Mary
–
Alyssa… Alyssa!
Mary była
spanikowana. W oszołomieniu spojrzała na przyjaciółkę, która bez
jakiegokolwiek ostrzeżenia zachwiała się niebezpiecznie i jak długa upadła
na podłogę, nie dając dziewczynie nawet szansy na to, by mogła zareagować.
Wszystko zresztą działo się bardzo szybko i zanim Mary zdążyła się
zastanowić, Ali już osunęła się na ziemię, bezwładna i jakby bez życia.
Z bijącym
sercem rzuciła się w stronę dziewczyny, natychmiast opadając u jej
boku na kolana. I co ja niby mam
zrobić w przypadku… wampirzycy?!, pomyślała w oszołomieniu,
w tamtej chwili nie zastanawiając się nad tym, czego zdążyła dowiedzieć
się od przyjaciółki. Wampir, hybryda… Jakie to właściwie miało znaczenie,
zwłaszcza w tamtej chwili? Omdlenie w przypadku kogoś takiego jak Alyssa
też nie powinno być możliwe, a jednak dziewczyna leżała teraz, całkowicie
bezwładna i nieświadoma tego, co działo się wokół niej.
– Ali… –
powtórzyła raz jeszcze, tym razem o wiele ciszej, dopiero w tamtej
chwili uprzytomniając sobie, że ściągnięcie kogokolwiek do pokoju nie byłoby
raczej najlepszym pomysłem.
Nachyliła
się nad przyjaciółką, po czym odetchnęła z ulgą, natychmiast orientując
się, że Alyssa oddycha – i to dość miarowo, a przynajmniej takie sprawiała
wrażenie. Mary odetchnęła, mimo wszystko uspokojona. W porządku, więc
przynajmniej nie musiała jej reanimować, co uznała za dość pocieszające,
zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę całe to zamieszanie. Jakby mało było tego,
czego dowiedziała się przez kilka ostatnich godzin, teraz na dodatek musiała
mierzyć się z kolejnym problemem. Co więcej, ten również dotyczył Alyssy, choć
zdecydowanie przekraczał jej dotychczasowe zdolności pojmowania.
Zadrżała
mimowolnie, nagle zaniepokojona. Od nadmiaru emocji kręciło jej się w głowie,
zresztą sama nie była już pewna, jak powinna się czuć. Próbowała zachować
spokój, kiedy Alyssa opowiadała jej o tym, kim jest i co zmieniło się
w ciągu zaledwie kilku tygodni, ale prawda była taka, że była przerażona.
Ten lęk narastał w niej przez cały ten czas, nawet pomimo tego, że na
wszystkie możliwe sposoby próbowała go zdusić. Łatwiej było koncentrować się na
tym, co działo się wokół niej, żartować, a nawet szukać pozornie
bezsensownych rozwiązać w internecie, ale – co właśnie mogła zaobserwować
– taka taktyka w gruncie rzeczy prowadziła donikąd.
Jakaś część
niej tak naprawdę sugerowała, żeby uciec z krzykiem, wrzeszcząc w niebogłosy
i stanowczo zaprzeczając prawdziwości słów przyjaciółki. Nie to, że Alyssa
mogłaby ją oszukać, ale na pewno istniało jakieś wyjaśnienie… Narkotyki?
Choroba psychiczna? W końcu wszystko wydawało się równie prawdopodobne, a już
na pewno brzmiało o wiele lepiej i bezpieczniej od przyznania się, że
po świecie mogłyby chodzić wampiry albo… upadłe anioły.
Córka
Lucyfera… Ha! Gdyby sprzedały tę historię do telewizji, mogłyby zostać albo
milionerkami, albo spędzić resztę życia w jakimś zakładzie zamkniętym.
Zabawne, ale chyba nawet to nie okazałoby się aż tak złą perspektywą.
Cokolwiek, byleby jednak okazało się, że Alyssa coś pomyliła – i że całe
to szaleństwo w rzeczywistości nie ma racji bytu.
Wciąż
o tym myślała, jednocześnie przyłapując się na tym, że bezwiednie uważnie
przyglądała się smukłemu ciału Alyssy, szukając czegokolwiek, co mogłaby uznać
za niepokojące – chociażby śladu po igłach, które pozwoliłyby jej uwierzyć
w którekolwiek ze swoich „przyziemnych” wyjaśnień. Niestety – nie
zauważyła niczego, choć to równie dobrze mogło mieć związek ze zdenerwowaniem
i tym, że dookoła panował półmrok. W głowie miała mętlik, a serce
tłukło się w piersi Mary tak zawzięcie, jakby w każdej chwili mogło
wyrwać się jej z piersi i uciec gdzieś daleko, nawet jeśli na
pierwszy rzut oka to wydawało się niemożliwe. Cały dotychczasowy spokój po
prostu się ulotnił, a ona klęczała na podłodze, tuż obok ciała swojej
nieprzytomnej przyjaciółki-podobno-wampirzycy,
nie będąc w stanie zrobić niczego, co okazałoby się chociaż odrobinę
praktyczne. Czuła się bezradna, głupia i niedoświadczona, prawie jak
dziecko, co zdecydowanie niczego nie ułatwiało.
A niech
to szlag. Czuła się dokładnie tak jak przez te wszystkie lata, kiedy myślała
o swojej matce i nie była w stanie zrobić niczego, żeby…
Energiczne
walenie w drzwi całkowicie wytrąciło Mary z równowagi. Krzyknęła, bez
zastanowienia podrywając się na równe nogi i przybierając pozycję, która
najpewniej była jakąś marną parodią pozy bojowej. Dłonie jak na zawołanie
zacisnęła w pięści, chociaż trzęsła się przy tym tak bardzo, że wątpliwym
było, żeby w razie potrzeby zdołała zrobić z pięści jakikolwiek
użytek. W rzeczywistości wszystko w niej aż krzyczało, że powinna
pędem rzucić się do ucieczki, nawet jeśli – jak na ironię! – to ktoś, kto
znajdował się za drzwiami, stanowiącymi jej jedyną drogę wyjścia, napawał ją
takim przerażeniem.
Och, na litość boską, po prostu otwórz!,
warknęła na siebie w duchu, ale nie ruszyła się z miejsca. Lekko potrząsnęła
głową, jakby zaprzeczając samej sobie albo irytującym podszeptom intuicji.
Rozsądek jej zachować się w najzupełniej normalny sposób, podejść do tych
cholernych drzwi i wyjrzeć na zewnątrz, ale z drugiej strony… Kto
normalny składał wizytę studentce, na dodatek w środku nocy? Nie miała
chłopaka, a tym bardziej upierdliwych znajomych, którzy wpadliby na genialny pomysł urządzenia imprezy
o tej porze, a zresztą…
Nerwowo
spojrzała na Alyssę, coraz bardziej zmartwiona. Ktoś mógłby usłyszeć, że
upadła, tym bardziej, że Mary w zdenerwowaniu przestała dbać o to,
czy przypadkiem nie narobi hałasu, jednak nie sądziła, by to było aż takie
proste. Miała wrażenie, że chodzi o coś innego i że coś jest nie tak,
ale…
Znów
usłyszała pukanie, tym razem o wiele subtelniejsze i nie tak
natarczywe, ale to bynajmniej nie sprawiło, że poczuła się lepiej. Chwilę
jeszcze obserwowała nieprzytomną przyjaciółkę, po czym bardzo niechętnie
przeniosła wzrok w stronę drzwi, co najmniej jakby to właśnie one były
przyczyną całego zamieszania i za moment zamierzały rzucić jej się do
gardła. Zastygła w bezruchu, lekko chwiejąc się na nogach i bezskutecznie
próbując zapanować nad nerwami, które w coraz większym stopniu zaczynały
przejmować nad nią kontrolę. Sama nie była pewna, co powinna była zrobić, ale…
No cóż, być
może wiedziała.
Mogła zadzwonić
do Alexa i po prosić go, żeby natychmiast przyjechał. Jak go znała,
pojawiłby się szybciej niż cały patrol policyjny na sygnale, nawet kosztem
złamania po drodze całego kodeksu drogowego i Bóg raczy wiedzieć jakich
jeszcze przepisów. Pewnie kazałby jej siedzieć cicho, nie otwierać drzwi
i czekać na pomoc, niezależnie od tego czy jej obawy byłyby uzasadnione,
czy też nie.
Na pewno,
ale…
– A niech
to wszyscy diabli! – zaklęła pod nosem, natychmiast odrzucając od siebie taką
możliwość.
Zanim
zdążyła zastanowić się nad tym co robi, po prostu ruszyła przed siebie,
energicznym krokiem przeszła przez pokój. Już w następnej chwili (w duchu
modląc się o to, by wyglądać na co najmniej zdeterminowaną) przekręciła
zamek i szarpnęła za klamkę tak mocno, że sama nie zdziwiłaby się, gdyby
przypadkiem wyrwała drzwi z zawiasów.
A potem
dosłownie zamarła, porażona widokiem mężczyzny, który tkwił w progu.
Nieznajomy zastygł
w bezruchu z uniesioną pięścią, co uzmysłowiło jej, że najpewniej
zamierzał znów zacząć dobijać się do pokoju. Mimowolnie zmarszczyła brwi,
zaskoczona, tym samym musiało uprzytomnić mu, co takiego robił, bo natychmiast
opuścił rękę, pozwalając ramionom luźno zwisać wzdłuż ciała. Na pierwszy rzut
oka widać było, że go zaskoczyła – być może samą tylko swoją obecnością,
a może jednak tym, że zdecydowała się otworzyć, ale to nie było istotne.
Najważniejsze i najbardziej oszałamiające było to, że w całym swoim
życiu Mary zdecydowanie nie widziała kogoś takiego i że nie miała ot tak
przyzwyczaić się do spotykania… tak niezwykłych osób.
Jej
kontakty z mężczyznami były dość ograniczone, ale w przeszłości
widziała wystarczająco wielu różnych facetów, by stwierdzić, którzy z nich
byli naprawdę przystojni. Ten bez wątpienia taki był, blady i ciemnowłosy.
W ciemnościach jego włosy wydawały się niemal całkowicie czarne, tym
bardziej, że pojedyncze kosmyki kleiły się do twarzy, wciąż jeszcze ociekając
deszczem – pamiątką szalejącej na zewnątrz ulewy. Ten kontrast – czerń i biel
– powinien ją zaskoczyć, a jednak wydał się Mary bardzo na miejscu, tak
jak i rysująca się pod swetrem pokaźna muskulatura. Bez wątpienia przybysz
był silny, choć nie tak przesadnie wyćwiczony, jak to bywało w przypadku
licznych kretynów, którzy znamienitą część życia spędzali na siłowni, modelując
swoje ciało kosztem już i tak nielicznych szarych komórek. W jego
przypadku najodpowiedniejszym słowem wydawał się raczej ideał albo mroczny,
chociaż w oszołomieniu dziewczynie trudno było tak stwierdzić, który
z tych terminów tak naprawdę opisywał to, co względem nieznajomego
poczuła.
Właśnie
wtedy zwróciła uwagę na jego oczy i serce jakimś cudem zabiło jej jeszcze
szybciej.
Para
lśniących, wręcz jarzących się w ciemnościach tęczówek wpatrywała się
w nią z taką uwagą, że naprawdę poczuła się nieswojo. Oszołomiona,
natychmiast zacisnęła obie dłonie na futrynie drzwi, nie chcąc ryzykować, że
mięśnie nagle odmówią jej posłuszeństwa. Jej własne oczy rozszerzyły się
jeszcze bardziej, zwłaszcza, że spojrzenia jej i mężczyzny w progu
się spotkały. Zauważyła, że drgnął, wciąż uważnie przypatrując się szmaragdowym,
kocim tęczówkom. Na bladej twarzy odmalowało się coś, co uznała za oznaki
konsternacji, jednak zanim zdążyła się nad tym zastanowić, nieznajomy zdążył już
wziąć się w garść, momentalnie odzyskując nad sobą kontrolę. Wyraz jego
twarzy zmienił się tak błyskawicznie, że aż dostała gęsiej skóry, nagle jeszcze
bardziej zaniepokojona i onieśmielona jego obecnością. Jakby tego było
mało, kiedy nagle rozchylił usta, a jej uwagę przykuła para długich,
rzucających się w oczy kłów…
Doby Boże…
Bezwiednie
drgnęła, po czym błyskawicznie cofnęła się o krok, omal nie potykając o własne
nogi. Patrzenie w te czekoladowe tęczówki było równie przerażające, co
i na swój sposób hipnotyzujące, przez co tym bardziej zapragnęła odwrócić
wzrok. Nagle pożałowała, że w ogóle zdecydowała się otworzyć drzwi, tym
bardziej, że momentalnie naszła ją niepokojąca, ale niezwykle prawdziwa myśl,
że wcale nie ma przed sobą człowieka…
Nie,
zdecydowanie nie mogła mieć przed sobą śmiertelnika – i to niezależnie od
tego, jak bardzo by chciała.
Rzuciła się
w stronę klamki, ale przybysz powstrzymał ją z taką wprawą, że nawet
nie zorientowała się, kiedy ją pochwycił. Nagle po prostu zmaterializował się
tuż przed nią, zaciskając dłonie na jej ramionach i sprawiając, że Mary na
powrót zesztywniała, porażona samym tylko dotykiem. Jego skóra okazała się niepokojąco
chłodna, zaś uścisk tak silny, że momentalnie wyzbyła się wątpliwości co do
tego, czy mężczyzna byłby w stanie pogruchotać jej kości, gdyby go do tego
zmusiła. Nie zrobił tego, przynajmniej w tamte chwili, ale sama myśl
wystarczyła, by Mary poczuła się jeszcze bardziej zaniepokojona, świadoma
bliskości śmierci niż kiedykolwiek wcześniej.
Spróbowała
cofnąć się o kolejny krok, ale jej nie pozwolił. Obce dłonie mocniej
zacisnęły się na smukłych ramionach dziewczyny, zaś spojrzenie coraz bardziej
oszałamiało, tak przenikliwe i trudne do zinterpretowania, że ledwo była
w stanie oddychać. W tamtej chwili była w stanie wyłącznie na
niego patrzeć, a i on nie wydawał się chętny, by oderwać od niej
wzrok. Wodził spojrzeniem po jej twarzy, jakby ucząc się jej na pamięć i wyciągając
kolejne wnioski, których tylko on jeden był świadom. Jakaś cząstka Mary miała
ochotę na niego naskoczyć, może nawet rzucić się nań z pięściami, a po
wszystkim zarządzać wyjaśnień, ale… nie potrafiła się na to zdobyć.
Nieznajomy
przesunął się bliżej, bez chwili wahania przestępując próg i tym samym
zmuszając Mary do tego, żeby jednak się cofnęła – najpierw o krok, a później
o kolejny. Poruszała się prawie jak w transie, nie mając odwagi
zaprotestować albo zrobić czegoś, co mogłoby zostać niewłaściwie odebrane,
niemal całkowicie pewna tego, że gdyby tylko zechciał, mógłby jednym ruchem
pozbawić ją życia. Niemal spodziewała się, że nagle po prostu zmieni zdanie,
przyciągnie ją bliżej siebie, a później… No cóż, jak gdyby nigdy nic
wgryzie się w jej odsłonięte gardło, bo chyba właśnie to miały w zwyczaju
robić wampiry.
Wampiry!
Właśnie wpuściła do domu wampira!
Taak? A co ze zdrowym rozsądkiem, Mary?,
odezwał się odrobinę złośliwy, cichy głosik w jej głowie. W końcu
sama dopiero co robiła wszystko, byleby tylko zaprzeczyć prawdziwości tego,
w co brnęły razem z Alyssą. Zresztą…
nie powinnaś go najpierw zaprosić, żeby mógł wejść…?
Wiesz co?, warknęła w odpowiedzi.
Rozmawianie ze sobą nigdy nie wróżyło dobrze, ale z drugiej strony…
Wpuszczenie wampira do mieszkania również nie było jakoś szczególnie normalne. Zamknij się w końcu!
Chłodne
dłonie wciąż zalegały na jej ramionach, ale prawie nie była tego świadoma. Omal
nie wyszła z siebie, kiedy wraz z kolejnym niekontrolowanym ruchem
nagle wpadła na ścianę, całkowicie oszołomiona chłodem, który poczuła pod
plecami. Oddychając coraz szybciej i ciężej, bezradnie się o nią
oparła, walcząc z narastającym atakiem paniki i niezdolna, żeby
złapać tchu. Nigdy wcześniej nie czuła się w taki sposób, ale to i tak
było najmniej istotne, zwłaszcza w obliczu tego, co w każdej chwili
mogło się wydarzyć.
Do tej pory
intruz starał się utrzymywać stały dystans pomiędzy nią a sobą, ale
w tamtej chwili ta dziwna, na swój sposób przerażająca gra dobiegła końca.
Mężczyzna przestąpił krok na przód, nagle znajdując się tak blisko, że otarli
się o siebie. Czuła bijący od niego chłód, co chyba nie powinno jej
dziwić, skoro z założenia… prawie na pewno był martwi, choć zdecydowanie
na takiego nie wyglądał. Wciąż na nią patrzył, poza tym w tamtej chwili
była w stanie poczuć jego zapach, choć w żaden sposób nie była
w stanie jednoznacznie opisać tej woni – słodkiej, choć zakłóconej czymś
niezwykle drapieżnym, jak piżmo albo…
Och, nie
mogła myśleć!
– Jaka
szkoda… – usłyszała i mimowolnie zadrżała, słysząc jego głęboki, przyjemny
dla ucha baryton. Głos wydawał się owijać wokół niej, równie zasmucony co
i zaczepny, jakby jego właściciel tylko szukał okazji, by zacząć
zachowywać się w bardzo, ale to bardzo irytujący sposób. Co więcej, był
niebezpieczny i to wydawało się tak oczywiste, jak dodanie dwa do dwóch. –
Uciążliwa przyjaciółka, która nie wie, kiedy należy dać sobie spokój – oznajmił
z przekonaniem i w tamtym momencie czar prysł.
Zrozumiała.
–
Wampir-dyktator, któremu wydaje się, że może wszystko, tylko dlatego, że nie
tak łatwo skopać mu tyłek – odgryzła się, zanim zdążyła zastanowić się nad tym co
robi i jednak dojść do wniosku, że najrozsądniej byłoby ugryźć się w język
i zamilknąć.
– O rany!
Już sobie poplotkowałyście? No proszę… – Mężczyzna zamilkł i potrząsnął
z niedowierzaniem głową, wyraźnie zaskoczony. – Gdyby nie niebezpieczny
aspekt tej sytuacji, powiedziałby, że zrobiło się naprawdę ciekawie,
aczkolwiek... Ale skoro tak chcesz ująć sprawę, będę musiał poradził sobie
inaczej.
Nagle
znalazł się jeszcze bliżej – tak, że ich ciała znów otarły się o siebie.
Mary zesztywniała, kiedy Carlos Sorenti bez jakiegokolwiek ostrzeżenia przyparł
ją do ściany, napierając nań całym ciałem i sprawiając, że momentalnie
zabrakło jej tchu. Już w następnej sekundzie jego usta znalazły się
niebezpiecznie blisko jej odsłoniętego gardła, a słodki, zimny oddech
owiał jej policzek, przyprawiając o palpitacje serca. Jak na zawołanie
pociemniało jej przed oczami i zachwiała się niebezpiecznie, kiedy poziom
zagrożenia i krążąca w jej żyłach adrenalina, osiągnęły swoje
apogeum. Nie pamiętała czy kiedykolwiek wcześniej czuła coś podobnego, ale
niezależnie od wszystkiego, wiedziała jedno: gdyby tylko zechciał, Carlos bez
chwili wahania mógłby ją zabić.
Przerażenie
narastało, wydając się przysłaniać wszystko inne, a jednak jakimś cudem
Mary udało się zdusić instynktowne pragnienie, żeby natychmiast rzucić się do
ucieczki albo zacząć krzyczeć – i to nie tylko dlatego, że wampir jak nic
by na to nie pozwolił. Mając wrażenie, że właśnie robi najgłupszą rzecz na
świecie, wręcz prosząc się o śmierć, ostrożnie uniosła głowę i zmusiła
się do tego, żeby spojrzeć w lśniące tęczówki swojego potencjalnego
zabójcy. Na ustach nieśmiertelnego nadal majaczył niezwykle pociągający,
chociaż cyniczny uśmieszek, to jednak nie zrobiło na niej najmniejszego
wrażenia – a przynajmniej starała się udawać, że tak jest.
–
Zamieszasz mnie zabić, Carlos? – zapytała ze spokojem, który zaskoczył nawet
ją. Być może lepiej byłoby nie wiedzieć, ale to pytanie wydało się równie
naturalne, co i fakt, że wiedziała z kim ma do czynienia.
Wampir lekko
zmrużył oczy, ale poza tym nawet słowem nie skomentował tego, że mogłaby nazwać
go po imieniu.
– To zależy
– przyznał, po czym przekrzywił głowę, zupełnie jakby chciał przyjrzeć jej się
pod innym kątem. – Możesz nazwać mnie swoją śmiercią, jeśli masz taką ochotę.
Chyba nawet mogłoby się to spodobać – stwierdził, a Mary prychnęła.
– Czymże
sobie zasłużyłam na taki przywilej? – zapytała i zaśmiała się cicho, na
swój sposób histerycznie. Świetnie.
Właśnie dyskutuję z krwiopijcą o tym, czy zdążył ją zaplanować sobie
moją śmierć!, pomyślała w oszołomieniu i mimowolnie zadrżała, co
bez wątpienia nie uszło uwadze Carlosa. Kąciki ust wampira drgnęły, chociaż tym
razem przynajmniej powstrzymał kpiarski uśmieszek, ograniczając się do
taksowania jej wzrokiem. – Jeśli już musisz wiedzieć, dla mnie jesteś co najwyżej
skurwielem, który śmiał podnieść rękę
na moją przyjaciółkę. To podoba mi się bardziej od śmierci albo nazywania cię
dupkiem – stwierdziła, chociaż wszystko w niej aż krzyczało, że powinna
milczeć.
Ciemne
tęczówki zabłysły w równie niepokojący, co i figlarny sposób,
całkowicie wytrącając Mary z równowagi – tym bardziej, że już w następnej
chwili Carlos roześmiał się w tak oszałamiający sposób, że wydawało się to
wręcz nieprawdopodobne. Nawet śmiech miał niezwykły, równie czarujący, co
i ton głosu, tym samym sprawiając, że poczuła się tak, jakby ten dźwięk
owijał się wokół niej. Najpewniej taki był jego zamiar – to, żeby ją oszołomić
i sprawić, by poczuła się jeszcze bardziej zagubiona – ale chociaż
doskonale zdawała sobie z tego sprawę, nie była w stanie zrobić
niczego, żeby się przed nim obronić.
– Dobry
Boże… Zabawna jesteś, maleńka – stwierdził i uśmiechnął się drapieżnie. –
Pyskujesz do mnie i mam wrażenie, że najchętniej wydrapałabyś mi oczy,
chociaż… No cóż, jesteś przerażona. – Zmierzył ją wzrokiem i niby to
przypadkowo poruszył się w taki sposób, żeby ich biodra otarły się o siebie.
Mary miała wrażenie, że serce za moment wyskoczy jej z piersi ze
zdenerwowania. – Mam rację? Och, ależ oczywiście, że tak.
– Jak widzę,
uwielbiasz odpowiadać sam sobie – rzuciła chłodno. – Dobrze jest się czasami
dowartościować i….
– Uważasz,
że daleko zajdziesz, jeśli spróbujesz podważyć moją męskość? – Wywrócił oczami,
ale zauważyła, że spoważniał, najwyraźniej zaczynając tracić cierpliwość do
tego, żeby z nią igrać. Już po zachowaniu Alyssy poznała, że nastroje
dziewczyny są niepokojąco chwiejne i zmieniając się w mgnieniu oka,
ale najwyraźniej miała przed sobą kogoś, kto był prawdziwym mistrzem pod tym
względem. – Nie przyszedłem tutaj, żeby dokładać sobie problemów… A tak
swoją drogą, ty jesteś problemem,
jeśli jeszcze się nie zorientowałaś – oznajmił dobitnie, a Mary cała
zesztywniała. Jeśli wierzyć Alyssy, takie myślenie nie mogło wróżyć niczego
dobrego. – Przyszedłem tutaj w konkretnym celu, a skoro byłaś taka
dobra i mnie wpuściłaś… – Zamilkł i spojrzał jej w oczy. Mimo
przyprawiającego o dreszcze spojrzenia, Mary mimochodem zauważyła, że miał
ładne, długie rzęsy, które rzucały cienie na jego policzki. – Co powinienem
teraz z tobą zrobić, słodka Mary?
Wraz
z tym pytaniem pojęła, że najpewniej skończył jej się czas. Carlos nie
wyglądał na mistrza cierpliwości, a ona już teraz zdążyła wytrącić go
z równowagi, ale mimo wszystko…
Bezwiednie
zamknęła oczy, podświadomie czekając na ból albo… No cóż, w zasadzie
cokolwiek, wampir jednak najwyraźniej nieszczególnie śpieszył się z tym,
by się jej pozbyć. Nie miała pojęcia co go powstrzymywało, ale to i tak
nie miało znaczenia – tym bardziej, że nie sądziła, by cokolwiek było w stanie
odwlekać podjęcie przez niego decyzji w nieskończoność.
No cóż,
myliła się.
– Carlosie Sorenti,
masz natychmiast zostawić moją przyjaciółkę!
Dobry wieczór! :3 Wrzucam jeden z moich ulubionych rozdziałów – pierwsze oficjalne spotkanie Carlosa i Mary, czyli istna mieszanka wybuchowa. Pamiętam, że pisało mi się go bardzo dobrze i to uczucie towarzyszyło mi również teraz, kiedy czytałam tę część, więc coś musi w tym być… Cóż, ocenę pozostawiam oczywiście Wam.Dziękuję za komentarze i obecność. Kolejny już w przyszłym tygodniu, więc do napisania. I jak zwykle cieszę się, że jesteście!

Oj... mówiłam, że mam do nadrobienia ale nie sądziłam, że to już kilka rozdziałów...
OdpowiedzUsuńChyba już dziś jestem przemęczona i głupawka mi się załączyła, bo po przeczytaniu pierwszych zdań wyobraziłam sobię Ali, jako kłodę - taką z kreskówek. Może mało fortunne porównanie, ale teraz mnie to bawi xd
Hmm... Mary udzielająca pierwszej pomocy w rytm Stayin' Alive Alyssie? Mogłoby być zabawnie, choć raczej nie dla Mary :/ Czyżby naszła Ali kolejna wizja? Bo jak ona mdleje to wtedy poznajemy coś z jej drugiego "ja", co swoją drogą jest ekscytujące.
W ogóle to mnie teraz nie dziwi reakcja Mary na to, że jej przyjaciólka jest wampirem. Niedowierza - jak najbardziej naturalnie. Ludzi na początku zazwyczaj nie wierzą, że np. są chorzy, ktoś umarł, a miał całe życie przed sobą... I to są przyziemne sprawy, a co tu dopiero kiedy mówimy o rzeczach nadnaturalnych.
Pukanie do drzwi i już wiedziałam, że to Carlos. Pozwól, że będę nazywać go moim :D a na dodatek mrocznym ideałem, podkradając myśli Mary ^^ Trzeba przyznać, że był na swój sposób... miły? Hehehe...
W konfrontacji tych dwojga było tyle chemii, że Marysia by się nie powstydziła! Ubóstwiam takie rozmowy, a tu jeszcze takie iskierki między nimi przeskakiwały, że już w ogóle z uśmiechem na ustach czytałam.
Lubię takie rozdziały i z pewnością ten należy do jednych z moich ulubionych ^^
Mary coraz bardziej mnie zadziwia. Świetnie to wszystko znosi, chociaż tak naprawdę nie ma żadnych super-umiejętności, doświadczenia czy wiedzy, stara się pomóc przyjaciółce jakoś to wszystko zrozumieć i dowiedzieć czym jest i skąd pochodzi. Co do samego znamienia Ali - to to rzeczywiście dość dziwaczny kształt i na pewną ma coś wspólnego z Gają. Tylko czemu Aly od razu zemdlała??
OdpowiedzUsuńTak podejrzewałam, że to będzie Carlos. A rozmowa pomiędzy nim a Mary? Mmmm... Ha ha. Aż żałowałam, że Ali nagle się ocknęła i postanowiła ocalić sytuację, bo jestem ciekawa, do czego by ta rozmowa doprowadziła. Czy Carlos rzeczywiście skrzywdziłby Mary? Już się nie dowiemy - przynajmniej nie tym razem xD