Carlos
Chciał zaprotestować.
Powiedzieć cokolwiek, zwłaszcza gdy sytuacja po raz kolejny wymknęła się spod
kontroli. Och, wręcz przeciwnie – w ułamku sekundy wszystko skomplikowało się
jeszcze bardziej, jakby mało było tego, że przez ostatnie godziny dosłownie odchodził
od zmysłów, zadręczając Alyssą, Tori i… w zasadzie wszystkim na raz.
Odnalezienie
dziewczyny okazało się prostsze niż mógłby przypuszczać. Jakby tego było mało,
nagle odkrył pomiędzy nimi ten specyficzny rodzaj więzi, z którego do tej
pory nie zdawał sobie sprawy – nie w takim stopniu. Niejednokrotnie
słyszał, że między wampirem a jego stwórcą pojawiał się dość specyficzny
rodzaj relacji, jednak dopiero w tamtej chwili w pełni dotarło do
niego, co to tak naprawdę oznaczało. Co więcej, choć dzięki temu w końcu
udało mu się dotrzeć do Ali, odszukanie jej niczego nie ułatwiło.
–
Przepraszam bardzo – wycedził przez zaciśnięte zęby – ale co…?
Nie miał
okazji, żeby dokończyć. Coś w spojrzeniu i zachowaniu dziewczyny
wystarczyło, żeby zamknąć mu usta, na domiar złego wzbudzając w Carlosie
ostatnie, czego mógłby się spodziewać. Niepokój, który nagle poczuł, wytrącił
go z równowagi, zwłaszcza że wampir zdecydowanie nie przywykł do tego,
żeby się bać. Strach był mu obojętny, a przynajmniej przez większość czasu
trwał w przekonaniu, że zdołał wyzbyć się słabości raz na zawsze.
Mylił się.
Alyssa uprzytomniła mu to w aż nazbyt dobitny sposób…
Albo raczej
Ariana, bo im dłużej obserwował tę dziewczynę, tym wyraźniej dostrzegał zmianę,
która w niej zaszła. To było coś więcej niż wcześniej, gdy przeszłe
wcielenie przejmowało nad nią kontrolę. W tamtej chwili była w pełni
świadoma i zdecydowana, choć zarazem wciąż przypominała mu zagubioną dziewczynkę,
która nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co robi.
Obserwował
ją, kiedy szybkim krokiem ruszyła ku autu. Poruszała się szybko i z gracją,
której mogłaby pozazdrościć jej niejedna wampirzyca. Bezceremonialnie zajęła
miejsce od strony kierowcy, nie zadając ani zbędnych pytań, ani tym bardziej
nie trudząc się wyjaśnieniami. Miała cel, który nade wszystko pragnęła zrealizować,
choć Carlos mógł co najwyżej zgadywać, co takiego chodziło jej w tamtej
chwili po głowie.
– Hej –
obruszył się Alexander. To on jako pierwszy odzyskał głos. – Nie wiem, co tu
się dzieje i gdzie znów się wybieramy, ale…
– Kluczyki.
Mężczyzna
zesztywniał, przez moment spoglądając na przyjaciółkę tak, jakby widział ją po
raz pierwszy. Władcza nuta, która jak na zawołanie wkradła się do jej głosu,
wytrąciła z równowagi wszystkich – i to łącznie z Carlosem, chociaż
miał już okazję, by doświadczyć czegoś podobnego. Aż za dobrze pamiętał w jaki
sposób czarowała Alexandra, gdy zaraz po starciu ze Skyler nakazała mu po
prostu odjechać i o wszystkim zapomnieć.
Tym razem
nie próbowała stosować wpływu. Nic na to nie wskazywało, a jednak
mężczyzna i tak zamilkł, po czym posłusznie podszedł do Ali, by spełnić
jej polecenie.
Carlos
wyczuł ruch, gdy Nicholas również ruszył się z miejsca. Jak gdyby nigdy
nic przemknął tuż obok niego, zdecydowanym krokiem podążając w ślad za Alyssą.
