Mary
Dyskretnie spojrzała za
zegarek, po czym westchnęła w duchu. Za piętnaście dziewiąta. Do
zamknięcia lokalu (i zarazem końca jej zmiany) pozostała jeszcze ponad godzina,
a później blisko czterdzieści minut samotnego spaceru przez pogrążone
w mroku miasto. Zwykle Mary nie miała nic przeciwko przychodzenia do pracy
wieczorami, ale dzisiejszy dzień był inny, a ona za nic nie potrafiła się
skupić.
Po
pierwsze, kolejny raz się martwiła, dosłownie odchodząc od zmysłów przez
kolejne zniknięcie Alyssy. W duchu już obiecywała sobie, że tym razem
zamorduje przyjaciółkę, kiedy tylko ta zdecyduje się wrócić do Sorentich.
Naprawdę, zrobi to – z zimną krwią i bez cienia żalu, zupełnie jakby
to ona była wampirem, córką Lucyfera i cholera wie kim jeszcze w jednym.
A później zakopie w ogrodzie na tyłach domu, by mieć całkowitą
pewność, że Ali więcej nie ruszy się z miejsca, nie dając jej wcześniej
znać. Swoją drogą, zdążyła już podzielić się tym planem z Jasonem i wiedziała,
że go aprobował, więc najpewniej mogła liczyć na przynajmniej jednego kompana
w zbrodni.
A po
drugie…
Po drugie.
Zacisnęła
usta, po czym z przesadną wręcz dokładnością zaczęła wycierać dopiero co
umyty pokal. Uniosła szklankę, by lepiej przyjrzeć jej się w świetle
wiszącej nad kontuarem lampy. Zaraz po tym znów zaczęła wycierać, tak zawzięcie
i z siłą, która jak nic miałaby okazać się wystarczająca, żeby
roztrzaskać naczynie w drobny mak.
Nie chciała
myśleć o faktycznym powodzie swojego złego nastroju. Złoszczenie się na
Alyssę to jedno i mogła sobie na to pozwolić zwłaszcza teraz, skoro już
kilka godzin temu dostała od przyjaciółki lakonicznego SMS-a o tym, że
wróciła. Gdyby Mary mogła, bez chwili wahania rzuciłaby wszystko i pojechała
zobaczyć się z Alyssą, obojętna na ustaloną w grafiku wieczorną
zmianę. W zasadzie nikogo już nie zdziwiłoby, gdyby pojawiła się w Home
po północy, jak gdyby nigdy nic wchodząc do domu pełnego wampirów. Przecież
i tak nie sypiali, prawda? No, może Alyssa, ale tej również zdarzało się
to coraz rzadziej, zresztą w obecnej sytuacji Mary czuła się zobligowana
do tego, by utrudnić dziewczynie życie i nie dać jej odpocząć.
Sęk w tym,
że wydarzyło się dość, by nie chciała zobaczyć się z przyjaciółką – nie
dzisiaj, choć szczerze wątpiła, by kilka godzin zwłoki cokolwiek zmieniło. I tak zauważy, odezwał się cichy głosik w głowie Mary i coś
przewróciło się dziewczynie w żołądku, kiedy to sobie uświadomiła.
Oczywiście, że tak. Już nawet nie chodziło o to, że z wyostrzonymi
zmysłami i całą tą „nieśmiertelną otoczką”, Alyssa mogłaby dostrzegać
więcej niż przeciętny śmiertelnik. To było coś więcej – coś w zupełności
właściwego dla ich relacji i tego, jak długo się znały. Przyjaciółka
potrafiła przejrzeć ją ot tak, zwłaszcza po etapie wspólnego mieszkania, kiedy
jeden rzut oka Mary wystarczył, żeby Ali pojęła w czym leży problem.
– Ej,
ślicznotko!
Drgnęła,
skutecznie wyrwana z zamyślenia. Prawie natychmiast wzięła się w garść,
kwitując zasłyszaną uwagę wywróceniem oczami. Była przyzwyczajona do głośnych
śmiechów, gwizdów i niewybrednych komentarzy – i to zwłaszcza późną
porą, kiedy bywalcy lokalu pozwalali sobie na więcej. W zasadzie gdyby
było inaczej, a ona dodatkowo już na wstępie nie zaczęła wyznaczać
wyraźnych granic, zwłaszcza wtedy, kiedy w upojeniu alkoholowym ktoś
próbował pchać łapy tam, gdzie nie powinien, już dawno dostałaby szału. Z doświadczenia
wiedziała, że najlepszym rozwiązaniem była ignorancja, bardziej stanowczo
reagując dopiero w sytuacji, w której sprawy zaczynały wymykać się
spod kontroli.
Wbrew
wszystkiemu większość bywalców tego miejsca pozostawała absolutnie niegroźna.
Kiedyś bałaby się użerać z pijanym towarzystwem, ale z perspektywy
czasu nauczyła się, że to żaden problem, jeśli tylko zachować się odpowiednio.
Była silna, zdecydowana i uparta, poza tym – jak twierdził jej szef –
miała wręcz wrodzony talent do pacyfikowania trudniejszej klienteli. Mało kiedy
potrzebowała pomocy, żeby zapanować nad chaosem w tym miejscu, zresztą
musiała przyznać, że lubiła tę pracę. Zazwyczaj zamieszanie sprawiało, że mogła
się wyłączyć, tym samym skutecznie zapominając o problemach. To było
dobre, zresztą tak jak i pokaźne napiwki, które zbierała, jeśli wieczór
okazał się wyjątkowo udany. Zwłaszcza dla studentki każdy grosz był czymś na
wagę złota – i to w szczególności teraz, kiedy…
Cholera
jasna, nie tym razem! Ten dzień był inny, a Mary czuła się źle, w żaden
sposób nie mogąc zapomnieć o telefonie ze szpitala. Niech to szlag, mogła
nie odbierać. Gdyby zignorowała dzwoniącą komórkę i oddzwoniłaby juto, być
może byłoby lepiej, bo miałaby czas na psychiczne przygotowanie do tej rozmowy.
Nie żeby sądziła, że cokolwiek ułatwiłoby jej słuchanie o tym, co
ostatecznie tak czy inaczej musiała przyjąć do wiadomości, ale może
przynajmniej nie czułaby się aż tak rozbita.
Och, kogo
właściwie oszukiwała? Byłoby dokładnie tak samo, z tą tylko różnicą, że
dodatkowo dręczyłyby ją wyrzuty sumienia z powodu tego, że nie zareagowała
od razu. Nie żeby to cokolwiek zmieniało, skoro i tak miała do siebie
pretensje, że zachowywała się jak wyrodna córka, ale…
Ktoś gwizdnął
i zawołał ją raz jeszcze. Z niewyraźnego bełkotu zrozumiała, że
powinna donieść piwa. Oj, panie, jak na
moje, powinieneś zbierać się do domu, pomyślała z przekąsem, ale
oczywiście nie powiedziała tego na głos. Póki nikt się nie awanturował, a towarzystwo
posłusznie płaciło, nie zamierzała narzekać. W końcu klient nasz pan,
prawda? Zresztą o ile dobrze pamiętała, ten konkretny gość lubił wciskać
jej kilka dodatkowych dolarów, kiedy dopisywał mu humor, a ona odpowiednio
szybko dostarczyła mu zamówienie.
Odstawiła
pokal na półkę, być może nieco zbyt energicznie, ale nie zwróciła na to uwagi.
Poniekąd cieszyła się z możliwości skupienia się na zamówienie, nawet
jeśli nalanie kolejnego kufla piwa nie stanowiło szczególnie wymagającego zadania.
W milczeniu wpatrywała się w ciemny trunek, z wprawą lejąc go po
ściance naczynia, by zbyt wcześnie się nie spienił. Oczywiście pianka była
podstawą – a jakże inaczej! – ale nie w sytuacji, gdy zajmowała ponad
połowę kufla.
Uśmiechnęła
się, po czym pewnym krokiem wyszła zza kontuaru, z wprawą manewrując
między stolikami. Czasami miała wrażenie, że ta praca wymaga nie tylko
zdolności obsłużenia ekspresu do kawy albo znalezienia odpowiedniej butelki
z alkoholem, ale zarazem bycia aktorką, akrobatką i – w skrajnych
przypadkach – psychologiem. Ha, gdyby to było takie proste, już dawno wpisałaby
to sobie do CV! Po godzinach, które spędziła, przysłuchując się zwierzeniom podpitej
klienteli, kiedy to nagle komuś rozwiązywał się język, spokojnie mogłaby
otwierać własny gabinet. Może nawet byłaby lepsza niż cała banda sztywniaków po
studiach, którzy analizować ludzką psychikę uczyli się na podstawie przykładów
z książek. No i, naturalnie, nadawała sobie na psychologa – w końcu
nie potrafiła pomóc sobie, a podobno każdy specjalista „od głowy” musiał
mieć nierówno pod sufitem.
– Dzięki
ci, mój wampirku – usłyszała, ledwo tylko postawiła kufel na odpowiednim
stoliku. Nie wylała ani kropli, choć martwiła się, że przez ciągłe rozproszenie
w którymś momencie jednak popełni błąd. To był jeden z tych dni,
kiedy to niemalże wyczekiwało się tego, aż coś pójdzie nie tak.
Mary
zawahała się, w pierwszej chwili sztywniejąc w odpowiedni na słowa
siedzącego przy stole mężczyzny. W normalnym wypadku ta uwaga by ją
rozbawiła, ale teraz sytuacja była inna, ona zaś zamrugała kilkukrotnie, nagle
zaniepokojona.
– Wampirku?
– powtórzyła.
Usłyszała
śmiech, choć ten ostatecznie urwał się i przeszedł w czknięcie. Szare
oczy spojrzały na nią w nieprzytomny sposób, zamglone, ale za to
błyszczące figlarnie.
– No.
Pasuje, nie? – zapytał, chociaż trudno było powiedzieć do kogo konkretnie się
zgadzał. – Wy, dzieciaki, lubicie wampiry.
– Tia… –
rzuciła lakonicznie. Z jednym nawet się przyjaźnie, chociaż
wampiryzm to akurat najmniejszy z jej problemów, pomyślała i przez
krótką chwilę sama zapragnęła się roześmiać.
– Nie żeby
coś, May… Mary – poprawił się i znów zachichotał – ale gdybym zobaczył cię
w środku nocy, dostałbym zawału. Jak Boga kocham! Jesteś taka blada, że
sam nie wiem…
Mruczał coś
jeszcze, ale już nie zwracała na jego słowa większej uwagi. Wciąż uśmiechała
się pod nosem, tym razem szczerze, kiedy dotarło do niej, że to wyłącznie
pijackie gadanie. Nic dziwnego, że kojarzyła się komukolwiek z wampirem –
z jasną cerą, czarnymi włosami i mocnym makijażem mogłaby uchodzić za
umarlaka. Alyssa sama stwierdziła, że Mary nadawałaby się na wampira bardziej
od niej – i to nie tylko z racji gotyckiego stylu, który tak
uwielbiała.
Dziewczyna
wycofała się, próbując zrozumieć wciąż towarzyszące jej zdenerwowanie. Zaczynała
być przewrażliwiona, co zresztą wcale nie było aż takie dziwne. Prędzej czy
później jak nic miała zwariować, chociaż jak na ironię to wcale nie świadomość
istnienia wampirów doprowadzała ją do szału. W jakiś pokrętny sposób ten
mroczniejszy, inny świat wydawał jej się czymś naturalnym – być może dzięki
historiom, których słuchała w dzieciństwie, a może przez to, że
sprawa dotyczyła jej najlepszej przyjaciółki. Nie mogłaby porzucić Alyssy.
Jeśli dalsze utrzymywanie kontaktu z dziewczyną wymagało zaakceptowania
istnienia krwiopijców, demonów i cholera wie czego jeszcze, proszę bardzo
– dawajcie nawet samego Draculę, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba.
Być może
takie podejście nie należało do najnormalniejszych, ale z drugiej strony… Nie
miała pojęcia, czy miało to jakikolwiek sens, ale nie mogła pozbyć się
wrażenia, że nawet obcowanie z nieśmiertelnymi przychodziło jej o wiele
prościej, niż mierzenie się z realnym życiem. Studia, praca tutaj, snucie
jakichkolwiek planów na przyszłość… To wszystko powinno przyjść jej naturalnie,
a jednak dla Mary pozostawało czystą abstrakcją, nagle zaczynając jawić
się jako zwykła konieczność. Zasadniczo wszystko wydawało się lepsze, jeśli
tylko mogła dzięki temu nie myśleć.
„Mary
DeLuca, musisz w końcu się zdecydować’ – przypomniała sobie pierwsze
słowa, które padły, kiedy odebrała ten cholerny telefon.
A niech to
szlag.
Nich to…
Zamyśliła
się do tego stopnia, że aż zapomniała o miejscu, w którym się
znajdowała. Chociaż zwykle kluczenie między stolikami przychodziło jej z łatwością,
ale nie dziś. Zgodnie z prawem Murphy’ego, jeśli coś mogło pójść źle, bez
wątpienia prędzej czy później szło – i o najczęściej z nawiązką.
Nie miała
pewności, czy przypadkiem zahaczyła o jeden ze stolików, czy może któryś
z podpitych gości podstawił jej nogę. Wiedziała jedynie, że w pierwszej
chwili szła w stronę kontuaru, a w następnej jak długa
wylądowała na podłodze, przy okazji strącając wszystko, co znalazło się w zasięgu
jej rąk, kiedy instynktownie spróbowała się czegoś chwycić.
– O cholera…
– wyrwało jej się.
Natychmiast
spróbowała się podnieść. W pamięci wciąż miała dźwięk tłuczonego szkła,
a kiedy przyjrzała się dokładniej, dostrzegła kawałki jakiegoś naczynia na
podłodze. Zaklęła raz jeszcze, po czym odsunęła się, mając ochotę wyklinać na
czym świat stoi. Wokół niej zdążyła zebrać się cała kałuża piwa albo innego
alkoholu, a część wsiąkła w materiał jej jeansów.
Super! Nie
miała się w co przebrać, więc do tego wszystkiego czekał ją długi spacer
w przemoczonych ciuchach. Właśnie o tym marzyła!
Ktoś się
zaśmiał, ale prawie nie zwróciła na to uwagi. Planowała udawać, że nie
wydarzyło się nic szczególnego i po prostu odejść z dumnie uniesioną
głową, ale…
– Kurwa,
powaliło cię dziewczyno? Patrz jak łazisz! – warknął i to zmusiło ją do
spojrzenia na gościa, który siedział przy stoliku na który wpadła.
–
Przepraszam bardzo. – Krótko spojrzała mężczyźnie w oczy. Wiedziała, że
najgorszym, co mogłaby zrobić, byłoby zacząć się jąkać i zachowywać jak
spłoszone zwierzę. – Zaraz posprzątam. I przyniosę nowe piwo – stwierdziła
beznamiętnym tonem.
Facet
otworzył usta, wyglądając na chętnego, żeby znów zacząć kląć, ale ostatecznie
nie odezwał się nawet słowem. Mary z niejaką satysfakcją odkryła, że go
zaskoczyła – pewnie o wiele prościej byłoby mu się na nią wydzierać, gdyby
straciła rezon, zaczęła się jąkać, przepraszać albo od razu się popłakała.
Zamierzała
odejść, milczenie uznając za przyzwolenie do rozwiązania sprawy w ten
sposób, ale powstrzymała ją dłoń, która bez jakiegokolwiek ostrzeżenia
zacisnęła się wokół jej nadgarstka.
– Czekaj
no… – Zanim zdążyła zaprotestować, mężczyzna przysunął ją na tyle blisko, że
prawie wylądowała mu na kolanach. Skrzywiła się, zwłaszcza że – gdyby ktoś
pytał – bez wahania stwierdziłaby, że śmierdział jak bimbrownia. – Możemy
załatwić sprawę na spokojnie – stwierdził, a Mary uśmiechnęła się gorzko.
– Właśnie
to robię – zauważyła przytomnie. – A teraz proszę mnie puścić.
Powiedziałam już, że…
– To, że
pozamiatasz, nie sprawi, że przestanie być mi przykro.
A co ja mam niby z tym zrobić?,
pomyślała z irytacją, ale powstrzymała się od jakichkolwiek komentarzy.
Niech to szlag, naprawę nie miała do tego cierpliwości.
W normalnym
wypadku od razu znalazłaby właściwą odpowiedź – na tyle stanowczą, by jasno dać
mu do zrozumienia, żeby darował sobie takie teksty, bo i tak nie była
zainteresowana. Mogła pozwolić sobie na takie zachowanie, zwłaszcza że nie bała
się utraty pracy. Szef ją lubił, a tym bardziej nie należał do skupionych
na zysku gości, którzy twierdzili, że o klientów należało zatroszczyć się
za wszelką cenę, nawet gdyby ich zachcianki wykraczały poza granice dobrego
smaku albo jej kompetencje. Właśnie dlatego wytrzymała tutaj tyle czasu, ale…
Z
niedowierzaniem poczuła ciepłą dłoń najpierw na biodrze, a potem na
pośladku. Błogosławiąc, że w pracy nie musiała nosić krótkich spódniczek,
bez zastanowienia zamachnęła się i uderzyła niechcianego adoratora w twarz.
To była
zaledwie chwila. Zdążyła oskoczyć, zanim mężczyzna otrząsnął się na tyle, by
pojąć, co się chciało. Jego już i tak zaczerwienioną twarz wykrzywił
grymas, a zaraz po tym poderwał się tak gwałtownie, że niemalże wywrócił
stół. Mary dopiero wtedy zwróciła uwagę na to, że był o wiele wyższy od
niej i postawny – a przy tym na tyle rozjuszony, by spróbować ją
uderzyć. Tyle przynajmniej wywnioskowała ze sposobu, w jaki się zamachnął,
w ostatniej chwili ograniczając się wyłącznie do zaciśnięcia dłoni w pięść.
– Ty mała
kur… – wysyczał, ale nie było mu dane dokończyć.
– W tej
chwili ją zostaw.
Serce Mary
już od dłuższej chwili waliło jak szalone. W tamtej chwili niemalże
stanęło, a ona poczuła jakby wylano jej na głowę wiadro lodowatej wody.
Przecież dobrze znała ten głos, chociaż zdecydowanie nie spodziewała się go
usłyszeć akurat teraz. Cóż, nie dzisiaj, nie w tym miejscu – i nie
w sytuacji, w której w grę wchodziłaby próba bronienia jej.
Jasna cholera, co on tu robi…?!
Obejrzała
się akurat w chwili, w której Carlos podszedł bliżej. Niech to szlag,
dlaczego on? I czemu akurat teraz, kiedy czuła się taka rozbita i była
na dobrej drodze, by zrobić z siebie kompletną idiotkę…?
– Poradzę
sob… – zaczęła akurat w chwili, w której furiat od piwa w bardziej
dobitny sposób nakazał Carlosowi oddalić się w podskokach.
Ani jedno,
ani drugie nie zrobiło na wampirze wrażenia. Wręcz przeciwnie – jedno
spojrzenie wystarczyło, by Mary zamilkła, rezygnując z jakichkolwiek
protestów. To było niczym impuls, który nakazał jej zamilknąć, w zamian
wzbudzając w niej czyste przerażenie. „Niebezpieczeństwo!” – wydawał się
krzyczeć jej umysł, niemalże jak podczas pierwszego spotkania z Carlosem,
kiedy już na samym stępie zrozumiała, że ma do czynienia z kimś, kto bez
mrugnięcia okiem mógłby ją zabić. Wtedy jak ostatnia idiotka próbowała z nim
walczyć, mimo obaw robiąc wszystko, byleby wytrącić nieśmiertelnego z równowagi,
ale teraz…
Tym razem
Carlos był zły… Najdelikatniej rzecz ujmując. Wyczuła to od razu i chociaż
nic nie wskazywało na to, by gniew miał obrócić się przeciwko niej, nie chciała
ryzykować. W efekcie po prostu stała, milcząca i przerażona, biernie
obserwując wampira, kiedy ten nagle zatrzymał się tuż obok niej.
Mężczyzna
przy stoliku również milczał, nawet w upojeniu alkoholowym będąc w stanie
wyczuć, że coś jest nie tak. Wyraźnie pobladł, co zauważyła nawet pomimo tego,
że jego twarz wciąż pozostawała zaczerwieniona i wykrzywiona gniewem.
Patrzył na Carlosa i wyglądał na chętnego, żeby rzucić się na niego
z pięściami – aż do momentu, w którym spojrzał mu w oczy.
Mary nigdy
nie widziała takiego spojrzenia. Z miejsca zrobiło jej się zimno i najzwyczajniej
w świecie zapragnęła odwrócić się na pięcie, żeby uciec. To nic, że Carlos
nie patrzył na nią i że po prostu stał tuż obok, nie zachowując się
w agresywny sposób. Zabawne, ale nawet stajać oko w oko z upitymi,
gestykulującymi wściekle klientami, nie czuła strachu – co najwyżej
zniecierpliwienie i lekki niepokój, bo mimo wszystko wiedziała, że powinna
uważać. W gruncie rzeczy nawet próba uporania się z mężczyzną,
którego spoliczkowała, wydawała się czymś prostszym i mniej przerażającym
niż to spojrzenie.
Carlos
przez chwilę jeszcze stał, w milczeniu obserwując zastygłego w bezruchu
śmiertelnika przy stoliku. Mary miała wrażenie, że od momentu pojawienia się
stwórcy Alyssy, do chwili, w której jej nie niechciany adorator, lubiący
kłaść ręce tam, gdzie nie powinien, z jękiem opał na krzesło, minęła cała
wieczność.
– Świetnie.
– Głos Carlosa brzmiał dziwnie, beznamiętny i zdradzający wyłącznie
obojętność. – A teraz ładnie przeprosisz panią.
– Carlos… –
zaczęła, nagle odzyskując głos.
Nawet na
nią nie spojrzał, w zamian z uporem wciąż wpatrując się w pijanego
mężczyznę.
–
Przepraszam – usłyszała drżący, o wiele mniej butny niż do tej pory głos.
To zdecydowanie nie był ten sam ton, który zarzucał jej, że sprawiła
komukolwiek „przykrość”.
Nie
odpowiedziała, to zresztą okazało się zbędne. Zanim zdążyła zastanowić się nad
tym, jak powinna zareagować, Carlos jak gdyby nigdy nic chwycił ją za ramię
i pociągnął w stronę baru. Na drżących nogach ruszyła za nim,
początkowo nie reagując na to, że jak gdyby nigdy nic przeszedł pod kontuarem
i pociągnął ją na zaplecze dla pracowników.
Dopiero gdy
zamknęły się za nimi drzwi, Mary otrząsnęła się na tyle, by wyrwać ramię
i jakkolwiek zareagować.
– Co to, do
jasnej cholery, było?! – wyrzuciła z siebie na wydechu. Wciąż czuła się
przerażona, jednak kiedy do głosu doszedł gniew, w końcu zaczęła pojmować
to, co wydarzyło się na sali. – Ty właśnie… Namieszałeś mu w głowie?
Cholera, co to było? – zapytała raz jeszcze, wyrzucając ręce ku górze. Zaczęła
niespokojnie krążyć, przez krótką chwilę mając ochotę rzucić się na Carlosa
z pięściami. – Coś ty zrobił? I po co? Całkiem cię już popier…
– Nie ma za
co – przerwał z pozbawionym wesołości uśmiechem. Natychmiast zamilkła,
zwłaszcza że skoncentrował na niej wzrok. – Krzycz głośniej, żeby wszyscy
słyszeli. Kontrola umysłu to zdecydowanie coś, o czym wypada plotkować na
prawo i lewo – stwierdził, a ona aż się zapowietrzyła.
– Więc
jednak!
Carlos
wywrócił oczami.
– Nie żeby jakoś
szczególnie mi zależało, ale twoje pojęcie wdzięczności dość mocno kuleje –
mruknął, nie po raz pierwszy będąc na dobrej drodze, żeby doprowadzić ją do
szaleństwa.
– Że co
proszę? – W tamtej chwili nie była pewna czy się śmiać, czy może płakać.
W przypadku Carlosa obie te opcje wydawały się równie dobre. – Mam ci
dziękować? Nie prosiłam o to! Zresztą poradziłabym sobie i…
– Jasne!
Obie z księżniczką jesteście takie rozsądne i samowystarczalne –
zadrwił, po czym wzruszył ramionami. – Jak sobie chcesz. Wierz mi, to nie tak,
że na wieczór szukałem sobie jakiejś kretynki do uratowania – rzucił i coś
w jego słowach sprawiło, że Mary jednak zdecydowała się zamilknąć.
Nieznacznie
potrząsnęła głową. Zmusiła się do tego, by odsunąć wątpliwości i jakiekolwiek
pytania na dalszy plan. Przyszło jej to o tyle łatwo, że zastanawianie się
nad motywami Carlosa zdecydowanie nie było czymś, co chciała robić. Inna
sprawa, że w pamięci wciąż miała ten ostatni raz, kiedy tańczyli i on
tak po prostu…
Zacisnęła
usta, po czym jednak zmusiła się do tego, żeby spojrzeć mu w oczy.
– Co tutaj
robisz?
Nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz pisałam rozdział z myślą o tym blogu <3 To dziwne po takim czasie wrócić do pisania na bieżąco i bez tak pokaźnego zapasu, ale mimo wszystko czuję ulgę. W końcu mogę ruszyć tę historię dalej, więc aktualnie będziemy zmierzać do zakończenia tej księgi. Swoją drogą, pomysł na dodatkową scenę oczami Mary pojawił się całkiem niedawno i jeśli mam być szczera, jestem bardzo zadowolona z tego rozdziału. Oczywiście ostateczną ocenę pozostawiam Wam, ale…Jak można zauważyć, na blogu pojawił się nowy szablon. Znów brązy, poza tym to zdjęcie jest cudne, ale i tak mam mieszane uczucia do całości. Inna sprawa, że menu zawitała nowa zakładka – Rozdziały Specjalne. Już jakiś czas temu opublikowałam pewien krótki dodatek do serii, więc tym bardziej zapraszam do lektury „Królowej Balu” [KLIK] :3Jak zwykle dziękuję za obecność i komentarze. To bardzo motywuje!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz