27 marca 2018

Rozdział LX

Alyssa
Biegła przed siebie, ale czuła się tak, jakby stała w miejscu. Poruszała się trochę jak w transie, będąc prawie jak pozbawiona zdolności samodzielnego myślenia marionetka, w pełni zdana na podejmowane przez Carlosa decyzje. Od chwili, w której wydostali się z muzeum, a wampir w końcu postawił ją na ziemi i nakazał biec, była w stanie bezwiednie dostosowywać się do jego oczekiwać, nawet pomimo tego, że wszystko w niej aż rwało się do tego, żeby zawrócić.
Co ja zrobiłam? Co ja, na litość boską, zrobiłam…?
Jedna myśl tłukła jej się w głowie, powracając niczym bumerang – nieznośna, uciążliwa i równie oskarżycielka, co i cichy głosik, który słyszała w umyśle. Ariana zniknęła, a przynajmniej Alyssa już nie była świadoma jej obecności, pusta i oszołomiona w sposób, którego nie zaznała od dawna. Z wrażenia wirowało jej w głowie, a niespójne myśli plątały się ze sobą, nie chcąc ułożyć się tak, jak mogłaby tego oczekiwać. Chciało jej się krzyczeć z frustracji albo – co chyba nawet bardziej jej odpowiadało – miała ochotę zatrzymać się, przyciągnąć do siebie Carlosa i porządnie nim potrząsnąć. Powinna to zrobić, a potem najzwyczajniej w świecie przywołać do siebie te cholerne, cudowne zdolności, które przejawiała w muzeum, po czym nakazać ziemi, by porządnie nakopała wampirowi do tyłka. Nie obchodziło jej to, że ktoś tak obojętny pewnie i tak nie poczułby niczego, zwłaszcza wtedy, gdyby sama go uderzyła i że wtedy pewniej połamałaby sobie ręce, aniżeli osiągnęła… No cóż, w zasadzie cokolwiek innego. Wiedziała o tym, a jednak i tak pragnęła to zrobić, obojętna na wszystko i wszystkich, tym bardziej, że wszystko w niej aż krzyczało, że powinna postąpić w ten sposób albo przynajmniej w pojedynkę zawrócić, żeby wszystko naprawić.
Czuła łzy, które niezmienne cisnęły jej się do oczu, w znacznym stopniu ograniczając widoczność. Obraz raz po raz się zamazywał, tworząc niespójną mieszankę niewyraźnych kształtów i odległych, różnokolorowych plam – niepokojąc, niespójną całość, która przedstawiała coś, co chyba powinno być jej znane, a jednak jak na razie wzbudzało w niej wyłącznie niesmak i gniew. Wiedziała, że biegną przez pogrążone w ciszy, ciemne uliczki miasta, być może nawet te same, co i w drodze do muzeum, a jednak czuła się jakby oderwana od rzeczywistości. To wszystko było obce: to miasto, brudne podłoże, jej własne ciało…
Zwłaszcza ona.
Co myśmy zrobili?, pomyślała raz jeszcze, tym razem w zupełnie inny sposób niż do tej pory, ale podświadomie czuła, że to była przede wszystkim jej wina – bo przecież mogła to przewidzieć, a może nawet jakoś zatrzymać.
Carlos był zdrajcą – cholernym, samolubnym dupkiem, który nie po raz pierwszy zdecydował się na to, żeby kłamać jej w żywe oczy. Chyba tylko on mógł być w stanie oszukiwać ją z pełną świadomością tego, że nie ma żadnych szans na to, żeby jego zapewnienia okazały się choć częściowo prawdziwe. Mówił, że Eleonora jest tuż za nimi, ale najpewniej już wtedy wiedział, że wydarzyło się coś zupełnie odmiennego – że łże, obiecując jej coś, co nawet nie miało związku z rzeczywistością. Co więcej, pomimo tej wiedzy, nie widział powodu, by spróbować cokolwiek zmienić, bardziej przejęty mieczem i ucieczką, aniżeli kobietą, która przecież była jego rodziną.
A ona… Ona mu na to pozwalała, zdolna co najwyżej biernie dostosowywać się do wszystkiego, co robił i mówił – i to również w tamtej chwili, choć mogła przecież spróbować zawrócić albo…
Nie zrobiła tego.
Milczała, trwając w letargu przez kolejne minuty, niezdolna nawet spróbować się odezwać albo odwrócić się przez ramię. Mogła nakazać mu się zatrzymać, wyrwać rękę i zacząć działać po swojemu albo wprost zarządzać tego, żeby się opamiętał, ale i to nie wchodziło w grę. Popełniała błąd za błędem, nie po raz pierwszy w ostatnim czasie, a milczenie jedynie potęgowało odczuwane wyrzuty sumienia. Nie usprawiedliwiała się szokiem ani tym bardziej tym, kim była, wciąż mieszając się we własnych osobowościach – balansując gdzieś na granicy, która wydawała się dzielić Alyssę i Arianę. Jej pewność siebie, którą zawdzięczała bliskości tej drugiej, zniknęła bezpowrotnie, pozostawiając wyłącznie pustkę oraz poczucie narastającej dezorientacji, uniemożliwiające podjęcie jakiejkolwiek decyzji. W tamtej chwili bardziej niż kiedykolwiek wcześniej czuła się po prostu sobą, to jednak nie sprawiało, że wszystko w cudowny sposób stało się jakkolwiek prostsze. Nie tym razem.
Nie miała pojęcia, kiedy i jakim cudem udało im się dotrzeć do pokoju hotelowego, który dotychczas zajmowała z Carlosem i Eleonorą. Wampir nareszcie puścił, nagle zaczynając niespokojnie krążyć po całym pomieszczeniu. Już nie zwracał na nią uwagi, pozwalając żeby tkwiła tuż przy zamkniętych drzwiach, bezmyślnie obserwując jego zamazaną, przemykającą błyskawicznie z miejsca na miejsce sylwetkę. Obrazy wciąż zamazywały jej się przed oczami, a łzy płynęły, wydając się palić ją w policzki – gorące i słone, choć w rzeczywistości czuła tylko i wyłącznie gorycz.
Widziała, jak wampir przemieszcza się z miejsca na miejsce, szukając czegoś, czego nawet nie potrafiła określi. Ostatecznie zrzucił pościel z najbliżej stojącego, nieużywanego ani razu przez nich łóżka, po czym zerwał prześcieradło. Uniosła brwi, kiedy zaczął walczyć z materiałem, próbując szczelnie owinąć nim ściskany wciąż w dłoniach miecz – długie, srebrzyste ostrze, które wydawało się łagodnie jarzyć nawet w ciemnościach. W całym tym zamieszaniu niemalże zdążyła zapomnieć o faktycznym celu ich wyprawy ją do Nowego Jorku, myślami wciąż będąc przy Eleonorze, walce oraz tym, że… właśnie zostawiła jedyną osobę, którą naprawdę traktowała jak matkę.
– Carlos…
Nawet nie spojrzał w jej stronę, rozeźlony i niespokojny. Coś ścisnęło ją w gardle na samą myśl o tym, co najpewniej próbował zrobić, ale prawie natychmiast odrzuciła od siebie tę możliwość. To niemożliwe. Nawet on nie jest na tyle samolubny, obruszyła się, ale nie potrafiła przekonać samej siebie, a co dopiero kogokolwiek innego.
Nawet on…
– Carlos! – „huknęła”, a jej piskliwy, roztrzęsiony głos zabrzmiał dziwnie w cichym, pogrążonym w mroku pokoju.
Tym razem zareagował, nagle zamierając w miejscu i w końcu decydując się przenieść na nią wzrok. Być może to było wyłącznie złudzenie – gra cieni, a także jej własnych, zgubnych emocji – ale obserwując go w tamtej chwili, odniosła wrażenie, że ma przed sobą kogoś innego; obcego i bardzo, ale to bardzo niebezpiecznego. Z bladą cerą, zmierzwionymi włosami i tym cholernym mieczem, wyglądał poważnie i groźnie. Co więcej, w tamtej chwili uświadomiła sobie, że on również wydawał się być roztrzęsiony, wręcz drżąc od nadmiaru emocji. W efekcie sama nie miała pewności, czego pragnęła bardziej: wziąć go w ramiona i uspokoić, czy może jednak porządnie mu przyłożyć.
Poczuła się dziwnie, kiedy zdecydował się na nią spojrzeć, zagubiony tak, jakby zdążył zapomnieć o tym, że mogłaby znajdować się tuż obok. Jego tęczówki pociemniały, przywodząc jej na myśl dwa żarzące się w ciemnościach węgliki – ledwo widoczne punkty w ciemnościach. Serce waliło jej jak oszalałe, nie tyle ze strachu, co fascynacji, która tak nagle ją ogarnęła. Nie pojmowała tego, ale w pośpiechu zrzuciła te emocje na stres i niepokój, który przeżywała już od dłuższego czasu.
– Przepraszam, księżniczko – zreflektował się pośpiesznie Carlos. Jego głos był cichy, niemalże błagalny, jakby wypowiedzenie każdego kolejnego słowa przychodziło mu z olbrzymim trudem. – Tak mi…
– O czym ty mówisz? – przerwała, spoglądając nań tak, jakby widziała go po raz pierwszy. – I co robisz? Musimy…
– … się stąd zmywać – dokończył za nią, tym samym skutecznie odbierając jej mowę. – Nie patrz tak na mnie, do cholery! Tutaj nie jest bezpiecznie, zwłaszcza dla ciebie, a ja… Ja mam chronić ciebie – dodał, przy końcu spuszczając z tonu do tego stopnia, że ledwo była w stanie go zrozumieć.
Otworzyła i zamknęła usta, ogarnięta przerażającym uczuciem, którego w żaden sposób nie potrafiła zinterpretować. Wiedziała jedynie, że coś w wypowiedzianych przez niego słowach z miejsca sprawiło, że włoski na ramionach i karku stanęły jej dęba. Lęk przybrał na sile, tak intensywny i oszałamiający, że przez kilka następnych sekund nie była w stanie wykrztusić z siebie nawet słowa, nie wspominając o jakiejkolwiek sensownej reakcji.
– A co z Eleonorą? – zapytała, choć nie miała wątpliwości co do tego, że Carlos wolałby nie usłyszeć tego pytania. Cóż, zresztą tak jak i wielu innych, ale o tym akurat starała się nie myśleć. – Do jasnej cholery… – zaczęła gniewnie, bo w odpowiedzi jedynie pokręcił głową.
– Nic jej nie zrobią – mruknął, ale nie zabrzmiało to szczególnie przekonująco. Wręcz przeciwnie – odniosła raczej wrażenie, że za wszelką cenę usiłował ją zbyć.
– Skąd wiesz?!
Carlos jęknął, po czym cofnął się o krok, wyraźnie sfrustrowany tym, że mogłaby podnieść głos. Kiedy na dodatek zrobił taki ruch, jakby miał ochotę roznieść coś na kawałeczki, mimowolnie wzdrygnęła się, coraz bardziej zaniepokojona. Już sama nie była pewna tego, co i dlaczego czuje, nie wspominając o odczuwanym przez ciągłym w mętliku w głowie. Już nic nie miało sensu, wampir z kolei wcale nie ułatwiał jej odzyskania nad sobą kontroli. Wszystko było nie tak, a jego zachowanie i słowa dodatkowo potęgowało odczuwaną przez Alyssę niepewność – tę cholerną bezradność względem kogoś, kogo przecież kochała. Eleonora wiele dla niej znaczyła, a jednak…
Ale Carlos nie widział w tym problem, a przynajmniej to wydawał się jej komunikować. Przejmował się mieczem i nią, bo była mu potrzebna, czego raczej nie dało się powiedzieć o szwagierce, która z premedytacją zdecydowała się wprosić. Z jego perspektywy wszystko musiało być w najzupełniejszym porządku; miał to, po co przyszedł, więc nic innego się nie liczyło.
Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, ogarnięta narastającym z każdą koleją sekundą gniewem. Tym razem efekt nie był aż tak spektakularny, jak w muzeum, gdy jeszcze była świadoma obecności Ariany, ale i tak poczuła ukłucie satysfakcji, kiedy ziemia zaczęła się trząść – tylko nieznacznie, ledwo wyczuwalnie, ale po wyrazie twarzy Cullena poznała, że był w stanie to zauważyć.
– Ariano, przestań! – syknął i to było prawie jak policzek – to jedno imię, które zarówno należało, jak i nie należało do niej.
– Skurwiel! – wyrwało jej się.
Mniej więcej wtedy spróbowała rzucić się na niego z pięściami. Dosłownie skoczyła do przodu, rozjuszona i zła, trochę jak drapieżna kotka, która już upatrzyła sobie ewentualną ofiarę. Udało jej się go zaskoczyć, bo początkowo nawet nie próbował się bronić, choć to równie dobrze mogło wiązać się z tym, że jej działania nie robiły na nim najmniejszego wrażenia. Przez krótką chwilę poczuła ukłucie satysfakcji, kiedy długim paznokciami udało jej się rozorać mu skórę na ramieniu, pozostawiając płytkie krwawe ślady, te jednak prawie natychmiast się zagoiły, wzbudzając w Alyssy wyłącznie frustrację. Natychmiast się zamachnęła, gotowa wymierzyć mu policzek, a potem…
Chwycił ją za nadgarstek dosłownie na ułamek sekundy przed tym, jak zdołałaby dosięgnąć jego twarzy. W ułamek sekundy później jego druga ręka zacisnęła się wokół jej drugiego przegubu, gdy z wprawą udało mu się unieruchomić rozszalałą dziewczynę w miejscu. Szarpnęła się, za wszelką cenę próbując oswobodzić ramiona, ale z równym powodzeniem mogłaby siłować się ze ścianą. W gruncie rzeczy nawet w przypadku solidnego muru miałaby przewagę, dzięki wampirzej sile będąc w stanie przebić go na wylot, co nie wchodziło w grę w przypadku jej stwórcy. Na samą myśl chciało jej się płakać, wciąż jednak z uporem powstrzymywała łzy, usiłując nie reagować w żaden sposób, kiedy wylądowała w jego objęciach. Ich twarze nagle znalazły się niepokojąco blisko, prawie jak w tamtym zaułku, gdzie znalazł ją roztrzęsioną po ataku Skyler i tym, jak cudem zdołała odprawić Alexandra. Czuła bijące od jego ciała ciepło oraz słodycz oddechu, który raz po raz muskał jej policzek. To wszystko sprawiało, że czuła się jeszcze bardziej oszołomiona, ledwo będąc w stanie zaczerpnąć tchu, nie wspominając już o próbie odzyskania kontroli nad ciałem.
Dlaczego wciąż musiał jej to robić?! Od samego początku raz po raz podejmował decyzje, obojętny na to, co miała do powiedzenia. Największy problem polegał na tym, że nawet w sytuacjach, w których całą sobą czuła, że powinna być na niego zła, a może nawet go nienawidzić, zawsze miało miejsce coś, co skutecznie krzyżowało jej dotychczasowe plany. Carlos się nią bawił, a przynajmniej tak czuła się w chwilach takich jak ta, kiedy ledwo była w stanie zapanować nad własnymi reakcjami i uczuciami. Krew krążyła jej w żyłach, serce waliło jak oszalałe, z kolei Alyssa… Ona sama czuła się zagubiona bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
Wciąż drżała, kiedy Carlos – niemniej oszołomiony, a przynajmniej takie odniosła wrażenie – bardzo ostrożnie zdecydował się puścić jej ręce. Wyczuła w jego ruchach gotowość, która uprzytomniła jej, że najpewniej zareagowałby w chwili, w której tylko spróbowałaby zrobić coś głupiego. Nawet nie drgnęła, mimowolnie wzdrygając się, kiedy jego dłonie wylądowały na jej twarzy – bardzo delikatnie, kiedy niemalże z czułością musnął kciukami jej policzki. Miecz gdzieś zniknął, choć nie przypominała sobie, by upadał na wyściełaną miękkim dywanem podłogę. Mogłam to przegapić?, pomyślała mimochodem, coraz bardziej wytrącona z równowagi. To wydawało się prawdopodobne, a przynajmniej byłoby takie, gdyby pozostawała człowiekiem. Z drugiej strony, skoro znajdowała się w tej sytuacji…
Och, niczego już nie była pewna!
Zostawił Eleonorę, pamiętasz? On chce ją zostawić i…, pomyślała, chcąc wyrwać się z nagłego letargu, jednak szybko przekonała się, że to wcale nie będzie takie proste. Kiedy na dodatek w ułamek sekundy później poczuła usta Carlosa na swoich, coś po prostu w niej pękło, a zaraz po tym wszystko potoczyło się błyskawicznie.
Naparła na niego całym ciałem, bezwiednie wpijając się w jego wargi. Ramiona zarzuciła mu na szyję, chcąc znaleźć się tak blisko, jak tylko będzie to możliwe. Jej myśli mimowolnie powędrowały ku Nicholasowi, jednak zdusiła wątpliwości i wyrzuty sumienia, ledwie tylko te się pojawiły. Zdawała sobie sprawę z tego, że ten pocałunek jest inny, co było do przewidzenia, skoro nie miała do czynienia z człowiekiem. Tym większym zaskoczeniem było dla niej, że obyło się bez fajerwerków i tak silnego wybuchu namiętności, ale… jakie to właściwie miało znaczenie? W jego ramionach poczuła się dobrze, choć przez moment, i tylko to się liczyło.
Nie miała pojęcia, które z nich zareagowało w bardziej gwałtowny sposób. W pewnym momencie po prostu znalazła się w ramionach Carlosa, a wampir jak gdyby nigdy nic porwał ją na ręce. Rozluźniła się, kiedy w ułamek sekundy później oboje wylądowali na materacu jednego z wąskich, nieużywanych dotychczas łóżek. Zabrakło jej tchu, kiedy wampir wylądował na niej, ale nie próbowała go odsuwać, bezwiednie prężąc się i odchylając głowę do tyłu. Jego wargi z czułością musnęły odsłonięte gardło, a Alyssa przez moment poczuła się tak, jakby serce miało za moment wyrwać jej się z piersi. Była gotowa przysiąc, że wszystko dzieje się o wiele za szybko – zbyt gwałtowne, wymagające i pełne niekontrolowanych, zgubnych emocji – ale nie czuła potrzeby, by choć próbować cokolwiek pod tym względem zmieniać. Była wolna, na dodatek tutaj. Kto jeśli nie ona miał prawo podejmować jakiekolwiek decyzje?
Wargi Carlosa ponownie odnalazły drogę do jej ust, ale tym razem nie pocałował jej w aż tak namiętny, nieprzemyślany sposób. Zawahał się, a kiedy zdecydowała się na niego spojrzeć, odniosła wrażenie, że myślami był gdzieś daleko. Jego oczy pociemniały, być może za sprawą pożądania, a może smutku, który z takim uporem próbował przed nią ukryć.
– Carlos? – wyszeptała po raz wtóry dzisiejszego dnia, ale w odpowiedzi wampir wyłącznie z niedowierzaniem potrząsnął głową.
Jęknęła, po czym spróbowała usiąść, zmuszając go do tego, żeby się odsunął. Wciąż była pod wpływem emocji, podświadomie pragnąć żeby z powrotem zatracić się w pocałunkach, ale zdawała sobie sprawę z tego, że to donikąd nie prowadziło. Wręcz przeciwnie – kiedy w pełni dotarło do niej to, co robi, poczuła się naprawę przerażona, że z taką łatwością przyszło jej zapomnienie o tym, co najważniejsze. Sprawa Eleonory nie dawała jej spokoju, a gdy do tego wszystkiego otrząsnęła się na tyle, by uprzytomnić sobie, że w czasie, kiedy z jej opiekunką mogło dziać się coś naprawdę niepokojącego, ona tak po prostu oddawała się przyjemnościom…
I Nicholas… Mimo wszystko nie mogła zapomnieć o Nicholasie – i to pomimo tego, że sama odprawiła go z kwitkiem.
Odsunęła się od Carlosa, nie dbając o to, czy przypadkiem nie zrani go takim zachowaniem. Rzuciła mu zagniewane spojrzenie, chcąc uświadomić, że nie zamierza tak po prostu zakończyć tej rozmowy, ale nawet nie zwrócił na jej starania uwagi. Obserwowała go, mając wrażenie, że wampirowi w gruncie rzeczy było wszystko jedno, co powiedziałaby albo zrobiła. Pragnął jej, w jakimś stopniu na pewno, ale… istniała dość istotna kwestia, która uniemożliwiała mu w pełni oddanie się tym emocjom. Carlos od samego początku był dla niej zagadką, jednak w tamtej chwili…
– Nie wiem, jak to robisz, ale mieszasz mi w głowie – zaryzykowała.
Prychnął, po czym spojrzał na nią tak, jakby zaczynał wątpić w jej inteligencje.
– Ja tobie? Och, księżniczko… – Nerwowym gestem przeczesał włosy palcami. – Mam cię przepraszać?
– Za co? – warknęła, nie mogąc się powstrzymać. – Za te pocałunki czy za to, że uciekasz jak jakiś pieprzony tchórz i…?
– Uważasz, że to moje tchórzostwo? – przerwał jej, parskając pozbawionym wesołości śmiechem. – To co mam zrobić? Dać ci wrócić czy może samemu cię im wydać? Na tę chwilę nie jesteśmy w stanie zrobić niczego, poza tym… Wciąż wierzę w to, że nic jej nie zrobią – dodał, a Alyssa była coraz pewniejsza tego, że musiał sobie z niej żartować.
– Och, ty w to wierzysz!
Carlos warknął cicho. Kiedy na nią spojrzał, wydawał się kruchy i bardzo zmęczony, choć w przypadku wampira fizycznie wydawał się to wręcz niemożliwe.
– Wierzę – powtórzył z naciskiem – bo to nie jest banda nadpobudliwych dzieciaków, które najpierw działają, a później myślą. Obrażaj się do woli o to, co teraz powiem, ale prawda jest taka, że Eleonora spadła im z nieba.
– Co ty pleciesz? – zapytała, chociaż sama nie była pewna, czy chce poznać odpowiedź. – Zresztą nieważne. Możemy się kłócić, ale to niczego nie zmienia – zauważyła przytomnie.
– Chociaż w jednym się zgadzamy – zadrwił, a przynajmniej odniosła wrażenie, że wciąż nie traktował jej poważnie. – Mam na myśli to, jak reagujesz teraz. Gdybym ci pozwolił, pewnie jak ostatnia kretynka wróciłabyś do tego muzeum, więc… zabijanie Eleonory po prostu im się nie opłaca – dokończył, ostrożnie dobierając słowa.
Poderwała się na równe nogi, zła, zażenowana i coraz bliższa tego, żeby jednak dostać szału. Nawet nie chciała tego słuchać, jednak ignorowanie Carlosa również nie wchodziło w grę. Wiedziała jedynie, że po części miał rację, ale z drugiej strony…
Jeśli coś jej się stanie, nie wybaczę sobie tego, pomyślała w oszołomieniu. Carlosowi też.
– Więc mnie nie puścisz – powtórzyła, choć to było aż nazbyt oczywiste.
– Nie. – Wampir wydał z siebie przeciągłe westchnienie. – Mamy miecz i chociaż tyle dobrego. Jeśli chodzi o ciebie… Przecież wszystko tak naprawdę kręci się właśnie wokół ciebie, księżniczką – powiedział cicho. – Jeśli dasz się złapać, to będzie koniec – dla ciebie, dla nas i dla Eleonory. Jeśli nie przekonuje cię argument z twoim bezpieczeństwem, może to da radę – dodał, a ona naprawdę zapragnęła zakryć uszy dłońmi i jakkolwiek się od jego słów odciąć.
– Nienawidzę, kiedy masz rację – wymamrotała, potrząsając z niedowierzaniem głową.
Czy chciała tego, czy też nie, prawda była taka, że plan ucieczki wydawał się najbardziej sensowny ze wszystkich.
I tak oto zostawiam Was z rozdziałem na którym zakończyłam tę historię ostatnim razem. Aż dziwnie czuję się z tym, że udało mi się poprawić te wszystkie części i to na dodatek w sposób, który zaplanowałam sobie aż półtora roku temu. Dziękuję za cierpliwość i wsparcie, zwłaszcza że jeszcze wiele przede mną. Cóż, zwłaszcza teraz mam nadzieję, że uda mi się spokojnie dobrnąć do końca.
Przez tyle miesięcy nosiłam się z potrzebą dorzucenia tej piosenki do tego rozdziału. Udało się :D Z dedykacją dla Adny, bo wiem, że Ci się spodoba. Albo zjesz mnie za to, że ostatecznie i tak przerwałam zanim… Ehm ;)
Na koniec dodam, że porwałam się o założenie fan page’u. Tak, w końcu Nessa dostępna również na Facebooku. Zainteresowanych zapraszam TUTAJ.
Do napisania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz