ziemię czy coś i to że Alyssa reaguje na naturę to po po prostu mama się z nią komunikuje xD A co do tego wspomnienia z "życia Ariany". To tylko pokazuje, że w tamtym wcieleniu "córka Lucyfera" nie była szczęśliwa i to chyba czas, żeby tym razem Ali poszła nieco inną drogą i w końcu pokonała tatusia :P