Alyssa
Czuła się jak we śnie. Choć
zaledwie kilka godzin wcześniej sama podążała tymi samymi, na pierwszy rzut oka
opustoszałymi uliczkami, kiedy to Samael pociągnął ją za sobą, poczuła się tak,
jakby od momentu przybycia na osiedle minęły całe wieki. W gruncie rzeczy
tak było, nawet jeśli to wydawało się niemożliwe. Teraz, w pełni świadoma i wciąż
przytłoczona wspomnieniami Ariany, próbującymi w sensowny sposób ułożyć się
w jej głowie, miała prawo czuć, jakby nagle postarzała się o przynajmniej
sto lat.
Z tym, że
nie mogła pozwolić sobie na nieuwagę. Pewnym krokiem podążała za Samelem,
robiąc przy tym wszystko, by dotrzymać mu kroku. Jednocześnie nasłuchiwała, całą
uwagę poświęcając bodźcom podsuwanym przez wyostrzone zmysły. Nie zastanawiała
się nad tym dokąd szli, a tym bardziej dlaczego, to jednak nie było ważne.
Pytania, które w naturalny sposób cisnęły jej się na usta, również nie.
– Pieszo za
daleko nie zajdziemy – zauważyła przytomnie. Wciąż poruszali się ludzkim
tempem, zbyt mocno ryzykując, że ktoś mógłby ich dostrzec. Nie mogli sobie
pozwolić na nic więcej. – Sam…
– Cały czas
myślę.
Prychnęła w odpowiedzi
na te słowa. Och, on myślał! Właśnie wtedy z całą mocą dotarło do niej, że
tak naprawdę nie mieli planu.
– Na razie
jesteśmy sami. Tak sądzę. – W milczeniu powiodła wzrokiem dookoła. – Skoro
to była twoja rodzina, to może jesteśmy bezpieczni. Nie czułam jego obecności.
Samael
zatrzymał się tak gwałtownie, że prawie na niego wpadła. W ostatniej
chwili przystanęła, w duchu błogosławiąc wampirzy refleks. Wciąż czuła się
dziwnie, ale inaczej niż wcześniej, gdy jeszcze balansowała na granicy życia i śmierci.
Przemiana się dopełniła, choć to nadal w pełni do niej nie docierało.
Na moment
zamarła, czując na sobie intensywne spojrzenie znajomych błękitnych oczu.
Zmusiła się, by na nie spojrzeć i to w zdecydowany, wręcz dumny
sposób. W końcu po takim czasie miała przed sobą mężczyznę o którym Alyssa
nieustannie śniła. Co więcej, rozumiała, a teraz na dodatek była sobą – w pełni
świadomą Arianą, marzącą już tylko o tym, by wpaść znajdującemu się dosłownie
na wyciągnięcie ręki nieśmiertelnemu w ramiona i choć na chwilę
zapomnieć o wszystkim.
– Naprawdę
do mnie wróciłaś – stwierdził w zamyśleniu Samael. Uniosła brwi, przez
moment mając ochotę zapytać, czy naprawdę wciąż tak bardzo w nią wątpił. –
I wciąż jesteś w stanie wyczuć ojca.
Po jego
tonie nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić czy uważał to za dobrą,
czy może złą wiadomość. W gruncie rzeczy sama nie była tego pewna. Z drugiej
strony, tego akurat mogli się spodziewać – od zawsze wydawała się być cząstką
Lucyfera, nawet jeśli szczerze nienawidziła tej więzi. Gdyby nie ona, być może
wszystko stałoby się dużo prostsze.
– Jestem –
przyznała, choć Samael o nic nie pytał. Przez chwilę miała wrażenie, że
tak naprawdę próbowała przekonać samego siebie. – Nie było go w domu,
chociaż…
Urwała
gwałtownie, w zamian prostując się niczym struna. Mętlik w głowie wciąż
dawał jej się we znaki, choć podczas walki nie zwracała na to aż takiej uwagi.
Wtedy po prostu zdawała się na instynkt, czując się przy tym sobą bardziej niż
kiedykolwiek. Teraz, gdy dookoła zapanował spokój, a oni bez pośpiechu
podążali ciemną, opustoszałą uliczką, chcąc nie chcąc musiała zmierzyć się z tym,
co działo się w jej wnętrzu. Emocje przejmowały kontrolę, choć robiła
wszystko, byleby utrzymać je na wodzy. W końcu zdążyła się już przekonać,
że bywały zgubna.
A jednak
coś było nie tak. Poczuła to całą sobą,
tak wyraźniej jak wcześniej potrzebę tego, by odszukać Samaela. Teraz ten znajdował
się tak blisko, że swobodnie mogła go dotykać, ale dziwne wrażenie nie
zniknęło, choć Ariana nie potrafiła go sprecyzować. Nieznacznie potrząsnęła
głową, próbując się uspokoić, ale to okazało się równie bezskuteczne, co i próba
wyrzucenia z pamięci wspomnienia własnej śmierci.
– Ariano? –
Aż wzdrygnęła się, kiedy cudze dłonie z siłą zacisnęły się na jej
ramionach. – Najdroższa, jesteś ze mną? Ariano! – powtórzył z naciskiem
Samael, ale nie była w stanie mu odpowiedzieć.
Spojrzała na mężczyznę w roztargnieniu, z opóźnieniem
uprzytomniając sobie, że dłuższą chwilę tkwiła w bezruchu, bezmyślnie
wpatrując się w przestrzeń. Przełknęła z trudem, coraz bardziej
niespokojna i wytrącona z równowagi. Drżała, choć sama nie była pewna
dlaczego, zwłaszcza że wciąż mogła wręcz przysiąc, że ani Lucyfera, ani żadnego
z jego wysłanników, nie było obok.
Ale skoro
tak, a ona wróciła… to gdzie się podziali?
– Coś jest
nie tak – wyrzuciła z siebie na wydechu.
Tylko na
tyle było ją stać. W roztargnieniu spojrzała Samaelowi w oczy,
próbując doszukać się w nich czegokolwiek, co przyniosłoby jej ukojenie,
ale i to niewiele pomogło. Mimo wszystko rozluźniła się nieznacznie, kiedy
z czułością ujął jej twarz w obie dłonie, kciukami przesuwając po
policzkach Ariany.
– Może to
głód – zasugerował, ostrożnie dobierając słowa. Spoglądał na nią w przesadnie
wręcz przenikliwy sposób, tak dokładnie, że aż poczuła się nieswojo. – Czuję
twój niepokój, chociaż to dziwne. Nigdy dotąd nie stworzyłem wampira.
– Ale ja… –
Urwała, po czym przełknęła z trudem. – Znam pragnienie. Ty tylko
dopełniłeś przemiany.
– Co też
nie powinno mieć miejsca. To, że tyle czasu wisiałaś gdzieś na granicy, tym
bardziej. Bóg jeden raczy wiedzieć, co to oznacza.
Z trudem
powstrzymała grymas, czując nieprzyjemne ukłucie w okolicach serca na samą
wzmiankę o Bogu. Ten temat był problematyczny – i to najdelikatniej
rzecz ujmując. W gruncie rzeczy Ariana do tej pory nie miała pewności czy
Stwórca, o którym z takim przekonaniem mówił Samael, w ogóle
istniał. Nawet jeśli, to skoro pozwolił, by działy się te wszystkie złe rzeczy,
a ona w ogóle przyszła na świat…
To zły moment, warknęła na siebie w duchu.
Tyle że nawet
odrzucenie od siebie tych myśli okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli Ariana
mogłaby sobie tego życzyć. Wciąż była roztrzęsiona, chwiała się na nogach i…
Dźwięk silnika
momentalnie wytrącił ją z równowagi. Oboje z Samaelem poderwali
głowy, spoglądając na dotychczas opustoszałą ulicę. Zmrużyła oczy w świetle
reflektorów, w pierwszym momencie oślepiona nadmiarem jasności. Poczuła,
że jej towarzysz pociągnął ją za rękę, próbując zmusić do przejścia na chodnik,
ale nie ruszyła się z miejsca, wręcz zapierając nogami o asfalt.
– Ariano…
Zignorowała
to, że Samael raz po raz powtarzał jej imię. Czując się przy tym jak kompletna
idiotka, zrobiła krok naprzód, z uwagą przypatrując nadjeżdżającemu autu.
To było niczym impuls, któremu po prostu zdecydowała się poddać, zwłaszcza że
dziwne przeczucie, które towarzyszyło jej przez cały ten czas, przybrało na
sile.
Jakby tego
było mało, rozpoznała ten samochód. Może to nic nie znaczyło, zwłaszcza że nie
znała się na modelach, markach i całej tej motoryzacyjnej otoczce, ale i tak
była gotowa przysiąc, że…
Pojazd
zatrzymał się z piskiem opon zaledwie kilka metrów od niej. Zaraz po tym
wszystko potoczyło się bardzo szybko, kiedy drzwiczki otworzyły się gwałtownie i ktoś
dosłownie wypadł z auta na ulicę.
– Alyssa!
Mary omal
nie ścięła jej z nóg. Dosłownie skoczyła ku niej jak rozjuszona kotka,
bezceremonialnie wpadając zaskoczonej wampirzycy w ramiona. Ariana
zesztywniała, zdolna co najwyżej stać i pozwalając śmiertelniczce tulić się
do siebie. W oszołomieniu czekała na moment, w którym jej ciało stwierdzi,
że powinna odrzucić intruza od siebie, zwłaszcza że ta dziewczyna była ważna
dla kogoś zupełnie inne, ale…
A potem
dotarło do niej, że w całym tym szaleństwie nadal była Alyssą – inną,
bardziej świadomą i równie niebezpieczną co i Ariana, ale jednak.
Dawne życie nie odeszło, przez cały ten czas należąc do niej. Było niczym
kolejny element tego, co należało do niej – jak etap, którego doświadczyła i który
pragnęła zachować dla siebie.
Z kolejny
Mary wciąż była jej najlepszą przyjaciółką.
Poczuła się
trochę tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. W następnej
sekundzie towarzyszący jej dotychczas paraliż po prostu minął, a Ariana
bez chwili wahania przygarnęła do siebie wtuloną w nią dziewczynę. To okazało
się gestem równie naturalnym, co i oddychanie, co przyjęła z ulgą.
Gdyby ot tak zatraciła w sobie wszystko czym żyła przez ostatnie lata…
– Jasna cholera,
księżniczko, oficjalnie cię zabiję! – usłyszała i to wystarczyło, by
jeszcze bardziej wytrącić ją z równowagi.
Bez trudu
podchwyciła spojrzenie wyraźnie podenerwowanego Carlosa. Uniosła brwi, nie tyle
zaskoczona jego widokiem, co przede wszystkim wrażeniem, że w chwili, w której
się pojawił, dziwne wrażenie, które towarzyszyło jej od jakiegoś czasu, w końcu
ustąpiło. Nie miała pewności, co to oznaczało, ale obecność wampira przyniosła
jej ulgę, nawet jeśli nie tak dawno temu miała ochotę swojego stwórcę zabić.
– Co wy tu
robicie? – zapytała bardziej szorstko niż zamierzała. Ich widok było ostatnim,
czego tak naprawdę się spodziewała. – I kto…?
Urwała, z opóźnienie
uprzytomniając sobie, że to nie obecność Carlosa i Mary była najbardziej
szokująca. Na moment zamarła, kiedy drzwiczki od strony kierowcy otworzyły się,
a na zewnątrz wygramolił się Alexander. Natychmiast zamilkła, zdolna co
najwyżej z niedowierzaniem spoglądać na przyjaciela.
Alex
wyglądał źle. Tylko tyle wywnioskowała na samym wstępie, wręcz porażona jego
bladością i tym, że dosłownie słaniał się na nogach, sprawiając wrażenie
kogoś, kto tylko cudem wciąż utrzymywał się w pionie. W pierwszym
odruchu spojrzała na niego szyję, ogarnięta irracjonalnym wrażeniem, że dostrzeże
na gardle ślady wampirzych kłów (i zarazem dowód na to, że powinna przetrącić
Carlosowi gardło), ale nic podobnego nie miało miejsca. Ale był tutaj, wyraźnie
przerażony, choć nie aż tak bardzo jak wtedy, gdy zaatakowała ich Skyler.
– Namieszałaś,
Ali – stwierdził cicho, wysilając się na blady uśmiech. I choć przyszło mu
to z trudem, gest sam w sobie okazał się zaskakująco szczery.
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta. Jakby mało było tego, że zdążyła zwątpić, czy jeszcze
kiedykolwiek Alexandra zobaczy…
– Żeby
tylko. Wiadomość dnia: pan policjant wie i nawet zaczaił się na mnie ze
srebrnymi kulami – wypalił Carlos. Aż zachłysnęła się powietrzem, wytrącona z równowagi
jego słowami i bezpośredniością. – Ale za to ma samochód. I był na
tyle bezczelny, by odmówić mi kluczyków.
– Jest służbowy
– obruszył się sam zainteresowany. – Wali mnie, że masz kły. Nie dam ci tknąć
auta.
Carlos
prychnął, choć nie wyglądał na rozeźlonego tymi słowami. Ariana w niejakim
oszołomieniu pomyślała, że spojrzał na Alexa niemalże z sympatią, o ile
w jego przypadku było to możliwe.
– Mówiłem.
Masz jakieś chore szczęście otaczać się wkurwiającymi ludźmi – mruknął, wywracając
oczami.
– Tak. Z tobą
na czele.
Tylko na
tyle było ją stać. Bezmyślnie tuliła do siebie Mary, gotowa przysiąc, że w tamtej
chwili wyglądała niewiele lepiej od Alexandra. Zmęczenie uderzyło w nią z całą
mocą, sprawiając, że zaczęła chwiać się na nogach, w gruncie rzeczy utrzymując
pion wyłącznie dzięki bliskości przyjaciółki.
Wciąż coś
było nie tak. A ona powinna znaleźć się w zupełnie innym miejscu,
ale…
–
Najdroższa, co się dzieje?
Głos
Samaela sprawił, że dookoła jak na zawołanie zapanowała wyłącznie wymowna
cisza. W tamtej chwili też towarzystwo w końcu zauważyło stojącego
tuż obok wampira, jak na zawołanie przenosząc spojrzenia właśnie na niego. Sam
zainteresowany przyjął to z obojętnością, skupiony tylko i wyłącznie
na niej. Wystarczyła chwila, by zmaterializował się tuż obok niej, przy okazji
sprawiając, że Mary zadrżała niekontrolowanie.
Kątem oka
zauważyła grymas, który jak na zawołanie wykrzywił twarz Carlosa. Oczy wampira
rozszerzyły się nieznacznie, gdy dotarło do niego, że ktoś, kogo dotychczas
uważał za śmiertelnika, niekoniecznie nim był, ale Ariana nie dała mu okazji,
by doszedł do głosu. W zamian niemalże skoczyła na Samaela, bezceremonialnie
wpadając mu w ramiona.
– Wyczuwam
ciebie – oznajmiła pod wpływem impulsu. – I Carlosa. Ale… potrzebuje mnie
ktoś jeszcze – wyszeptała, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne
słowa.
Dłonie
Samaela kolejny raz wylądowały na jej policzkach. Przymusił ją do spojrzenia
sobie w oczy i dopiero wtedy zdołała dostrzec z trudem skrywany
przez niego niepokój.
– Wyczuwasz?
Ale…
– Carlos
też zachowywał się, jakby postradał zmysły – wtrąciła ze swojego miejsca Mary. –
I naprawdę cię odnalazł. Ali…
– Więź ze
stwórcą – uświadomiła sobie, a serce omal nie wyskoczyło jej z piersi.
– Ale skoro tak…
Coś ścisnęło
ją w gardle. Strach przybrał na sile, choć w żaden sposób nie
potrafiła go wyjaśnić. Carlos i Samael znajdowali się na wyciągnięcie
ręki, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej – nie w takim stopniu
jak mogłaby tego oczekiwać. Od początku wiedziała, że nie była normalna, w gruncie
rzeczy dopiero teraz przypominając wampira w całej okazałości, ale to
nadal niczego nie wyjaśniało.
Trzy ugryzienia…
Poczuła się
tak, jakby poraził ją prąd. Wyprostowała się niczym struna, tym samym sprawiając,
że Samael bardziej stanowczo przygarnął ją do siebie. „Trzy ugryzienia” –
dokładnie te słowa padły podczas rozmowy, którą odbyła z Carlosem. Pamiętała
jak była gotowa przysiąc, że bredził od rzeczy, choć wzmianka o przepowiedni
i tak wydawał się niczym w porównaniu do tego, czego dowiedziała się
później. Wtedy też była cudownie niewinna i nieświadoma nadchodzących
problemów, z kolei teraz…
A potem
zrozumiała.
– Dom –
wyszeptała słabym głosem. Czuła, że niewiele brakowało, by serce wyrwało jej
się z piersi ze zdenerwowania. – W tej chwili musimy wracać do domu –
dodała i choć wciąż brzmiała na przerażoną, udało jej się włożyć w te
słowa dość charakterystycznej dla Ariany pewności siebie.
Dookoła
zapanowała wymowna cisza, ale to nie było ważne. Liczyło się, że w ogólnym
oszołomieniu nikt nie zaprotestował.
Nadia
Zatrzymała się tylko po to, by
z impetem uderzyć zwiniętą w pieść dłonią w ścianę. Zacisnęła zęby,
czując pulsujący ból, ale ten prawie natychmiast zniknął, kiedy jej ciało
samoistnie się uleczyło. Jęknęła, po czym plecami oparła o ścianę, by po
chwili ciężko osunąć się na podłogę.
Zdławiony
szloch wyrwał się z głębi jej piersi, choć powstrzymywała go przez tyle
czasu. Przez ostatnie godziny z trudem trzymała się resztek zdrowego
rozsądku, pomimo tego że tak naprawdę miała ochotę najzwyczajniej w świecie
coś rozwalić – tak po prostu roznieść na kawałeczki, choć szczerze wątpiła, by
dzięki temu poczuła się lepiej. Nawet gdyby przy ostatniej okazji jakimś cudem
zabiła Carlosa, nic nie stałoby się dzięki temu łatwiejsze.
Miała
wrażenie, że wszystko wokół się rozpadało. Odejście Alyssy niczego nie
zmieniło, zwłaszcza że dziewczyna i tak pozostawiła po sobie zgliszcza
tego, co Nadia kiedyś bez chwili wahania określała mianem „rodziny”. Teraz
wyraźnie czuła, że tylko Eleonora trzymała ją w tym miejscu – tyle że jej
już nie było i ta pustka doprowadzała wampirzycę do szału. Od samego początku
miała złe przeczucia, a teraz…
Nikt
niczego jej nie mówił. Jason ją odtrącił i to wciąż bolało. A po
wszystkim, co stało się po powrocie Carlosa, wampir jak gdyby nigdy nic znów trzasnął
drzwiami i zostawił ich samych – milczących, rozbitych i tak obcych sobie,
że to aż bolało.
Przez
chwilę nasłuchiwała, niemalże pewna, że po jej reakcji ktoś pojawi się w pokoju,
żeby sprawdzić, co się działo. Gdyby w domu była Eleonora, jak nic by do
tego doszło – już klęczałaby przy niej, kojącym tonem zadając kolejne pytania i próbując
poprawić Nadii nastrój. Kto wie, może nawet nie przyszłaby sama, choć Nadia nie
była już niczego pewna. To właśnie z Ell miała najlepsze stosunki, choć
zawsze sądziła, że Jason i Michael też ją akceptowali. Z kolei teraz…
Michael
zamknął się w sypialni i tyle go widziała. Jason mógł być
gdziekolwiek, od nieszczęsnej rozmowy w lesie wciąż trzymając się na dystans.
Została
sama.
Przycisnęła
obie dłonie do piersi, z trudem powstrzymując szloch. Nie chciała płakać,
całą sobą czując, że w ten sposób niczego by nie osiągnęła. Już nie była
dzieckiem, prawda? Minęły całe lata odkąd…
Ale o tym
nie chciała myśleć.
Pochyliła
głowę, pozwalając włosom opaść na wilgotne tak czy inaczej policzki. Z trudem
wstrzymała szloch, skupiona na oddychaniu i próbie trzymania nerwów na
wodzy. Nic się nie działo, prawda? Nic wartego uwagi. Po prostu już wiedziała
na czym stoi, w gruncie rzeczy sama niepewna, co jeszcze robiła w tym
domu. Była tu równie niepotrzebna, co i Alyssa. Przestała gdziekolwiek
przynależeć wraz z chwilą, w której…
Łomotanie
do drzwi było zdecydowanie zbyt głośne, by mogła je zignorować. Poruszając się
trochę jak w transie, Nadia wyprostowała się niczym struna, nasłuchując.
Ktoś tłukł w drzwi wejściowe, dokładnie jak tej pamiętnej nocy, kiedy odwiedził
ich Carlos.
Ucisk w piersi
przybrał na sile, gdy do głosu kolejny raz doszła gorycz. Nadia bezwiednie
poderwała się na równe nogi, wciąż nasłuchując tego, co działo się na dole. Nie
miała pojęcia, co robili Jason i Michael, ale nic nie wskazywało na to, by
którykolwiek z nich zamierzał pofatygować się i otworzyć. Ona również
nie paliła się do zejścia na parter, w zamian bez pośpiechu podchodząc do
okna. Wyjrzała na zewnątrz, spoglądając w panujący na zewnątrz mrok i wychylając
się na tyle, by ze swojego pokoju mieć szansę dostrzec to, co działo się przy
drzwiach wejściowych.
A potem zamarła.
Blondwłosa
kobieta raz po raz uderzała w drzwi. W jej ruchach było coś nerwowego,
wręcz panicznego, a przynajmniej tyle zdołała wywnioskować Nadia. Ze swojej
pozycji widziała zaledwie kawałek sylwetki i plecy przybyszki, w tym
również spływające na ramiona falami jasne loki, ale to wystarczyło, żeby ją
rozpoznała. I chociaż wciąż nie dowierzała, w tamtej chwili po prostu
tkwiła w bezruchu, podczas gdy jeszcze więcej łez napłynęło jej do oczu.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, bezskutecznie próbując zapanować nad rozmazującym
się obrazem.
– Ell… –
wyszeptała bezgłośnie.
Eleonora tu
była. Jakimś cudem wróciła, chociaż to wydawało się niemożliwe. A jednak
stała pod drzwiami i…
Nadia
zareagowała instynktownie, zanim choćby zdążyła zastanowić się nad tym, co
robiła. Wyślizgnęła się na zewnątrz, już nawet nie trudząc korzystaniem z drzwi
i schodów. W zamian wyskoczyła oknem, lekko lądując na ziemi na ugiętych
w kolanach nogach. Z bijącym sercem, coraz bardziej oszołomiona, pokonała
dzieląca ją od kobiety odległość, dosłownie materializując za jej plecami.
– Eleonora –
powtórzyła, a właściwie wyłkała.
Wampirzyca
jak na zawołanie przestała uderzać w drzwi. Zwiesiła ramiona, po czym z wolna
wyprostowała się, dopiero po dłuższej chwili zwracając ku wciąż roztrzęsionej
Nadii. W jej ruchach było coś dziwnego, bardziej drapieżnego i gwałtownego
niż zazwyczaj, ale kobieta najzwyczajniej w świecie to zignorowała. W tamtej
chwili liczyło się dla niej wyłącznie to, kogo miała przed sobą.
Eleonora
tutaj była. Wróciła do domu.
– Tak. – Na
ustach wampirzycy pojawił się uśmiech. – Na to wychodzi, że wróciłam… Chodź
tutaj, Nadiu – zachęciła, robiąc krok na przód i rozkładając ramiona.
Coś jest nie tak, odezwał się cichy
głosik w jej głowie, ale stanowczo nakazała mu się zamknąć. Zareagowała instynktownie,
przez moment czując się jak dziecko, zwłaszcza gdy z płaczem wpadła wprost
w nastawione ramiona. Z ulgą powitała ciepłe, jakże znajome objęcia,
które błyskawicznie owinęły się wokół niej. Palce Eleonory przeczesały jej
włosy, kiedy ta bardziej stanowczo przygarnęła ją do siebie. Przez krótką
chwilę wszystko wydawało się być na swoim miejscu, dokładnie takie, jak od samego
początku powinno być.
– Jesteś…
–
Oczywiście, że tak, moja droga – usłyszała tuż przy uchu. – Oczywiście…
Zamknęła
oczy. W tamtej chwili powinna poczuć się bezpieczna, ale nic podobnego nie
miało miejsca. Wciąż narastało w niej dziwne napięcie, którego nie
potrafiła wyjaśnić, a które z uporem próbowała ignorować.
Chyba
powinna o czymś pamiętać. O czym, co nie dawało jej spokoju od
chwili, kiedy to Carlos rozmawiał w salonie przez telefon i…
To nic takiego. Absolutnie nic takiego.
Z jakiegoś
powodu nie potrafiła w to uwierzyć.
Ten rozdział miał wyglądać ciut inaczej, ale zdecydowałam przerzucić się najważniejszą cześć do kolejnego wpisu. Tak więc ja po prostu to tutaj zostawię, a my widzimy się… w epilogu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz