17 kwietnia 2018

Rozdział LXI

Mary
Dyskretnie spojrzała za zegarek, po czym westchnęła w duchu. Za piętnaście dziewiąta. Do zamknięcia lokalu (i zarazem końca jej zmiany) pozostała jeszcze ponad godzina, a później blisko czterdzieści minut samotnego spaceru przez pogrążone w mroku miasto. Zwykle Mary nie miała nic przeciwko przychodzenia do pracy wieczorami, ale dzisiejszy dzień był inny, a ona za nic nie potrafiła się skupić.
Po pierwsze, kolejny raz się martwiła, dosłownie odchodząc od zmysłów przez kolejne zniknięcie Alyssy. W duchu już obiecywała sobie, że tym razem zamorduje przyjaciółkę, kiedy tylko ta zdecyduje się wrócić do Sorentich. Naprawdę, zrobi to – z zimną krwią i bez cienia żalu, zupełnie jakby to ona była wampirem, córką Lucyfera i cholera wie kim jeszcze w jednym. A później zakopie w ogrodzie na tyłach domu, by mieć całkowitą pewność, że Ali więcej nie ruszy się z miejsca, nie dając jej wcześniej znać. Swoją drogą, zdążyła już podzielić się tym planem z Jasonem i wiedziała, że go aprobował, więc najpewniej mogła liczyć na przynajmniej jednego kompana w zbrodni.
A po drugie…
Po drugie.
Zacisnęła usta, po czym z przesadną wręcz dokładnością zaczęła wycierać dopiero co umyty pokal. Uniosła szklankę, by lepiej przyjrzeć jej się w świetle wiszącej nad kontuarem lampy. Zaraz po tym znów zaczęła wycierać, tak zawzięcie i z siłą, która jak nic miałaby okazać się wystarczająca, żeby roztrzaskać naczynie w drobny mak.
Nie chciała myśleć o faktycznym powodzie swojego złego nastroju. Złoszczenie się na Alyssę to jedno i mogła sobie na to pozwolić zwłaszcza teraz, skoro już kilka godzin temu dostała od przyjaciółki lakonicznego SMS-a o tym, że wróciła. Gdyby Mary mogła, bez chwili wahania rzuciłaby wszystko i pojechała zobaczyć się z Alyssą, obojętna na ustaloną w grafiku wieczorną zmianę. W zasadzie nikogo już nie zdziwiłoby, gdyby pojawiła się w Home po północy, jak gdyby nigdy nic wchodząc do domu pełnego wampirów. Przecież i tak nie sypiali, prawda? No, może Alyssa, ale tej również zdarzało się to coraz rzadziej, zresztą w obecnej sytuacji Mary czuła się zobligowana do tego, by utrudnić dziewczynie życie i nie dać jej odpocząć.
Sęk w tym, że wydarzyło się dość, by nie chciała zobaczyć się z przyjaciółką – nie dzisiaj, choć szczerze wątpiła, by kilka godzin zwłoki cokolwiek zmieniło. I tak zauważy, odezwał się cichy głosik w głowie Mary i coś przewróciło się dziewczynie w żołądku, kiedy to sobie uświadomiła. Oczywiście, że tak. Już nawet nie chodziło o to, że z wyostrzonymi zmysłami i całą tą „nieśmiertelną otoczką”, Alyssa mogłaby dostrzegać więcej niż przeciętny śmiertelnik. To było coś więcej – coś w zupełności właściwego dla ich relacji i tego, jak długo się znały. Przyjaciółka potrafiła przejrzeć ją ot tak, zwłaszcza po etapie wspólnego mieszkania, kiedy jeden rzut oka Mary wystarczył, żeby Ali pojęła w czym leży problem.
– Ej, ślicznotko!
Drgnęła, skutecznie wyrwana z zamyślenia. Prawie natychmiast wzięła się w garść, kwitując zasłyszaną uwagę wywróceniem oczami. Była przyzwyczajona do głośnych śmiechów, gwizdów i niewybrednych komentarzy – i to zwłaszcza późną porą, kiedy bywalcy lokalu pozwalali sobie na więcej. W zasadzie gdyby było inaczej, a ona dodatkowo już na wstępie nie zaczęła wyznaczać wyraźnych granic, zwłaszcza wtedy, kiedy w upojeniu alkoholowym ktoś próbował pchać łapy tam, gdzie nie powinien, już dawno dostałaby szału. Z doświadczenia wiedziała, że najlepszym rozwiązaniem była ignorancja, bardziej stanowczo reagując dopiero w sytuacji, w której sprawy zaczynały wymykać się spod kontroli.
Wbrew wszystkiemu większość bywalców tego miejsca pozostawała absolutnie niegroźna. Kiedyś bałaby się użerać z pijanym towarzystwem, ale z perspektywy czasu nauczyła się, że to żaden problem, jeśli tylko zachować się odpowiednio. Była silna, zdecydowana i uparta, poza tym – jak twierdził jej szef – miała wręcz wrodzony talent do pacyfikowania trudniejszej klienteli. Mało kiedy potrzebowała pomocy, żeby zapanować nad chaosem w tym miejscu, zresztą musiała przyznać, że lubiła tę pracę. Zazwyczaj zamieszanie sprawiało, że mogła się wyłączyć, tym samym skutecznie zapominając o problemach. To było dobre, zresztą tak jak i pokaźne napiwki, które zbierała, jeśli wieczór okazał się wyjątkowo udany. Zwłaszcza dla studentki każdy grosz był czymś na wagę złota – i to w szczególności teraz, kiedy…
Cholera jasna, nie tym razem! Ten dzień był inny, a Mary czuła się źle, w żaden sposób nie mogąc zapomnieć o telefonie ze szpitala. Niech to szlag, mogła nie odbierać. Gdyby zignorowała dzwoniącą komórkę i oddzwoniłaby juto, być może byłoby lepiej, bo miałaby czas na psychiczne przygotowanie do tej rozmowy. Nie żeby sądziła, że cokolwiek ułatwiłoby jej słuchanie o tym, co ostatecznie tak czy inaczej musiała przyjąć do wiadomości, ale może przynajmniej nie czułaby się aż tak rozbita.
Och, kogo właściwie oszukiwała? Byłoby dokładnie tak samo, z tą tylko różnicą, że dodatkowo dręczyłyby ją wyrzuty sumienia z powodu tego, że nie zareagowała od razu. Nie żeby to cokolwiek zmieniało, skoro i tak miała do siebie pretensje, że zachowywała się jak wyrodna córka, ale…
Ktoś gwizdnął i zawołał ją raz jeszcze. Z niewyraźnego bełkotu zrozumiała, że powinna donieść piwa. Oj, panie, jak na moje, powinieneś zbierać się do domu, pomyślała z przekąsem, ale oczywiście nie powiedziała tego na głos. Póki nikt się nie awanturował, a towarzystwo posłusznie płaciło, nie zamierzała narzekać. W końcu klient nasz pan, prawda? Zresztą o ile dobrze pamiętała, ten konkretny gość lubił wciskać jej kilka dodatkowych dolarów, kiedy dopisywał mu humor, a ona odpowiednio szybko dostarczyła mu zamówienie.
Odstawiła pokal na półkę, być może nieco zbyt energicznie, ale nie zwróciła na to uwagi. Poniekąd cieszyła się z możliwości skupienia się na zamówienie, nawet jeśli nalanie kolejnego kufla piwa nie stanowiło szczególnie wymagającego zadania. W milczeniu wpatrywała się w ciemny trunek, z wprawą lejąc go po ściance naczynia, by zbyt wcześnie się nie spienił. Oczywiście pianka była podstawą – a jakże inaczej! – ale nie w sytuacji, gdy zajmowała ponad połowę kufla.
Uśmiechnęła się, po czym pewnym krokiem wyszła zza kontuaru, z wprawą manewrując między stolikami. Czasami miała wrażenie, że ta praca wymaga nie tylko zdolności obsłużenia ekspresu do kawy albo znalezienia odpowiedniej butelki z alkoholem, ale zarazem bycia aktorką, akrobatką i – w skrajnych przypadkach – psychologiem. Ha, gdyby to było takie proste, już dawno wpisałaby to sobie do CV! Po godzinach, które spędziła, przysłuchując się zwierzeniom podpitej klienteli, kiedy to nagle komuś rozwiązywał się język, spokojnie mogłaby otwierać własny gabinet. Może nawet byłaby lepsza niż cała banda sztywniaków po studiach, którzy analizować ludzką psychikę uczyli się na podstawie przykładów z książek. No i, naturalnie, nadawała sobie na psychologa – w końcu nie potrafiła pomóc sobie, a podobno każdy specjalista „od głowy” musiał mieć nierówno pod sufitem.
– Dzięki ci, mój wampirku – usłyszała, ledwo tylko postawiła kufel na odpowiednim stoliku. Nie wylała ani kropli, choć martwiła się, że przez ciągłe rozproszenie w którymś momencie jednak popełni błąd. To był jeden z tych dni, kiedy to niemalże wyczekiwało się tego, aż coś pójdzie nie tak.
Mary zawahała się, w pierwszej chwili sztywniejąc w odpowiedni na słowa siedzącego przy stole mężczyzny. W normalnym wypadku ta uwaga by ją rozbawiła, ale teraz sytuacja była inna, ona zaś zamrugała kilkukrotnie, nagle zaniepokojona.
– Wampirku? – powtórzyła.
Usłyszała śmiech, choć ten ostatecznie urwał się i przeszedł w czknięcie. Szare oczy spojrzały na nią w nieprzytomny sposób, zamglone, ale za to błyszczące figlarnie.
– No. Pasuje, nie? – zapytał, chociaż trudno było powiedzieć do kogo konkretnie się zgadzał. – Wy, dzieciaki, lubicie wampiry.
– Tia… – rzuciła lakonicznie. Z jednym nawet się przyjaźnie, chociaż wampiryzm to akurat najmniejszy z jej problemów, pomyślała i przez krótką chwilę sama zapragnęła się roześmiać.
– Nie żeby coś, May… Mary – poprawił się i znów zachichotał – ale gdybym zobaczył cię w środku nocy, dostałbym zawału. Jak Boga kocham! Jesteś taka blada, że sam nie wiem…
Mruczał coś jeszcze, ale już nie zwracała na jego słowa większej uwagi. Wciąż uśmiechała się pod nosem, tym razem szczerze, kiedy dotarło do niej, że to wyłącznie pijackie gadanie. Nic dziwnego, że kojarzyła się komukolwiek z wampirem – z jasną cerą, czarnymi włosami i mocnym makijażem mogłaby uchodzić za umarlaka. Alyssa sama stwierdziła, że Mary nadawałaby się na wampira bardziej od niej – i to nie tylko z racji gotyckiego stylu, który tak uwielbiała.
Dziewczyna wycofała się, próbując zrozumieć wciąż towarzyszące jej zdenerwowanie. Zaczynała być przewrażliwiona, co zresztą wcale nie było aż takie dziwne. Prędzej czy później jak nic miała zwariować, chociaż jak na ironię to wcale nie świadomość istnienia wampirów doprowadzała ją do szału. W jakiś pokrętny sposób ten mroczniejszy, inny świat wydawał jej się czymś naturalnym – być może dzięki historiom, których słuchała w dzieciństwie, a może przez to, że sprawa dotyczyła jej najlepszej przyjaciółki. Nie mogłaby porzucić Alyssy. Jeśli dalsze utrzymywanie kontaktu z dziewczyną wymagało zaakceptowania istnienia krwiopijców, demonów i cholera wie czego jeszcze, proszę bardzo – dawajcie nawet samego Draculę, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba.
Być może takie podejście nie należało do najnormalniejszych, ale z drugiej strony… Nie miała pojęcia, czy miało to jakikolwiek sens, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że nawet obcowanie z nieśmiertelnymi przychodziło jej o wiele prościej, niż mierzenie się z realnym życiem. Studia, praca tutaj, snucie jakichkolwiek planów na przyszłość… To wszystko powinno przyjść jej naturalnie, a jednak dla Mary pozostawało czystą abstrakcją, nagle zaczynając jawić się jako zwykła konieczność. Zasadniczo wszystko wydawało się lepsze, jeśli tylko mogła dzięki temu nie myśleć.
„Mary DeLuca, musisz w końcu się zdecydować’ – przypomniała sobie pierwsze słowa, które padły, kiedy odebrała ten cholerny telefon.
A niech to szlag.
Nich to…
Zamyśliła się do tego stopnia, że aż zapomniała o miejscu, w którym się znajdowała. Chociaż zwykle kluczenie między stolikami przychodziło jej z łatwością, ale nie dziś. Zgodnie z prawem Murphy’ego, jeśli coś mogło pójść źle, bez wątpienia prędzej czy później szło – i o najczęściej z nawiązką.
Nie miała pewności, czy przypadkiem zahaczyła o jeden ze stolików, czy może któryś z podpitych gości podstawił jej nogę. Wiedziała jedynie, że w pierwszej chwili szła w stronę kontuaru, a w następnej jak długa wylądowała na podłodze, przy okazji strącając wszystko, co znalazło się w zasięgu jej rąk, kiedy instynktownie spróbowała się czegoś chwycić.
– O cholera… – wyrwało jej się.
Natychmiast spróbowała się podnieść. W pamięci wciąż miała dźwięk tłuczonego szkła, a kiedy przyjrzała się dokładniej, dostrzegła kawałki jakiegoś naczynia na podłodze. Zaklęła raz jeszcze, po czym odsunęła się, mając ochotę wyklinać na czym świat stoi. Wokół niej zdążyła zebrać się cała kałuża piwa albo innego alkoholu, a część wsiąkła w materiał jej jeansów.
Super! Nie miała się w co przebrać, więc do tego wszystkiego czekał ją długi spacer w przemoczonych ciuchach. Właśnie o tym marzyła!
Ktoś się zaśmiał, ale prawie nie zwróciła na to uwagi. Planowała udawać, że nie wydarzyło się nic szczególnego i po prostu odejść z dumnie uniesioną głową, ale…
– Kurwa, powaliło cię dziewczyno? Patrz jak łazisz! – warknął i to zmusiło ją do spojrzenia na gościa, który siedział przy stoliku na który wpadła.
– Przepraszam bardzo. – Krótko spojrzała mężczyźnie w oczy. Wiedziała, że najgorszym, co mogłaby zrobić, byłoby zacząć się jąkać i zachowywać jak spłoszone zwierzę. – Zaraz posprzątam. I przyniosę nowe piwo – stwierdziła beznamiętnym tonem.
Facet otworzył usta, wyglądając na chętnego, żeby znów zacząć kląć, ale ostatecznie nie odezwał się nawet słowem. Mary z niejaką satysfakcją odkryła, że go zaskoczyła – pewnie o wiele prościej byłoby mu się na nią wydzierać, gdyby straciła rezon, zaczęła się jąkać, przepraszać albo od razu się popłakała.
Zamierzała odejść, milczenie uznając za przyzwolenie do rozwiązania sprawy w ten sposób, ale powstrzymała ją dłoń, która bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zacisnęła się wokół jej nadgarstka.
– Czekaj no… – Zanim zdążyła zaprotestować, mężczyzna przysunął ją na tyle blisko, że prawie wylądowała mu na kolanach. Skrzywiła się, zwłaszcza że – gdyby ktoś pytał – bez wahania stwierdziłaby, że śmierdział jak bimbrownia. – Możemy załatwić sprawę na spokojnie – stwierdził, a Mary uśmiechnęła się gorzko.
– Właśnie to robię – zauważyła przytomnie. – A teraz proszę mnie puścić. Powiedziałam już, że…
– To, że pozamiatasz, nie sprawi, że przestanie być mi przykro.
A co ja mam niby z tym zrobić?, pomyślała z irytacją, ale powstrzymała się od jakichkolwiek komentarzy. Niech to szlag, naprawę nie miała do tego cierpliwości.
W normalnym wypadku od razu znalazłaby właściwą odpowiedź – na tyle stanowczą, by jasno dać mu do zrozumienia, żeby darował sobie takie teksty, bo i tak nie była zainteresowana. Mogła pozwolić sobie na takie zachowanie, zwłaszcza że nie bała się utraty pracy. Szef ją lubił, a tym bardziej nie należał do skupionych na zysku gości, którzy twierdzili, że o klientów należało zatroszczyć się za wszelką cenę, nawet gdyby ich zachcianki wykraczały poza granice dobrego smaku albo jej kompetencje. Właśnie dlatego wytrzymała tutaj tyle czasu, ale…
Z niedowierzaniem poczuła ciepłą dłoń najpierw na biodrze, a potem na pośladku. Błogosławiąc, że w pracy nie musiała nosić krótkich spódniczek, bez zastanowienia zamachnęła się i uderzyła niechcianego adoratora w twarz.
To była zaledwie chwila. Zdążyła oskoczyć, zanim mężczyzna otrząsnął się na tyle, by pojąć, co się chciało. Jego już i tak zaczerwienioną twarz wykrzywił grymas, a zaraz po tym poderwał się tak gwałtownie, że niemalże wywrócił stół. Mary dopiero wtedy zwróciła uwagę na to, że był o wiele wyższy od niej i postawny – a przy tym na tyle rozjuszony, by spróbować ją uderzyć. Tyle przynajmniej wywnioskowała ze sposobu, w jaki się zamachnął, w ostatniej chwili ograniczając się wyłącznie do zaciśnięcia dłoni w pięść.
– Ty mała kur… – wysyczał, ale nie było mu dane dokończyć.
– W tej chwili ją zostaw.
Serce Mary już od dłuższej chwili waliło jak szalone. W tamtej chwili niemalże stanęło, a ona poczuła jakby wylano jej na głowę wiadro lodowatej wody. Przecież dobrze znała ten głos, chociaż zdecydowanie nie spodziewała się go usłyszeć akurat teraz. Cóż, nie dzisiaj, nie w tym miejscu – i nie w sytuacji, w której w grę wchodziłaby próba bronienia jej.
Jasna cholera, co on tu robi…?!
Obejrzała się akurat w chwili, w której Carlos podszedł bliżej. Niech to szlag, dlaczego on? I czemu akurat teraz, kiedy czuła się taka rozbita i była na dobrej drodze, by zrobić z siebie kompletną idiotkę…?
– Poradzę sob… – zaczęła akurat w chwili, w której furiat od piwa w bardziej dobitny sposób nakazał Carlosowi oddalić się w podskokach.
Ani jedno, ani drugie nie zrobiło na wampirze wrażenia. Wręcz przeciwnie – jedno spojrzenie wystarczyło, by Mary zamilkła, rezygnując z jakichkolwiek protestów. To było niczym impuls, który nakazał jej zamilknąć, w zamian wzbudzając w niej czyste przerażenie. „Niebezpieczeństwo!” – wydawał się krzyczeć jej umysł, niemalże jak podczas pierwszego spotkania z Carlosem, kiedy już na samym stępie zrozumiała, że ma do czynienia z kimś, kto bez mrugnięcia okiem mógłby ją zabić. Wtedy jak ostatnia idiotka próbowała z nim walczyć, mimo obaw robiąc wszystko, byleby wytrącić nieśmiertelnego z równowagi, ale teraz…
Tym razem Carlos był zły… Najdelikatniej rzecz ujmując. Wyczuła to od razu i chociaż nic nie wskazywało na to, by gniew miał obrócić się przeciwko niej, nie chciała ryzykować. W efekcie po prostu stała, milcząca i przerażona, biernie obserwując wampira, kiedy ten nagle zatrzymał się tuż obok niej.
Mężczyzna przy stoliku również milczał, nawet w upojeniu alkoholowym będąc w stanie wyczuć, że coś jest nie tak. Wyraźnie pobladł, co zauważyła nawet pomimo tego, że jego twarz wciąż pozostawała zaczerwieniona i wykrzywiona gniewem. Patrzył na Carlosa i wyglądał na chętnego, żeby rzucić się na niego z pięściami – aż do momentu, w którym spojrzał mu w oczy.
Mary nigdy nie widziała takiego spojrzenia. Z miejsca zrobiło jej się zimno i najzwyczajniej w świecie zapragnęła odwrócić się na pięcie, żeby uciec. To nic, że Carlos nie patrzył na nią i że po prostu stał tuż obok, nie zachowując się w agresywny sposób. Zabawne, ale nawet stajać oko w oko z upitymi, gestykulującymi wściekle klientami, nie czuła strachu – co najwyżej zniecierpliwienie i lekki niepokój, bo mimo wszystko wiedziała, że powinna uważać. W gruncie rzeczy nawet próba uporania się z mężczyzną, którego spoliczkowała, wydawała się czymś prostszym i mniej przerażającym niż to spojrzenie.
Carlos przez chwilę jeszcze stał, w milczeniu obserwując zastygłego w bezruchu śmiertelnika przy stoliku. Mary miała wrażenie, że od momentu pojawienia się stwórcy Alyssy, do chwili, w której jej nie niechciany adorator, lubiący kłaść ręce tam, gdzie nie powinien, z jękiem opał na krzesło, minęła cała wieczność.
– Świetnie. – Głos Carlosa brzmiał dziwnie, beznamiętny i zdradzający wyłącznie obojętność. – A teraz ładnie przeprosisz panią.
– Carlos… – zaczęła, nagle odzyskując głos.
Nawet na nią nie spojrzał, w zamian z uporem wciąż wpatrując się w pijanego mężczyznę.
– Przepraszam – usłyszała drżący, o wiele mniej butny niż do tej pory głos. To zdecydowanie nie był ten sam ton, który zarzucał jej, że sprawiła komukolwiek „przykrość”.
Nie odpowiedziała, to zresztą okazało się zbędne. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, jak powinna zareagować, Carlos jak gdyby nigdy nic chwycił ją za ramię i pociągnął w stronę baru. Na drżących nogach ruszyła za nim, początkowo nie reagując na to, że jak gdyby nigdy nic przeszedł pod kontuarem i pociągnął ją na zaplecze dla pracowników.
Dopiero gdy zamknęły się za nimi drzwi, Mary otrząsnęła się na tyle, by wyrwać ramię i jakkolwiek zareagować.
– Co to, do jasnej cholery, było?! – wyrzuciła z siebie na wydechu. Wciąż czuła się przerażona, jednak kiedy do głosu doszedł gniew, w końcu zaczęła pojmować to, co wydarzyło się na sali. – Ty właśnie… Namieszałeś mu w głowie? Cholera, co to było? – zapytała raz jeszcze, wyrzucając ręce ku górze. Zaczęła niespokojnie krążyć, przez krótką chwilę mając ochotę rzucić się na Carlosa z pięściami. – Coś ty zrobił? I po co? Całkiem cię już popier…
– Nie ma za co – przerwał z pozbawionym wesołości uśmiechem. Natychmiast zamilkła, zwłaszcza że skoncentrował na niej wzrok. – Krzycz głośniej, żeby wszyscy słyszeli. Kontrola umysłu to zdecydowanie coś, o czym wypada plotkować na prawo i lewo – stwierdził, a ona aż się zapowietrzyła.
– Więc jednak!
Carlos wywrócił oczami.
– Nie żeby jakoś szczególnie mi zależało, ale twoje pojęcie wdzięczności dość mocno kuleje – mruknął, nie po raz pierwszy będąc na dobrej drodze, żeby doprowadzić ją do szaleństwa.
– Że co proszę? – W tamtej chwili nie była pewna czy się śmiać, czy może płakać. W przypadku Carlosa obie te opcje wydawały się równie dobre. – Mam ci dziękować? Nie prosiłam o to! Zresztą poradziłabym sobie i…
– Jasne! Obie z księżniczką jesteście takie rozsądne i samowystarczalne – zadrwił, po czym wzruszył ramionami. – Jak sobie chcesz. Wierz mi, to nie tak, że na wieczór szukałem sobie jakiejś kretynki do uratowania – rzucił i coś w jego słowach sprawiło, że Mary jednak zdecydowała się zamilknąć.
Nieznacznie potrząsnęła głową. Zmusiła się do tego, by odsunąć wątpliwości i jakiekolwiek pytania na dalszy plan. Przyszło jej to o tyle łatwo, że zastanawianie się nad motywami Carlosa zdecydowanie nie było czymś, co chciała robić. Inna sprawa, że w pamięci wciąż miała ten ostatni raz, kiedy tańczyli i on tak po prostu…
Zacisnęła usta, po czym jednak zmusiła się do tego, żeby spojrzeć mu w oczy.
– Co tutaj robisz?
Nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz pisałam rozdział z myślą o tym blogu <3 To dziwne po takim czasie wrócić do pisania na bieżąco i bez tak pokaźnego zapasu, ale mimo wszystko czuję ulgę. W końcu mogę ruszyć tę historię dalej, więc aktualnie będziemy zmierzać do zakończenia tej księgi. Swoją drogą, pomysł na dodatkową scenę oczami Mary pojawił się całkiem niedawno i jeśli mam być szczera, jestem bardzo zadowolona z tego rozdziału. Oczywiście ostateczną ocenę pozostawiam Wam, ale…
Jak można zauważyć, na blogu pojawił się nowy szablon. Znów brązy, poza tym to zdjęcie jest cudne, ale i tak mam mieszane uczucia do całości. Inna sprawa, że menu zawitała nowa zakładka – Rozdziały Specjalne. Już jakiś czas temu opublikowałam pewien krótki dodatek do serii, więc tym bardziej zapraszam do lektury „Królowej Balu” [KLIK] :3
Jak zwykle dziękuję za obecność i komentarze. To bardzo motywuje!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz