06 marca 2019

Rozdział LXXV

Alyssa
Czuła się jak we śnie. Choć zaledwie kilka godzin wcześniej sama podążała tymi samymi, na pierwszy rzut oka opustoszałymi uliczkami, kiedy to Samael pociągnął ją za sobą, poczuła się tak, jakby od momentu przybycia na osiedle minęły całe wieki. W gruncie rzeczy tak było, nawet jeśli to wydawało się niemożliwe. Teraz, w pełni świadoma i wciąż przytłoczona wspomnieniami Ariany, próbującymi w sensowny sposób ułożyć się w jej głowie, miała prawo czuć, jakby nagle postarzała się o przynajmniej sto lat.
Z tym, że nie mogła pozwolić sobie na nieuwagę. Pewnym krokiem podążała za Samelem, robiąc przy tym wszystko, by dotrzymać mu kroku. Jednocześnie nasłuchiwała, całą uwagę poświęcając bodźcom podsuwanym przez wyostrzone zmysły. Nie zastanawiała się nad tym dokąd szli, a tym bardziej dlaczego, to jednak nie było ważne. Pytania, które w naturalny sposób cisnęły jej się na usta, również nie.
– Pieszo za daleko nie zajdziemy – zauważyła przytomnie. Wciąż poruszali się ludzkim tempem, zbyt mocno ryzykując, że ktoś mógłby ich dostrzec. Nie mogli sobie pozwolić na nic więcej. – Sam…
– Cały czas myślę.
Prychnęła w odpowiedzi na te słowa. Och, on myślał! Właśnie wtedy z całą mocą dotarło do niej, że tak naprawdę nie mieli planu.
– Na razie jesteśmy sami. Tak sądzę. – W milczeniu powiodła wzrokiem dookoła. – Skoro to była twoja rodzina, to może jesteśmy bezpieczni. Nie czułam jego obecności.
Samael zatrzymał się tak gwałtownie, że prawie na niego wpadła. W ostatniej chwili przystanęła, w duchu błogosławiąc wampirzy refleks. Wciąż czuła się dziwnie, ale inaczej niż wcześniej, gdy jeszcze balansowała na granicy życia i śmierci. Przemiana się dopełniła, choć to nadal w pełni do niej nie docierało.
Na moment zamarła, czując na sobie intensywne spojrzenie znajomych błękitnych oczu. Zmusiła się, by na nie spojrzeć i to w zdecydowany, wręcz dumny sposób. W końcu po takim czasie miała przed sobą mężczyznę o którym Alyssa nieustannie śniła. Co więcej, rozumiała, a teraz na dodatek była sobą – w pełni świadomą Arianą, marzącą już tylko o tym, by wpaść znajdującemu się dosłownie na wyciągnięcie ręki nieśmiertelnemu w ramiona i choć na chwilę zapomnieć o wszystkim.
– Naprawdę do mnie wróciłaś – stwierdził w zamyśleniu Samael. Uniosła brwi, przez moment mając ochotę zapytać, czy naprawdę wciąż tak bardzo w nią wątpił. – I wciąż jesteś w stanie wyczuć ojca.
Po jego tonie nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić czy uważał to za dobrą, czy może złą wiadomość. W gruncie rzeczy sama nie była tego pewna. Z drugiej strony, tego akurat mogli się spodziewać – od zawsze wydawała się być cząstką Lucyfera, nawet jeśli szczerze nienawidziła tej więzi. Gdyby nie ona, być może wszystko stałoby się dużo prostsze.
– Jestem – przyznała, choć Samael o nic nie pytał. Przez chwilę miała wrażenie, że tak naprawdę próbowała przekonać samego siebie. – Nie było go w domu, chociaż…
Urwała gwałtownie, w zamian prostując się niczym struna. Mętlik w głowie wciąż dawał jej się we znaki, choć podczas walki nie zwracała na to aż takiej uwagi. Wtedy po prostu zdawała się na instynkt, czując się przy tym sobą bardziej niż kiedykolwiek. Teraz, gdy dookoła zapanował spokój, a oni bez pośpiechu podążali ciemną, opustoszałą uliczką, chcąc nie chcąc musiała zmierzyć się z tym, co działo się w jej wnętrzu. Emocje przejmowały kontrolę, choć robiła wszystko, byleby utrzymać je na wodzy. W końcu zdążyła się już przekonać, że bywały zgubna.
A jednak coś  było nie tak. Poczuła to całą sobą, tak wyraźniej jak wcześniej potrzebę tego, by odszukać Samaela. Teraz ten znajdował się tak blisko, że swobodnie mogła go dotykać, ale dziwne wrażenie nie zniknęło, choć Ariana nie potrafiła go sprecyzować. Nieznacznie potrząsnęła głową, próbując się uspokoić, ale to okazało się równie bezskuteczne, co i próba wyrzucenia z pamięci wspomnienia własnej śmierci.
– Ariano? – Aż wzdrygnęła się, kiedy cudze dłonie z siłą zacisnęły się na jej ramionach. – Najdroższa, jesteś ze mną? Ariano! – powtórzył z naciskiem Samael, ale nie była w stanie mu odpowiedzieć.
Spojrzała  na mężczyznę w roztargnieniu, z opóźnieniem uprzytomniając sobie, że dłuższą chwilę tkwiła w bezruchu, bezmyślnie wpatrując się w przestrzeń. Przełknęła z trudem, coraz bardziej niespokojna i wytrącona z równowagi. Drżała, choć sama nie była pewna dlaczego, zwłaszcza że wciąż mogła wręcz przysiąc, że ani Lucyfera, ani żadnego z jego wysłanników, nie było obok.
Ale skoro tak, a ona wróciła… to gdzie się podziali?
– Coś jest nie tak – wyrzuciła z siebie na wydechu.
Tylko na tyle było ją stać. W roztargnieniu spojrzała Samaelowi w oczy, próbując doszukać się w nich czegokolwiek, co przyniosłoby jej ukojenie, ale i to niewiele pomogło. Mimo wszystko rozluźniła się nieznacznie, kiedy z czułością ujął jej twarz w obie dłonie, kciukami przesuwając po policzkach Ariany.
– Może to głód – zasugerował, ostrożnie dobierając słowa. Spoglądał na nią w przesadnie wręcz przenikliwy sposób, tak dokładnie, że aż poczuła się nieswojo. – Czuję twój niepokój, chociaż to dziwne. Nigdy dotąd nie stworzyłem wampira.
– Ale ja… – Urwała, po czym przełknęła z trudem. – Znam pragnienie. Ty tylko dopełniłeś przemiany.
– Co też nie powinno mieć miejsca. To, że tyle czasu wisiałaś gdzieś na granicy, tym bardziej. Bóg jeden raczy wiedzieć, co to oznacza.
Z trudem powstrzymała grymas, czując nieprzyjemne ukłucie w okolicach serca na samą wzmiankę o Bogu. Ten temat był problematyczny – i to najdelikatniej rzecz ujmując. W gruncie rzeczy Ariana do tej pory nie miała pewności czy Stwórca, o którym z takim przekonaniem mówił Samael, w ogóle istniał. Nawet jeśli, to skoro pozwolił, by działy się te wszystkie złe rzeczy, a ona w ogóle przyszła na świat…
To zły moment, warknęła na siebie w duchu.
Tyle że nawet odrzucenie od siebie tych myśli okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli Ariana mogłaby sobie tego życzyć. Wciąż była roztrzęsiona, chwiała się na nogach i…
Dźwięk silnika momentalnie wytrącił ją z równowagi. Oboje z Samaelem poderwali głowy, spoglądając na dotychczas opustoszałą ulicę. Zmrużyła oczy w świetle reflektorów, w pierwszym momencie oślepiona nadmiarem jasności. Poczuła, że jej towarzysz pociągnął ją za rękę, próbując zmusić do przejścia na chodnik, ale nie ruszyła się z miejsca, wręcz zapierając nogami o asfalt.
– Ariano…
Zignorowała to, że Samael raz po raz powtarzał jej imię. Czując się przy tym jak kompletna idiotka, zrobiła krok naprzód, z uwagą przypatrując nadjeżdżającemu autu. To było niczym impuls, któremu po prostu zdecydowała się poddać, zwłaszcza że dziwne przeczucie, które towarzyszyło jej przez cały ten czas, przybrało na sile.
Jakby tego było mało, rozpoznała ten samochód. Może to nic nie znaczyło, zwłaszcza że nie znała się na modelach, markach i całej tej motoryzacyjnej otoczce, ale i tak była gotowa przysiąc, że…
Pojazd zatrzymał się z piskiem opon zaledwie kilka metrów od niej. Zaraz po tym wszystko potoczyło się bardzo szybko, kiedy drzwiczki otworzyły się gwałtownie i ktoś dosłownie wypadł z auta na ulicę.
– Alyssa!
Mary omal nie ścięła jej z nóg. Dosłownie skoczyła ku niej jak rozjuszona kotka, bezceremonialnie wpadając zaskoczonej wampirzycy w ramiona. Ariana zesztywniała, zdolna co najwyżej stać i pozwalając śmiertelniczce tulić się do siebie. W oszołomieniu czekała na moment, w którym jej ciało stwierdzi, że powinna odrzucić intruza od siebie, zwłaszcza że ta dziewczyna była ważna dla kogoś zupełnie inne, ale…
A potem dotarło do niej, że w całym tym szaleństwie nadal była Alyssą – inną, bardziej świadomą i równie niebezpieczną co i Ariana, ale jednak. Dawne życie nie odeszło, przez cały ten czas należąc do niej. Było niczym kolejny element tego, co należało do niej – jak etap, którego doświadczyła i który pragnęła zachować dla siebie.
Z kolejny Mary wciąż była jej najlepszą przyjaciółką.
Poczuła się trochę tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. W następnej sekundzie towarzyszący jej dotychczas paraliż po prostu minął, a Ariana bez chwili wahania przygarnęła do siebie wtuloną w nią dziewczynę. To okazało się gestem równie naturalnym, co i oddychanie, co przyjęła z ulgą. Gdyby ot tak zatraciła w sobie wszystko czym żyła przez ostatnie lata…
– Jasna cholera, księżniczko, oficjalnie cię zabiję! – usłyszała i to wystarczyło, by jeszcze bardziej wytrącić ją z równowagi.
Bez trudu podchwyciła spojrzenie wyraźnie podenerwowanego Carlosa. Uniosła brwi, nie tyle zaskoczona jego widokiem, co przede wszystkim wrażeniem, że w chwili, w której się pojawił, dziwne wrażenie, które towarzyszyło jej od jakiegoś czasu, w końcu ustąpiło. Nie miała pewności, co to oznaczało, ale obecność wampira przyniosła jej ulgę, nawet jeśli nie tak dawno temu miała ochotę swojego stwórcę zabić.
– Co wy tu robicie? – zapytała bardziej szorstko niż zamierzała. Ich widok było ostatnim, czego tak naprawdę się spodziewała. – I kto…?
Urwała, z opóźnienie uprzytomniając sobie, że to nie obecność Carlosa i Mary była najbardziej szokująca. Na moment zamarła, kiedy drzwiczki od strony kierowcy otworzyły się, a na zewnątrz wygramolił się Alexander. Natychmiast zamilkła, zdolna co najwyżej z niedowierzaniem spoglądać na przyjaciela.
Alex wyglądał źle. Tylko tyle wywnioskowała na samym wstępie, wręcz porażona jego bladością i tym, że dosłownie słaniał się na nogach, sprawiając wrażenie kogoś, kto tylko cudem wciąż utrzymywał się w pionie. W pierwszym odruchu spojrzała na niego szyję, ogarnięta irracjonalnym wrażeniem, że dostrzeże na gardle ślady wampirzych kłów (i zarazem dowód na to, że powinna przetrącić Carlosowi gardło), ale nic podobnego nie miało miejsca. Ale był tutaj, wyraźnie przerażony, choć nie aż tak bardzo jak wtedy, gdy zaatakowała ich Skyler.
– Namieszałaś, Ali – stwierdził cicho, wysilając się na blady uśmiech. I choć przyszło mu to z trudem, gest sam w sobie okazał się zaskakująco szczery.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Jakby mało było tego, że zdążyła zwątpić, czy jeszcze kiedykolwiek Alexandra zobaczy…
– Żeby tylko. Wiadomość dnia: pan policjant wie i nawet zaczaił się na mnie ze srebrnymi kulami – wypalił Carlos. Aż zachłysnęła się powietrzem, wytrącona z równowagi jego słowami i bezpośredniością. – Ale za to ma samochód. I był na tyle bezczelny, by odmówić mi kluczyków.
– Jest służbowy – obruszył się sam zainteresowany. – Wali mnie, że masz kły. Nie dam ci tknąć auta.
Carlos prychnął, choć nie wyglądał na rozeźlonego tymi słowami. Ariana w niejakim oszołomieniu pomyślała, że spojrzał na Alexa niemalże z sympatią, o ile w jego przypadku było to możliwe.
– Mówiłem. Masz jakieś chore szczęście otaczać się wkurwiającymi ludźmi – mruknął, wywracając oczami.
– Tak. Z tobą na czele.
Tylko na tyle było ją stać. Bezmyślnie tuliła do siebie Mary, gotowa przysiąc, że w tamtej chwili wyglądała niewiele lepiej od Alexandra. Zmęczenie uderzyło w nią z całą mocą, sprawiając, że zaczęła chwiać się na nogach, w gruncie rzeczy utrzymując pion wyłącznie dzięki bliskości przyjaciółki.
Wciąż coś było nie tak. A ona powinna znaleźć się w zupełnie innym miejscu, ale…
– Najdroższa, co się dzieje?
Głos Samaela sprawił, że dookoła jak na zawołanie zapanowała wyłącznie wymowna cisza. W tamtej chwili też towarzystwo w końcu zauważyło stojącego tuż obok wampira, jak na zawołanie przenosząc spojrzenia właśnie na niego. Sam zainteresowany przyjął to z obojętnością, skupiony tylko i wyłącznie na niej. Wystarczyła chwila, by zmaterializował się tuż obok niej, przy okazji sprawiając, że Mary zadrżała niekontrolowanie.
Kątem oka zauważyła grymas, który jak na zawołanie wykrzywił twarz Carlosa. Oczy wampira rozszerzyły się nieznacznie, gdy dotarło do niego, że ktoś, kogo dotychczas uważał za śmiertelnika, niekoniecznie nim był, ale Ariana nie dała mu okazji, by doszedł do głosu. W zamian niemalże skoczyła na Samaela, bezceremonialnie wpadając mu w ramiona.
– Wyczuwam ciebie – oznajmiła pod wpływem impulsu. – I Carlosa. Ale… potrzebuje mnie ktoś jeszcze – wyszeptała, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa.
Dłonie Samaela kolejny raz wylądowały na jej policzkach. Przymusił ją do spojrzenia sobie w oczy i dopiero wtedy zdołała dostrzec z trudem skrywany przez niego niepokój.
– Wyczuwasz? Ale…
– Carlos też zachowywał się, jakby postradał zmysły – wtrąciła ze swojego miejsca Mary. – I naprawdę cię odnalazł. Ali…
– Więź ze stwórcą – uświadomiła sobie, a serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. – Ale skoro tak…
Coś ścisnęło ją w gardle. Strach przybrał na sile, choć w żaden sposób nie potrafiła go wyjaśnić. Carlos i Samael znajdowali się na wyciągnięcie ręki, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej – nie w takim stopniu jak mogłaby tego oczekiwać. Od początku wiedziała, że nie była normalna, w gruncie rzeczy dopiero teraz przypominając wampira w całej okazałości, ale to nadal niczego nie wyjaśniało.
Trzy ugryzienia…
Poczuła się tak, jakby poraził ją prąd. Wyprostowała się niczym struna, tym samym sprawiając, że Samael bardziej stanowczo przygarnął ją do siebie. „Trzy ugryzienia” – dokładnie te słowa padły podczas rozmowy, którą odbyła z Carlosem. Pamiętała jak była gotowa przysiąc, że bredził od rzeczy, choć wzmianka o przepowiedni i tak wydawał się niczym w porównaniu do tego, czego dowiedziała się później. Wtedy też była cudownie niewinna i nieświadoma nadchodzących problemów, z kolei teraz…
A potem zrozumiała.
– Dom – wyszeptała słabym głosem. Czuła, że niewiele brakowało, by serce wyrwało jej się z piersi ze zdenerwowania. – W tej chwili musimy wracać do domu – dodała i choć wciąż brzmiała na przerażoną, udało jej się włożyć w te słowa dość charakterystycznej dla Ariany pewności siebie.
Dookoła zapanowała wymowna cisza, ale to nie było ważne. Liczyło się, że w ogólnym oszołomieniu nikt nie zaprotestował.
Nadia
Zatrzymała się tylko po to, by z impetem uderzyć zwiniętą w pieść dłonią w ścianę. Zacisnęła zęby, czując pulsujący ból, ale ten prawie natychmiast zniknął, kiedy jej ciało samoistnie się uleczyło. Jęknęła, po czym plecami oparła o ścianę, by po chwili ciężko osunąć się na podłogę.
Zdławiony szloch wyrwał się z głębi jej piersi, choć powstrzymywała go przez tyle czasu. Przez ostatnie godziny z trudem trzymała się resztek zdrowego rozsądku, pomimo tego że tak naprawdę miała ochotę najzwyczajniej w świecie coś rozwalić – tak po prostu roznieść na kawałeczki, choć szczerze wątpiła, by dzięki temu poczuła się lepiej. Nawet gdyby przy ostatniej okazji jakimś cudem zabiła Carlosa, nic nie stałoby się dzięki temu łatwiejsze.
Miała wrażenie, że wszystko wokół się rozpadało. Odejście Alyssy niczego nie zmieniło, zwłaszcza że dziewczyna i tak pozostawiła po sobie zgliszcza tego, co Nadia kiedyś bez chwili wahania określała mianem „rodziny”. Teraz wyraźnie czuła, że tylko Eleonora trzymała ją w tym miejscu – tyle że jej już nie było i ta pustka doprowadzała wampirzycę do szału. Od samego początku miała złe przeczucia, a teraz…
Nikt niczego jej nie mówił. Jason ją odtrącił i to wciąż bolało. A po wszystkim, co stało się po powrocie Carlosa, wampir jak gdyby nigdy nic znów trzasnął drzwiami i zostawił ich samych – milczących, rozbitych i tak obcych sobie, że to aż bolało.
Przez chwilę nasłuchiwała, niemalże pewna, że po jej reakcji ktoś pojawi się w pokoju, żeby sprawdzić, co się działo. Gdyby w domu była Eleonora, jak nic by do tego doszło – już klęczałaby przy niej, kojącym tonem zadając kolejne pytania i próbując poprawić Nadii nastrój. Kto wie, może nawet nie przyszłaby sama, choć Nadia nie była już niczego pewna. To właśnie z Ell miała najlepsze stosunki, choć zawsze sądziła, że Jason i Michael też ją akceptowali. Z kolei teraz…
Michael zamknął się w sypialni i tyle go widziała. Jason mógł być gdziekolwiek, od nieszczęsnej rozmowy w lesie wciąż trzymając się na dystans.
Została sama.
Przycisnęła obie dłonie do piersi, z trudem powstrzymując szloch. Nie chciała płakać, całą sobą czując, że w ten sposób niczego by nie osiągnęła. Już nie była dzieckiem, prawda? Minęły całe lata odkąd…
Ale o tym nie chciała myśleć.
Pochyliła głowę, pozwalając włosom opaść na wilgotne tak czy inaczej policzki. Z trudem wstrzymała szloch, skupiona na oddychaniu i próbie trzymania nerwów na wodzy. Nic się nie działo, prawda? Nic wartego uwagi. Po prostu już wiedziała na czym stoi, w gruncie rzeczy sama niepewna, co jeszcze robiła w tym domu. Była tu równie niepotrzebna, co i Alyssa. Przestała gdziekolwiek przynależeć wraz z chwilą, w której…
Łomotanie do drzwi było zdecydowanie zbyt głośne, by mogła je zignorować. Poruszając się trochę jak w transie, Nadia wyprostowała się niczym struna, nasłuchując. Ktoś tłukł w drzwi wejściowe, dokładnie jak tej pamiętnej nocy, kiedy odwiedził ich Carlos.
Ucisk w piersi przybrał na sile, gdy do głosu kolejny raz doszła gorycz. Nadia bezwiednie poderwała się na równe nogi, wciąż nasłuchując tego, co działo się na dole. Nie miała pojęcia, co robili Jason i Michael, ale nic nie wskazywało na to, by którykolwiek z nich zamierzał pofatygować się i otworzyć. Ona również nie paliła się do zejścia na parter, w zamian bez pośpiechu podchodząc do okna. Wyjrzała na zewnątrz, spoglądając w panujący na zewnątrz mrok i wychylając się na tyle, by ze swojego pokoju mieć szansę dostrzec to, co działo się przy drzwiach wejściowych.
A potem zamarła.
Blondwłosa kobieta raz po raz uderzała w drzwi. W jej ruchach było coś nerwowego, wręcz panicznego, a przynajmniej tyle zdołała wywnioskować Nadia. Ze swojej pozycji widziała zaledwie kawałek sylwetki i plecy przybyszki, w tym również spływające na ramiona falami jasne loki, ale to wystarczyło, żeby ją rozpoznała. I chociaż wciąż nie dowierzała, w tamtej chwili po prostu tkwiła w bezruchu, podczas gdy jeszcze więcej łez napłynęło jej do oczu. Zamrugała nieco nieprzytomnie, bezskutecznie próbując zapanować nad rozmazującym się obrazem.
– Ell… – wyszeptała bezgłośnie.
Eleonora tu była. Jakimś cudem wróciła, chociaż to wydawało się niemożliwe. A jednak stała pod drzwiami i…
Nadia zareagowała instynktownie, zanim choćby zdążyła zastanowić się nad tym, co robiła. Wyślizgnęła się na zewnątrz, już nawet nie trudząc korzystaniem z drzwi i schodów. W zamian wyskoczyła oknem, lekko lądując na ziemi na ugiętych w kolanach nogach. Z bijącym sercem, coraz bardziej oszołomiona, pokonała dzieląca ją od kobiety odległość, dosłownie materializując za jej plecami.
– Eleonora – powtórzyła, a właściwie wyłkała.
Wampirzyca jak na zawołanie przestała uderzać w drzwi. Zwiesiła ramiona, po czym z wolna wyprostowała się, dopiero po dłuższej chwili zwracając ku wciąż roztrzęsionej Nadii. W jej ruchach było coś dziwnego, bardziej drapieżnego i gwałtownego niż zazwyczaj, ale kobieta najzwyczajniej w świecie to zignorowała. W tamtej chwili liczyło się dla niej wyłącznie to, kogo miała przed sobą.
Eleonora tutaj była. Wróciła do domu.
– Tak. – Na ustach wampirzycy pojawił się uśmiech. – Na to wychodzi, że wróciłam… Chodź tutaj, Nadiu – zachęciła, robiąc krok na przód i rozkładając ramiona.
Coś jest nie tak, odezwał się cichy głosik w jej głowie, ale stanowczo nakazała mu się zamknąć. Zareagowała instynktownie, przez moment czując się jak dziecko, zwłaszcza gdy z płaczem wpadła wprost w nastawione ramiona. Z ulgą powitała ciepłe, jakże znajome objęcia, które błyskawicznie owinęły się wokół niej. Palce Eleonory przeczesały jej włosy, kiedy ta bardziej stanowczo przygarnęła ją do siebie. Przez krótką chwilę wszystko wydawało się być na swoim miejscu, dokładnie takie, jak od samego początku powinno być.
– Jesteś…
– Oczywiście, że tak, moja droga – usłyszała tuż przy uchu. – Oczywiście…
Zamknęła oczy. W tamtej chwili powinna poczuć się bezpieczna, ale nic podobnego nie miało miejsca. Wciąż narastało w niej dziwne napięcie, którego nie potrafiła wyjaśnić, a które z uporem próbowała ignorować.
Chyba powinna o czymś pamiętać. O czym, co nie dawało jej spokoju od chwili, kiedy to Carlos rozmawiał w salonie przez telefon i…
To nic takiego. Absolutnie nic takiego.
Z jakiegoś powodu nie potrafiła w to uwierzyć.
Ten rozdział miał wyglądać ciut inaczej, ale zdecydowałam przerzucić się najważniejszą cześć do kolejnego wpisu. Tak więc ja po prostu to tutaj zostawię, a my widzimy się… w epilogu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz