Nadia
Krążyła niespokojnie, nie
kryjąc podenerwowania. Nie była w stanie ustać w miejscu, aż rwąc się
do tego, żeby kimś porządnie potrząsnąć, gotowa w jakikolwiek z możliwych
sposób wyrazić narastającą w niej frustrację. Podejrzewała, że gdyby wzrok
zabijał, już dawno miałaby kogoś na sumieniu, ale nie dbała o to, aż
nazbyt świadoma, że miała do takiego stanu prawo. Tak przynajmniej sądziła, tym
bardziej że potrafiła wymienić przynajmniej kilka powodów, przez które się
martwiła.
Słyszała
melodyjny głos Eleonory, która w pośpiechu wyrzucała z siebie kolejne
słowa, rozmawiając z kimś przez telefon. Nadia nie była w stanie
skoncentrować się na poszczególnych słowach, ale była pewna, że po drugiej
stronie najpewniej był Michael. Zwykle była w stanie rozpoznać, kiedy
wampirzyca rozmawiała ze swoją drugą połówką, wyczuwając w jej głosie dość
charakterystyczną nutę. Nie próbowała się wtrącać, skupiona na skrupulatnym
pokonywaniu kolejnych metrów, w miarę jak przemieszczała się z jednego
punktu salonu do innego, ledwo będąc w stanie powstrzymać się przed
ciśnięciem pierwszą rzeczą, która wpadłaby jej w ręce.
– Świetnie.
W takim razie do zobaczenia – usłyszała Nadia i te słowa wystarczyły,
żeby wyrwać ją z zamyślenia.
– Znaleźli
ją? – zapytała, ledwo tylko wampirzyca rozłączyła się i odłożyła telefon.
Eleonora
rzuciła jej bliżej nieokreślone spojrzenie, po czym skinęła głową. Ona również
wydawała się podenerwowana, ale najpewniej z zupełnie innego powodu, niż
jej rozmówczyni, zaraz też uśmiechnęła się blado, czym prawie doprowadziła
Nadię do szału.
– Tak,
wszystko jest w porządku – stwierdziła ze spokojem. – Ani Alyssy, ani
nikomu innego nic się nie stało.
Słysząc te
słowa, wampirzycy ostatecznie puściły nerwy. Parsknęła pozbawionym wesołości,
zdradzającym narastającą z każdą kolejną sekundą frustrację śmiechem. Było
w tym coś histerycznego, a po spojrzeniu Eleonory poznała, że ta
najpewniej miała ją za wariatkę, ale nie próbowała się nad tym zastanawiać.
Jakie to właściwie miało znaczenie, skoro od chwili pojawienia się tej
dziewczyny, wszyscy traktowali ją prawie jak intruza? Tak przynajmniej się
czuła, we własnym domu mając poczucie, że wszyscy wokół postępują z nią
jak z kimś obcym, kto nie miał prawa pytać, a co dopiero czynnie
uczestniczyć w tym, co działo się dookoła.
Wiedziała,
że Michael tylko z litości zdecydował się z nią porozmawiać. Do tej
pory na wspomnienie tamtej wymiany zdań ciśnienie jej skakało, co w przypadku
istoty teoretycznie martwej wydawało się dość ironiczne. Oddychała szybko i płytko,
wciąż podenerwowana, co zresztą wyjaśniało, dlaczego jako ostatnia dowiedziała
się, kim jest Alyssa i w co tak naprawdę pogrywał Carlos. Zrobili to
specjalnie, zresztą chcąc nie chcąc musiała przyznać, że przemilczenie
niektórych kwestii miało sens, ale zwłaszcza teraz nie miało to dla niej
znaczenia. Och, wręcz przeciwnie – szlag ją trafiał, kiedy przypominała sobie, w jak
wielkim byli niebezpieczeństwie. Wpuścili pod swój dach pomiot samego szatana, a teraz
jeszcze się z tego cieszyli, próbując udawać, że nie ma powodów do
niepokoju. Dziewczyna niczego nie pamiętała, przynajmniej na razie, poza tym Nadia
na każdym kroku słyszała, że Ariana już wieki temu sprzeciwiła się ojcu, ale…
O Boże, naprawdę?! Naprawdę wszyscy są aż
tak naiwni?!, pomyślała w oszołomieniu, nie pierwszy raz zadając sobie
te pytania. Wielokrotnie miała ochotę je zadać, ale powstrzymywała się, chcąc
przynajmniej udawać, że jest dokładnie tak, jak powiedział Michael – i że
nie ma powodów do zmartwień. Kto przejmowałby się niestabilną emocjonalnie,
niczego nieświadomą córą Lucyfera, która w każdej chwili mogła ich
wszystkich pozabijać, prawda? To absolutny przypadek, że Nadia właściwie musiała
ratować Jasona, bo inaczej ta ich nieszkodliwa
wampirzyca najpewniej zrobiłaby z niego szaszłyk. Oczywiście, że
przesadzała, niepotrzebnie uprzedzając się względem kogoś, kto w każdej
chwili mógł dojść do wniosku, że miło będzie ich wszystkich pozabijać! Teraz,
kiedy dziewczyna znała prawdę, a demony jej ojca wyraźnie na nią polowały,
mogło być już tylko lepiej!
Zacisnęła
dłonie w pięści, ledwo powstrzymując się przed całą wiązanką cisnących jej
się na usta przekleństw. Jej spojrzenie skoncentrowało się na wyraźnie
zmartwionej, obserwującej ją niespokojnie Eleonorze. Wampirzyca milczała, być
może nie wiedząc, co powinna powiedzieć, a może po prostu nie chcąc
prowokować kłótni. Problem z tą kobietą od samego początku polegał na tym,
że była dobra – tak po prostu, w absolutnie ludzki sposób. To wystarczyło,
żeby perspektywa wyżycia się na niej, wydała się Nadii czymś co najmniej
niewłaściwym. Nie to, żeby wątpiła, czy Eleonora potrafił walczyć czy była
absolutnie bezbronna, ale pewne rzeczy najzwyczajniej w świecie nie
wchodziły w grę. Ta świadomość doprowadzała ją do szału, ale nie była w stanie
niczego w związku z tym zrobić – i to niezależnie od tego, czego
tak naprawdę chciała.
– Nadia…
Wypuściła
ze świstem powietrze, próbując się uspokoić. Z opóźnieniem uprzytomniła
sobie, że zaciska dłonie w pięści, na dodatek tak mocno, że zdążyła
upuścić sobie krwi. Natychmiast poluzowała uścisk, po czym zwiesiła ramiona. Poczuła
delikatnie pieczenie w miejscu, gdzie dorobiła się niewielkich,
krwawiących zadrapań, uczucie to jednak prawie natychmiast zniknęło, kiedy
ranki samoistnie się zasklepiły.
– Alyssy
nic nie jest… Tak, cieszmy się, bo to najważniejsze – mruknęła, nie mogąc się
powstrzymać.
– Wiesz, że
nie o to chodzi – przypomniała cicho Eleonora. – Zresztą to moja
podopieczna. Jestem za nią odpowiedzialna – dodała, a Nadia prychnęła.
– Nie, to
zmartwienie Carlosa i tylko jego – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Igra
z naturą i obie to wiemy. Skoro zdecydował się przywołać Arianę,
niech zabiera dziewczynę i idzie w cholerę, zamiast wciągać nas
wszystkich w te chore gierki!
Znów
zaczęła niespokojnie krążyć, niezdolna do ustania w miejscu. Eleonora
milczała, ograniczając się do biernej obserwacji, co jeszcze bardziej wytrąciło
Nadię z równowagi. W gruncie rzeczy chciała, żeby ktoś się z nią
pokłócił, ale ciężko było tego dokonać, jeśli trwało się w ciszy.
– To nie
działa w ten sposób, Nadio.
Znów
parsknęła pozbawionym wesołości, chociaż tym razem o wiele bardziej
kontrolowanym śmiechem. Miała ochotę powiedzieć, że jak najbardziej działało i że
teraz mogli co najwyżej czekać, aż ktoś zakradnie się do domu, żeby poderżnąć im gardła albo wyrwać serca właśnie z powodu tej dziewczyny, ale nie miała
po to temu okazji. Cała zesztywniała, po czym zwróciła się ku drzwiom, wyraźnie
słysząc dźwięk zbliżającego się samochodu. To wystarczyło, działając na
wampirzycę niemalże jak czerwona płachta na byka.
