11 marca 2019

Epilog

Carlos
Chciał zaprotestować. Powiedzieć cokolwiek, zwłaszcza gdy sytuacja po raz kolejny wymknęła się spod kontroli. Och, wręcz przeciwnie – w ułamku sekundy wszystko skomplikowało się jeszcze bardziej, jakby mało było tego, że przez ostatnie godziny dosłownie odchodził od zmysłów, zadręczając Alyssą, Tori i… w zasadzie wszystkim na raz.
Odnalezienie dziewczyny okazało się prostsze niż mógłby przypuszczać. Jakby tego było mało, nagle odkrył pomiędzy nimi ten specyficzny rodzaj więzi, z którego do tej pory nie zdawał sobie sprawy – nie w takim stopniu. Niejednokrotnie słyszał, że między wampirem a jego stwórcą pojawiał się dość specyficzny rodzaj relacji, jednak dopiero w tamtej chwili w pełni dotarło do niego, co to tak naprawdę oznaczało. Co więcej, choć dzięki temu w końcu udało mu się dotrzeć do Ali, odszukanie jej niczego nie ułatwiło.
– Przepraszam bardzo – wycedził przez zaciśnięte zęby – ale co…?
Nie miał okazji, żeby dokończyć. Coś w spojrzeniu i zachowaniu dziewczyny wystarczyło, żeby zamknąć mu usta, na domiar złego wzbudzając w Carlosie ostatnie, czego mógłby się spodziewać. Niepokój, który nagle poczuł, wytrącił go z równowagi, zwłaszcza że wampir zdecydowanie nie przywykł do tego, żeby się bać. Strach był mu obojętny, a przynajmniej przez większość czasu trwał w przekonaniu, że zdołał wyzbyć się słabości raz na zawsze.
Mylił się. Alyssa uprzytomniła mu to w aż nazbyt dobitny sposób…
Albo raczej Ariana, bo im dłużej obserwował tę dziewczynę, tym wyraźniej dostrzegał zmianę, która w niej zaszła. To było coś więcej niż wcześniej, gdy przeszłe wcielenie przejmowało nad nią kontrolę. W tamtej chwili była w pełni świadoma i zdecydowana, choć zarazem wciąż przypominała mu zagubioną dziewczynkę, która nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co robi.
Obserwował ją, kiedy szybkim krokiem ruszyła ku autu. Poruszała się szybko i z gracją, której mogłaby pozazdrościć jej niejedna wampirzyca. Bezceremonialnie zajęła miejsce od strony kierowcy, nie zadając ani zbędnych pytań, ani tym bardziej nie trudząc się wyjaśnieniami. Miała cel, który nade wszystko pragnęła zrealizować, choć Carlos mógł co najwyżej zgadywać, co takiego chodziło jej w tamtej chwili po głowie.
– Hej – obruszył się Alexander. To on jako pierwszy odzyskał głos. – Nie wiem, co tu się dzieje i gdzie znów się wybieramy, ale…
– Kluczyki.
Mężczyzna zesztywniał, przez moment spoglądając na przyjaciółkę tak, jakby widział ją po raz pierwszy. Władcza nuta, która jak na zawołanie wkradła się do jej głosu, wytrąciła z równowagi wszystkich – i to łącznie z Carlosem, chociaż miał już okazję, by doświadczyć czegoś podobnego. Aż za dobrze pamiętał w jaki sposób czarowała Alexandra, gdy zaraz po starciu ze Skyler nakazała mu po prostu odjechać i o wszystkim zapomnieć.
Tym razem nie próbowała stosować wpływu. Nic na to nie wskazywało, a jednak mężczyzna i tak zamilkł, po czym posłusznie podszedł do Ali, by spełnić jej polecenie.
Carlos wyczuł ruch, gdy Nicholas również ruszył się z miejsca. Jak gdyby nigdy nic przemknął tuż obok niego, zdecydowanym krokiem podążając w ślad za Alyssą. Wampir zacisnął usta, nagle sfrustrowany, zwłaszcza że w ruchach chłopaka zauważył coś, co momentalnie dało mu do myślenia. To, że ten miał na ubraniu krew, również mówiło samo za siebie.
– Wiedziałem, że coś z tobą nie tak – oznajmił, a Nicholas przystanął i spojrzał na niego z zaciekawieniem.
– Ale teraz się chwalisz czy żalisz, bo nie bardzo rozumiem? – Potrząsnął głową. – Zresztą to teraz nieważne. Najdroższa… – zwrócił się do Alyssy.
Coś w wyrazie twarzy dziewczyny złagodniało, zaraz też przeniosła na Nicholasa wzrok. Jej oczy wydawały się nienaturalnie wręcz duże i ciemniejsze niż do tej pory.
– Musimy wracać do domu – powtórzyła, w tamtej chwili brzmiąc bardziej jak dziecko,  a nie pewna swoich decyzji królowa.
– Ależ wierzę. – Nicholas nawet się nie zawahał. – Ale co z…?
Nie dokończył, ale wymowne spojrzenie na towarzyszących im ludzi wystarczyło, by uprzytomnić Alyssie o co pytał. Jakby tego było mało, gdy do Carlosa dotarło, że to pytanie niejako dotyczyło również jego, dosłownie się w nim zagotowało. Zazgrzytał zębami, momentalnie jeszcze bardziej poirytowany. Na domiar złego uprzytomnił sobie, że już od dłuższego czasu zaciskał dłonie w pieści – a konkretnie najpewniej od chwili, w której z ust Nicholasa padło pierwsze „najdroższa”.
Coś nam umknęło, pomyślał mimochodem. W tamtej chwili miał ochotę wywrócić oczami. Czegoś nam nie mówisz, co?
Nie zadał żadnego z tych pytań na głos, chociaż miał ochotę. W zamian z uporem wpatrywał się w podrygującą nerwowo na fotelu pasażera Alyssę.
– To chyba oczywiste, że jedziemy z wami! Ali, co się dzieje? – usłyszał i to wystarczyło, żeby wyrwać go z zamyślenia.
Głos Mary go zaskoczył, choć zdążył przywyknąć do pobrzmiewającego w tonie dziewczyny zdecydowania. Chyba nawet mu się to podobało – ta bezpośredniość z jaką podchodziła nawet do istot, które z łatwością mógłby przetrącić jej kark. W tamtej chwili ta siła aż od niej biła, dokładnie jak w momencie, w którym Carlos miał okazję poznać ją po raz pierwszy w bardziej osobisty, oficjalny sposób. Wtedy też stała przed nim, próbując maskować strach i mówiąc rzeczy, które nie przeszłyby jej przez gardło, gdyby jej instynkt samozachowawczy działał jak trzeba.
Co nie zmieniało faktu, że Mary się bała. Nie miał pojęcia czy to coś właściwego studentce dziennikarstwa, ale za to był gotów przysiąc, że dziewczyna bez trudu wychwyciła zmianę, która zaszła w Alyssy. Obserwowała ją w czujny, nieufny sposób, mrużąc oczy tak, jakby w ten sposób miała szansę zauważyć coś więcej. Jakkolwiek by jednak nie było, zachowała wszelakie uwagi dla siebie, w zamian z uporem podążając za przyjaciółką.
Policjant nie odezwał się nawet słowem. To jego milczenie zaczynało Carlosa drażnić, zwłaszcza że zdążył się przekonać, że facet miał wystarczająco mocne nerwy, by wymachiwać nabita srebrem bronią.
– Nie wyjaśnię wam niczego – oznajmiła wprost Alyssa. – Ani nie zagwarantuję. Możecie co najwyżej mi zaufać, ale…
– Przyjechałam tu z Carlosem. Jakiego dowodu zaufania jeszcze potrzebujesz?
Prychnął, choć nikt nie zwrócił na niego większej uwagi. Przecież sama tego chciała! Popędziła za nim jak ostatnia naiwna, choć z równym powodzeniem mógł poprowadzić ją na śmierć. Jeśli teraz śmiała mieć o cokolwiek pretensje…
– Mieliśmy jechać – wtrącił Alexander. Jego głos zabrzmiał nienaturalnie spokojnie, choć bijące od mężczyzny emocje jasno dały Carlosowi do zrozumienia, że daleko było mu do takiego stanu. – Na pewno chcesz prowadzić czy jednak mam się tym zająć, co?
– Alex…
– Później będziesz mi się spowiadać – uciął stanowczo.
To wystarczyło. Tyle przynajmniej wywnioskował, kiedy Alyssa z przeciągłym westchnieniem i podejrzanie wilgotnymi oczyma, w pośpiechu przesunęła się na fotel pasażera. Drzwi trzasnęły, kiedy policjant w pośpiechu zajął  miejsce za kierownicą, już na wstępie odpalając silnik. Dopiero ten dźwięk otrzeźwił Carlosa na tyle, by uprzytomnić mu, że wciąż tkwił na środku jezdni, biernie obserwując sytuację. Nie zarejestrował momentu, w którym Nicholas i Mary zniknęli na tylnym siedzeniu, niejako zostawiając go samego. Myślami wciąż był przy Alyssy, jej zachowaniu i poczuciu, że sytuacja w każdy możliwy sposób wymykała się spod kontroli.
– Niech to szlag – wyrwało mu się.
Błyskawicznie przemknął na tył auta, bezceremonialnie wślizgując się na miejsce u boku Mary. Wyczuł, że zesztywniała, kiedy przypadkiem otarł się o jej ramię. Siedzący po drugiej stronie dziewczyny Nicholas rzucił mu bliżej nieokreślone spojrzenie, ale nie odezwał się nawet słowem. Całą uwagę wydawał się poświęcać Alyssie.
Samochód ruszył z piskiem opon, zawracając tak gwałtownie, że nawet wampir poczuł się nieswojo. Wymownie zerknął na Alexa, ale ten wydawał się doskonale wiedzieć, co robi. Z drugiej strony, być może oszalał, ale i to nie byłoby zaskoczeniem.
W końcu to taki dobry pomysł, by posadzić za kółkiem zszokowanego człowieka…
– Już myślałam, że zostajesz – doszedł Carlosa cichy, wyprany z jakichkolwiek emocji głos. Ali na niego nie patrzyła, ale wiedział, że te słowa były skierowane bezpośrednio do niego.
– A mam wybór? – rzucił bez przekonania. – Nie wiem, co znów sobie umyśliłaś, księżniczko, ale…
– Tym razem to ja oczekuję, że ty będziesz przytakiwał na wszystko, co robię – przerwała mu chłodno. – Ja robiłam to wystarczająco długo. Teraz ty możesz poczekać na wyjaśnienia.
– To jakaś twoja zemsta czy jak? – obruszył się. – Masz taki mętlik w głowie, a jednak…
– Czujesz to? – W końcu obejrzała się na tyle, by na niego spojrzeć. Jej oczy wydawały się lśnić. – Jesteś moim stwórcą. I to w gruncie rzeczy tłumaczy wszystko.
– Ale…
– Trzy ugryzienia – oznajmiła z naciskiem. – Ty to powiedziałeś… A Eleonora przejęła twoje obowiązki. Oboje wiemy, co to oznacza.
Momentalnie poczuł się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił go czymś ciężkim po głowie. Zrozumiał, a przynajmniej tak mu się wydawało. Jakby tego było mało, sam nie potrafił stwierdzić, co bardziej wytrąciło go z równowagi – słowa Alyssy czy może…
Niech to szlag.
Nie odezwał się więcej nawet słowem. Ignorując ciszę, która jak na zawołanie zapanowała w samochodzie, instynktownie sięgnął do kieszeni kurtki. Czuł, że Mary obserwowała go przez cały czas, kiedy wyjął telefon i pośpiesznie wysłał krótkiego SMS-a. Nie miał pewności, co tak naprawdę wyczuła Alyssa, ale miał coraz więcej wątpliwości. Złe przeczucia dręczyły go przez cały ten czas i choć nie potrafił stwierdzić, dokąd to wszystko prowadziło, wolał dmuchać na zimne.
Nie dostał odpowiedzi. Nie miał pewności czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie, ale…
Potrząsnął głową. Chwilę jeszcze wpatrywał się w telefon, po chwili wahania decydując się wybrać numer Jasona. Zaklął, kiedy brat odrzucił połączenie, choć to nie wydało mu się dziwne. Mógł od razu spróbować z Michaelem, ale i tym razem doczekał się wyłącznie sygnału wołania. Z jednej strony mógł spodziewać się, że będą go ignorować, ale i tak nagle poczuł się jeszcze bardziej zaniepokojony.
Z trudem powstrzymując się od ciśnięcia komórka, nagląco spojrzał na Alexandra.
– Pośpiesz się – warknął.
Niewiele pomogło, ale to nie miało znaczenia. To, że nadal niczego nie rozumiał, tym bardziej.
Był gotów przysiąc, ze minęła cała wieczność, zanim znaleźli się na znajomej, otoczonej drzewami drodze. W gruncie rzeczy Carlos był bliski stwierdzenia, że przez cały ten czas się cofali, nie zaś sukcesywnie przesuwali naprzód. Dłoń wciąż nerwowo zaciskał na klamce, gotów w każdej chwili wypaść na zewnątrz i… zrobić cokolwiek.
To przypominało pewien odległy dzień, który tak bardzo chciał wyrzucić z pamięci. Gdyby tamtego wieczora przybył chociaż chwilę wcześniej…
– Carlos!
Nie miał pewności, kto tak naprawdę wypowiedział jego imię. Bezceremonialnie otworzył drzwiczki, po czym dosłownie wyskoczył na zewnątrz, lądując na lekko ugiętych nogach. Nie dał sobie czasu na sprawdzanie, w jaki sposób na ten ruch zareagowali pozostali. Od razu rzucił się do biegu, z niejaką ulgą przyjmując to, że dzięki temu mógł poruszać się o wiele szybciej i bardziej swobodnie niż ściśnięty na tylnym siedzeniu pędzącego samochodu.
Właściwie sam nie był pewien, czego spodziewał się, gdy w napięciu pędził ku rodzinnej posiadłości. Zgliszczy? Blasku płomieni albo krzyków, które świadczyłyby o tym, że się spóźnił? Zapachu krwi, która…
Nic podobnego. Dookoła panowała wyłącznie martwa cisza.
A potem w końcu wypadł spomiędzy drzew i je zobaczył.
To szloch Nadii doszedł do niego w pierwszej kolejności. Zauważył ją w pobliżu domu – drżącą i wtuloną w drugą, aż nazbyt znajomą Carlosowi kobietę. Stały tam razem, obie jasnowłose i na pierwszy rzut oka mogące uchodzić za siostry albo matkę i córkę. Na pierwszy rzut oka przypominało to uroczy obrazek z jakiegoś filmu, który właśnie zmierzał ku szczęśliwemu zakończeniu. W momencie, w którym do wampira dotarło, kogo tak naprawdę widział, sam był bliski temu, żeby w to uwierzyć – że może jakimś cudem… zupełnym przypadkiem…
Niepokój zniknął równie nagle, co wcześniej się pojawił. Carlos zamarł, po prostu stojąc i będąc naprawdę bliskim tego, żeby roześmiać się w przypływie ulgi. Czy to w ogóle było możliwe? Pędzili na złamanie karku tylko po to, żeby przywitać ni mniej, ni więcej, ale cud? Wszystko na to wskazywało i to wystarczyło, by kamień dosłownie spadł wampirowi z serca. Przez krótką chwilę wszystko było na swoim miejscu, a on naprawdę poczuł ulgę – pierwszy raz od lat, choć nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek do tego dojdzie.
Tyle że coś było nie tak. Nie miał pewności co, ale…
Właśnie wtedy podchwycił spojrzenie obejmującej Nadię kobiety i czar prysł. Carlos poczuł się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił go czymś ciężkim po głowie – na tyle mocno, by go otrzeźwić. Rozluźnienie minęło, wyparte przez czyste przerażenie, choć wampir z wprawą zignorował strach. Natychmiast przybrał pozycję obronną i wysunął kły, napinając mięśnie i szykując się do ataku. Z głębi jego gardła wyrwał się ostrzegawczy, przypominający raczej dźwięk wydawany przez dzikie zwierzę charkot niż cokolwiek innego.
Telefon. Dobrze pamiętał, co oznaczała krótka rozmowa, którą odbył, kiedy Tori…
Och, jak mógł zapomnieć…?
– Odsuń się od niej!
Nadia zesztywniała, gdy dotarło do niej, że coś było nie tak. Zapłakanymi oczyma spojrzała na Eleonorę albo raczej to, co tylko na pierwszy rzut oka ją przypominało. Wampirzyca otworzyła usta, jakby chcąc o coś zapytać, ale nie miała po temu okazji, nagle bezceremonialnie odrzucona przez swoją dotychczasową pocieszycielkę. Z jękiem wpadła na ścianę domu, po czym z wolna osunęła się na ziemię, najwyraźniej zbyt oszołomiona, by zdobyć się na jakąkolwiek reakcję.
W chwili, w której Carlos zaatakował, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Nie-Eleonora błyskawicznie uskoczyła, by uciec z zasięgu jego rąk. Poruszała się szybko i z gracją jakże właściwą dla nieśmiertelnych. Wszelakie wymuszone oznaki troski zniknęły z jej twarzy, gdy w końcu pozwoliła sobie na to, by przestać grać. W zamian uśmiechnęła się w drapieżny, aż nazbyt znajomy sposób – równie charakterystyczny co i wtedy, gdy widzieli się po raz ostatni, gdy jeszcze zajmowała w pełni ludzkie ciało.
Skyler w końcu znalazła swoje idealne naczynie.
– Dobry wieczór, Carlos.
Miał zaledwie ułamek sekundy na unik, kiedy to ona zaatakowała. Coś zabłysło w jej dłoniach, ale nie miał czasu, by się nad tym zastanawiać. Uskoczył, po czym w pośpiechu chwycił ją za nadgarstek, kiedy zamachnęła się na niego po raz kolejny, szykując do zadania kolejnego ciosu. Zdecydowanym ruchem wykręcił jej rękę, bynajmniej nie czując satysfakcji, kiedy doszedł go dźwięk pękającej kości. Skyler zaklęła, kiedy nóż wysunął jej się z dłoni, lądując gdzieś w trawie.
Próbując ignorować to, że przed sobą miał kogoś o wyglądzie słodkiej, niewinnej Eleonory, Carlos zamachnął się, jednym ciosem odrzucając od siebie przeciwniczkę. Nachylił się, chcąc sięgnąć po ostrze, choć kontakt ze srebrem zdecydowanie nie należał do przyjemnych doświadczeń. Czuł, że kruszec dosłownie palił jego skórę, ale i tak przymusił się do zaciśnięcia palców na rękojeści. Skoro Skyler dała radę posługiwać się bronią, on tym bardziej był wystarczająco silny, zresztą wszystko wydawało się lepsze od walki z pustymi rękami. Gdyby do tego wszystkiego udało mu się trafić…
– Jak ty śmiesz!
Uderzenie w plecy dosłownie pozbawiło go tchu. Ostrze kolejny raz zniknęło w ciemności, kiedy Carlos poluzował uścisk, instynktownie próbując zamortyzować upadek. Nagle wylądował na ziemi, świadom wyłącznie gniewnego warkotu, który usłyszał tuż przy uchu, gdy cudze ciało przycisnęło go do podłoża. Natychmiast spróbował strząsnąć z siebie przeciwnika i nawet udało mu się przewrócić na plecy, ale prawie natychmiast tego pożałował.
Nigdy wcześniej nie widział Michaela w takim stanie. Nawet wtedy, gdy ten rzucił się na niego w pięściami w salonie, nie wyglądał na aż tak wytrąconego z równowagi. Jego oczy lśniły, kły nagle znalazły się zaledwie kilka centymetrów od szyi Carlosa, a spojrzenie wyrażało… pustkę. To było coś więcej niż tylko gniew – rodzaj szału, który nie powinien mieć miejsca.
– Mickey… – zaczął i zaraz urwał, całym sobą czując, że popełnił błąd. O wiele rozsądniej byłoby milczeć.
– Ty…
Ich spojrzenia się spotkały i to wystarczyło, by Carlos poczuł się jeszcze gorzej. Gdyby na miejscu Michaela znalazł się Jason, może nawet nie byłby zaskoczony. W przeszłości walczyli ze sobą wielokrotnie, często nawet bez powodu, choć w większości przypadków wina leżała po jego stronie. Kolejna szarpanina z irytującym bratem nie byłaby niczym nowym, niezależnie od okoliczności, w jakich by się znaleźli.
Ale to był Michael. I to w gruncie rzeczy zmieniało wszystko.
– Zaatakował mnie – usłyszał melodyjny, pełen fałszywego smutku głos Skyler. – Najpierw zostawił, a teraz próbował zabić.
– Ja wcale nie…
– Zaatakował – powtórzyła z uporem demonica. Przez moment przyjemny dla ucha sopran faktycznie brzmiał tak, jakby należał do Eleonory. – Ale jestem tutaj. Michaelu, proszę – dodała i choć nie zasugerowała tym niczego konkretnego, te słowa w zupełności wystarczyły.
Twarz Michaela wykrzywił grymas, tym samym uprzytomniając sobie, że nie miał wyboru. Udało mu się nawet oswobodzić rękę i wykorzystać nieuwagę brata, by porządnie przyłożyć mu w twarz, ale to nie pomogło. Wręcz przeciwnie – gniewne warknięcie wystarczyło, by rozjuszyć mężczyznę jeszcze bardziej.
– Wpuszczenie cię do mojego domu było największym błędem, jaki popełniłem – usłyszał i choć jakaś jego cząstka zdawała sobie sprawę z tego, że żadnego z tych słów jego brat nie wypowiedział w pełni świadomie, poczuł się tak, jakby Michael właśnie go uderzył.
Jakby tego było mało, nie był w stanie zaprotestować. Tych kilka słów zmieniło wszystko, a potem…
– Carlos!
Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego, że w całym tym zamieszaniu nagle usłysz głos Mary. To było tak, jakby ktoś nagle wcisnął przycisk stop. Michael zamarł, zresztą tak jak i obserwująca ich do tej pory Skyler. Poruszając się trochę jak w transie, Carlos z niejakim niedowierzaniem spojrzał na dziewczynę, mimowolnie zastanawiając się nad tym, jakim cudem umknął mu dźwięk nadjeżdżającego auta. Tym bardziej nie pojmował, dlaczego to akurat Mary wypadła w samochodu jako pierwsza, bezceremonialnie rzucając się ku niemu.
Skończona kretynka, przeszło mu przez myśl.
Nie zdołał dodać niczego więcej.
Z jego perspektywy Mary poruszała się jakby w zwolnionym tempie. Wyglądała przy tym na zdecydowanie zbyt ślamazarną i bardzo nieporadną – ludzką pod każdym możliwym względem, zupełnie jakby w każdej chwili mogła potknąć się o własne nogi. W pewnym momencie niemalże do tego doszło, chociaż dziewczynie w porę udało się odzyskać równowagę. Na krótką chwilę spojrzała na ziemię, a jej oczy rozszerzyły się, kiedy jej uwagę przykuło coś porzuconego w trawie.
Nóż. Natychmiast po niego sięgnęła, choć nawet ze srebrną bronią była równie bezbronna, co i dziecko.
Skyler wydawała się tylko na to czekać.
To były ułamki sekund. Pauza minęła, a świat gwałtownie przyśpieszył, nie dając obecnym choćby chwili na zastanowienie nad tym, co się działo. Carlos zdołał zauważyć wyłącznie drapieżny, niepokojący uśmiech, który po raz kolejny wykrzywił twarz demonicy. To oraz jakby niedbały ruch ręką, którą tak po prostu wyciągnęła ku Mary.
Dziewczyna zatrzymała się tak gwałtownie, jakby nagle wpadła na jakaś niewidzialną ścianę. Wszelakie emocje zniknęły z jej twarzy, kiedy pustym wzrokiem spojrzała wprost na obserwującą ją Skyler. Dłoń, w której ściskała nóż, zadrżała nieznacznie, ale nie upuściła broni.
W zamian ruchem tak szybkim i precyzyjnym, jakby wcześniej robiła to wielokrotnie, wykonała jedno, jedyne cięcie.
Ktoś krzyknął, ale to działo się jakby poza nim – odległe i pozbawione znaczenia. Carlos był gotów przysiąc, że warknął, jednak i to równie dobrze mogło być tylko wyobrażeniem. Za drugim razem już prawie na pewno usłyszał rozdzierający wrzask Alyssy, ale nie był w stanie się na nim skoncentrować. O wiele lepiej w jego pamięci wyryło się coś zupełnie innego – zapach krwi, nienaturalnie rozszerzone zielone oczy i moment, w którym srebrny nóż jednak wylądował w trawie.
Mary zamarła, przez chwilę po prostu tępo spoglądając w przestrzeń. Dopiero po chwili sięgnęła do gardła, przyciskając palce do rany, z której jak na zawołanie popłynęła krew – coraz więcej i więcej, znacząc ziemię u jej stóp. Zaraz po tym dziewczyna osunęła się na kolana, bezskutecznie próbując zahamować posokę, wypływającą z dopiero co własnoręcznie poderżniętego gardła. W jej oczach pojawiło czyste przerażenie, gdy w pełni dotarło do niej, co zrobiła.
A potem wszelakie emocje wyparła pustka. W następnej sekundzie bez życia osunęła się na ziemię, prawie jak marionetka, której ktoś poprzecinał sznurki.
Dookoła zapanowała martwa cisza.
Dla Gabi. Bo ten cudny gif, bo inspiracja, bo wszystko.

1 komentarz:

  1. ciach babkę w piach

    Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać. Czytałam ten kawałek i jestem nim oczarowana, a w dodatku taki ładny epilog został mi zadedykowany. Owwww. <3 Z czymś porządnym przyjdę innym razem , ale na pewno możesz się mnie tu spodziewać!
    Tymczasem weny, weny, weny i jeszcze raz weny!<3

    Ice<3

    OdpowiedzUsuń