11 lutego 2018

Rozdział LVII

Alyssa
Dookoła panowała cisza, ale to jej nie przeszkadzało. W milczeniu szła przed siebie, raz po raz spoglądając na towarzyszącego jej Carlosa. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem widziała go aż do tego stopnia poważnego i skoncentrowanego za razem. Oboje byli podenerwowani i to wydawało się oczywiste, choć podejrzewała, że każde z nich miało zupełnie inny powód do takiego zachowania.
W przeszłości nigdy nie zyskała okazji, żeby wyjeżdżać poza stan Waszyngton. Do rodzinnego domu nie miała wcale tak daleko, a podróż do Seattle stanowiła całkiem przyjemne ubarwienie dotychczasowego życia. Wyjazd na studia był chyba najlepszym, co mogło ją spotkać za ludzkiego życia, choć naturalnie nigdy dotąd nie widziała powodu, by ująć to w tak bezpośredni sposób. Nie chodziło o to, że mogłaby kogokolwiek urazić, tym bardziej, że poza Jimiem opinia kogokolwiek nieszczególnie ją obchodziła, zwłaszcza gdyby chodziło o Dianę – jej przybraną matkę – ale dotychczas nie działo się nic aż tak szczególnego uwagi, żeby mogła się tym przesadnie ekscytować.
W przypadku Nowego Jorku było inaczej.
Myśląc o podjętych decyzjach, wciąż nie docierało do niej to, że mogłaby ot tak zdecydować się na to, żeby zaufać Carlosowi Sorenti. Gdyby sytuacja była choć odrobinę normalniejsza, pewnie w odpowiedzi na historyjkę o mieczu archanioła i wszystkim tym, co wiązało się z jego wyjątkowym działaniem, co najwyżej wymownie popukałaby się w czoło i kazała wampirowi iść do diabła. Nigdy nie była szczególnie przesądna, a jakiekolwiek legendy nie robiły na niej jakiegoś szczególnego wrażenia. Tym większym zaskoczeniem było dla Alyssy to, co miało miejsca podczas rozmowy z wampirem, kiedy po raz kolejny straciła nad sobą kontrolę, mówiąc i robiąc rzeczy, których w najmniejszym nawet stopniu by się po sobie nie spodziewała. Nie potrafiła jednoznacznie określić stanu, w którym się wtedy znajdowała, ale jedno wydawało się aż nazbyt oczywiste: to nie było normalne, a Ali po raz kolejny doświadczyła czegoś niejasnego, co mogła skojarzyć tylko i wyłącznie z obecnością Ariany, choć jeszcze kilka miesięcy wcześniej byłaby gotowa wyśmiać każdego, kto wspomniałby jej o podobnych niesamowitościach.
Jakkolwiek by nie było, jakaś jej cząstka chłonęła każde kolejne słowo Carlosa, uznając je za prawdę. Tym razem nie zemdlała, a tym bardziej nie doznała wspomnień swojego innego wcielenia, ale w pamięci wciąż miała obrazy, które zapamiętała ze swojego pierwszego polowania, kiedy widziała jasnowłosą piękność, dzierżącą w dłoniach ciężki miecz. Nadal nie miała dostępu do wspomnień, które choć po części tłumaczyłyby, co takiego skłoniło Arianę do zwrócenia się przeciwko ojcu, ale to nie powstrzymywało ją przed wiarą w to, że jej stwórca mówił prawdę. Coś bez wątpienia było na rzeczy i choć w pierwszym odruchu miała ochotę odprawić Carlosa z kwitkiem, każąc mu poszukać innej idiotki, która impulsywnie zgodziłaby się na wyjazd do Nowego Jorku, jej dusza wydawała się wyrywać do tego miejsca – i do miecza, który chyba naprawdę pamiętała, choć jednocześnie zdawała sobie sprawę z tego, że bez wątpienia miała go w rękach.
To nie miało sensu, ale czy w ogóle powinna tracić czas, by się go doszukiwać? Coś było nie tak, zresztą już dawno ustaliła, że Carlos w jakiś pokrętny sposób dysponował informacjami, które mogły okazać się dla niej kluczowe. To od niej zależało, co takiego zrobi z tą wiedzą, nawet jeśli w wielu przypadkach pomysły proponowane do wampiry stanowiły dość dyskusyjną kwestię, względem której bardzo ciężko było jej odpowiednio się odnieść.
Tak było w przypadku propozycji wyjazdu do Nowego Jorku, choć tym razem opór wcale nie miał związku z jej osobą. Mogła przewidzieć, że Sorenti nie będą zachwyceni, stawiając sprawę dość jasno i to pomimo nieobecności Michaela. Podejrzewała, że wampir w zupełnie inny sposób rozmawiałby ze swoim, który ostatecznie musiał zadowolić się reakcją Jasona, który jednoznacznie dał mu do zrozumienia, że nie ma na co liczyć. Bronił jej i Ali to czuła, ale tym razem nie potrafiła być mu z tego powodu wdzięczna. Po pierwsze, nie potrzebowała tego, aż nazbyt dobrze widząc, że ten jeden raz bez trudu zdołałaby poradzić sobie z Carlosem. A po drugie…
Och, nie chciała ot tak tego przyznawać, ale niezleżenie od tego, jak niedorzecznie to brzmiało, tym razem naprawdę chciała ulec. Miała wrażenie, że ten wyjazd jest istotny, mogąc wytłumaczyć wszystko, co dręczyło ją przez cały ten czas, więc tym bardziej nie potrafiła ot tak z niego zrezygnować – i to niezależnie od tego, komu w tym celu musiałaby zaufać.
Kiedy pojawiły się pierwsze oznaki oporu, była gotowa przysiąc, że Carlos wpadnie w furię. Tym większym zaskoczeniem było dla niej to, że wampir przyjął kolejne kontrargumenty ze spokojem, nawet jeśli podczas rozmowy wciąż pozostawał na swój sposób złośliwy. Zaraz po tym wyszedł, wykręcając się spacerem po okolicy, co w jego przypadku oczywiście mogło oznaczać tylko jedno: polowanie na nic nieświadome ludzkie istoty. Nie była tym zachwycona, ale już dawno przekonała się, że ograniczanie Carlosa jest porównywalne do porywania się z motyką na słońce – po prostu nie miało sensu. Jakby tego było mało, ona również miała ochotę protestować, ale wcale nie przeciwko wyjazdowi, a wręcz przeciwnie. Ariana (o ile w ogóle żyła w jej wnętrzu…) wydawała się domagać tego, żeby szukać miecza, entuzjastycznie reagując na wszystko, co w jakimkolwiek stopniu wiązało się z tą myślą. To sprawiało, że również Alyssa rwała się do wyjazdu, choć przez wzgląd na Sorentich i to, co podpowiadał jej zdrowy rozsądek, usiłowała udawać, że jest sceptycznie nastawiona do pomysłów Carlosa i że poczuła ulgę, kiedy ten tak po prostu się wycofał.
W nocy, która nastąpiła zaraz po rozmowie z wampirem, nie mogła spać. Dopiero później doszła do wniosku, że być może jakimś cudem już wtedy spodziewała się tego, że ten pojawi się w jej sypialni, zamierzając ponowić prośbę, która padła podczas wcześniejsze rozmowy. Początkowo planowała go wyśmiać i trwać przy tym, co z logicznego punktu widzenia wydało jej się najrozsądniejsze, szybko jednak okazało się, że taka możliwość nie wchodzi w grę. Bajka czy też nie, miecz archanioła ją kusił, nawet jeśli samej sobie nie potrafiła wytłumaczyć, jak bardzo niezwykłe miały okazać się jego właściwości. Czasami sama nie była pewna, co takiego działo się wokół niej naprawdę, a co pozostawało wyłącznie wyobrażeniem, to zresztą na dłuższą metę nie miało najmniejszego nawet znaczenia.
Najważniejsze było to, że ostatecznie nawet słowem nie odezwała się, kiedy po otwarciu oczu zauważyła przyczajonego w kącie jej sypialni Carlosa. Kiedy zakradł się do jej pokoju ostatnim razem wpadła w szał, tym bardzie, że trwała w przekonaniu, iż wampir jest martwy, jednak tym razem nic podobnego nie miało miejsca. W zamian jak gdyby nigdy nic poderwała się na równe nogi i – schowana za drzwiami szafy, w duchu modląca się o to, żeby ten nie był na tyle nieokrzesany, żeby się jej przyglądać – zaczęła szykować się do wyjścia do pogrążonego w ciszy miasta. Wiedziała, że go zaskoczyła, jednak nie zadawał zbędnych pytań, wyraźnie usatysfakcjonowany jej reakcją. Kiedy w jakiś kwadrans później wykradli się w domu, rzucając się do biegu, poczuła się naprawdę wolna, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe.
Carlos okazał się wyjątkowo dobrym towarzyszem podróży, milczącym i niezadającym zbędnych pytań. Podczas drogi przez las raz po raz przyłapywała się na tym, że przyglądał jej się z przesadną wręcz uwagą, zdecydowała się jednak nie komentować tego nawet słowem, bardziej przejęta tym, co oboje planowali zrobić. Miała wrażenie, że zaskakują siebie nawzajem, oboje zdystansowani, zdeterminowani i skoncentrowani na celu. Nie patrz się tak na mnie. To twój pomysł!, miała ochotę zawołać, jednak ostatecznie nie odezwała się nawet słowem, woląc nie ryzykować, że jednak mogliby się pokłócić. Jak znała siebie i – przynajmniej w teorii – również jego, takie podejście było najbezpieczniejsze ze wszystkich, nawet jeśli panująca wokół cisza stopniowo doprowadzała ją do szaleństwa.
Prawdziwy problem pojawił się, kiedy znaleźli się w mieście, ale i nad tym nie próbowała się zastanawiać. W Home panowały cisza i ciemność, wciąż jednak pozostawała obawa, że ktokolwiek mógłby ich zauważyć. Z drugiej strony, mimo wszystko ufała Carlosowi, posłusznie podążając za nim, by w pewnym momencie zrównać się z prowadzącym ją bocznymi drogami wampirem. Było tylko jedno miejsce, do którego mogli podążać i którego przy zdolnościach nieśmiertelnych mieli szansę dotrzeć w naprawdę szybkim tempie, o ile tylko nabraliby pewności, że są bezpieczni. Nie musiała pytać, by wiedzieć, że mieliby zbyt poważne problemy, gdyby zauważył ich jakiś śmiertelnik. Inna sprawa, że jakoś nie wątpiła w to, jak zareagowałby wtedy Carlos, zdecydowanie nie zamierzając przebierać w półśrodkach.
Cisza miała w sobie coś kojącego. Wyłącznie ona towarzyszyła im w trakcie długiej, prowadzącej przede wszystkim przez pobliskie lasy, drogi do Seattle. Pamiętała, że ostatnim razem pokonała ją samochodem, jedynie biernie obserwując przemykający za oknem krajobraz. Tym razem było zupełnie inaczej, a ona napawała się pędem, już nawet nie zastanawiając nad tym, że jako człowiek nie byłaby w stanie poruszać się w tak błyskawiczny sposób. Bieg uspokajał wręcz wywołując w niej czystą euforię, choć Alyssa nie przypuszczała nawet, że będzie w stanie doświadczyć czegoś podobnego. W tamtej chwili czuła między sobą a Carlosem przyciąganie, którego nie doświadczyła chyba nigdy dotąd. Nie musieli rozmawiać, by czuć się w swoim towarzystwie dobrze, zresztą po raz pierwszy wydawali się mieć jeden cel. Ali w żaden sposób nie potrafiła opisać tego, co strzeliło jej do głowy, skoro w ogóle wpadła na pomysł, żeby zaufać swojemu towarzyszowi, ale na dłuższą metę… Jaki właściwie cel mógłby mieć Sorenti w tym, żeby ją skrzywdzić? Od początku zdawała sobie sprawę z tego, że wiedział o niej więcej niż ktokolwiek innym, a teraz w końcu miała okazję, by się o tym przekonać.
Nie miała pojęcia, kiedy i jakim cudem którekolwiek z nich zorientowało się, że nie są sami. Oboje zatrzymali się niemalże w tym samym momencie, wbijając wzrok w przestrzeń pomiędzy drzewami i niecierpliwie czekając na pojawienie się intruza. W tamtej chwili w głowie Alyssy zrodziło się naprawdę wiele scenariuszy, łącznie z tym, że to tylko i wyłącznie efekt jej wyobraźni – i to nawet jeśli reakcja Carlosa stanowczo temu zaprzeczała. W zasadzie spodziewała się zobaczyć Jasona albo czujną, jak zwykle gotową zrobić im awanturę Nadię, która jakimś cudem zarejestrowała moment, w którym wykradli się z domu.
Tym większym zaskoczeniem zarówno dla niej, jak i jej towarzysza, było pojawienie się Eleonory – zdeterminowanej, skupionej i tak zaniepokojonej, że dotychczas pewna swoim planów Alyssa zapragnęła natychmiast wrócić do domu, byleby tylko nie martwić swojej opiekunki. Widok wampirzycy zaskoczył ją bardziej niż cokolwiek innego, sprawiając, że momentalnie zamarła, rozdarta między pragnieniem rzucenia się kobiecie w ramiona, a natychmiastową ucieczką, byleby nie musieć się nikomu z niczego tłumaczyć.
Inaczej sprawy miały się z Carlosem, który w odpowiedzi na obecność kobiety, jedynie westchnął przeciągle i z niedowierzaniem pokręcił głową.
– Na litość boską, czy naprawdę musisz mi to robić?! – zwrócił się do szwagierki. Wydął usta i przemieścił się tak gwałtownie, że przez moment miała wrażenie, iż jest skłonny rzucić się Eleonorze do gardła. – Co ty tutaj robisz, do cholery?!
– Oboje zachowywaliście się dziwnie – przyznała sama zainteresowana, ostrożnie dobierając słowa. – Miałam takie wrażenie… Zresztą nieważnie. – Energicznie pokręciła głową. – Co wy robicie? Michael…
– Jakbym chciał słuchać rad mojego braciszka, to nie czekałbym, aż wybędzie z domu – obruszył się Carlos.
– Domyśliłam się, ale i tak mi się to nie podoba – oznajmiła Eleonora. Wyrwał jej się cichy jęk, ten jednak nie zrobił na jej szwagrze najmniejszego nawet wrażenia. – Wróćcie do domu. Mówię poważnie, bo naprawdę…
Cokolwiek miała do dodania, Alyssa nie pozwoliła jej dokończyć.
– Nie – oznajmiła, samą siebie zaskakując zarówno odpowiedzią, jak i stanowczością, która pobrzmiewała w jej głosie.
W gruncie rzeczy nie musiała dodawać niczego więcej. Nie potrafiła stwierdzić, kogo zaskoczyła bardziej – Carlosa czy może Eleonorę – to zresztą nie miało najmniejszego nawet znaczenia. Wampirzyca zamilkła na dłuższą chwilę, mierząc dziewczynę wzrokiem i wydając się nad czymś intensywnie zastanawiać. Ali czuła się źle z tym, że w ogóle mogłaby się jej przeciwstawiać, nim jednak zdążyła dojść do wniosku, czy to ma jakikolwiek sens, wampirzyca z wolna skinęła głową, bardziej zdeterminowana niż kiedykolwiek wcześniej.
– W porządku – oznajmiła, a dziewczyna przez moment zmartwiła się tym, że ta jednak mogłaby pokusić się o skontaktowanie z mężem. Wiedziała, że Michael pewnie momentalnie wróciłby do domu, gdyby tylko miał pewność, że jego rodzina jest w jakikolwiek sposób zagrożona. – Jeśli macie pewność, róbcie co chcecie, ale jadę z wami.
Spoglądając na Carlosa, odniosła wrażenie, że tego za moment trafi szlag, nieśmiertelny jednak w porę nad sobą zapanował. Ostatecznie nie odezwał się nawet słowem, w zamian najzwyczajniej w świecie ruszając się z miejsca. Alyssa pobiegła za nim usiłując ignorować to, że Eleonora nie odstępowała ich nawet na krok. Z jakiegoś powodu nie próbowała ich zatrzymywać, nawet jeśli bez wątpienia nie była zachwycona tym, co planowali. Już w tamtej chwili Ali naszły złe przeczucia, których jednoznacznie nie potrafiła zinterpretować, zmusiła się jednak do tego, żeby milczeć. Jeśli wampirzyca chciała im towarzyszyć, nie miała prawa jej tego zabraniać, po chwili wahania dochodząc do wniosku, że to wcale nie było takim złym pomysłem. Prawda była taka, że przebywanie sam na sam z Carlosem zdecydowanie jej nie służyło, więc obecność kogoś neutralnego wręcz była jej na rękę.
Chyba nigdy dotąd nie była aż do tego stopnia podekscytowana jakąkolwiek podróżą. Kiedy znaleźli się w samolocie, czuła się jak dziecko, któremu ktoś oznajmił, że gwiazdka wypadała wyjątkowo wcześnie w tym roku. Nawet bliskość Carlosa nieszczególnie jej przeszkadzała, wręcz zaczynając sprawiać przyjemność. Wampir milczał, nie pytając o nic, ale była w stanie wyczuć, że był w równym stopniu podekscytowany, co i ona. Jedynie Eleonora sprawiała wrażenie zaniepokojonej, ale łatwo przychodziło im ignorowanie jej bliskości. Ali była gotowa przysiąc, że jej towarzysz wciąż miał nadzieję na to, że kobieta po prostu odpuści, szybko jednak przekonali się, że nieśmiertelna jest zbyt zaniepokojona, żeby pozwolić im wyjechać bez siebie. Carlos nie był zachwycony, jednak nie dał niczego po sobie poznać, jednak decydując się na kupno trzech biletów samolotowych. Żona Michaela wyraźnie nie spodziewała się takiego podejścia, jednak niezależnie od opinii i planów, ostatecznie weszła z nimi na pokład. Kiedy dodatkowo wzbili się w powietrze, wszyscy przekonali się, że już nie ma odwrotu, niezależnie od tego, co i w jakich okolicznościach mogłoby się wydarzyć.
Całą drogę myślała, rozdarta pomiędzy pragnieniem, żeby zamknąć oczy i spróbować zasnąć oraz zmuszaniem się do czuwania. Ludzka cząstka jej natury sprawiała, że w skrajnych wypadkach była zdolna do tego, by śnić, tym razem jednak nie potrafiła zmusić się do zamknięcia oczu. Bliskość Carlosa i narastający z każdą kolejną sekundą niepokój, wzbudzały w Alyssy całą mieszankę skrajnych emocji, których nie potrafiła określić i które za wszelką cenę próbowała ignorować. Wszystko będzie w porządku, powtarzała sobie z uporem, jednak w głowie miała pustkę, a jakaś jej cząstka wydawała się przeczuwać nadchodzące kłopoty. Niemalże wypatrywała tego, że cokolwiek pójdzie nie tak, po części marząc, żeby móc z kimkolwiek o tym porozmawiać i zarazem nie będąc w stanie się do tego zmusi. Rozmowa z Eleonorą nie wchodziła w grę, przede wszystkim dlatego, że nie miała pojęcia, jak powinna wytłumaczyć jej podjętą decyzję, nie wspominając o spokojnej dyskusji o tym, co działo się w jej wnętrzu. „Ariana uważa, że to dobry pomysł”? To nie brzmiało szczególnie dobrze, Ali zresztą wątpiła, by wampirzyca ot tak była w stanie jej postawę zrozumieć. Kiedy z kolei w grę wchodziła opinia Carlosa, obawiała się tego, że wampir mógłby zbagatelizować jej obawy albo wręcz domagać się skupienia na przeszłości i konkretnych wspomnieniach, a na to zdecydowanie nie była gotowa.
Poczuła się dziwnie, kiedy zaleźli się w wielkiej, popularnej metropolii, o której do tej pory wyłącznie słyszała w opowieściach i programach telewizyjnych. Nowy Jork, Manhattan… To wszystko było jej obce, choć i tak poczuła się wyjątkowo pewnie, kiedy okazało się, że dotarli na miejsce. Zdawała się na Carlosa, podświadomie czując, że ten już od dłuższego czasu przygotowywał się do wyjazdu i planował, gdzie w pierwszej kolejności powinni się udać, choć i to jawiło się jej jako istne szaleństwo. Nie potrafiła opisać tego, co tak naprawdę czuła, wciąż zaniepokojona i podekscytowana jednocześnie. To tutaj!, myślała i była gotowa przysiąc, że jej dusza aż rwała się do tego, by odszukać to, co było celem Carlosa, ale…
Co właściwie chciała osiągnąć? Czego chciała Ariana, która najpewniej już od kilku wcieleń próbowała zwrócić się przeciwko swojemu ojcu, dotychczas bezskutecznie, skoro oboje do tej pory chodzili po świecie, mając się całkiem dobrze? Nie miała pojęcia, a brak dostępu do tych najistotniejszych wspomnień coraz częściej ją drażnił, tym bardziej, że Carlos jednoznacznie dał jej do zrozumienia, że wszystko tak naprawdę zależy od niej. Co z tego, skoro pomimo tego, że tak bardzo chciała sobie przypomnieć, nadal nie pamiętała niczego?
– Mam pewniej pomysł, ale do tego potrzebuję wsparcia was obu. Jeśli zamierzacie protestować, po prostu zostańcie w hotelu – zapowiedział Carlos, niespokojnie krążąc po pokoju, który we trójkę zajęli. Musieli gdzieś się zatrzymać, a korzystnie usytuowany, renomowany hotel, które znaleźli w pobliżu lotniska, okazało się odpowiedni do tej roli. – Jeśli już uprzeć się nazywać rzeczy po imieniu, to planuję… małe włamanie, choć naturalnie nie mam na myśli korzyści materialnych.
– Nie rozumiem – przyznała Eleonora, a wampir wydał z siebie przeciągłe westchnienie, wyraźnie poirytowany sytuacją.
– Miecz jest w muzeum – przypomniał, siląc się na niemalże uprzejmy ton. – Może się nie znam, ale nie sądzę, żeby ktokolwiek dał nam go po dobroci, jeśli ładnie poprosimy.
Miał rację, choć jego słowa i tak nie brzmiały szczególnie entuzjastycznie. Alyssę nie opuszczały złe przeczucia, choć od dnia poznania prawdy przynajmniej nie słyszała niepokojących szeptów, które wypełniałyby jej umysł. Była sobą, przynajmniej teoretycznie, bo przecież właśnie próbowała zrobić coś, co dotychczasowej Ali nawet nie przyszłoby do głowy – i to niezależnie od tego, jak bardzo niezbędne wydawałyby się działania, które z takim zapałem planował Carlos. Być może oszalała, a może to on zwariował – nie wiedziała, to zresztą na dłuższą metę nie miało najmniejszego nawet znaczenia.
– Idę z tobą – zapowiedziała i zabrzmiało to o wiele pewniej, aniżeli początkowo mogłaby sądzić. – Lepiej żeby ktoś cię przypilnował, zresztą to ja powinnam wiedzieć, co tak naprawdę próbujemy zrobić, nieprawdaż? – dodała, próbując brzmieć jak ktoś, kto doskonale wie, co powinien zrobić, wciąż jednak miała co do tego wątpliwości.
Co więcej, chciała go w ten sposób rozbawić, ale nic nie wskazywało na to, że Carlos poczuł się dzięki jej słowom lepiej. Wręcz przeciwnie – spojrzał na nią w sposób, który jednoznacznie utwierdził ją w przekonaniu o tym, że wampir pozostawał przygnębiony.
– Gdybyś naprawdę potrafiła mi powiedzieć, czego powinniśmy oczekiwać, wszystkim nam żyłoby się lepiej, księżniczko – oznajmił z powagą.
Chcąc nie chcąc nie mogła zaprzeczyć, że najpewniej miał rację.
Hej! Przychodzę do Was z rozdziałem co prawda przejściowym, ale stanowiącym swoisty wstęp do dość kluczowych wydarzeń. Będzie ciekawie, a przynajmniej mam taką nadzieję, zwłaszcza że…
Ach, nieważne. Najlepiej będzie, jeśli przekonacie się o tym osobiście ;)
Dziękuję za obecność, bo to wiele dla mnie znaczy. Kolejny wpis już wkrótce, więc miłej lektury i do napisania!

1 komentarz:

  1. Eleonora kojarzy mi się z aniołem, ale nie takim jakie znam teraz albo sama kreuję... raczej z takim, o których opowiada się dzieciom, żeby czuły się bezpieczne i wierzyły, że ktoś na wskroś dobry nad nimi czuwa. I w sumie to nie znam jej motywów... mam przeczucie, że to coś więcej niż troska o Ali czy też obietnica, że będzie dziewczynę chronić. Nie wiem... może coś z przeszłości Eleonory? A może ona ma w tym wszystkim większą rolę niż mogłoby się wydawać? I nie ma co się oszukiwać – Twoi bohaterowie nie są przypadkowi i wrzuceni tylko po to, żeby być – każdy ma konkretną rolę i dąży do, wyznaczonego przez Ciebie – celu.
    Dziwnie było czytać o zgodnych Ali i Carlosie. Serio, do samego końca czekałam, aż któreś pęknie i zacznie się wojna. ^^ A tu pełne zrozumienie i powiedziałabym, że współpraca. Może to jest właśnie dla nich rozwiązanie na utrzymanie pozytywnych relacji? Jakby zawsze milczeli w swojej obecności, nie byłoby powodów do kłótni. :3
    Włam do muzeum mówisz? Może być śmiesznie. xD Albo wręcz przerażająco poważnie. O_O
    W ogóle to liczyłam, że trafią do Noeala i reszty, ale przyznam szczerze, że nie mam pojęcia gdzie on mieszka...
    heh... już widzę minę Ali na informację, że Carlos ma przyjaciela i to najlepszego. xD

    OdpowiedzUsuń