Wampir zacisnął usta, nagle sfrustrowany, zwłaszcza że w ruchach chłopaka zauważył
coś, co momentalnie dało mu do myślenia. To, że ten miał na ubraniu krew,
również mówiło samo za siebie.
–
Wiedziałem, że coś z tobą nie tak – oznajmił, a Nicholas przystanął i spojrzał
na niego z zaciekawieniem.
– Ale teraz
się chwalisz czy żalisz, bo nie bardzo rozumiem? – Potrząsnął głową. – Zresztą
to teraz nieważne. Najdroższa… – zwrócił się do Alyssy.
Coś w wyrazie
twarzy dziewczyny złagodniało, zaraz też przeniosła na Nicholasa wzrok. Jej
oczy wydawały się nienaturalnie wręcz duże i ciemniejsze niż do tej pory.
– Musimy
wracać do domu – powtórzyła, w tamtej chwili brzmiąc bardziej jak dziecko,
a nie pewna swoich decyzji królowa.
– Ależ
wierzę. – Nicholas nawet się nie zawahał. – Ale co z…?
Nie
dokończył, ale wymowne spojrzenie na towarzyszących im ludzi wystarczyło, by
uprzytomnić Alyssie o co pytał. Jakby tego było mało, gdy do Carlosa
dotarło, że to pytanie niejako dotyczyło również jego, dosłownie się w nim
zagotowało. Zazgrzytał zębami, momentalnie jeszcze bardziej poirytowany. Na
domiar złego uprzytomnił sobie, że już od dłuższego czasu zaciskał dłonie w pieści
– a konkretnie najpewniej od chwili, w której z ust Nicholasa
padło pierwsze „najdroższa”.
Coś nam umknęło, pomyślał mimochodem. W tamtej
chwili miał ochotę wywrócić oczami. Czegoś
nam nie mówisz, co?
Nie zadał
żadnego z tych pytań na głos, chociaż miał ochotę. W zamian z uporem
wpatrywał się w podrygującą nerwowo na fotelu pasażera Alyssę.
– To chyba
oczywiste, że jedziemy z wami! Ali, co się dzieje? – usłyszał i to
wystarczyło, żeby wyrwać go z zamyślenia.
Głos Mary
go zaskoczył, choć zdążył przywyknąć do pobrzmiewającego w tonie dziewczyny
zdecydowania. Chyba nawet mu się to podobało – ta bezpośredniość z jaką
podchodziła nawet do istot, które z łatwością mógłby przetrącić jej kark. W tamtej
chwili ta siła aż od niej biła, dokładnie jak w momencie, w którym
Carlos miał okazję poznać ją po raz pierwszy w bardziej osobisty,
oficjalny sposób. Wtedy też stała przed nim, próbując maskować strach i mówiąc
rzeczy, które nie przeszłyby jej przez gardło, gdyby jej instynkt samozachowawczy
działał jak trzeba.
Co nie
zmieniało faktu, że Mary się bała. Nie miał pojęcia czy to coś właściwego studentce
dziennikarstwa, ale za to był gotów przysiąc, że dziewczyna bez trudu
wychwyciła zmianę, która zaszła w Alyssy. Obserwowała ją w czujny,
nieufny sposób, mrużąc oczy tak, jakby w ten sposób miała szansę zauważyć
coś więcej. Jakkolwiek by jednak nie było, zachowała wszelakie uwagi dla
siebie, w zamian z uporem podążając za przyjaciółką.
Policjant
nie odezwał się nawet słowem. To jego milczenie zaczynało Carlosa drażnić,
zwłaszcza że zdążył się przekonać, że facet miał wystarczająco mocne nerwy, by
wymachiwać nabita srebrem bronią.
– Nie wyjaśnię
wam niczego – oznajmiła wprost Alyssa. – Ani nie zagwarantuję. Możecie co
najwyżej mi zaufać, ale…
–
Przyjechałam tu z Carlosem. Jakiego dowodu zaufania jeszcze potrzebujesz?
Prychnął,
choć nikt nie zwrócił na niego większej uwagi. Przecież sama tego chciała!
Popędziła za nim jak ostatnia naiwna, choć z równym powodzeniem mógł
poprowadzić ją na śmierć. Jeśli teraz śmiała mieć o cokolwiek pretensje…
– Mieliśmy
jechać – wtrącił Alexander. Jego głos zabrzmiał nienaturalnie spokojnie, choć bijące
od mężczyzny emocje jasno dały Carlosowi do zrozumienia, że daleko było mu do
takiego stanu. – Na pewno chcesz prowadzić czy jednak mam się tym zająć, co?
– Alex…
– Później
będziesz mi się spowiadać – uciął stanowczo.
To
wystarczyło. Tyle przynajmniej wywnioskował, kiedy Alyssa z przeciągłym
westchnieniem i podejrzanie wilgotnymi oczyma, w pośpiechu przesunęła
się na fotel pasażera. Drzwi trzasnęły, kiedy policjant w pośpiechu
zajął miejsce za kierownicą, już na
wstępie odpalając silnik. Dopiero ten dźwięk otrzeźwił Carlosa na tyle, by
uprzytomnić mu, że wciąż tkwił na środku jezdni, biernie obserwując sytuację.
Nie zarejestrował momentu, w którym Nicholas i Mary zniknęli na tylnym
siedzeniu, niejako zostawiając go samego. Myślami wciąż był przy Alyssy, jej
zachowaniu i poczuciu, że sytuacja w każdy możliwy sposób wymykała się
spod kontroli.
– Niech to
szlag – wyrwało mu się.
Błyskawicznie
przemknął na tył auta, bezceremonialnie wślizgując się na miejsce u boku
Mary. Wyczuł, że zesztywniała, kiedy przypadkiem otarł się o jej ramię.
Siedzący po drugiej stronie dziewczyny Nicholas rzucił mu bliżej nieokreślone
spojrzenie, ale nie odezwał się nawet słowem. Całą uwagę wydawał się poświęcać
Alyssie.
Samochód
ruszył z piskiem opon, zawracając tak gwałtownie, że nawet wampir poczuł się
nieswojo. Wymownie zerknął na Alexa, ale ten wydawał się doskonale wiedzieć, co
robi. Z drugiej strony, być może oszalał, ale i to nie byłoby
zaskoczeniem.
W końcu to taki dobry pomysł, by posadzić za
kółkiem zszokowanego człowieka…
– Już
myślałam, że zostajesz – doszedł Carlosa cichy, wyprany z jakichkolwiek
emocji głos. Ali na niego nie patrzyła, ale wiedział, że te słowa były
skierowane bezpośrednio do niego.
– A mam
wybór? – rzucił bez przekonania. – Nie wiem, co znów sobie umyśliłaś, księżniczko,
ale…
– Tym razem
to ja oczekuję, że ty będziesz przytakiwał na wszystko, co robię – przerwała mu
chłodno. – Ja robiłam to wystarczająco długo. Teraz ty możesz poczekać na
wyjaśnienia.
– To jakaś
twoja zemsta czy jak? – obruszył się. – Masz taki mętlik w głowie, a jednak…
– Czujesz
to? – W końcu obejrzała się na tyle, by na niego spojrzeć. Jej oczy
wydawały się lśnić. – Jesteś moim stwórcą. I to w gruncie rzeczy tłumaczy
wszystko.
– Ale…
– Trzy
ugryzienia – oznajmiła z naciskiem. – Ty to powiedziałeś… A Eleonora
przejęła twoje obowiązki. Oboje wiemy, co to oznacza.
Momentalnie
poczuł się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił go czymś ciężkim po
głowie. Zrozumiał, a przynajmniej tak mu się wydawało. Jakby tego było
mało, sam nie potrafił stwierdzić, co bardziej wytrąciło go z równowagi –
słowa Alyssy czy może…
Niech to szlag.
Nie odezwał
się więcej nawet słowem. Ignorując ciszę, która jak na zawołanie zapanowała w samochodzie,
instynktownie sięgnął do kieszeni kurtki. Czuł, że Mary obserwowała go przez
cały czas, kiedy wyjął telefon i pośpiesznie wysłał krótkiego SMS-a. Nie
miał pewności, co tak naprawdę wyczuła Alyssa, ale miał coraz więcej
wątpliwości. Złe przeczucia dręczyły go przez cały ten czas i choć nie
potrafił stwierdzić, dokąd to wszystko prowadziło, wolał dmuchać na zimne.
Nie dostał
odpowiedzi. Nie miał pewności czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie, ale…
Potrząsnął
głową. Chwilę jeszcze wpatrywał się w telefon, po chwili wahania decydując
się wybrać numer Jasona. Zaklął, kiedy brat odrzucił połączenie, choć to nie
wydało mu się dziwne. Mógł od razu spróbować z Michaelem, ale i tym
razem doczekał się wyłącznie sygnału wołania. Z jednej strony mógł
spodziewać się, że będą go ignorować, ale i tak nagle poczuł się jeszcze
bardziej zaniepokojony.
Z trudem powstrzymując
się od ciśnięcia komórka, nagląco spojrzał na Alexandra.
– Pośpiesz się
– warknął.
Niewiele
pomogło, ale to nie miało znaczenia. To, że nadal niczego nie rozumiał, tym
bardziej.
Był gotów
przysiąc, ze minęła cała wieczność, zanim znaleźli się na znajomej, otoczonej
drzewami drodze. W gruncie rzeczy Carlos był bliski stwierdzenia, że przez
cały ten czas się cofali, nie zaś sukcesywnie przesuwali naprzód. Dłoń wciąż nerwowo
zaciskał na klamce, gotów w każdej chwili wypaść na zewnątrz i… zrobić
cokolwiek.
To
przypominało pewien odległy dzień, który tak bardzo chciał wyrzucić z pamięci.
Gdyby tamtego wieczora przybył chociaż chwilę wcześniej…
– Carlos!
Nie miał
pewności, kto tak naprawdę wypowiedział jego imię. Bezceremonialnie otworzył
drzwiczki, po czym dosłownie wyskoczył na zewnątrz, lądując na lekko ugiętych
nogach. Nie dał sobie czasu na sprawdzanie, w jaki sposób na ten ruch
zareagowali pozostali. Od razu rzucił się do biegu, z niejaką ulgą
przyjmując to, że dzięki temu mógł poruszać się o wiele szybciej i bardziej
swobodnie niż ściśnięty na tylnym siedzeniu pędzącego samochodu.
Właściwie
sam nie był pewien, czego spodziewał się, gdy w napięciu pędził ku
rodzinnej posiadłości. Zgliszczy? Blasku płomieni albo krzyków, które
świadczyłyby o tym, że się spóźnił? Zapachu krwi, która…
Nic
podobnego. Dookoła panowała wyłącznie martwa cisza.
A potem w końcu
wypadł spomiędzy drzew i je zobaczył.
To szloch
Nadii doszedł do niego w pierwszej kolejności. Zauważył ją w pobliżu
domu – drżącą i wtuloną w drugą, aż nazbyt znajomą Carlosowi kobietę.
Stały tam razem, obie jasnowłose i na pierwszy rzut oka mogące uchodzić za
siostry albo matkę i córkę. Na pierwszy rzut oka przypominało to uroczy
obrazek z jakiegoś filmu, który właśnie zmierzał ku szczęśliwemu
zakończeniu. W momencie, w którym do wampira dotarło, kogo tak
naprawdę widział, sam był bliski temu, żeby w to uwierzyć – że może jakimś
cudem… zupełnym przypadkiem…
Niepokój
zniknął równie nagle, co wcześniej się pojawił. Carlos zamarł, po prostu stojąc
i będąc naprawdę bliskim tego, żeby roześmiać się w przypływie ulgi.
Czy to w ogóle było możliwe? Pędzili na złamanie karku tylko po to, żeby
przywitać ni mniej, ni więcej, ale cud? Wszystko na to wskazywało i to wystarczyło,
by kamień dosłownie spadł wampirowi z serca. Przez krótką chwilę wszystko
było na swoim miejscu, a on naprawdę poczuł ulgę – pierwszy raz od lat,
choć nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek do tego dojdzie.
Tyle że coś
było nie tak. Nie miał pewności co, ale…
Właśnie
wtedy podchwycił spojrzenie obejmującej Nadię kobiety i czar prysł. Carlos
poczuł się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił go czymś ciężkim po
głowie – na tyle mocno, by go otrzeźwić. Rozluźnienie minęło, wyparte przez
czyste przerażenie, choć wampir z wprawą zignorował strach. Natychmiast
przybrał pozycję obronną i wysunął kły, napinając mięśnie i szykując
się do ataku. Z głębi jego gardła wyrwał się ostrzegawczy, przypominający
raczej dźwięk wydawany przez dzikie zwierzę charkot niż cokolwiek innego.
Telefon.
Dobrze pamiętał, co oznaczała krótka rozmowa, którą odbył, kiedy Tori…
Och, jak
mógł zapomnieć…?
– Odsuń się
od niej!
Nadia
zesztywniała, gdy dotarło do niej, że coś było nie tak. Zapłakanymi oczyma
spojrzała na Eleonorę albo raczej to, co tylko na pierwszy rzut oka ją
przypominało. Wampirzyca otworzyła usta, jakby chcąc o coś zapytać, ale
nie miała po temu okazji, nagle bezceremonialnie odrzucona przez swoją dotychczasową
pocieszycielkę. Z jękiem wpadła na ścianę domu, po czym z wolna
osunęła się na ziemię, najwyraźniej zbyt oszołomiona, by zdobyć się na jakąkolwiek
reakcję.
W chwili, w której
Carlos zaatakował, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Nie-Eleonora błyskawicznie uskoczyła, by uciec z zasięgu jego
rąk. Poruszała się szybko i z gracją jakże właściwą dla
nieśmiertelnych. Wszelakie wymuszone oznaki troski zniknęły z jej twarzy,
gdy w końcu pozwoliła sobie na to, by przestać grać. W zamian
uśmiechnęła się w drapieżny, aż nazbyt znajomy sposób – równie charakterystyczny
co i wtedy, gdy widzieli się po raz ostatni, gdy jeszcze zajmowała w pełni
ludzkie ciało.
Skyler w końcu
znalazła swoje idealne naczynie.
– Dobry wieczór,
Carlos.
Miał zaledwie
ułamek sekundy na unik, kiedy to ona zaatakowała. Coś zabłysło w jej
dłoniach, ale nie miał czasu, by się nad tym zastanawiać. Uskoczył, po czym w pośpiechu
chwycił ją za nadgarstek, kiedy zamachnęła się na niego po raz kolejny,
szykując do zadania kolejnego ciosu. Zdecydowanym ruchem wykręcił jej rękę,
bynajmniej nie czując satysfakcji, kiedy doszedł go dźwięk pękającej kości.
Skyler zaklęła, kiedy nóż wysunął jej się z dłoni, lądując gdzieś w trawie.
Próbując
ignorować to, że przed sobą miał kogoś o wyglądzie słodkiej, niewinnej
Eleonory, Carlos zamachnął się, jednym ciosem odrzucając od siebie
przeciwniczkę. Nachylił się, chcąc sięgnąć po ostrze, choć kontakt ze srebrem
zdecydowanie nie należał do przyjemnych doświadczeń. Czuł, że kruszec dosłownie
palił jego skórę, ale i tak przymusił się do zaciśnięcia palców na rękojeści.
Skoro Skyler dała radę posługiwać się bronią, on tym bardziej był wystarczająco
silny, zresztą wszystko wydawało się lepsze od walki z pustymi rękami.
Gdyby do tego wszystkiego udało mu się trafić…
– Jak ty
śmiesz!
Uderzenie w plecy
dosłownie pozbawiło go tchu. Ostrze kolejny raz zniknęło w ciemności,
kiedy Carlos poluzował uścisk, instynktownie próbując zamortyzować upadek.
Nagle wylądował na ziemi, świadom wyłącznie gniewnego warkotu, który usłyszał
tuż przy uchu, gdy cudze ciało przycisnęło go do podłoża. Natychmiast spróbował
strząsnąć z siebie przeciwnika i nawet udało mu się przewrócić na
plecy, ale prawie natychmiast tego pożałował.
Nigdy
wcześniej nie widział Michaela w takim stanie. Nawet wtedy, gdy ten rzucił
się na niego w pięściami w salonie, nie wyglądał na aż tak
wytrąconego z równowagi. Jego oczy lśniły, kły nagle znalazły się zaledwie
kilka centymetrów od szyi Carlosa, a spojrzenie wyrażało… pustkę. To było
coś więcej niż tylko gniew – rodzaj szału, który nie powinien mieć miejsca.
– Mickey… –
zaczął i zaraz urwał, całym sobą czując, że popełnił błąd. O wiele
rozsądniej byłoby milczeć.
– Ty…
Ich
spojrzenia się spotkały i to wystarczyło, by Carlos poczuł się jeszcze
gorzej. Gdyby na miejscu Michaela znalazł się Jason, może nawet nie byłby
zaskoczony. W przeszłości walczyli ze sobą wielokrotnie, często nawet bez
powodu, choć w większości przypadków wina leżała po jego stronie. Kolejna
szarpanina z irytującym bratem nie byłaby niczym nowym, niezależnie od
okoliczności, w jakich by się znaleźli.
Ale to był
Michael. I to w gruncie rzeczy zmieniało wszystko.
– Zaatakował
mnie – usłyszał melodyjny, pełen fałszywego smutku głos Skyler. – Najpierw
zostawił, a teraz próbował zabić.
– Ja wcale
nie…
–
Zaatakował – powtórzyła z uporem demonica. Przez moment przyjemny dla ucha
sopran faktycznie brzmiał tak, jakby należał do Eleonory. – Ale jestem tutaj. Michaelu,
proszę – dodała i choć nie zasugerowała tym niczego konkretnego, te słowa w zupełności
wystarczyły.
Twarz Michaela
wykrzywił grymas, tym samym uprzytomniając sobie, że nie miał wyboru. Udało mu
się nawet oswobodzić rękę i wykorzystać nieuwagę brata, by porządnie
przyłożyć mu w twarz, ale to nie pomogło. Wręcz przeciwnie – gniewne
warknięcie wystarczyło, by rozjuszyć mężczyznę jeszcze bardziej.
–
Wpuszczenie cię do mojego domu było największym błędem, jaki popełniłem –
usłyszał i choć jakaś jego cząstka zdawała sobie sprawę z tego, że
żadnego z tych słów jego brat nie wypowiedział w pełni świadomie,
poczuł się tak, jakby Michael właśnie go uderzył.
Jakby tego
było mało, nie był w stanie zaprotestować. Tych kilka słów zmieniło wszystko,
a potem…
– Carlos!
Spodziewał się
wielu rzeczy, ale nie tego, że w całym tym zamieszaniu nagle usłysz głos
Mary. To było tak, jakby ktoś nagle wcisnął przycisk stop. Michael zamarł, zresztą
tak jak i obserwująca ich do tej pory Skyler. Poruszając się trochę jak w transie,
Carlos z niejakim niedowierzaniem spojrzał na dziewczynę, mimowolnie zastanawiając
się nad tym, jakim cudem umknął mu dźwięk nadjeżdżającego auta. Tym bardziej
nie pojmował, dlaczego to akurat Mary wypadła w samochodu jako pierwsza,
bezceremonialnie rzucając się ku niemu.
Skończona kretynka, przeszło mu przez
myśl.
Nie zdołał
dodać niczego więcej.
Z jego
perspektywy Mary poruszała się jakby w zwolnionym tempie. Wyglądała przy
tym na zdecydowanie zbyt ślamazarną i bardzo nieporadną – ludzką pod każdym
możliwym względem, zupełnie jakby w każdej chwili mogła potknąć się o własne
nogi. W pewnym momencie niemalże do tego doszło, chociaż dziewczynie w porę
udało się odzyskać równowagę. Na krótką chwilę spojrzała na ziemię, a jej
oczy rozszerzyły się, kiedy jej uwagę przykuło coś porzuconego w trawie.
Nóż. Natychmiast
po niego sięgnęła, choć nawet ze srebrną bronią była równie bezbronna, co i dziecko.
Skyler
wydawała się tylko na to czekać.
To były
ułamki sekund. Pauza minęła, a świat gwałtownie przyśpieszył, nie dając
obecnym choćby chwili na zastanowienie nad tym, co się działo. Carlos zdołał
zauważyć wyłącznie drapieżny, niepokojący uśmiech, który po raz kolejny
wykrzywił twarz demonicy. To oraz jakby niedbały ruch ręką, którą tak po prostu
wyciągnęła ku Mary.
Dziewczyna
zatrzymała się tak gwałtownie, jakby nagle wpadła na jakaś niewidzialną ścianę.
Wszelakie emocje zniknęły z jej twarzy, kiedy pustym wzrokiem spojrzała wprost
na obserwującą ją Skyler. Dłoń, w której ściskała nóż, zadrżała nieznacznie,
ale nie upuściła broni.
W zamian
ruchem tak szybkim i precyzyjnym, jakby wcześniej robiła to wielokrotnie,
wykonała jedno, jedyne cięcie.
Ktoś
krzyknął, ale to działo się jakby poza nim – odległe i pozbawione
znaczenia. Carlos był gotów przysiąc, że warknął, jednak i to równie dobrze
mogło być tylko wyobrażeniem. Za drugim razem już prawie na pewno usłyszał rozdzierający
wrzask Alyssy, ale nie był w stanie się na nim skoncentrować. O wiele
lepiej w jego pamięci wyryło się coś zupełnie innego – zapach krwi, nienaturalnie
rozszerzone zielone oczy i moment, w którym srebrny nóż jednak wylądował
w trawie.
Mary zamarła,
przez chwilę po prostu tępo spoglądając w przestrzeń. Dopiero po chwili
sięgnęła do gardła, przyciskając palce do rany, z której jak na zawołanie
popłynęła krew – coraz więcej i więcej, znacząc ziemię u jej stóp.
Zaraz po tym dziewczyna osunęła się na kolana, bezskutecznie próbując zahamować
posokę, wypływającą z dopiero co własnoręcznie poderżniętego gardła. W jej
oczach pojawiło czyste przerażenie, gdy w pełni dotarło do niej, co
zrobiła.
A potem
wszelakie emocje wyparła pustka. W następnej sekundzie bez życia osunęła
się na ziemię, prawie jak marionetka, której ktoś poprzecinał sznurki.
Dookoła
zapanowała martwa cisza.
Dla Gabi. Bo ten cudny gif, bo inspiracja, bo wszystko.

ciach babkę w piach
OdpowiedzUsuńPrzepraszam, nie mogłam się powstrzymać. Czytałam ten kawałek i jestem nim oczarowana, a w dodatku taki ładny epilog został mi zadedykowany. Owwww. <3 Z czymś porządnym przyjdę innym razem , ale na pewno możesz się mnie tu spodziewać!
Tymczasem weny, weny, weny i jeszcze raz weny!<3
Ice<3