Usłyszała,
że Eleonora westchnęła, po czym raz jeszcze wypowiedziała jej imię, próbując
powstrzymać przed zrobieniem czegoś głupiego, ale Nadia nie zamierzała słuchać.
To było niczym impuls, który nakazał jej jak najszybciej przemknąć do wyjścia,
by w następnej sekundzie wypaść na pogrążony w półmroku podjazd.
Padał deszcz, na dodatek wystarczająco intensywnie, by w krótką chwilę
przemokła do suchej nitki, ale nie dbała o to. Jako wampirzyca nie była
wrażliwa na wpływ temperatury, zresztą nawet gdyby była człowiekiem, gniew
zrobiłby swoje, przynajmniej tymczasowo ograniczając intensywność dochodzących
do niej bodźców.
– Nadia…
Hej, Nadia, daj spokój! – doszedł ją spięty głos Eleonory i zrozumiała, że
kobieta podążyła za nią, ale również tym razem zdecydowała się ją zignorować.
Och,
niedoczekanie ich wszystkich! Zbyt długo milczała, spoglądając przez palce na
sytuację, która od samego początku prezentowała się źle. Miała serdecznie dość
udawania, że wszystko jest w porządku i akceptowania tego, że Carlos
robił, co tylko uważał za stosowne. Nie, to zdecydowanie nie było właściwe –
to, że podrzucił im dziewczynę zaraz po przemianie, a potem umył ręce i udawał,
że nic się nie wydarzyło. Pojawiał się i znikał, zależnie od nastroju albo
cholera wie czego jeszcze. To nie on musiał spełniać obowiązki stwórcy, chociaż
– na wrota piekielne! – przecież to do niego należało zajęcie się Alyssą,
Arianą czy cholera wie kim jeszcze. Na pewno zdecydowanie prościej było się
wycofać i czekać, aż problem rozwiąże się sam, nie nadstawiając karku i nie
przejmując się tym, że w każdej chwili mógł dopaść go ktoś ze świty
Lucyfera.
– Och… Oj,
oj, jaka wzburzona!
Myślała, że
trafi ją szlag, kiedy dosłownie ułamek sekundy po tym, jak samochód zaparkował
przed domem, usłyszała głos budzącego jej frustrację wampira. To on jako
pierwszy zdecydował się wysiąść, co jak najbardziej było Nadii na rękę.
Wystarczył jeden rzut oka na tego mężczyznę, żeby ostatecznie puściły jej
nerwy, złość z kolei sięgnęła zenitu. To, że bezczelnie mógłby pokusić się
o lustrowanie nieswoich myśli, dodatkowo ją napędzało, choć zarazem
pozostawało najmniej istotnym z przewinień Carlosa.
Zareagowała
w zasadzie automatycznie, doskakując do niego tak gwałtownie, że
zaskoczyła nawet samą siebie. W następnej sekundzie zamachnęła się, chętna
nie tyle go spoliczkować, co zapoznać swoją pięść z jego twarzą –
cokolwiek, byleby przestał spoglądać na nią w ten pobłażliwy sposób,
uśmiechając się przy tym cynicznie i…
No cóż,
zadziałało – z tym, że zdecydowanie nie w sposób, którego mogłaby
oczekiwać.
W nerwach
nie zarejestrowała tego, że Carlos w ogóle się poruszył. Chyba jedynie
cudem udało mu się w porę pochwycić zaskoczoną wampirzycę za oba
nadgarstki, a potem zdecydowanie od siebie odepchnąć. Jakiekolwiek oznaki
rozbawienia zniknęły z jego twarzy, zdradzając przede wszystkim frustrację
i niedowierzanie. Nadia zatoczyła się, w ostatniej chwili odzyskując
równowagę i przybierając pozycję obronną. Z głębi jej gardła wyrwał
się gniewny, ostrzegawczy charkot. Kły wysunęły się, pulsując boleśnie – i to
nie tyle z głodu, ale za sprawą narastającego pragnienia, żeby rozerwać komuś
tętnice. Cóż, Carlos wydawał się być dobrym kandydatem, chociaż zarazem nie
wyobrażałaby sobie, że mogłaby ot tak skosztować jego krwi. Co jak co, ale
zdecydowanie nie miała ochoty na aż taką bliskość, niezależnie od tego, czy w ten
sposób mogłaby okazać chociaż chwilową wyższość nad tym wampirem.
– Tak? –
rzucił gniewnym tonem nieśmiertelny. – To zabawne, bo ja krwią urodziwej
kobiety nie pogardzę… A już zwłaszcza takiej, która osobiście mnie
prowokuje – dodał, robiąc krok w jej stronę.
Jeden rzut
oka na jego twarz wystarczył, żeby Nadia zrozumiała, iż jak najbardziej byłby
zdolny posunąć się aż tak daleko. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc,
bezskutecznie próbując się uspokoić i jakkolwiek zapanować nad drżeniem
mięśni. W tamtej chwili pierwszy raz poczuła nie tylko gniew, ale również
strach, który przedarł się przez mieszankę innych emocji, wymuszając na niej
skupienie się na zdrowym rozsądku. Podejrzewała, że jest na to za późno, bo
Carlos nie wyglądał na kogoś, kto odpuszcza, jeśli ktoś raz zajdzie mu za
skórę, ale…
– Proszę
bardzo, chodź! – odparowała, pochylając się do przodu. – Tylko spróbuj się do
mnie zbliżyć, a przysięgam, że…
– Nie
omieszkam – stwierdził cierpko Carlos, bezceremonialnie skracając dzielący ich
dystans.
Napięła
mięśnie, bynajmniej nie zamierzając się cofać. W zamian spojrzała na
wampira w niemalże wyzywający sposób, chociaż widziała, że mocno ryzykuje.
Gdzieś za plecami wyczuła ruch, ale nie zwróciła na to uwagi, obojętna na to,
czy prócz niej i Carlosa przed domem znajdował się ktoś jeszcze. W tamtej
chwili była świadoma przede wszystkim narastającego gniewu, poza tym…
–
Wystarczy! – doszedł ją znajomy, kobiecy głos. – Carlos, daj spokój! – dodała
Alyssa i to wystarczyło, żeby dosłownie wszystko uległo zmianie.
Wampir
zesztywniał, zresztą tak jak i Nadia, tym bardziej że ostatnim, czego tak
naprawdę chciała, było zawdzięczanie tej dziewczynie czegokolwiek. Otworzyła
usta, chcąc coś powiedzieć, ale nie miała po temu okazji, wytrącona z równowagi
reakcją Carlosa, który jak gdyby nigdy nic wyprostował się, uśmiechnął pod
nosem, po czym z wolna wycofał, dla lepszego efektu wyrzucając obie ręce
ku górze w poddańczym geście.
– Proszę
bardzo, księżniczko – rzucił, zwracając się bezpośrednio do Alyssy. Nie wydawał
się zaskoczony niemalże władczą nutą, która pobrzmiewała w głosie
nieśmiertelnej. – Ale tylko dlatego, że tak ładnie mnie poprosiłaś – zadrwił, oglądając
się przez ramię, by móc rzucić córce Lucyfera znaczące, wymowne spojrzenie.
Nadia
również podążyła za jego wzrokiem, chcąc nie chcąc koncentrując wzrok na
dziewczynie. Alyssa zdążyła wysiąść z auta, nie jako jedyna zresztą,
wampirzyca jednak z premedytacją zignorowała towarzyszących jej Michaela i Jasona.
Jej spojrzenie skoncentrowało się dopiero na jeszcze jednej osobie –
ciemnowłosej śmiertelniczce, którą zdecydowanie pierwszy raz widziała na oczy. Z wolna
uniosła brwi, po czym niespokojnie powiodła wzrokiem dookoła, coraz bardziej
zdezorientowana. Czuła, że umknęło jej coś innego, ale za żadne skarby nie
potrafiła stwierdzić co i dlaczego, to zresztą wydawało się mało istotne.
– Miałeś
nie mówić na mnie w ten sposób – odezwała się ponownie Alyssa. – Carlos,
na litość boską…
– Nie
sądzę, żeby on miał coś tutaj do rzeczy – stwierdził z rezerwą wampir.
Być może
dodał coś jeszcze, ale Nadia właściwie nie słuchała. Jej uwagę w pełni
pochłonęła blada jak papier dziewczyna, która trzymała się na uboczu, dopiero
po chwili decydując się podejść bezpośrednio do Alyssy. Brwi wampirzycy
powędrowały ku górze, kiedy śmiertelniczka dosłownie zacisnęła palce na
ramieniu Ali, zupełnie jakby jej obecność pozwalała jej zachować zdrowe zmysły.
Nawet z odległości słychać było, że serce nieznajomej z zawrotną
prędkością tłukło jej się w piersi, zdradzając przede wszystkich strach.
Co prawda śmiertelniczka wyraźnie próbowała nad sobą zapanować, by nie dać
niczego po sobie poznać, ale to skutkowało wyłącznie do pewnego stopnia. Cóż,
nie dało się oszukać obdarzonego wyostrzonymi zmysłami wampira, więc Nadia
wyraźnie czuła metaliczny, zwiastujący lęk posmak na języku.
– Ehm…
Wkurwianie się na Carlosa to jakiś sport narodowy, czy denerwuje wszystkich
wokół tylko okazyjnie? – zapytała spiętym tonem przybyszka, a Alyssa
westchnęła przeciągle, wyraźnie zmęczona sytuacją.
– Obawiam
się, że to pierwsze, Mary – przyznała niechętnie.
W normalnym
wypadku być może Nadia zdołałaby się nawet uśmiechnąć albo – choć tego
absolutnie sobie nie wyobrażała – dość do wniosku, że mogłaby chociaż spróbować
porozumieć się z tymi dziewczynami. Sęk w tym, że nic podobnego nie
miało miejsca, zwłaszcza kiedy usłyszała imię towarzyszącej Alyssy
śmiertelniczki. Mary…, powtórzyła w myślach,
a w następnej sekundzie aż się zapowietrzyła, uświadamiając sobie, że
słyszała je już wcześniej. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie, Nadia zaś
przez krótką chwilę była w stanie co najwyżej spoglądać to na Alyssę, to
znów na stojącą przy niej dziewczynę. Może i nie rozmawiały, przez większość
czasu trzymając się z córką Lucyfera na dystans, ale to nie znaczyło, że
nie miała pojęcia, co takiego działo się wokół niej. Zdążyła zorientować się,
jak miała na imię najlepsza przyjaciółka podopiecznej Carlosa, a skoro ta
teraz tutaj była i nikt nie próbował choćby częściowo ukrywać wynikających
z nieśmiertelności zdolności…
Nie…!
Właściwie
nie była pewna, dlaczego akurat myśl, że Mary mogłaby poznać prawdę,
ostatecznie doprowadziła ją do szału. Sytuacja już i tak była napięta, zaś
widok śmiertelniczki, miał w sobie coś, co przywiodło Nadię na skraj
szaleństwa. Oczy wampirzycy rozszerzyły się nieznacznie, zaraz też potrząsnęła głową,
próbując odrzucić od siebie niechciane myśli.
– Nie… Co
tu się, do jasnej cholery, dzieje?! – zniecierpliwiła się, po czym w pośpiechu
wyminęła Carlosa, by móc podejść bliżej i przyjrzeć się stojącej przy
Alyssy dziewczynie. – Powiedziałaś jej? Całkiem ci już odbiło? – warknęła,
nawet nie próbując zastanawiać się nad doborem słów.
– Musiałam –
obruszyła się Alyssa. Nieznacznie pobladła, wyraźnie zaniepokojona. Nerwowym
gestem odgarnęła wilgotne włosy z twarzy, próbując jakkolwiek uporządkować
niesforne, klejące się do policzków kosmyki. – To znaczy…
– Znaczy
co? – warknęła zniecierpliwionym tonem Nadia. – Czego nie zrozumiałaś, kiedy
rozmawialiśmy na temat trzymania języka za zębami? Uważasz, że wszystko ci
wolno i…?
– Nadia!
Natychmiast
zamilkła, zaciskając usta w cienką linijkę. Jakby od niechcenia przeniosła
wzrok na Jasona, próbując udawać, że wcale nie zraniło ją to, że akurat on
mógłby zwracać jej uwagę. Kiedy napotkała spojrzenie pociemniałych od nadmiaru
emocji, zagniewanych oczu wampira, wyprostowała się niczym struna,
bezskutecznie usiłując nad sobą zapanować. Ostatnim, czego potrzebowała, było
to, żeby znowu się upokorzyć, zwłaszcza przed kimś, kto mimo wszystko miał dla
niej znaczenie – i to niezależnie od tego, czego tak naprawdę chciała.
– Więc to
jest w porządku, tak? – zapytała cicho, coraz bardziej rozżalona. –
Narażanie nas na każdym kroku jest właściwe?
– Mary nie
jest głupia – oznajmiła natychmiast Alyssa. – Nikomu nie powie, tak? Nie byłoby
jej tutaj, gdyby…
– Nie
próbuj mnie rozśmieszać, bo to nie działa – przerwała zniecierpliwionym tonem
wampirzyca. – I najlepiej zamilknij, bo dla mnie nie ma znaczenia to, kim
jesteś. Pojawiłaś się znikąd i ciągle mieszać, a teraz… – Zamilkła,
po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Kurwa, naprawdę jesteście
zaślepieni, jeśli nie widzicie problemu.
– Kto
powiedział, że nie ma problemu? – żachnął się Carlos. – Rany, ta dziewczyna
mnie zadziwia… Zacznijcie jej może pilnować, Mickey, bo jeśli jeszcze raz zrobi
mi taki numer…
Nadia jęknęła,
coraz bardziej rozeźlona. Już i tak miała dość Carlosa, zaś to, że kolejny
raz mógłby wystawić jej nerwy na próbę, wyraźnie traktując ją prawie jak dziecko
albo nic nieznaczącą rzecz, skutecznie doprowadzało wampirzycę do szału.
– Jestem
tutaj i sama za siebie odpowiadam! – wyrzuciła z siebie na wydechu. Gniewnym
ruchem otarła twarz, w duchu błogosławiąc wciąż padający deszcz, zwłaszcza
że w ten sposób mogła skutecznie zamaskować cisnące jej się do oczu łzy. Była
zła, zaś narastając we wnętrzu wampirzycy emocje, próbowały za wszelką cenę
znaleźć ujście. Oczywiście nie zamierzała na to pozwolić – nie w ten
sposób – ale… – Nie wiem, co znowu sobie umyśliliście i nie obchodzi mnie
to. Sęk w tym, że panna właśnie przyprowadziła nam do domu człowieka… Człowieka! – powtórzyła z naciskiem,
bo najwyraźniej wciąż to do niej nie docierało.
Jeszcze
kiedy mówiła, błyskawicznie zwróciła się ku Mary. Wciąż napinając mięśnie, w pośpiechu
przemieściła się, dosłownie materializując przed zaskoczoną śmiertelniczką.
Poczuła ledwo hamowany, bijący od dziewczyny strach i to wystarczyło, żeby
poczuła ukłucie satysfakcji – tylko nieznaczne, ale wystarczyło, żeby choć
odrobinę poprawić Nadii nastrój.
Wciąż z wysuniętymi
kłami, spojrzała wprost z lśniące, zielone oczy Mary. Dłonie po raz
kolejny zacisnęła w pięści, tym razem nawet nie próbując poluzowywać
uścisku.
– Jedno
słowo… Choć jedno słowo, które będzie świadczyć o tym, że nas zdradziłaś –
oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem – a wtedy po prostu zginiesz.
– Nadia!
Tym razem
nawet nie sprawdzała, kto próbował przywołać ją do porządku. W gruncie
rzeczy nie dbała o to, zbyt zdeterminowana, by doprowadzić sprawy do
końca.
–
Przysięgam, że osobiście cię zabiję, a wtedy…
Nie miała
okazji po temu, żeby dokończyć. Spodziewała się wielu rzeczy, ale na pewno nie
tego, że pomiędzy nią a Mary bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zmaterializuje
się jakaś postać. Tym bardziej nie wzięła pod uwagę możliwości, by na jej
gardle z siłą imadła zacisnęły się smukłe palce Alyssy, a tym
bardziej że ta znajdzie w sobie dość siły, by zdołać unieść Nadię
wystarczająco wysoko, by wampirzyca straciła grunt pod nogami.
Gdyby była
człowiekiem, bez wątpienia zaczęła by się dusić, jednak w przypadku
wampirzycy nic podobnego nie miało miejsca. W zamian po prostu spoglądała
rozszerzonymi do granic możliwości oczyma na swoją przeciwniczkę, aż nazbyt
świadoma, że ta byłaby jak najbardziej zdolna do tego, żeby ją zabić.
– Ali…
Alyssa, do cholery! – zaoponowała Mary, ale dziewczyna nawet nie drgnęła, wciąż
pewnie trzymając Nadię za gardło. Jej oczy błyszczały dziko, bardziej jak u bestii
a nie kogoś, kto w choć niewielkim stopniu mógłby przypominać zagubioną,
nieświadomą sytuacji studentkę.
Chociaż to
wydawało się niemożliwe, Nadia jakimś cudem zdołała się uśmiechnąć. Nie
próbowała walczyć, wątpiła zresztą, by to przyniosło jakikolwiek skutek.
– No i co
teraz? – wykrztusiła z trudem, aż nazbyt świadoma uścisku, który dosłownie
miażdżył jej krtań. Chociaż ledwo rozumiała własne słowa, czuła, że dziewczyna
była w stanie ją usłyszeć. – Zabijesz mnie, tak jak twój ojciec wymordował
moją rodzinę…?
Alyssa
zamarła.
No i jest! :D Rozdział napisany właściwie pod wpływem chwili, więc tym bardziej jestem z niego zadowolona. Perspektywa Nadii, która – mam nadzieję – choć po części rozjaśni sposób myślenia tej postaci. Wyszło dość dynamicznie, tak sądzę, ale to nie wydaje mi się złe, chociaż ostateczną ocenę pozostawiam Wam. No i to wstęp do czegoś więcej, co chyba widać po końcówce…Następny wkrótce, tam nadzieję. Bardzo dziękuję za obecność, komentarze oraz za głosy, które oddaliście na to opowiadanie w konkursie na rozdział kwietnia na Katalogowo. Z przyjemnością informuję, że rozdział XXXIV zajął pierwsze miejsce, za co jestem bardzo wdzięczna. Raz jeszcze dziękuję i do napisania! :)

Jestem zachwycona ^^ Perspektywa Nadii była czymś takim akurat, że tak się wyrażę.
OdpowiedzUsuńW ogóle to mi jej żal. W całej tej sytuacji, to ona jest w jakiś sposób pokrzywdzona. Z pewnością nie jest przyjemnym, jeśli rodzina zaczyna Cię traktować jak powietrze, bo pojawił się ktoś nowy, a opis jej uczuć i myśli mówi sam za siebie.
Reakcja Nadii na Carlosa... Byłam w szoku. Nie spodziewałam się, że ona będzie do tego zdolna. Cały czas wydawała mi się wycofaną, duszącą w sobie emocje istotką, a tu pokazała pazur. Lubię ją za to :) Carlos szczerze za nią nie przepada, co? O ile w ogóle można by powiedzieć, że ona za kimkolwiek przepada :D Chociaż w sumie tak, w końcu pocałował Ali ^^
Nadia grożąca Mary – to było dość interesujące... I serio spodziewałam się, że to Jason stanie pomiędzy nimi, a tu Ali... W ogóle to w tym momencie znów zrobiło mi się żal Nadii. To wygląda tak, jakby nikt nie widział, że ona się martwi o nich wszystkich, no a że okazuje to tak, a nie inaczej...
Ostatnie słowa Nadii, aż mnie zszokowały. I to wiele wyjaśnia, przynajmniej mi, jeśli chodzi o niechęć wampirzycy wobec Alyssy. I coś mi się wydaje, że Nadia za nic nie da sobie przemówić, że przecież Ali to nie Ariana. Co z tego, że ta sama dusza skoro osoba inna, no nie?
Nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału, więc błagam, niech pojawi się jak najszybciej. ^^
Naprawdę lubię Nadię. Jest nieoczywistą postacią - na pierwszy rzut oka jest wredna, ale poza tym jest okropnie traktowana i współczuję jej. Sorenti traktują ją jakoś kogoś obcego i trochę zastanawiam się, dlaczego w ogóle z nimi trzyma. Mogłaby po prostu zostawić ich wszystkich i zacząć żyć własnych życiem.
OdpowiedzUsuńPoza tym Nadia nie jest wredna bo jest wredna - po prostu troszczy się o rodzinę. W końcu wpuścili do domu córkę Lucyfera i całkowicie rozumiem jej frustrację, bo nikt nie zdaje się traktować Aly właśnie w ten sposób. To znaczy ja wiem, że Aly nie jest zła i tak dalej, a z perspektywy Nadii to właśnie tak wygląda.
No i ciesze się, że Nadia ma jakieś głębsze backstory i że nie będzie tylko "naczelną biczą" całej serii xD Jestem naprawdę ciekawa co się z nią stanie.