Mary
Mary przesunęła szczotką po
włosach, bezskutecznie próbując rozplątać posklejane przez deszcz kosmyki.
Pogoda była paskudna, chociaż jak najbardziej właściwa dla wiecznie zasnutego
chmurami stanu Waszyngton. Seattle miało to do siebie, że w ciągu zaledwie
kilku minut potrafiło zamienić się w małe piekło na ziemi, przynajmniej
jeśli wziąć pod uwagę opady, ale chociaż dziewczyna doświadczała tego od lat,
zwłaszcza w ostatnim czasie przygnębiająca pogoda drażniła ją równie mocno,
co wszyscy wokół.
Spuściła
wzrok, uparcie unikając swojego spojrzenia w lustrze. Chociaż nie chciała,
mimowolnie pomyślała o pamiętnym wieczorze, kiedy to Alyssa siedziała na
jej miejscu, pozwalając przyjaciółce zająć się swoimi lśniącymi włosami. Od tamtego
dnia minęły całe tygodnie, tak, że wspomnienia zaczynały jawić się jako jakiś
zły sen, który…
Och, świetnie – właśnie tego potrzebowałaś
na dobre zakończenie dnia, zadrwiła w myślach. Jakby mało ci było kilku godzin uganiania się ze ścierą między stolikami
i tego, że znowu znalazłaś jakże sensowny powód, żeby nie odwiedzić matki.
Och nie wspominając o tym, że dopiero co…
Nie, nie
chciała o tym myśleć.
Zacisnęła
usta, po czym energicznie pokręciła głową, zupełnie jakby w ten sposób
mogła odpędzić się od niechcianych wspomnień. Sądziła, że nieplanowany dyżur w kawiarni
wystarczy, by choć na moment zapomniała o spotkaniu z Alyssą, ale to
okazało się niemożliwe. Czuła się fatalnie, ale w ostatnich dniach to nie
było niczym nowym i chyba powoli zaczynała się do takiego stanu rzeczy
przyzwyczajać. Kto wie, może nawet miała to polubić – bycie wyrodną córką
i porzuconą niby najlepszą przyjaciółką, która nie jest warta chociażby
najbardziej błahych wyjaśnień. Tak, to było najzupełniej normalne, że Ali
potraktowała ją w taki sposób, nie wspominając o tym dziwnym
doświadczeniu z uczelni, kiedy spotkały się po raz pierwszy od tygodni.
Coś miedzy nimi pękło, a jeśli chodziło o Alyssę…
Mary już
jej nie poznawała – i właśnie to było najgorsze.
Gdzieś
z oddali doszedł ją grzmot pioruna, zaskakując aż do tego stopnia, że
dziewczyna wzdrygnęła się mimowolnie. Szczotka zatrzęsła się jej w ręce,
więc Mary ostatecznie zrezygnowała, odrzucając przedmiot na toaletkę i podrywając
się na równe nogi. Była tak rozżalona i zmęczona, że i tak już do
niczego nie miała się nadawać.
I jeszcze
ta burza….
Słyszała
szum intensywnie uderzającego o szybę deszczu, wręcz brzmiącego tak, jakby
ktoś raz po raz pukał w okno. Skrzywiła się, dziwnie zaniepokojona tą
perspektywą, zaraz też rozejrzała się niespokojnie po pokoju, niemal
spodziewając się zauważyć parę przenikliwych oczu, które będą obserwować ją
w ciemności. Cholera, jak nic była już przewrażliwiona, tym bardziej, że po
raz drugi w ostatnim czasie miała wrażenie, że nie jest w sypialni
sama.
– Za dużo
horrorów, Mary – mruknęła do siebie, potrząsając z niedowierzaniem głową.
Zaraz po
tym zamilkła, tym bardziej, że jej własny głos nie przyniósł oczekiwanego ukojenia.
Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robisz, szybkim krokiem podeszła do
zasłoniętego okna i – chociaż to wydawało się idiotyczne – rozsunęła
zasłony, spoglądając w panującą na zewnątrz ciemność. Krople deszczu
osiadły na powierzchni szyby, znacznie utrudniając widok, przez co nie od razu
zorientowała się, że spogląda wprost na…
Aż
zachłysnęła się powietrzem, cofając się o krok tak gwałtownie, że omal
nie potknęła się o własne nogi. Obie ręce przycisnęła do ust, równie
wstrząśnięta, co i oszołomiona, zaraz jednak wzięła się w garść
i doskoczyła do okna, by nawet mimo panującej na zewnątrz zawieruchy
otworzyć je na całą szerokość.
– Ali…
Alyssa
Sama nie wierzyła w to,
co działo się wokół niej. Poruszała się jak w transie, wystawiona na tak
wiele sprzecznych, wręcz porażających intensywnością bodźców, że nawet z wyostrzonymi
zmysłami miała problem, by je zinterpretować. To przypominało sen, tak
dynamiczny i pełen barw, że aż kręciło jej się w głowie. Nie była
pewna, czy w przypadku istoty nieśmiertelnej coś podobnego powinno mieć
miejsca, ale jakby nie patrzeć, w niczym przecież nie przypominała swoich
pobratymców. No cóż, w końcu córka
Lucyfera nie mogła być normalna!
Gorycz nie
opuszczała jej ani na moment, chociaż uczucie to zeszło gdzieś na dalszy plan z chwilą,
w której Mary wpuściła ją do pokoju. Ali pamiętała tę chwilę jak przez
mgłę, tak jak i nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy w ogóle
przyszło jej do głowy, żeby wrócić właśnie do Seattle – i to zwłaszcza po
tym, co miało miejsce całe godziny temu. Wspomnienia mieszały się ze sobą,
zlewając w kalejdoskop kolorów, niespójnych obrazów, emocji i myśli,
których w żaden sposób nie potrafiła uporządkować, nawet jeśli tworzyły całość.
Wciąż trzęsła się, nerwowo obracając w palcach kubek gorącej herbaty
i przez cały ten czas podrygując nerwowo, co nie zdarzało jej się często.
Nigdy nie czuła się tak bardzo rozbita i niezdolna, by zdobyć się choćby
na najcichszy jęk.
Zbyt
szybko… Wszystko działo się zbyt szybko, a ona już nie miała nad tym
kontroli. Rozumiała to doskonale, jednocześnie mając świadomość, że najpewniej
właśnie popełniła największy błąd w całym dotychczasowym życiu. Wyrzuty
sumienia dawały jej się we znaki, sprawiając, że czuła się tak, jakby za moment
miała popaść w szaleństwo. Swoją drogą, najpewniej już zwariowała, bo nikt
o zdrowych zmysłach nie wparowałby w środku nocy do mieszkania
dotychczas najlepszej przyjaciółki, na dodatek wchodząc oknem, choć mieszkanie
znajdowało się na trzecim piętrze, a jedyny punkt podparcia stanowił
sędziwy, rozłożysty dąb – jeden z wielu, które zdobiły teren campusu.
Normalny człowiek nie miał prawa dostać się tą drogą aż tak wysoko, nie
ryzykując złamania karku, ale nie dbała o to. Popełniła błąd, kolejny
zresztą, bo w ogóle nie powinna tutaj przyjeżdżać, ale co tak naprawdę
mogłaby zrobić?
Potrzebowała
Mary. To nie było uczciwe, ale miała dość uciekania i ciągłego
zastanawiania się nad tym, co było właściwe. Nigdy nie prosiła o przemianę
w potwora, a tym bardziej nie chciała, by ktokolwiek odebrał jej całe
dotychczasowe życie. Nikt nie zapytał o zdanie, z kolei zresztą
zachowywał się tak, jakby właśnie wyświadczył wszystkim wokół jakąś pieprzoną
przysługę, za która powinna dziękować mu do końca świata i jeden dzień
dłużej. To on sprawił, że ostatecznie znalazła się w tym miejscu, mierząc
się z szaleństwem, którego nie chciała i przy okazji wciągając we
wszystko przyjaciółkę.
Do tej pory
pamiętała przerażoną minę Mary, chociaż nie była pewna, co wstrząsnęło dziewczyną
bardziej: widok zapłakanej i przemoczonej Ali, która rzekomo miała wieść
szczęśliwe życie w Nowym Jorku, czy też sam fakt tego, że ta jak gdyby
nigdy nic siedziała sobie na parapecie. Tak czy inaczej, cokolwiek pomyślała
sobie w tamtej chwili, nie powstrzymało jej przed natychmiastowym
wciągnięciem Alyssy do środka i narobieniem takiego zamieszania, jakby
właśnie się paliło. Chyba właśnie czegoś takiego mogła się spodziewać: całej
wiązanki przekleństw, dziesiątek pytań i nerwowego krążenia, kiedy Mary w pośpiechu
rozglądała się po pokoju, przetrząsając szafki, póki nie znalazła kompletu
suchych ubrań, które bezceremonialnie wcisnęła przyjaciółce w ręce, zanim
dosłownie wepchnęła ją do łazienki. Mary miała to do siebie, że okazywała się
najbardziej praktyczna akurat wtedy, kiedy najbardziej się denerwowała, teraz
zaś dosłownie przechodziła samą siebie. Co więcej, taki stan rzeczy wydał się
Alyssy najzupełniej normalny, chociaż sama nie była pewna dlaczego.
Swoją
drogą, poczuła przyjemne ciepło w okolicach serca, kiedy przekonała się,
że przez minione tygodnie w ich wspólnym pokoju nie zmieniło się nic. Jej
rzeczy nadal leżały na swoich miejscach, choć podejrzewała, że Mary w przypływie
złości spakuje wszystko do kartonu i – powiedzmy – wyrzuci przez okno.
Nie mogła
się przeziębić, ale nie protestowała, decydując doprowadzić się do porządku.
Kiedy w końcu wróciła do pokoju, Mary siedziała po turecku na swoim łóżku,
nienaturalnie spokojna i wyraźnie spięta, zaś na stoliku nocnym już
stały dwa kubki z herbatą. Ten widok na ułamek sekundy wytrącił Alyssę
z równowagi, tak nieznośnie znajomy się okazał. Nie potrafiła zliczyć, jak
wiele razy przeprowadzały „poważne rozmowy” po prostu siedząc naprzeciwko
siebie i niejako porozumiewając się bez słow. Mary zwykle wiedziała, co
Alyssa czuła i w jakiś niezrozumiały dla dziewczyny sposób zawsze zadawała
odpowiednie pytanie, chociaż czasami nie szczędziła sobie przy tym złośliwości.
Tym razem
nie odezwała się nawet słowem. Milczała również wtedy, gdy Alyssa zajęła
miejsce naprzeciwko niej, nerwowo nawijając wilgotny kosmyk włosów na palec, by
zająć czymś ręce. Wiedziała, że towarzyszka uważnie ją obserwuje, a kocie,
zielone oczy dosłownie przenikają na wskroś, co z miejsca sprawiło, że
poczuła się jeszcze bardziej nieswojo.
– Mary…
Właśnie
wtedy coś w niej pękło, chociaż jeszcze długo później nie potrafiła stwierdzić
jakim cudem zdołała wykrztusić z siebie choć słowo. Płakała, przerywała,
a jednak nawet wtedy była w stanie mówić, nie zastanawiając się nad
tym, czy to ma sens. Wcześniej nie brała pod uwagę tego, co zrobi po dotarciu
na miejsce, a jednak siedząc w znajomym pokoju i obserwując
przyjaciółkę, do głowy przyszło jej tylko jedno: prawda.
To było
czyste szaleństwo, a jednak kiedy zaczęła mówić, słowa po prostu
popłynęły, nie dając dziewczynie czasu na wątpliwości.
Wciąż
drżała, kiedy w pokoju nareszcie zapadła cisza. Czuła wilgoć na
policzkach, ale prawie nie zwracała na to uwagi, zbyt skoncentrowana na trzymanym
w dłoniach kubku. Ręce trzęsły jej się tak bardzo, że wręcz spodziewała
się, że ten w którymś momencie wyślizgnie się z uścisku, choć przy
wampirzym refleksie nic podobnego nie powinno mieć miejsca. Jakie to zresztą
miało znaczenie w sytuacji, kiedy najpewniej zrobiła z siebie
idiotkę, jednocześnie narażając na śmiertelne niebezpieczeństwo jedyną osobę na
której kiedykolwiek tak naprawdę jej zależało? Mary nie zasłużyła sobie na
kłamstwa, jednak na dłuższą metę te wydawały się lepszą alternatywą, skoro
mogły zapewnić dziewczynie bezpieczeństwo.
Problem
polegał na tym, że teraz już było za późno. Słowa padły – nieskładne i bez
przemyślenia, ale to nie miało znaczenia. Wciąż czuła na sobie spojrzenie
przyjaciółki, a jednak sama nie miała dość odwagi, by spojrzeć dziewczynie
w oczy. Czy została już uznana za wariatkę? To wydawało się
najprawdopodobniejsze, a Alyssa z niedowierzaniem uprzytomniła sobie,
że nie miałaby nic przeciwko, gdyby okazało się prawdą. Chyba nawet ucieszyłaby
się, gdyby odkryła, że jednak jest obłąkana, a ostatnie tygodnie to
jedynie wytwór jej wyobraźni. Wszystko wydawało się lepsze niż to, co
powiedział jej Carlos, poza tym…
Najbardziej
jednak bała się tego, że Mary jej uwierzy – a potem ucieknie z wrzaskiem.
Kolejne
sekundy wydawały się ciągnąć w nieskończoność, dłużąc się tak bardzo, że
w pewnym momencie straciła poczucie czasu. Zastygła w bezruchu,
niemal siłą zmuszając ciało do współpracy i bojąc się poruszyć chociażby
o milimetr. W pewnym momencie uprzytomniła sobie, że nieświadomie
wstrzymała oddech, jedynie od czasu do czasu chwytając powietrze przez usta,
w odstępach zdecydowanie zbyt długich, by było to możliwe w przypadku
człowieka. Nie miała pewności czy Mary jest tego świadoma i czy miało to
dla niej jakiekolwiek znaczenie, ale starała się o tym nie myśleć,
zwłaszcza teraz, kiedy w każdej chwili mogła dziewczynę stracić – i to
po warunkiem, że już do tego nie doszło.
Błagam, odezwij się…, przeszło jej przez
myśl. Więcej łez napłynęło jej do oczu, zbierając się pod powiekami, choć nie
sądziła, że wciąż jest w stanie płakać. Po prostu się odezwij albo…
Cisza.
Cholera, coraz bardziej dająca jej się we znaki i tak ciężka, że wręcz
doprowadzała Alyssę do szaleństwa.
Nie powinnam była…
Nie powinnaś, zgodziła się usłużnie jej
podświadomość. Wzdrygnęła się, ledwo powstrzymując jęk, chociaż tym razem
przynajmniej miała pewność, że myśl jak najbardziej należała do niej. Na samo
wspomnienie szeptu, który towarzyszył jej w lesie, dostawała gęsiej
skórki, przez co z nieopisaną wręcz ulgą przyjęła do świadomości fakt, że
rozmawiała ze sobą. To też wydawało się lepsze od dyskutowanie z… głosami, których
nawet nie rozpoznawała.
Bezwiednie
uniosła głowę, spoglądając wprost na Mary. Miała dość czekania, a wątpliwości
stopniowo wykańczać ją od środka, przez co nie była w stanie dłużej trwać w bezruchu.
Nie miała pojęcia, co tak naprawdę spodziewała się zobaczyć, ale to i tak
nie miało znaczenia, bo kiedy skoncentrowała się na siedzącej naprzeciwko niej
dziewczynie, poraziła ją… pustka.
Mary po
prostu siedziała, milcząca i nieruchoma, prawie jak ludzkich rozmiarów
woskowa figura. Spuściła głowę, a czarne włosy opadły na twarz, mocno
kontrastując z jasną skórą, tym bledszą, że dziewczyna nie zdążyła zmyć
grubej warstwy ryżowego pudru, który standardowo stanowił podstawę jej
makijażu. Powieki miała zaciśnięte, a kiedy Alyssa uważniej jej się
przyjrzała, w oszołomieniu uprzytomniła sobie, że dostrzega łzy, które
powoli spłynęły po bladych policzkach, pozostawiając za sobą ciemne smugi tuszu
Nawet z odległości widziała, że przyjaciółka drży, nagle bezbronna i krucha
jak nigdy dotąd, chociaż zwłaszcza w ciągu ostatnich lat zdarzało jej się
płakać zdecydowanie zbyt często.
Krucha
Mary? To samo w sobie wydawało się wykluczać, brzmiąc niczym kłamstwo albo
marny żart, który nie powinien mieć miejsca. Kto jak kto, ale ta dziewczyna
zawsze była silna, zdecydowanie bardziej nadając się na wampirzycę, poza tym…
– Mary? –
wyszeptała z wahaniem Alyssa. – Ja… Mary? – powtórzyła bardziej stanowczo,
chociaż to i tak brzmiało niczym żałosne błaganie.
Chyba cała
wieczność minęła, zanim ta w końcu uniosła głowę – bardzo powoli,
metodycznie wykonując każdy kolejny ruch. Ciemne włosy odgarnęła na bok, po
czym zatrzepotała powiekami, jak zwykle szokując spojrzeniem intensywnie
zielonych oczu. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale to było do
przewidzenia, zresztą wszystko wydawało się lepsze od tego, czego spodziewała
się Alyssa – począwszy od strachu po czyste obrzydzenie. Co prawda to jeszcze
o niczym nie świadczyło, ale przynajmniej tymczasowo oszczędzało jej bólu
odrzucenia.
Drgnęła,
kiedy spojrzenia jej i Mary się spotkały. Wyraźnie słyszała przyśpieszone
bicie serca dziewczyny i urywany, zdradzający zaczątki histerii oddech.
Poruszyła się niespokojnie, bardziej niż wcześniej żałując, że zdecydowała się
tutaj przyjść. Gdyby myślała rozsądnie, nie byłoby jej tutaj, niezależnie od
targających nią emocji. To był głupie i – przede wszystkim – egoistyczne,
zwłaszcza po tym, jak ochroniła Alexa. Czuła, że popełniła błąd, a jakby
tego było mało, teraz nie miała najmniejszych szans, żeby choć spróbować go
naprawić.
– Nie
powinnam była…
Coś w tych
słowach sprawiło, że Mary wyprostowała się niczym struna, błyskawicznie
podrywając na równe nogi.
– Nie
powinnaś była czego? – zapytała cicho, a jej głos zabrzmiał zaskakująco
spokojnie, chociaż nadal nie wyrażał jakichkolwiek emocji. – Mówić mi prawdy,
Ali? Bo to jest prawda…?
Oczywiście, że jest, pomyślała, jednak
nie odważyła się powiedzieć tego na głos. Tym razem sama zdecydowała się na
milczenie, pragnąc odwrócić wzrok, ale okazało się, że wyzwolenie się spod spojrzenia
przyjaciółki, jest niemożliwe. Jęknęła, po czym znów zaczęła kręcić włosy, ostatecznie
szarpiąc je tak mocno, że chyba jedynie cudem nie zaczęły wychodzić garściami.
Mary westchnęła,
po czym zrobiła taki ruch, jakby chciała chwycić ją za rękę.
– Alyssa,
do cholery!
Ciche
przekleństwo wytrąciło ją z równowagi. Nie zorientowała się, kiedy
właściwie nerwy wzięły nad nią górę, a w odpowiedzi na ruch Mary
poderwała się na równe nogi, w ułamku sekundy materializując się na drugim
końcu pokoju. Usłyszała stukot, kiedy dotychczas ściskany przez nią kubek
z herbatą wylądował na podłodze, nie tłukąc się dzięki dywanowi, który
przysłaniał wyniszczone panele. Kiedy w końcu się otrząsnęła, ciężko
oparła się plecami o ścianę, coraz bardziej roztrzęsiona. Dopiero po
chwili spojrzała na Mary, wręcz przerażona perspektywą tego, co mogłaby
zobaczyć. Dziewczyna również zastygła na swoim miejscu, wyraźnie oszołomiona.
Lekko rozchwyciła usta, chcąc coś powiedzieć albo zbierając się do krzyku, a jednak
ostatecznie nie wydała z siebie nawet najcichszego jęku.
– Nie
podchodź więcej – wyszeptała Alyssa, widząc, że jej towarzyszka próbuje przesunąć
się ku niej. Coś w jej głosie zmieniło się, brzmiąc niemal jak dzikie
warknięcie, chociaż Ali nie sądziła, że zdenerwowanie aż do tego stopnia będzie
dawać jej się we znaki. – Ja nie…
– Ty… ty… O Boże!
– Głos Mary brzmiał nienaturalnie piskliwie i nieskładnie. Nagle wydała
się Alyssy jeszcze bledsza, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe. –
Ty naprawdę… – Dziewczyna urwała i już tylko kręciła głową, mając
trudności nawet ze złapaniem oddechu, a co dopiero wykrztuszeniem z siebie
jakiegokolwiek sensownego zdania.
Jej oczy
rozszerzyły się jeszcze bardziej, zdradzając oszołomienie, chociaż – jakby
paradoksalnie – coś w jej spojrzeniu nadal wydawało się niezwykle
przytomne. Mary wydawała się wstrząśnięta, o wiele bardziej niż podczas
ich ostatniego spotkania, kiedy po raz pierwszy miała okazję przyjrzeć się
Alyssy po zniknięciu i kilku znaczących godzinach nieobecności. Rano
wyglądała na zranioną i chętną, by rzucić się do ucieczki, co wydawało się
najzupełniej naturalne, jednak kiedy Ali przyjrzała się jej teraz…
Mary się
bała, ale w jej spojrzeniu było coś, co wydarzało się wyjaśniać wszystko –
jednocześnie zaprzeczając temu, czego można byłoby się po zachowaniu dziewczyny
spodziewać. Ten błysk…
Ona wcale
nie zamierzała uciekać. Nie, wręcz przeciwnie…
To była
determinacja.
– Okej,
w porządku… – Głos przyjaciółki ją zaskoczył, zwłaszcza kiedy ta tak po
prostu zapanowała nad emocjami i odważyła się odezwać raz jeszcze, tym
razem w o wiele bardziej składny sposób. – W końcu to nic
takiego, ale…
– Nic
takiego? – powtórzyła tępo Alyssa.
Mary
jedynie potrząsnęła głową.
– Nie. Tak
sądzę, ale… – zaczęła raz jeszcze, po czym barwo powoli uniosła obie ręce ku
górze w poddańczym geście. – Ja… Mam się nie zbliżać, bo wtedy może
wydarzyć się coś niedobrego? – zapytała nieoczekiwanie i wraz z tym
pytaniem Alyssa poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją po głowie.
Czy wydarzy
się coś niedobrego? To pytanie ją zaskoczyło, chociaż dopiero po kilku
następnych sekundach uprzytomniła sobie, co tak naprawdę miała na myśli Mary.
Poczuła, że sztywnieje, a jej oczy rozszerzają się nieznacznie, kiedy
w końcu to do niej dotarło. Już na uczelni krew dziewczyny ją kusiła,
jednak tym razem Alyssy nawet przez myśl nie przeszło, że mogłaby zagrażać jej
w ten konkretny sposób. Czuła słodki, nęcący zapach, a kiedy się na
nim skoncentrowała, jej gardło zapiekło nieprzyjemnie, ale nawet wtedy nie wyobrażała
sobie, że mogłaby zaatakować. Nie mogła, bo…
Po prostu nie.
Wciąż
jeszcze oszołomiona, energicznie pokręciła głową. Mary przyjęła to w milczeniu,
wciąż uważnie obserwując swoją dotychczasową współmieszkankę i intensywnie
nad czymś myśląc. W tamtej chwili Ali szczerze pożałowała, że nie jest
w stanie przeniknąć czyjegokolwiek umysłu – cokolwiek, byleby nie znów nie
trwać w ciszy. Co prawda nie miała pewności, czy oby na pewno chciała
poznać prawdę, ale mimo wszystko…
– Te
wszystkie tygodnie… To dlatego mi nic nie powiedziałaś, prawda? – drążyła Mary.
– Uciekałaś, Ali…
– Musiałam
– wyszeptała zdławionym tonem. Przełknęła z trudem, coraz bardziej
podenerwowana. – Teraz sama wiesz dlaczego. Nie miałam wyboru, tak bardzo
chciałam i… Nawet nie wiesz jak bardzo chciałam ci powiedzieć.
Mary w zamyśleniu
skinęła głową.
– Chyba
wiem. – Po jej tonie trudno było stwierdzić, czy mówiła prawdę, czy też nadal była
w szoku.
Kolejna
chwila milczenia. Mary patrzyła na nią przez kilka następnych sekund,
ostatecznie decydując się zrobić ostrożny krok naprzód.
Alyssa
jęknęła i jeszcze mocniej przywarła plecami do ściany, chyba jedynie cudem
nie przebijając się na drugą stronę. Chciała stąd uciec… tak po prostu znikać,
ale…
– Proszę…
Ale Mary
się nie odsunęła.
No i jest. Mam wątpliwości co do jakości tego rozdziału, tym bardziej, że dodaję niejako w biegu, a sprawdzanie szło mi co najmniej opornie. Z góry przepraszam ;-; Z drugiej strony, dużo się dzieje, więc to swego rodzaju rekompensata. Mary zna prawdę, więc teraz będzie pojawiać się o wiele częściej.Dziękuję za obecność, bo ta wiele dla mnie znaczy. Tak więc zostawiam Was z tym wpisem, piosenką i do następnego!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz